Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bajdurzenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bajdurzenie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 listopada 2018

Idący człowiek

Dziwna sprawa. Kiedyś chciałem spisać na blogu niemal każdą myśl, a obecnie czuję, jakbym nie miał nic do powiedzenia. Niby dzieje się sporo, zmiana pracy, nowe pomysły, koncepcje, kolejne książki i treningi, ale gdy zasiadam do pisania, jest tylko pustka.

Zapalnikiem dzisiejszego wpisu jest komiks "Idący człowiek", który oddaje mój stan w ostatnim czasie. W skrócie to japoński komiks o facecie, który chodzi po mieście. Od września, kiedy to zmieniłem miejsce pracy z Gdyni na Gdańsk, jestem takim facetem, który coraz więcej przyjemności znajduje w drodze do i z pracy.

Mangę czytamy od prawej do lewej (odwrotnie niż u nas) od góry do dołu


W zależności od trasy mam 7.5-9 km do biura. Postanowiłem, że nie będę korzystał z żadnych środków lokomocji poza rowerem i własnymi nogami. Początkowo jeździłem tylko rowerem, potem raz w tygodniu truchtałem, obecnie chodzę-biegam 3 razy w tygodniu. Na rowerze trochę zimno w dłonie (mam specjalne zimowe rękawiczki, ale jak zjeżdżam z góry i trzymam palce na hamulcach, to kostnieją), poza tym zaliczyłem już 3 wywrotki i realnie obawiam się o bezpieczeństwo. Szczególnie na odcinkach gdzie jeżdżą samochody.

Wegetarianin cyklista to jeden z głównych wrogów społeczeństwa; odprowadzany nienawistnym wzrokiem przez pieszych, gdy waży się wjechać na chodnik i jeszcze bardziej nielubiany przez kierowców, którym blokuje ulice. Kiedy jednak przechodzisz na drugą stronę barykady, zaczynasz dostrzegać jak bardzo polskie miasta są sterroryzowane przez samochody. Polskie śródmieścia to bród, smród i hałas. Przedostanie się przez wielkie skrzyżowania to ok. 5 minut czekania na falach czerwonych świateł i to pod warunkiem, że przechodzisz przez małe dojazdówki na czerwonym, bo nic nie jedzie (i nie ma w pobliżu policji).

Mogę tylko pomarzyć, by kiedyś nasze miasta wyglądały tak:



Odwiedziliśmy niedawno Bydgoszcz. Miasto nosi przydomek "brzydgoszcz", tymczasem każdy zakątek do którego ograniczono lub nawet odcięto napływ aut nagle obrasta kawiarenkami i deptakami. Spacerowaliśmy z dzieciakami od Długiej na Wyspę Młyńską, potem kładką koło opery i byliśmy zaskoczeni jak miasto wypiękniało. Wystarczy jednak przekroczyć granice starego miasta w kierunku dumnych 100 lat temu secesyjnych kamienic, by wejść w tryb walki o przetrwanie:



Dzielnica ma potencjał na małą Barcelonę, ale mieszkańcy nie wyobrażają sobie, że można żyć lepiej. Że się da, pokazują (jak zazwyczaj) na zachodzie:






niedziela, 19 lutego 2017

Wyniki ankiety, analiza i przemyślenia

Dziękuję za wszystkie oddane głosy. Spójrzmy na wyniki:


Przyznam, że spodziewałem się trochę innych odpowiedzi: obserwując szerokie kręgi znajomych najczęściej spotykam się z poglądem, że nieruchomość to jedyna sensowna forma lokaty kapitału. Wiele osób posiadało przed boomem ziemię lub nieruchomości i w dość krótkim czasie stała się majętna. Inni odziedziczyli lub kupowali w trakcie boomu i czerpią przychody z wynajmu.

W teorii cena nieruchomości powinna rosnąć wraz z inflacją i dodatkowo generować pasywny przychód, dlatego wydaje mi się, że gdyby ankietę przeprowadzić na jakimś powszechnym portalu typu onet czy wp, ta opcja by zwyciężyła.

Najmniej głosów padło na lokaty, choć badania oszczędności Polaków pokazują, że lokowanie pieniędzy w gotówkę czy lokaty jest najpowszechniejszym sposobem oszczędzania. Wiara w kruszce znacząco ucierpiała po 6 latach bessy, a najwięcej głosów padło na akcje, które od listopada zeszłego roku mocno rosną. Czy to oznaka euforii na giełdzie? Raczej dowód, że zaglądają tu już niemal wyłącznie gracze giełdowi :)

Ostatnio coraz mniej wiary pokładam we wskaźnikach sentymentu. Przytaczałem niedawno przykłady fałszywych sygnałów euforii na giełdzie w latach 2004-2005. Im większy był zapał kupujących, tym dłużej i mocniej akcje rosły, choć klasyczna interpretacja nakazywałaby oczekiwać krachu. Cena jakiegoś aktywa szybuje pod niebiosa, ponieważ szerokie masy go pragną, i jeśli to aktywo faktycznie przechowuje wartość lub otwiera nowe możliwości (np. ziemia i wejście Polski do UE), taka sytuacja może utrzymywać się latami. Czasami tylko przeradza się w manię i nabrzmiewa w balon, który z hukiem pęka.

Każda z opcji w ankiecie to w rzeczywistości scenariusz, w który mniej lub bardziej wierzymy. On może działać w określonym miejscu i czasie. W Ameryce od lat działa scenariusz ostatni, ale Ameryka wygrała 2 wojny światowe i została globalnym liderem. W Polsce po nacjonalizacji i hiperinflacji majątek został u tych, którzy posiadali ziemię, nieruchomości i kontakty. Po upadku PRL doszli do nich przedsiębiorcy. Giełda urodziła milionerów, ale głównie po stronie tych, którzy sprzedawali na niej akcje wprowadzanych firm. Z lokowania oszczędności na giełdzie dorobiły się nieliczne jednostki.

Przez kilka lat bardzo popularny był scenariusz "pieniądze, obligacje, akcje to tylko papiery, które rządy mogą bez konsekwencji drukować, dlatego trzeba inwestować w złoto i srebro." O ile w Ameryce wyznawcy tego scenariusza sporo stracili, słaby PLN uchronił od strat polskich posiadaczy złota (ze srebrem poszło już gorzej, straciło połowę wartości od szczytów):





Warte podkreślenia jest również to, że póki co od jakichś 20 lat oszczędzanie na lokatach jest najbezpieczniejszym i najpewniejszym sposobem, a za ostatnią dekadę zdeklasowało akcje.

Obstawiając któryś ze scenariuszy podejmujemy pewien zakład. Mój aktualny zakład opiera się na kilku filarach:
- Polska pozostanie w orbicie Zachodu,
- UE się nie rozpadnie,
- prawo i jego przestrzeganie w Polsce będą dalej upośledzone.

Dlatego nie wierzę w sens długoterminowego, obliczonego na kilkadziesiąt lat inwestowania na naszej giełdzie. Nie wierzę, że staniemy się innowacyjnym państwem z pierwszej ligi. Prymusi pompują miliardy w technologie, my w węgiel i rolnictwo. Firmy Elona Muska tworzą więcej wartości, niż cała polska gospodarka.

Inwestowanie na GPW ma sens tylko w ramach istotnych cykli (rotacja emerging-developed markets, hossa-bessa). Po hossie trzeba ciąć pozycje do kości, bo w bessie wszystkie chwyty dozwolone - nacjonalizacje, wycofywanie spółek po zaniżonej cenie, rozwadnianie kapitału w celu wypchnięcia drobnicy. Taką cenę płaci się za nieprzestrzegania prawa. Obecna władza rozumuje mniej więcej tak: najważniejszy jest naród, a naród to państwo, państwo to partia, a partia z woli narodu sprawuje władzę, dlatego zgodnie z prawem ma prawo do wszystkiego. Nie sądzę, żeby ci, którzy przyjdą po nich zrezygnowali z takiej spuścizny.

Z drugiej strony - pozostawanie w strukturach zachodnich zapewnia pewien standard. Nikt nam raczej legalnie nie odbierze nieruchomości, akcji czy lokat.

Dlatego scenariusz, w który obecnie wierzę brzmi:
trzeba nauczyć się grać; trzeba wyceniać wszystkie aktywa (akcje, pieniądze, dług, nieruchomości) i wiedzieć kiedy przesuwać między nimi środki. Trzeba interesować się jak zmieniają się reguły gry - jednym z pierwszych posunięć PiS było zlikwidowanie wolnego obrotu ziemią. W Grecji wobec niemożliwości ściągania podatków z pracy i aktywów płynnych, rząd opodatkował nieruchomości i doprowadził do zapaści na rynku. Takie są niestety warunki na peryferiach bloku cywilizacyjnego.

niedziela, 6 marca 2016

Giełdowe podsumowanie 2015

Już marzec a nie skrobnąłem w tym roku prawie nic o giełdzie. Przyczyna jest dość prozaiczna - nie mam specjalnie czegoś nowego do dodania w stosunku do tego, co pisałem w zeszłym roku. Przez cały 2015 budowałem pozycję na akcjach i nie zredukowałem jej mimo silnych spadków na GPW w drugiej połowie roku. Sierpniowe tąpnięcie sprowadziło wartość moich aktywów na minus, ale sprzedałem tylko akcje spółek, które mogą borykać się z problemami płynnościowymi. Ponieważ w portfelu miałem prawie wyłącznie małe spółki, a SWIG80 dość szybko odbił, nie było jakiejś masakry. Korzystając z załamki na WIG20 zacząłem też kupować mocno przecenione "blue chipy", choć wcześniej nie planowałem mieć ich w portfelu. Ok. 1.5% dodały do portfela dywidendy, a kilka technicznych zagrań na akcjach, opcjach i kontraktach wpłynęło łącznie na symbolicznie dodatni PIT za 2015.

Obecnie mam aż 31 spółek i powiększam pozycję na tych, które technicznie są w trendach wzrostowych. Oprócz tego certyfikaty na ropę, w tym lewarowane i zaczynam budować pozycję long na gazie. I co tu dużo gadać - mimo kupowania płynnych niedowartościowanych spółek z wysokim współczynnikiem Altmana, gotówką na koncie, przychodami z realnej działalności i płacących dywidendy, portfel zachowuje się jak indeks WIG.

Dostrzegam wady mojego podejścia - wiele z tych spółek nie ma przyszłości poza regresją do średniej. Pogrywałem trochę na Tauronie i PGE zgodnie z założeniami taktyki "bierz 5% i w nogi". Na PGE zgarnąłem dywidendę, uśredniłem w dołku i wyrzuciłem na jakiejś lokalnej górce. Ale w styczniu ceny były już tak niskie, że kupiłem pakiety obu spółek na długi termin. W zeszłym tygodniu dobrałem też Bogdankę i ZEPAK. Do tego Orange, PKO, Energa, PZU i już robi się 1/3 portfela wypełniona mułami, po których nawet w silnej hossie nie spodziewam się więcej niż 50-100% zysku.

Pierwsza trójka najbardziej zyskownych inwestycji to Decora, Projprzem i Procad. Zawdzięczam to głównie trafieniu w dołek i niestety na żadnej z tych spółek nie widzę przestrzeni do spektakularnych wzrostów. Dotarły do mnie w końcu słowa Buffeta, że lepiej kupić bardzo dobrą spółkę w dobrej cenie, niż przeciętną spółkę w bardzo dobrej cenie. Zostało mi jeszcze sporo amunicji, jednak wciąż nie potrafię kupić przyszłych perełek. Nawet jeśli technicznie widzę na jakiejś spółce potencjał do spektakularnego trendu wzrostowego, galaktyczne plany ekspansji, to szybkie spojrzenie na przychody do kapitalizacji i C/Wk natychmiast studzi mój zapał. Kto wie - może jeśli hossa ruszy i akcje znowu będą silnie rosły, mój punkt widzenia się zmieni.

Przygodę z giełdą zacząłem w 2008 roku (a jeśli doliczyć epizod z funduszami akcyjnymi, to w 2007), więc nagromadziło się doświadczeń. Pierwszy PIT złożyłem za 2008 rok i od tamtego czasu, tylko w 2012 roku zaliczyłem stratę. Jako spóźnione dziecko wielkiej hossy z lat 2003-2007 załapałem się na straconą dekadę na GPW - indeksy pozostają mniej więcej na tych poziomach, co 10 lat temu. Przetrwałem, bo w miarę skutecznie realizowałem zasadę "timing is everything" połączoną z wnikliwą analizą fundamentów i cykli. Nie dorobiłem się na giełdzie fortuny z tych samych względów :)

Główna taktyka przynosząca zyski polegała na kupowaniu wybić w czasie hossy i zgarnianiu ok. 30-100% na skutecznym zagraniu. W 2015 roku porzuciłem ten sposób gry na rzecz budowania pozycji na lata. Dopóki nie zobaczę fundamentalnego zagrożenia makro dla Polski staję się zakładnikiem tego scenariusza:


Wierzę, że wyżowe pokolenie obecnych 30-40 latków, które powoli przejmuje kontrolę nad krajem stać na wykreowanie kolejnej fali długoterminowej hossy. Gdy wchodziliśmy na rynek i zakładaliśmy rodziny, potrzebowaliśmy mieszkań, przyczyniliśmy się do gwałtownego boomu kredytowego, który pękł i gospodarka potrzebowała czasu na przetrawienie. Jeżeli obecny rząd tego nie spieprzy (a widzę w długim terminie kolosalne zagrożenie związane z niszczeniem kultury prawnej, które może skierować nas na drogę Argentyny czy Wenezueli), to otwiera się przed nami splot korzystnych możliwości porównywalny z tym z końca średniowiecza, który przyniósł Polsce kilkukrotny wzrost i złoty wiek.

Temat zdecydowanie na osobny wpis, natomiast już dziś trzeba myśleć czy inwestować swoje oszczędności w Polsce, czy zdecydować się na emigrację finansową. Póki co kupuję Polskę, bo choć jest przeciętna, to jest tania. Jeżeli okaże się, że kupiłem tanio bardzo dobrą Polskę, wygram życie ;)

wtorek, 2 lutego 2016

Humory Tora cz. 3

Następne 30 km to standard ultra - trochę rozmów, trochę nudy, ciemność, dłużyzny. Podobno wokół piękne widoki, ale jest noc i nic nie widać. Co jakiś czas zawiewa lub pada, ale od Atlantyku dzieli nas pasmo wysp, które pierwotnie mieliśmy biec (patrz cz. 1) oraz łańcuch wzgórz, więc orkan hula raczej na Hellesoy z przekreślonym o.

Na ostatnim większym moście spokojnie. Kończy się osłona pasa wzgórz. Co jakiś czas zacina deszcz ze śniegiem. Zaczyna mi dokuczać ciężar odpowiedzialności. Łącznie wydłużyliśmy trasę o 15 km i z pierwotnych 105 km zrobiło się 120. Nie przewidziałem również, że ten bieg kwalifikuje się do górskich (łączna liczba przewyższeń wyszła ok. 2500 m). Roślinność wokół karłowacieje. Co 5 minut muszę zakładać płaszcz przeciwdeszczowy, by za chwilę się w nim przegrzewać, gdy przestaje padać. Zdejmuję, biegnę chwilę i znowu deszcz. W końcu mam tego dość i biegnę bez przeciwdeszczówki - gorące ciało powinno skutecznie osuszyć ubranie.

I wtedy docieramy nad fiord. Nim się kapnąłem, że zacinający deszcz ze śniegiem nie skończy się za 3 minuty, byłem już kompletnie przemoczony. Naciągnięcie płaszcza niewiele zmieniało. Do celu zostało nam jakieś 8 km przez skaliste wysepki połączone mostami. Widoczność na pół metra, śnieg z deszczem zacina poziomo, aż trzeba ręką osłaniać oczy. Nagle błyskawica rozświetla niebo i zasiewa zwątpienie. Nie tak to sobie wyobrażaliśmy. W wizjach wyglądało to mniej więcej tak:


rzeczywistość natomiast jak tu:


Tuż przed mostem na pierwszą wyspę podejmujemy decyzję - odpuszczamy. Może dałoby się jeszcze przedrzeć przez sztorm, ale świadomość, że w każdej chwili może walnąć gdzieś z boku piorun sprawia, że nie chcemy dostać nagrody Darwina. Zwiewamy przed deszczem pod obudowaną wiatę przystanku i oceniamy siły. Rekalkulacja trasy pokazuje, że zostało nam 30 km do mety. Od ok. 30 km prawie nie jedliśmy i praktycznie nie piliśmy (przez cały bieg wypiłem ok. litr wody, pół litra kefiru i 200 ml kawy). No i jest zimno. Wszystko przemoczone, zatrzymanie się to hipotermia, chodzenie to konserwacja hipotermii, można tylko biec, żeby nie marznąć.

Przetruchtałem już trochę podobnych dystansów, więc w cięższych warunkach liczę 2 godziny na dychę. 30 km to w najgorszym wypadku 6 godzin - wystarczająco długo, by nie liczyć czasu, ani kilometrów. Ale dla chłopaków nie przyzwyczajonych do takich dystansów ten etap jest najtrudniejszy. Zerkasz na zegarek, wydaje ci się, że biegniesz/idziesz już 10 minut od ostatniego razu i zrobiłeś minimum kilometr, tymczasem okazuje się, że pokonałeś ledwie 300 metrów. Z początkowej przygody nic nie zostaje, w głowie burza emocji, zwątpienie przemieszane z beznadzieją. Gdyby było lato, można się zatrzymać, posiedzieć, w Polsce można też trafić na stację benzynową, na której można wypić kawę i coś zjeść. Ale nie w Norwegii - tu sklepów na prowincji nie ma, jak są, to zamykane o 23, a zatrzymanie się grozi natychmiastowym wyziębieniem. Ultra biega się głową. Ja to przeżyłem nie raz, chłopacy dopiero budowali bazę doświadczeń. Zmagania Piotra z sennością przypomniały mi naszą pierwszą setkę na Hel sprzed 2 lat z ekipą Tricity Ultra.

Gdy opuściliśmy obszar opadów zdjąłem płaszcz. Ciężko się przemóc, gdy jest ci zimno, ale trzeba wystawić mokre ciuchy na wiatr, żeby wydmuchał wilgoć. Niestety ciało już nie grzeje, bo nie ma skąd dostarczyć kalorii. Na myśl o czekoladzie i cukrze zbiera się na wymioty. Biegniemy z Rafałem z przodu, jak odstajemy za daleko, biegniemy z powrotem do chłopaków. Nie możemy się zatrzymać, bo od razu jest zimno. Temperatura spada poniżej zera, na drogach gołoledź. Przekraczamy most, który niedawno był taki spokojny - teraz omiata go Tor. Ale most jest krótki i jedynie uśmiecham się pod nosem cytując Theodena "To wszystko na co cię stać Sarumanie?"

Zakręcamy na Manger, ok. godziny 7 "rano", ale jak było ciemno, tak jest. Widzimy szyld stacji benzynowej - jest nadzieja! Nadzieja umiera szybko, stację otwierają o 9. Kwadrans później zaczyna się przejaśniać - chmury odsłoniły księżyc. U Witka w Bergen sprawdziliśmy, że w Manger jest market spożywczy, więc wiążę z nim poważne plany. Trzeba się ogrzać i pożywić, bo do wynajętego domku z centrum jest ok. 7 km. Nie mówię tego chłopakom..

Docieramy do miasteczka po 8. Niestety sklepy otwarte od 9 :) Jedni siedzą, drudzy się kręcą. Jak siadam, to po minucie mną telepie. Pierwsze co kupuję po otwarciu sklepu to owocowo-warzywne smoothie. Wypijam je nim wejdę z koszykiem między regały i po chwili czuję jak glukoza uderza do żył. Teraz wystarczy znaleźć knajpkę, zjeść w niej coś ciepłego, zapić kawką i bez problemu przejdziemy pozostały dystans. W domku mamy się zameldować o 15, zostało dużo czasu. Ale straciłem już posłuch - zrobiliśmy prawie 100 km i 2.5 km przewyższeń w 19 godzin w nietypowych jak na Norwegię warunkach pogodowych (poprzedni tak silny sztorm był rok wcześniej). Chłopacy każą mi dzwonić do Gunnara, od którego wynajmujemy domek, że będziemy szybciej. Tylko jak tam dotrzeć?

Skoro przypadek organizuje tę wyprawę, to nic dziwnego, że naszej rozmowie przysłuchuje się stojący przy kasie rodak i proponuje podwózkę. Gdy się czyta internetowe komentarze Polaków, często przewija się opinia, że nikt cię tak nie wykorzysta za granicą jak inny Polak. Tymczasem nasze doświadczenia są zupełnie odwrotne - Polacy, których tam spotkaliśmy okazali się bardzo życzliwi i pomocni. Nie spytaliśmy się naszego kierowcy o imię, ale bardzo mu dziękujemy i pozdrawiamy Konin, z którego pochodzi.

Gunnara nie ma w domu, ale nie robi problemu z naszego wcześniejszego przybycia. Dostajemy klucz od jego żony i prysznicujemy. Tak szybko opuściliśmy Manger, że nie zdążyliśmy zrobić porządnych zakupów. Trochę bułek, jakieś serki itp. W domku są produkty żywnościowe, na stole leżą jajka, ale wolimy poczekać na gospodarza, nim coś tkniemy. Oczekiwanie mija nam na spaniu. Gdy już gospodarz dociera, okazuje się, że to wszystko przygotowane dla nas, a jajka są z jego hodowli. Robimy zatem ucztę: ryż z keczupem i jajkiem popijany cydrem (w sklepie nie było nic mocniejszego niż 4.5%). Gunnar jest bardzo miłym człowiekiem, widać że 'guesthouse' w nazwie jest nieprzypadkowy. Opowiada nam historię domu w którym na chwilę zamieszkaliśmy. Dom i ziemia należą od stuleci do jego rodziny; pochodzi z 1859 roku, ma też izbę z bali z 200 lat starszego okresu i nowsze dobudówki.
Od lewej: ja, Piotr, Gunnar, Robo

Wypukłe bale z XVII wieku tworzą najstarszą część domu,
w której obecnie jest jadalnia


Tuż przed wyjazdem - chwila relaksu na bujanym fotelu

O 7 rano przyjeżdża po nas Witek. Pożegnalna fotka:





W nocy przysypał śnieg, więc jedziemy wolno. Witek opowiada o Norwegii, jedziemy drogą, którą biegliśmy półtora doby wcześniej; przejeżdżamy przez pamiętny most, na którym szalał orkan i tunel, który musieliśmy omijać górą. Na lotnisku Robo i Gajowy udowadniają, że wyprawa jeszcze się nie skończyła:




Tuż przed wylotem kupują widokówki i piszą życzenia do mamy, taty, starszego brata, kolegów i koleżanek ze szkoły (tj. grona nauczycielskiego). Gdy przylatujemy do Gdańska, wyciągam telefon, żeby zadzwonić do żony, gdy nagle wyłaniają się znajome twarze:

"Run around the lake" i "To have or to run": co prawda wzgardzili wyprawą
do Norwegii, ale też się świetnie bawili na dyszce wokół Jasienia
3/4 Tricity Ultra

I tak właśnie było.


Koszt wyprawy:

- bilety lotnicze w obie strony 78 zł (piątek 9.15 - niedziela 11:45),
- fajki i wódka dla polskiego majstra 170 zł,
- nocleg za 1 os. 237.5 koron ~ 113 zł,
- żarcie i pamiątki 462.5 koron ~ 220 zł

Razem 580 zł.

Miał to być przyjemny turystyczny bieg, w którym wykorzystam wypracowaną wytrzymałość - 100 km zwiedzania, bezpośrednie doświadczenie kraju, odpoczywanie w knajpkach przy piwku. Los sprawił, że trafił nam się orkan, przez większość trasy nie było możliwości kupić nic do jedzenia, a bieg skończyłem przemoczony, wyziębiony i głodny. I kurna teraz żadnych innych warunków nie wyobrażam sobie w przyszłych biegach turystycznych :)

poniedziałek, 1 lutego 2016

Humory Tora cz. 2

Uciec z miasta

Korzystanie z opcji 'snap to road' podczas rysowania trasy na Endomondo wiąże się z pewnym ryzykiem - ścieżka prowadzona jest po drogach dla samochodów. Ponieważ nie zakładałem zwiedzania miasta, pierwszy punkt ustawiłem w Bryggen, a kolejny jakieś 10km dalej i pozwoliłem algorytmowi wyznaczyć najkrótszą trasę. Przeoczyłem przez to dość istotny fakt - najkrótsza trasa biegnie przez tunel i jest zamknięta dla pieszych. Żeby przejść na drugą stronę, musieliśmy okrążyć niedawno opuszczony masyw górski.  W poprzek nie dało się przejść, bo Norwegowie odkrajają z gór bloki skalne i przystawiają do nich kolejne osiedla i domy. W końcu jednak trafiliśmy na ścieżkę prowadzącą na szczyt, mimo że nie widniała na mapie. Jej absencja szybko się wyjaśniła - droga jest dopiero w budowie :) Nie chcieliśmy jednak tracić czasu, więc brnęliśmy głębiej w las. Za ścieżki posłużyły nam koryta wymyte przez strumienie. Tam po raz pierwszy podlał nas Tor.




Za górami, za lasami trafiamy znowu na zabudowę miejską. Robi się ciemno, ale łuna miasta stwarza złudzenie jakby dzień się jeszcze nie skończył, bo w każdym domu palą się wszystkie światła. Kontrastuje to z kompletnie wyludnionymi ulicami. Po 20 kilometrach skręcamy na drogę, którą wyznaczyłem ręcznie, opierając się o mapę satelitarną, ponieważ endo traktowała ją jako nieprzejezdną. Początkowo stoją wzdłuż niej wille (każda obowiązkowo z zapalonymi wszystkimi światłami), później pojawiają się zabudowania rolników a nawet opuszczone domy. Aż wreszcie droga zamienia się w wąski żwirowy trakt przecinany kamiennymi murkami i bramami. Ogrodzenia służą do utrzymywania stad owiec w jednym miejscu. Jeden z bardziej klimatycznych odcinków trasy okazuje się dawną arterią pocztową.


Opuszczone domki z kamienia na szlaku pocztowym
Tor

Pojawiają się coraz liczniejsze zabudowania, aż docieramy do miasteczka, z którego rozciąga się szeroka panorama fiordu i zabudowań na wyspie Flatoy. Na wyspę prowadzi 1.8 kilometrowy most, "wąskie gardło" - jeżeli będzie zamknięty, to nici z wyprawy. Kiedy się do niego zbliżamy staje się cud - spotykamy dwóch ludzi! Jakiś dziadzio odprowadza wnuczka i na pytanie czy idziemy w dobrym kierunku mówi, że tak, ale że tam jest "windy". Dobiegając do mostu słyszymy dosłownie piekielne odgłosy. Próbujemy je nawet nagrać, ale komórki nie są w stanie oddać budzącego trwogę huku. Wejściu na most towarzyszy lekki szok - zaczyna nami miotać. Pędzę skulony trzymając czapkę, która prawie odfrunęła z latarką czołową. Docieram do przęsła i kucam, czekając na resztę ekipy. Tkwimy tam chwilę niczym żołnierze przyszpileni ostrzałem w okopie; chowamy czołówki do plecaków, sprawdzamy zapięcia kieszeni i szykujemy się do kolejnego skoku.

Na najtrudniejszym odcinku, na wybrzuszeniu mostu nie jestem w stanie łapać oddechu. Łykam powietrze niczym wigilijny karp w worku, wicher zarzuca jedną nogę i się o nią prawie potykam. Później jest trochę lżej i Robo kręci ten filmik ku pamięci (w minucie 1:12 widać jak było wcześniej) :




Gdy tylko schodzimy z mostu wszystko uspokaja się jakby nigdy nic. Aż ciężko uwierzyć, że kilkadziesiąt metrów dalej trwa takie piekło. Pokonanie Flatoy zajmuje chwilę, a kolejny, znacznie krótszy most do Knarviku jest o wiele spokojniejszy. Za nami ok. 1/3 dystansu, mnóstwo emocji i pięknych widoczków. Czas na kolację. Wsuwam bułki z kefirem, paczkę rukoli i słoiczek oliwek.



Gdybyśmy wiedzieli wtedy, że to ostatnia szansa na kupno żywności, wszystko potoczyłoby się inaczej...

Humory Tora cz. 1

Wszystko w tym przedsięwzięciu było kompletną prowizorką, a wyszło jak skrzętnie zaplanowana powieść. No bo tak: męczyłem od tygodni chłopaków z Tricity Ultra, żebyśmy wyskoczyli na weekend gdzieś za granicę, zamiast klasycznie na zorganizowany bieg ultra. Myślałem, że mam wszystkie argumenty - loty z Gdańska za kilka dych, nie trzeba kupować 2 noclegów, bo biegniemy całą dobę, kosztowo wyjdzie jak wyjazd na lokalną imprezę, a przecież zasmakujemy kawałek innej kultury i krajobrazu. Na drugą noc wynajmiemy pokój i trzeciego dnia wrócimy z kolejną porcją wspomnień. Przebiegliśmy w 2 noce Łemkowynę 150, zrobienie gdzieś turystycznie setki, obstawiając lokalne knajpki będzie czystym relaksem. Ale chłopacy są już odporni na moje euforyczne wystrzały wizji, więc musiałem szukać innych naiwniaków. A ci, jak to bywa w prowizorkach, znajdują się sami - ot biurko obok w pracy trafił się kolega, który ściga się zawodowo na dychę i półmaratony.

Posnułem mu trochę, że fajnie byłoby zobaczyć fiordy w Norwegii, zamoczyć palec w Atlantyku, że Thorgal jest super, ale chyba sam pobiegnę, choć loty tylko do Oslo, a stamtąd za daleko do oceanu, ale coś tam znalazłem, pokazałem zdjęcia jakiejś skały. Na to wtrącił się kolejny, że przecież on pracował w Bergen i tam też są loty. Wtedy coś nam (tzn. mi i temu z biurka obok - Rafałowi vel Robo Runner) zaświeciło w główkach, odpaliliśmy stronę Wizzaira i za chwilę kupiliśmy bilety do Bergen po 39zł na 'za miesiąc' - mniej więcej tyle, co kosztuje taksówka na lotnisko. Przystąpiłem więc do planowania trasy na endo i po 2 minutach mieliśmy coś takiego:



Biegniemy z lotniska na koniec mapy, nocujemy, biegniemy znowu na lotnisko i wracamy do Polski. Witaj przygodo ;) Co tam jest na końcu tej mapy? Jakieś Hellesoy z przekreślonym 'o' - super, wchodzę na booking.com, wklepuję nazwę wiochy i bookuję najbliższe miejsce. Cały domek na 7 osób! Będzie się działo. Ale zaraz - domek jest po drugiej stronie wody.. Wtedy podejmuję decyzję, dzięki której bieg w ogóle się odbył - zamiast odwołać rezerwację (jakoś głupio już było odkręcać), rysuję nową mapę:



Też będzie Atlantyk w finale, a przy okazji bardziej górzyście. W swojej naiwności wierzę, że z każdej z tych miejscowości bez problemu dotrzemy do lotniska autobusem albo pociągiem. W końcu Norwegia to pierwszy świat. Skoro u nas wszędzie jeżdżą PKSy, to co dopiero tam. Jedno z wielu naiwnych założeń jak to, że nie trzeba targać jedzenia, bo w krajach pierwszego świata są całodobowe sklepy lub chociaż stacje benzynowe, albo że pogoda w Norwegii jest taka jak u nas, tylko dłużej jest ciemno.

Tak się cieszyliśmy z naszej wyprawy, że wkręciliśmy kolegę z biurka naprzeciwko. Piotr nigdy nie biegał ultra, ale niedawno zaliczył jakiś pierdolnik organizowany przez GROM, cięższą połówkę Tricity Ultra, a kilkanaście lat temu w trakcie półrocznego zwiedzania Ameryki Południowej wybrał się z kolegą na bezludny 6-tysięcznik w Peru i choć nie dotarli na szczyt, to udało im się wrócić po 4 dniach, idąc ostatnią dobę z połówką litra wody na dwóch. Jego spec-doświadczenie okazało się zbawcze w dwóch momentach, ale o tym później..

Drugie zrządzenie losu (pierwszym była zmiana trasy, ale o tym też później) rozwiązało problem komunikacji - gdy podzieliłem się planami wyprawy z sąsiadką, przekazała informację swojej przyjaciółce, która mieszka z mężem i dziećmi w Bergen. A ta przyjaciółka akurat zatrudnia do remontu majstra z Polski, który to majster pali i lubi wypić; a że w Norwegii są to towary luksusowe, spytała czy moglibyśmy przywieźć je samolotem z bezcłowego. Oferowała nocleg, podwózkę i zwrot kosztów używek. Na pierwsze i trzecie oczywiście nie mogliśmy przystać, ale z drugiego ochoczo skorzystaliśmy - nie dość, że mieliśmy już rozwiązany problem powrotu z domku na lotnisko, to mogliśmy ominąć pierwszy 17-kilometrowy odcinek z lotniska do centrum miasta.

No i w kwestii przygotowań to byłoby prawie na tyle - może poza tym, że Robo zaciągnął jeszcze starego druha od trampka i kielicha Maćka vel Gajowego. Kto pochodzi z Fromborka, wie o kim mowa, ja poznałem tego krzewiciela kultury fizycznej na Warmii pierwszy raz dopiero na lotnisku i.. czapki z głów, chyba że macie taśmę (o tym też później hehe).

Zbliżał się dzień wylotu, ale wyprawa nie zaprzątała nam głów. Zimą mało biegam; co tydzień morsuję, kilka razy zestaw 'pompki-przysiady-podciąganie na drążku'. Jeśli już biegałem, to z chłopakami z TU, a w pracy zajmowaliśmy się głównie programowaniem Skyneta. Robo i Piotr założyli, że się znam, a ja też byłem przekonany, że się znam. Robię odprawę, spisujemy co zabrać. Chłopaki wgrywają nabazgraną przeze mnie trasę do zegarków, Stasiu skwituje w trakcie biegu na naszej grupie "Kurwa oni są już martwi. Dominik ma trasę narysowana...". Żeby nie przynudzać, bo wino się kończy, przejdę w końcu do wyprawy.

Spotykamy się w piątek na lotnisku, wylatujemy, dolatujemy i kurczę coś nie ten teges. Samolot opada, a chmury nie ustępują. Telepie jak w busie do Braniewa (słowa Gajowego), wody nie widać, w myślach słyszę już "pull up! pull up!". Lądujemy w Bergen z lekkim opóźnieniem, wychodzimy z aeroportu i "kuuurna ale piździ!". Nie żebyśmy nie byli przygotowani na wiatr z deszczem, zapakowaliśmy po kilka warstw różnego rodzaju plastiku, ale wiało jak cholera. Na wybrzeżach hulał orkan Tor i co jakiś czas rzucał młotkiem w naszą trasę. Odbiera nas Witek, równy chłop, miło się rozmawia. Miasto lekko przykorkowane, bo władze wypuściły ludzi do domów, żeby się pochowali przed sztormem; ostrzegają zamykaniem mostów, odcinaniem prądu itp. Oby tylko nie zamknęli naszych..

Rodacy ugościli nas obiadem i pierwszy raz od 5 lat pożałowałem, że jestem wegetarianinem. Zupa rybna i gulasz z renifera uświadomiły mi, jak wiele mnie ominie w podróżniczym życiu. Witek podrzuca nas jeszcze na starówkę do Bryggen i wreszcie jesteśmy zdani tylko na własne nogi! Zgodnie z 'pieczołowicie' opracowaną przeze mnie trasą biegniemy wzdłuż kamieniczek do zamku króla. A potem zmieniamy plan i lecimy w góry. Wierzcie mi lub nie, ale nie miałem pojęcia, że Bergen leży w górach. Były tak klimatyczne, że świadomie naraziłem kolegów (poza Robem, on jest najlepszym biegaczem z nas) na kilkaset metrów dodatkowych przewyższeń i ok. 10 nadmiarowych kilometrów, ale chyba żaden nie ma o to pretensji.



Znajdź dom fana Władcy Pierścieni







Na szczycie góry popełniamy jeden z największych błędów - zamiast włączyć mapę w telefonie i iść dalej szczytami, kierujemy się wskazówkami z zegarków z trackiem. A te kierują nas z powrotem do miasta. Co gorsza w czasie zbiegu rozrywa się "plecak" Robo. Master ultra zabrał na 100 km bieg po klifach worek rozdawany na gdyńskiej dyszce, ze sznurkami zamiast pasów na ramionach:

Nie utrzymał ciężaru chusteczek
Na szczęście do akcji wkracza Piotr-Commando - nauczony wyprawami do Peru, żeby zawsze nosić taśmę reperuje worek i ostatecznie ten wypełni powierzoną misję:



Część dalsza w odcinku "Escape the city"...

sobota, 28 listopada 2015

La vita e bella


Mam dwadzieścia pięć lat,
i życie połamane jak patyk.
Co spojrzę wstecz, ogromna czarna plama.
Co spojrzę przed się, twardy, zimny głaz.
Czułem powołanie w życiu swym
na księdza albo na żołnierza
i poznałem, że ni ten ani tamten
nie mają już, czego bronić.
Byłem Faustem i byłem Prometeuszem,
porównywałem pyłek wiedzy,
z wszechświatowym pyłem tajemnicy.
I wydzierałem ogień niebu,
aby go nieść swoim braciom...

Kat, Delirium Tremens

Mam 35 lat i życie tak poskładane, że może być chyba tylko gorzej. Gdy spojrzę 10 lat wstecz, widzę rozdzierającą trzewia ambicję i nieustanną potrzebę udowadniania czegoś. Czy to tylko czas, czy bieganie i wegetarianizm, czy przesiąknięcie naukami de Mello i Eckharta Tolle dołożyły swoje 3 grosze, przeżywam najlepszy okres swojego życia (w sumie fajniej było jak poznałem małżonkę, ale wtedy byłem na zakochaniowym haju :) . Marzyłem kiedyś o rysowaniu komiksów, robieniu gier komputerowych. Przez 10 lat te marzenia napędzały moje działania; kariery nie zrobiłem, ale kilkanaście gier stworzyliśmy z chłopakami, w tym przygodówkę z bohaterami naszego dzieciństwa: Kajkiem i Kokoszem. Właśnie widzę, że pisałem o tym w maju, więc nie będę się powtarzał.

Po co zatem ten wpis? Zawsze starałem się, żeby to co piszę niosło jakąś wartość dla czytelnika. Sącząc browarka natchnęło mnie, by podzielić się paroma spostrzeżeniami. Wiecie dlaczego najbardziej nie chciałem iść na etat? Bo strasznie nie cierpiałem stania w korkach. Pod koniec studiów zamieszkałem z dziewczyną i dojeżdżałem golfikiem na polibudę oraz do pracy. Kiedy miałem zajęcia na 8, musiałem wyjechać ok. 7, żeby się nie spóźnić. To doświadczenie było tak nieprzyjemne, że przez kolejne 10 lat wolałem nie ruszać się z domu :) Teraz pracuję 32 km od domu w innym mieście, ale przejazdy są jednym z najprzyjemniejszych momentów dnia. Odpalam autko, audiobooka z powieścią i przez ok. 40 minut zatapiam się w świecie komisarza Harry'ego Hole albo innego Cormorana Strike'a. Nawet przy pustej obwodnicy staram się nie przekraczać 90-100 km/h, żeby zbyt szybko nie dotrzeć na miejsce. To czas tylko dla mnie; przez lata czytałem w łóżku między 22 a północą, teraz ok. półtora godziny dziennie słucham powieści w samochodzie i to co zawsze postrzegałem jako stratę bezcennego czasu stało się relaksem.

Pracuję w Gdyni, w linii prostej 1.2 km od plaży miejskiej. Bieg na plażę, kąpiel i powrót zajmują równe pół godziny - dzięki temu morsowanie załatwiam między poniedziałkiem i piątkiem. W promieniu 1km od pracy mam do wyboru 2 bio-waye, 1 green way i bardzo fajne bistro 'feed your soul', gdzie serwują dania wegańskie bez cukru, laktozy i glutenu - wiem, brzmi to dość radykalnie, ale jedzenie smakuje tak, że koledzy z pracy stwierdzili, że mogą zostać wegetarianami, jeśli będą jedli tak codziennie.

Dzięki darmowej aplikacji duolingo uczę się od września francuskiego i niemieckiego. Francuski miałem w średniej, a niemieckiego nigdy się nie uczyłem, ale kocham kilka utworów Rammsteina i pomyślałem, że fajnie byłoby wiedzieć o czym są. Zawsze uważałem, że do życia wystarczy mi dobra znajomość angielskiego, a nauka innych języków to strata czasu. Ale teraz niemiecki mnie porwał i zmieniłem zdanie. Warto znać niemiecki, żeby wiedzieć o czym śpiewa Rammstein w Wo bist du :) Najlepsze jest to, że nauka obu języków to czysta przyjemność, bo stosuję wszystkie zasady, które wyłożyłem w cyklu o wyrabianiu nawyków. Przez lata czytałem na kibelku Duży Format, potem rozwiązywałem sudoku, a teraz trzaskam na telefonie lekcje z niemca i francuza. Czasem mam wystrzał motywacji i robię kilkanaście lekcji i powtórzeń z rzędu, czasem tłumaczę posiłkując się google translate jakiś utwór. To wystarczyło, bym po niecałych 3 miesiącach zaczął czytać proste artykuły w obu językach z serwisów dla nastolatków. Bez konkretnego celu, bez konkretnego terminu, mam zamiar powtarzać lekcje, aż będę w stanie czytać niemieckie i francuskie serwisy.

Wymieniłem wreszcie gitarę elektryczną. Starą jeszcze z czasów szkoły średniej dałem dzieciakom na dobicie, a na nowej odkryłem, że tapping na dobrej gitarze nie jest żadną magią. Z youtuba uczę się jak zagrać solówkę do One Metalliki - przez całe życie niepoprawnie trzymałem kostkę i źle czytałem niektóre znaczki przy tabulaturach, przez co kilkaset godzin nauki grania poszło w pizdu. Czyż internet nie jest największym wynalazkiem ludzkości?

Na koniec pora wspomnieć o IV biegu TriCity Ultra 80. Jesienna edycja wyszła bardzo fajnie. Wyrabiamy się jako organizatorzy, bieg staje się coraz bardziej popularny. I znowu napiszę to co przy słuchaniu audiobooków czy nauce języków: nie kieruje tu nami jakiś konkretny cel, robimy to co lubimy i wraz ze zmianą skali dostosowujemy się. Po raz pierwszy dwóch z nas musiało zrezygnować z biegu, żeby zapewnić uczestnikom prowiant, rzeczy na przebranie, podwieźć kogoś z trasy na przystanek itp. Zrobiliśmy coś dla innych i poczuliśmy satysfakcję. W zamian otrzymaliśmy sporo dowodów sympatii, jeden z biegaczy przyniósł pyszne muffinki, inni zapowiedzieli że na wiosenną edycję coś ugotują. Ponieważ to nieoficjalny bieg koleżeński, będziemy musieli po raz pierwszy wprowadzić limit uczestników, żeby nie podpaść pod jakieś przepisy.. Mieliśmy też kilka minut "sławy" w lokalnej TV:



Tricity Ultra - TVP Gdańsk
Pobudka o 5:30, wskakujemy w ciuchy biegowe, Dominik (nasz przewdonik Tarahumara) się trochę zgubił, bo pomylił Spacerową ze Słowackiego, ale ostatecznie szczęśliwie stanęliśmy na starcie... eee ... przed kamerą :D
Posted by TriCity Ultra on 27 listopada 2015


Nowa 10-latka rozwija się niespodziewanie szybko i w wielu kierunkach, więc za jakiś czas powinny pojawić się nowe tematy na blogu. Także pamiętajcie: trening, trening i jeszcze raz trening.

PS Nie piszę na razie o giełdzie, bo szykuję się do "złotego strzału". Jeśli WIG20 zjedzie poniżej 1900, zacznę planowe działanie i być może opiszę co nieco.

PS2 Musiałem wprowadzić moderację komentarzy, bo jakiś spamer wrzucił na raz 100 komentarzy, ale jak zawsze zachęcam do dzielenia się swoimi opiniami.

środa, 28 października 2015

Fiesta Łemkowyna

Die schönen Mädchen sind nicht schön. 
Die warmen Hände sind so kalt. 
Alle Uhren bleiben stehen. 
Lachen ist nicht mehr gesund, und bald...
Rammstein "Wo Bist Du"

- Dziesięć! Nine! Osiem! Seven! Sześć! Five! Cztery! Three! Dwa! One! Pooszlii!
I poszli, a raczej przetruchtali deptak, równo o północy i wkrótce skręcili na górski szlak. Trzystu, wśród nich ja. Tak się wleczemy z Tomkiem, że po pierwszym kilometrze zostajemy na końcu stawki.
- Zobacz, mieliśmy czas 10 minut na kilometr, w zeszłym roku dałoby to nam podium - zauważa i 
wybuchamy śmiechem.

Łemkowyna Ultra Trail - 150 kilometrów z Krynicy Zdrój do Komańczy, blisko 6 km przewyższeń - kolejny cel w biegowej podróży. Czy robię to dla siebie? Czy aż tak bardzo lubię bieganie, żeby doprowadzać organizm na skraj wytrzymałości? Co i komu chcę udowodnić? Co leży poza granicą niemożliwego? W tym momencie o tym nie myślę, jest przyjemnie, ciekawie, a wizja końca równie odległa co Boże Narodzenie. Wystartowałem, bo się zapisałem. Zapisałem się, bo po jakimś biegu poczułem się silny. Czy to ma znaczenie? Jestem tu, bo tego chciałem. Jesteśmy tu we czterech (TriCity Ultra) : Stasiu i Michał, dwa psy gończe, które dawno temu pognały do przodu oraz Tomek i ja, dwa parowozy, które docisną w swoim czasie.

Posuwamy się spokojnie, do pierwszego punktu żywieniowego zgodnie z planem - razem. Razem mamy dojść do kolejnego na czterdziestym ósmym kilometrze, ale przy zejściu ze stromej góry biegnę za szybko i nie czekam wystarczająco długo. Zostawiam Tomka, który wkrótce przeżywa najcięższy kryzys. Taki biegowy standard, gdy umysł głupieje na myśl o końcowych cyfrach na mecie. Co zapamiętam z biegu? Że popierdzielałem, zdychałem, ale dolałem do pieca i och ach jaki piękny wynik? Rok temu dobiegła do mety połowa ludzi, marzyłem byśmy ukończyli wszyscy razem, a być może mój przyjaciel zejdzie z trasy, bo ja będę kilka minut szybciej. Te myśli przyjdą później. Na razie jest moc i wyprzedzanie. Nadchodzi dzień.

Nie mam żadnych żeli, batonów ani innej chemii. Na punktach piję herbatę, zupę pomidorową, colę, jem herbatniki, pieczone ziemniaki, w bukłaku czysta woda. Jadę na spalaniu tłuszczowym. Pół roku temu narobiłem masę błędów i zostałem sponiewierany, ale odrobiłem lekcje i nie widzę zagrożeń. Błąd - wspinając się na Łysą Górę nie chce mi się zdejmować wiatrówki i doprowadzam do lekkiego przegrzania organizmu. Ponad godzinę zajmie mi dojście do siebie. Przynajmniej wiem co najbardziej wyciąga siły :)

80-ty kilometr, stacja Chyrowa, najtrudniejszy 80 km odcinek za mną. Dotankowuję bukłak colą, ruszam do baru po posiłek i nagle ktoś zaczepia mnie na schodkach. Zdezelowany Misiek pokazuje stopę topielca i prosi o pomoc w naklejeniu plastra. Okazuje się, że Stasiu postąpił podobnie jak ja i pognał do przodu, nie słysząc nawoływań Michała, który właśnie złapał zmorę biegaczy: ITBS (w skrócie łupie w kolanie, bo nie wytrzymał jakiś mięsień w dupie). Dla mnie wyścig się kończy, nie zostawię drugiego kolegi. To znaczy wtedy jeszcze liczę, że przeciągnę go poniżej 30 godzin, może dlatego tak ochoczo przystaję na wspólną kontynuację biegu, ale gdybym sobie przypomniał że mi ITBS nie pozwalał przebiec więcej niż 5km, to oszczędziłbym sobie późniejszego zawodu.

Przed nami dystans zeszłorocznego ŁUT70 i wydaje się, że to już bułka z masłem, tyle że w nogach mamy 80 km i jedną nieprzespaną noc, a za rogiem czai się kolejna i wciąż 70km przed nami. Zaczynam tracić złudzenia, że popędzę Michała - z ITBSem nie może zbiegać, ale pod górę też spowalnia. Się gnało na początku, się nie ma powera, sorry Misiu ale taka prawda, trzeba było na początku zamykać stawkę z Tomkiem i ze mną :) Zapada zmrok, mijają nas zawodnicy, których dawno temu zostawiłem z tyłu, czuję wewnętrzną złość, że nic nie mogę zrobić. Ale coraz częściej pojawiają się momenty, które sprawiają, że znika myślenie o biegu, mecie. Pierwszy taki moment: po zejściu z Cergowej przystaję by popatrzeć na tę piękną górę. Rok temu podziwiałem ją za dnia, teraz jest noc, niebo czyściutkie, zasłane gwiazdami, księżyc prawie w pełni. Na podłużnym szczycie góry błyskają co jakiś czas światełka - promienie latarek biegaczy, znak że walka ludzi z żywiołem trwa. Kilka kilometrów dalej, Iwonicz Zdrój, witają nas okrzyki z estrady, grupka wolontariuszy zachowuje się jak gwiazdy z Opola mające za publiczność dwóch, w porywach do czterech biegaczy. Jest chwila na ciepłą kawę, pączka, ciastka. Już nie biegnę, teraz świętuję! Jeden lubi przetańczyć noc w dyskotece, ja lubię przebiec noc w górach!

Chwile fiesty mieszają się z bezsilnością. Tempo jest dla mnie za wolne, zaczynam marznąć. Temperatura szybko spada, zrywa się silny wiatr. Zakładam wszystkie warstwy ubrań, łącznie z płaszczem przeciwdeszczowym. Michał każe mi biec samemu do stacji w Puławach. Tu kolejna impresja. Suniesz sam przez noc w sąsiedztwie mając tylko majestatyczne czarne szczyty i gdzieniegdzie wątłe światełka z okien domków, by w finale wejść w gwarny rozświetlony punkcik na ziemi. Małe kolorowe mrowisko w wielkiej ciemnej pustce. Stacja Puławy Górne, 121 km - to już standard na tym biegu, że witają mnie niezwykle przyjacielscy i pomocni wolontariusze. To tutaj serwują kultową zupę z dyni i imbiru. Jest ciepło, akumulatory ładuje spora grupa biegaczy. Wkrótce dociera Michał i gdy się wzmacniamy, do środka dziarsko wparowuje Tomek. Moment gdy nas dostrzega zapamiętam na zawsze, uśmiech rozlewa się mu po twarzy, a dłonie unoszą gdy krzyczy "Kogo ja tu widzę?!" Ulga i radość spływają na mnie, już wiem że wszyscy skończymy ten bieg.

Tomek zamierza zdrzemnąć się pół godziny, ja również podejmuję taką decyzję i coś jakby puszcza w głowie, bo zaczynam przysypiać na siedząco. Ale Misiek nie może się zatrzymywać, bo pół godziny bezruchu może go przygwoździć, więc musimy ruszać na ostatnią trzydziestkę. Pierwsze kilometry gdy wchodzimy polami pod górę są niemal mistycznym doznaniem. Niebo gwiaździste nade mną, wichura świszcze, a mimo to ciepło we mnie. Przez myśli przelatuje mi na okrągło obraz Frodo i Sama przemierzających Mordor. Byłem pewien, że taki obraz istnieje, ale złożyłem go z wielu innych, niemniej kruchość tych dwóch postaci w kapturach oddaje jak wtedy się czułem:



Przez kilka km idziemy pod górę otwartą przestrzenią, a później ok. 10 km szczytami. Na tych szczytach przeżywam poważny kryzys - gdyby nie potworne zimno, zasnąłbym. Zdaje mi się, że przysypiam gdy mrugam, czasem zarzuca mnie na bok. Krzaki układają się w postacie zwierząt, taśmy odblaskowe znaczące trasę w węże. Niebo nade mną płynie. Rozhulany wiatr przenika każdą szparę w ubraniu. Zejście, podejście, zimno, taśma, zejście, podejście, zimno, taśma... Jestem świadomy, że nie myślę racjonalnie gdy mieszam program komputerowy z trasą, ale nie potrafię naprowadzić umysłu na właściwe tory. Najgorsza jest świadomość, że taki stan będzie trwał jeszcze całe godziny! Michał mówi, żebym pił, ale woda z colą ciężko przechodzi przez gardło. Nagle coś mu się przestawia i rusza gwałtownie do przodu - idzie tak szybko, że muszę za nim truchtać. Szybsze tempo wreszcie mnie otrzeźwia, gdy nagle Michał mówi:
- Teraz będzie rzeźnia.

Zejście z Tokarni do ostatniego punktu. Na początku tak strome, w dodatku pokryte błotem, że z połowa ludzi się wywraca (w zeszłym roku sam zaliczyłem glebę). Jestem bez kijków, więc jedyna taktyka polega na zjeżdżaniu po błocie od drzewa do drzewa i machaniu rękami. Tak, teraz już senność zupełnie odchodzi. Wreszcie kończy się błoto. Biegnę, a wbite w trawę chorągiewki przewijają się niczym kadry filmu. Znowu jest ciepło. W przełęczy trwa walka z żywiołem - trzech zakapturzonych mężczyzn podtrzymuje prowiant na stoliku razem ze stolikiem. Zachęcają mnie bym usiadł w namiocie i schronił się przed wiatrem - faktycznie Misiek ze znokautowanym kolanem raczej z góry nie pobiegnie, więc mam trochę czasu :) Delektuję się kawą i czekoladą oglądając przedstawienie o polarnikach walczących z żywiołem. Wreszcie schodzi.. Tomek :) Razem z poznanym na trasie Kubą. Wkrótce ruszamy we czterech na ostatni 14-sto kilometrowy odcinek.

- A gdzie Misiek?
- Chyba został z tyłu.
- No to zrobimy to co on zawsze nam, zostawimy go :)
Jakby ktoś nie wiedział, to to był humor sytuacyjny. Do teraz gdy myślę o tej sytuacji automatycznie się uśmiecham. Szczególnie, że później Michał nam opowiedział, że pozostawiony sam w nocy w górach, w lesie,  czuł się jak pokarm dla niedźwiedzia :) Kilkanaście km przed metą czuję się, jakby było już po biegu. Owszem, trzeba dorobić te kilometry, ale organizm już odpoczywa. Do tego świta i choć wciąż cholernie wieje, rozwiewają się też resztki senności.

Na metę wpadam wyjątkowo niezajechany. Przypadkowo spełniło się moje marzenie o tym, żeby wybrać się na jakiś długi dystans i pokonać go bez dużego zmęczenia. Jest właśnie tak jak piszą w mundrych książkach: człowiek może biegać całymi dniami i nocami! Poza granicą naszych możliwości tkwią pokłady niedostępnej dotychczas energii. Sięgamy po nią, a gdy dochodzimy do kresu, znowu się odradzamy. Bieganie ultra, to bieganie głową, słabszy biegacz pokona lepszego, jeśli potrafi słuchać swojego organizmu, nie daje ponieść się euforii i regularnie uzupełnia płyny, zamiast uparcie ich odmawiać ;) Rok temu ten bieg wydawał się czymś nieosiągalnym, zwieńczeniem amatorskiej kariery ultrasa, ale wystarczyło dobrze się przygotować, zebrać doświadczenia i regularnie trenować, żeby doświadczyć go nie jako drogi przez mękę, ale prawdziwe święto biegaczy.




niedziela, 17 maja 2015

Nowa 10-latka

Tym razem nie o giełdzie, a o zmianach, które zagościły w moim życiu. Po 10 latach bycia "na swoim", prowadzeniu firmy i niezliczonych projektach biznesowo-artystycznych zmieniłem formę pracy na etat w korporacji - dlatego za jakiś czas stopka na blogu ulegnie zmianie ;) A na poważnie - na razie rzadko będę pisał na blogu, bo uczę się nowych technologii i ten proces bardzo mnie angażuje. Giełdy oczywiście nie porzucam, cały czas śledzę sytuację makro i doglądam wybrane spółki, ale aktywny trading zamieniłem na długoterminowe inwestowanie.

Kotli mi się w głowie wiele tematów do opisania, czasem podczas biegu potrafię zbudować cały artykuł, ale gdy już dotrę do domu, nie znajduję motywacji by przelać go na bloga. Na razie chłonę nowe życie i mam zamiar trochę więcej z niego korzystać. Wrócę do regularnego pisania, gdy będę tego potrzebował. Żeby jednak blog całkowicie nie umarł mam coś w zanadrzu:
napomknąłem kilka miesięcy temu, że piszę książkę. Testując techniki planowania nawyków postanowiłem zrealizować jedno z marzeń i napisać ebooka. Skończyłem go jakiś czas temu, ale uznałem, że nie nadaje się do upublicznienia. Jednak dziś podczas biegu Tomek przekonał mnie, że nikomu nie zaszkodzę udostępniając swe "dzieło", a może komuś efekty moich badań i przemyśleń się przydadzą, dlatego postanowiłem się nimi podzielić. Odcinki książki będę publikował co tydzień na blogu (wprowadzając w ten sposób korekty do tekstu), a potem udostępnię całość jako jeden pdf.

Dzięki wydawnictwu Egmont na rynku ukazały się dwie książki, które stworzyliśmy z Andrzejem ( http://www.dagiel.pl/index.php?menu=ksiazki&submenu=glowna ), ale były to pozycje edukacyjne dla dzieci, wypełnione głównie grafikami. Ebook, który chcę Wam udostępnić dotyczy tego członu ze stopki: "...[blog o] rozwoju osobistym, przemyślenia na temat egzystencji, poszerzanie świadomości...". Głośno myślałem też o giełdowym ebooku, bo wierzę że kilkanaście spółek, które kupiłem w tym roku da sporo zarobić (na razie od stycznia ponad 20%) ale jednak nie jestem jeszcze gotowy - jeśli dorobię się na giełdzie milionów, to wtedy będę się czuł kompetentny do sprzedawania takiej wiedzy.

Zostawiam zatem "starą"  dziesięciolatkę, którą liczę od skończenia studiów i startu własnego biznesu. Nie poszedłem na swoje dlatego, że marzyłem o wielkich pieniądzach. Kierowała mną nieodparta potrzeba tworzenia i wymyślania. Napisałem engine do gier, język programowania, liczne języki skryptowe, wiele gier i programów edukacyjnych, narzędzia do analizy danych giełdowych. Była to wspaniała przygoda, która kumulowała ok. 4 lata temu wraz z premierą przygodówki Kajko i Kokosz Twierdza Czarnoksiężnika . W tym czasie wkręciłem się też w giełdę, bieganie, wegetarianizm, tematykę przebudzenia i rozwoju osobistego (opartego o badania naukowe, a nie gadki motywacyjne różnych guru).

Z czasem zacząłem się jednak wypalać. Robienie prostych gierek na telefony i tablety nie przynosiło  frajdy i spodziewanych zysków, duże gry na PC podupadły, a zlecenia nie różniły się specjalnie od pracy na etacie, tyle że odpowiedzialność była dużo wyższa. Coraz bardziej czułem, że przestaję się rozwijać jako programista. Drążyłem swoją wąską dziedzinę, tylko czasami podczas zleceń miałem kontakt z informatykami, którzy pokazywali inny punkt widzenia. Odejście od zleceń wpłynęło pozytywnie na motywację, ale pogorszyło sytuację finansową. W natłoku mikro zadań brakowało mi stanu koncentracji, który towarzyszył pracy nad językiem programowania czy bibliotekami do gier. Nagle możliwość pracy wyłącznie jako programista stała się najlepszym wyjściem - szczególnie, że nadarzyła się okazja trafić do zespołu pracującego nad rozproszonym systemem w języku funkcyjnym... No i tak poszło - po takiej zmianie czuję się jakbym dopiero co skończył studia :)

Zatem: w najbliższych miesiącach skupiam się głównie na poznawaniu wszystkiego co dotyczy mojego zakresu obowiązków (nie rozumiem, dlaczego wszyscy się ze mnie śmieją, gdy mówię że chcę poznać cały system ;) , znaleźć odpowiedzi na pytanie dlaczego używamy różnych technologii, dlaczego je wymyślono i jak je usprawnić oraz na przygotowaniach do jesiennego biegu Łemkowyna Ultra Trail 150 (jak mnie najdzie przy piwku, to skrobnę też relację z 96 km biegu w Pieninach Niepokorny Mnich, bo chyba jeszcze nigdy nie dostałem tak w kość). Od czasu do czasu wrzucę na bloga coś o giełdzie i co tydzień fragment książki. Skoro wciąż zaglądacie na bloga, jest sens go dalej pisać.

Dziękuję za wszystkie merytoryczne komentarze, bardzo chętnie odpisuję na każdy (jeśli o komuś z Was nie odpisałem, to musiałem niechcący przeoczyć). Jednocześnie jeszcze raz proszę pozycjonerów o nie wklejanie komentarzy z reklamami sklepów i usług. Nie dość, że nie wnoszą żadnej wartości (zazwyczaj ich treść ogranicza się do banału w stylu "świetny artykuł, zgadzam się, aczkolwiek nie do końca"), to świadczą o waszym braku szacunku dla mojego wysiłku. Nie chcę wprowadzać moderacji, czy w ogóle rezygnować z publicznej dyskusji, jak zrobił to testeq z bloga Biznes bez stresu. Sami nie chcielibyście być wykorzystywani, nie róbcie tego zatem innym.

piątek, 19 grudnia 2014

Podsumowania roku: pamięć i byt

Dobiega końca kolejny rok. Zabawne - gdy myślę o początkach blogowania, nie widzę od tamtego czasu jakichś istotnych zmian w życiu; wciąż wydaje mi się, jakbym pisał od niedawna. Tymczasem mająca rok w 2008 r. córka chodzi już do szkoły, a druga, której wtedy nie było jeszcze w planach, do przedszkola. Odprowadzanie i przyprowadzanie ich wyznacza codzienny rytm. Jeżeli będę żył za 20 lat i ten blog przetrwa w sieci, to chyba tylko dzięki niemu dowiem się ile spraw wydarzyło się w moim życiu.

Czasami trafiam na swoje stare wpisy i dziwię się, że wiedziałem coś, czego teraz nie wiem. Że coś studiowałem i ćwiczyłem, ale już nie pamiętam i gdy przeczytam podobną rzecz w jakiejś książce rozwojowej, to jestem pełen zdumienia -  cóż za świetne rozwiązanie! gdybym wcześniej je znał i stosował... Zapominanie jest wpisane w strukturę mózgów; za każdym razem gdy coś sobie przypominamy, dokonujemy reinterpretacji i w pamięci zachowujemy zmodyfikowane wspomnienie. Mechanizm ten można wykorzystać do tworzenia fałszywych wspomnień, ale historia Sołomona Szerieszewskiego przekonuje, że zapominanie to rozsądny wynalazek ewolucyjny.

Podziwiamy ludzi, którzy dokonali wielkich rzeczy, tymczasem jeśli przez kolejne lata trwali w stagnacji, okazują się zwykłymi przeciętniakami. Aktor tworzy głęboką, chwytającą za serce kreację w filmie sprzed 30 lat, a w dzisiejszym wywiadzie słyszysz tylko "ja to, ja tamto". Jeszcze gorzej kończą mistrzowie duchowi. Kiedy interesowałem się przebudzeniem przeczytałem wiele otwierających oczy artykułów m.in. Osho, tymczasem facet skończył jako zbzikowany dziadzio z rozdętym ego.

Filary nauk o przebudzeniu opierają się o nie identyfikowanie się z koncepcjami kim jesteś. Nie jesteś myślami, uczuciami, historią człowieka. Myśli i uczucia są reakcjami w ciele, wspomnienia są strukturami w mózgu. Ego to zbiór wyobrażeń z którymi się identyfikujesz. W rzeczywistości każde takie wyobrażenie jest tylko modelem. Może uważasz siebie za czułego człowieka, ale jeśli doznasz wypadku, w którym uszkodzona zostanie struktura mózgu odpowiedzialna za empatię, staniesz się nieczułym na cierpienie innych psychopatą. Czy to nadal będziesz ty, czy już inna osoba? Będziesz odczuwał wszystko jak przed wypadkiem, ale dobro i zło zredukuje się do 'przyjemnie-nieprzyjemne dla mnie'. Trudno wyobrazić sobie, że można np. stracić pamięć i w konsekwencji nie czuć nic wobec  bliskich.

Tak bardzo boimy się, że możemy być tymczasowym układem biologicznych struktur wymieniających sygnały, że tworzymy wizje niepodzielnych, duchowych substancji, które mają wszystkie "nasze" własności (uczucia, wspomnienia, myśli). Nawet ateista uważający religijne wyobrażenia za bzdury i uznający maszynowo-komputerową wizję człowieka, postrzega swoje życie w relacji "ja i świat". To "ja" jest takim samym zbiorem przekonań co "ja" głęboko wierzącego. Czymże jest zatem prawdziwe JA, o którym nauczają duchowi przewodnicy? Odpowiedzi na to pytanie nie należy szukać w definicjach, bramą do niej ma być doświadczanie 'tu i teraz', wiecznego teraźniejszego momentu. Odpowiedź też nie daje ukojenia umysłowi, gdyż sprowadza się do akceptacji Rzeczywistości. JA JESTEM to wszystko co jest prawdziwe, reszta jest modelem, interpretacją, wierzeniem.

Według duchowych mistrzów dopiero w stanie pogodzenia możemy świadomie projektować nasze życie, inaczej sięganie po marzenia będzie tylko próbą ucieczki przed lękiem o unicestwienie. Gdy akceptujesz obecny moment na zewnątrz nic się nie zmienia: dalej planujesz, marzysz, chodzisz do pracy, spotykasz się ze znajomymi, doświadczasz radości i smutku, jednak wewnętrznie czujesz się już spełniony. Ale nawet celebrowanie Istnienia nie chroni nas przed zejściem ze ścieżki i zbzikowaniem na starość :)

czwartek, 11 grudnia 2014

Dieta cz. 5/5 Jesteś tym, co jesz

Nadchodzi koniec roku, więc czas na podsumowanie niektórych wątków - dziś biorę na tapetę cykl dietetyczny. Przyznam, że musiałem zajrzeć do pierwszej części cyklu, żeby zorientować się, dlaczego zacząłem pisać o jedzeniu :) Genezą były maile z pytaniami o dietę wegetariańską. Postanowiłem uporządkować i uzasadnić efekty swoich eksperymentów i studiów nad odżywianiem na przestrzeni 20 lat (z przerwami oczywiście).

Przez pierwsze 5 lat kierowałem się modnymi w latach 90-tych wśród kulturystów dietami wysoko-białkowymi i nisko-tłuszczowymi. Był to okres końca podstawówki (teraz gimnazjum) i szkoły średniej. Przejadanie się produktami mlecznymi i mięsem miało swoje konsekwencje zdrowotne, dlatego w wieku 20 lat bardzo silnie wpłynęła na mnie książka Tombaka. Tezy o szkodliwości mleka, mąki i cukru były na tamte czasy rewolucyjne. Zacząłem stosować diety oczyszczające, straciłem parę kg mięśni, ale odzyskałem węch i znacząco zredukowałem problemy laryngologiczne. Przemodelowanie myślenia (z dużo białka na dużo warzyw i owoców, unikać mącznych ciast, białego pieczywa itd.) przyczyniło się do zmiany nawyków żywieniowych i nawet jak przestałem zajmować się tematem odżywiania, nie groziła mi nadwaga.

Temat odżywiania wrócił w 2011 roku, kiedy zacząłem biegać. Raz że po lekkich posiłkach szybko mogłem wyskoczyć na trening, dwa że nie powodowały żadnych dolegliwości dziąseł i zębów. Włókna mięsa wchodziły w szpary między zębami i powodowały krwawienie. Pod wpływem książki duchowej jednego dnia przekroczyłem Rubikon i postanowiłem, że z mięs będę jadł tylko sporadycznie ryby. Kilka miesięcy później zrezygnowałem z każdego mięsa. 3 lata więcej potrzebowałem na odstawienie mleka i cukru.

Pisałem nie raz, że dieta jest rodzajem religii i nie chcę nikogo przekonywać do swoich racji. Chcę natomiast naświetlić motywy, interpretacje badań i własne doświadczenia, które być może okażą się dla kogoś pomocne. Zapewne część z nich jest błędna, chętnie dowiem się tego z Waszych komentarzy.

W ostatnim odcinku cyklu postanowiłem przedstawić swój punkt widzenia na przekonania i argumenty używane przez mięsożerców, wegetarian i wegan w dyskusjach.

Bez mięsa nie da się żyć.
Bzdura, szczególnie gdy jemy nabiał i jajka. Jeśli w ogóle rezygnujemy z produktów pochodzenia zwierzęcego, musimy suplementować witaminę B12. Istnieją społeczności wegańskie w Indiach i Iranie, które nie muszą jeść syntetycznej witaminy, ale dlatego, że spożywają niemyte warzywa i owoce. Z oczywistych względów jest to w naszym kręgu kulturowym niedopuszczalne.

Na naszej szerokości geograficznej jedzenie mięsa ma długą tradycję, bo zapewniało konserwację jedzenia na zimę (w postaci żywego inwentarza) i lepszą ochronę przed zimnem (tkanka tłuszczowa). Wiem coś niestety o tym, bo o ile całą pierwszą zimę przebiegałem w krótkich spodniach i zwykłej bluzie, to teraz w mrozy muszę biegać z 3 warstwami ubrań. Podjąłem w tym roku konkretną walkę z wyziębianiem organizmu (od sierpnia zimne prysznice, od października regularne morsowanie), więc jeśli będą efekty, napiszę o tym artykuł. W obecnych czasach zdobycie i przechowanie żywności nie jest żadnym problemem. W środku zimy możemy jeść świeżutkie owoce i warzywa z Afryki czy Ameryki Południowej, krajowe rośliny są przechowywane w takich warunkach, że dopiero na wiosnę tracą smak.

Człowiek jest roślinożercą.
Nie - człowiek jest wszystkożercą, ale ma więcej cech roślinożercy.

Jedzenie mięsa jest moralnie złe.
Grube nadużycie. W ogóle uważanie siebie za kogoś lepszego od innych, bo się nie je mięsa jest bardzo niebezpieczne, stąd pewnie tak wielu nawiedzonych kaznodziei wśród wegan. Z drugiej strony - jako dzieciak pod wpływem serialu Północ Południe zastanawiałem się czy wśród południowców byli dobrzy ludzie. No bo jak to, przecież tam było niewolnictwo; jak dobra, kochająca matka Orryego mogła żyć ze świadomością, że jej bogactwo jest zbudowane na wykorzystywaniu i katowaniu murzynów na plantacji? Potem w szkole odkrywałem kolejne "szokujące" fakty o eksploatowaniu ludzi w starożytnym Rzymie itd.

Dlaczego potrafimy być wobec jednych osób czuli i empatyczni, a innych traktować jak przedmiot? Wystarczy przestawić klapkę w mózgu i żołnierz nie zabija ludzi, tylko terrorystów. W czasie wojny secesyjnej znajdowano na polach bitwy karabiny z kilkunastoma ładunkami - żołnierze nie strzelali, bo nie chcieli zabijać. Tak narodziła się killologia - nauka o zabijaniu. Teraz żołnierze nie zabijają ludzi, tylko likwidują cele. Ten sam mechanizm sprawia, że nie czujemy żadnego dyskomfortu jedząc mięso. Widok cierpiących zwierząt w ubojni czy hodowli nie budzi emocji, bo to jedzenie, a nie żywe istoty. Ale już widok własnego psa, który może być głupszy od świni, to co innego - to istota z własnymi upodobaniami, przyjaciel rodziny itd.

Myślę, że kiedyś ludzie będą się dziwić, dlaczego zaawansowana cywilizacja z XXI wieku zjadała zwierzęta. Produkowali w fabrykach większość pożywienia, mięso przecież i tak pompowali chemikaliami, a mimo to nie tworzyli masowo produktów roślinnych smakujących jak mięso.

Używanie i jedzenie wszelkich produktów odzwierzęcych jest złe.
To stwierdzenie jest właśnie przykładem fanatyzmu. O ile rozumiem, że należy minimalizować cierpienie ssaków, ptaków, nawet ryb, to już wkładanie do worka z nimi owadów jest przegięciem. Największym przegięciem jest niejedzenie z tego powodu miodu. Gość się rozpisuje o stresie pszczoły w trakcie płoszenia dymem, a nie widzi problemu w tym, że sam zjada pryskane warzywa. Na każdą zestresowaną pszczółkę przypadają tysiące zagazowanych (na śmierć) owadów, które chciały podjeść liście soi, jednak miód niet, a soja tak. Kto miał drzewko owocowe na działce i go nie pryskał, ten wie, że po paru latach jakieś 80% owoców ma robale. Zgodnie z logiką nie krzywdzenia żadnego zwierzątka należałoby jeść tylko 20% zbiorów, a znalezione robaki humanitarnie eksmitować do nowych owoców.

Poza tym pszczelarze to jedna z najpożyteczniejszych grup zawodowych. W Japonii ingerencja przemysłu w środowisko jest tak duża, że pszczoły masowo wymierają i sadownicy muszą sami zapylać kwiaty. Gdyby nie pszczelarze-pasjonaci w Polsce, w niejednej gminie bezmyślni rolnicy wytruliby opryskami pszczoły.

Mięso jest smaczniejsze.
Wydaje się smaczniejsze, bo jemy je przez całe życie. Pamiętam, jak pierwszy raz po przejściu na wegetarianizm dostałem ślinotoku na zapach mięsa - w niedzielę rano, gdy żona gotowała dzieciom parówki. Zapach parówek, świeżej bułeczki i keczupu w niedzielny poranek miałem silnie zakorzeniony we wspomnieniach z dzieciństwa. Żadna wykwintna pieczeń nie pachniała tak zachęcająco. No może przypieczona skórka od kurczaka..

Teraz moje posiłki są bardzo proste. Kasze, ryż naturalny, potrawki z warzyw i surowe owoce. Wystarczy jakiś dłuższy wyjazd, w czasie którego karmię się kanapkami, pizzą i frytkami, bym marzył o furce ryżu z warzywami. Zresztą tym, co najlepiej pachnie w potrawach mięsnych są zioła i przyprawy zmieszane z tłuszczem. Spróbujcie kiedyś dobrze przyrządzone kotlety z ciecierzycy, fasoli czy soi.

Mięso daje energię.
Nie prawda. Białko jest najgorszym źródłem energii. Im bardziej mięso tłuste i spreparowane (mielone, smażone), tym więcej daje energii, ale co za problem uzyskać to z roślin. Zastanawiające, że wśród ultra-sportowców odsetek wegan i wegetarian jest wyższy, niż w reszcie populacji. Uważają, że szybciej się regenerują, mają mniej kontuzji i lepszą wytrzymałość. Ze swoich startów w biegach ultra wiem tyle, że po ok. 40-50 km nie mogę już patrzeć na cukier, nie jem żadnych żeli, izotoników, ani batonów, a pragnę jedynie pożywnego warzywnego obiadku. Choć na 80km spalam jakieś 6 tys. kalorii, kilkuset kaloryczny obiad stawia mnie na nogi. Dopiero z pełnym brzuchem mogę uzupełniać później energię słodkimi napojami lub czekoladą.

Tłuszcz zwierzęcy jest główną przyczyną chorób wieńcowych.
Prawda, choć ostatnie badania wskazują, że wydatnie pomaga mu w tym spożywanie węglowodanów prostych. Po tym jak w USA nakręcono spiralę anty-zwierzęco-tłuszczową i przemysł zaczął walić do wszystkiego margarynę i cukier (żeby jakoś smakowało) epidemia zawałów i otyłości tylko się zwiększyła. Dlatego powtarzam - wegetarianizm to nie dieta, dla zdrowia lepiej wyjdzie, jeśli będziemy jedli schabowego z ziemniakami i surówką, niż naleśniki, kluski i pierogi. Niemniej różnicę między olejem roślinnym i tłuszczem zwierzęcym dobrze widać po obiedzie - talerz po usmażonych warzywach mogę wymyć samą wodą, czego nie ma szans zrobić z talerzem pokrytym smalcem po mięsnej pieczeni. Jeśli podobnie jest w naszych tętnicach, nie dziwi, że połowa ludzi w społeczeństwach rozwiniętych umiera na choroby serca.

Uff rozpisałem się dziś. Temat odżywiania chwilowo wyczerpany, ale jeśli tylko pojawi się biedronkowa wyciskarka soków, znowu coś skrobnę. Jestem ciekaw Waszych opinii - czy ten cykl był dla Was ciekawy? Czy skorzystaliście z tego co napisałem?

Poprzednie części:
http://podtworca.blogspot.com/2014/05/dieta-cz1-system-wierzen.html
http://podtworca.blogspot.com/2014/06/dieta-cz2-wybor.html
http://podtworca.blogspot.com/2014/09/dieta-cz-3-natura-paleo-i-wege.html
http://podtworca.blogspot.com/2014/11/dieta-cz-45-sodka-smierc.html

czwartek, 30 października 2014

Łemkowyna Ultra Trail 70

Aloha góry!

Rekonesans przed pierwszym górskim ultra spełnił dwie ważne funkcje: dostarczył cennych informacji jak nie tracić energii na trasie i potwierdził formę odpowiednią do biegu. Pozostało tylko czekanie na piątkowy poranek 24 października. Punkt 6 zajechał Tomek po mnie i Staszka. Na koncie tylko 5 godzin snu. Kilkanaście minut później zgarniamy Michała i ekipa TriCity Ultra w komplecie obiera kurs na południe.

Prawdziwi ultrasi są przygotowani nawet na uderzenie nuklearne.

Podróż w towarzystwie kolegów nie różni się specjalnie od siedzenia w klubie, poza tym, że gdy kieruje Tomek, nie pijemy. Mimo to czas szybko upływa na rozmowach i udowadnianiu swoich racji.

Zajęliśmy 4-os. pokój na samej górze.
Polska zmieniła się. W czasach gdy jeździłem w góry na kolonie, podróż potrafiła zająć prawie dobę. Tymczasem po autostradach i całkiem niezłych lokalnych drogach dotarliśmy z drugiego krańca Polski (Gdańsk) do Chyrowej w nieco ponad 8 godzin. Oburzało to każdego napotkanego Warszawiaka, który w podróży spędził ledwie godzinę mniej.

Zakwaterowaliśmy się w stacji Chyrowa Ski, która była jednocześnie punktem startowym ŁUT70. Mając kilkanaście godzin do startu, perspektywę wygodnego noclegu i bar pod nosem przystąpiliśmy do uzupełniania minerałów i glikogenu w mięśniach:

Inni goście jeszcze w drodze, więc pizza i pilot do TV nasze.

Potem rejestracja u organizatora, pakowanie plecaków i hulaj dusza - piekła nie ma! Mogę wcinać cukier, jutro i tak wszystko przepalę z nawiązką.

Naprawdę nie wiem po kiego grzyba zapuściliśmy
 z Tomkiem te brody.

Już wkrótce przedostatnia część cyklu o diecie:
cukier - słodka śmierć!


3... 2... 1... 0... START!

Kolejna kiepsko przespana noc, kolejna pobudka przed 5, ale też sporo ekscytacji. Przed biegiem na dyszkę, pół czy maratonem denerwowałbym się, bo tam walczę o wynik. Przed ultra nastawiam się na przygodę. Zasada jest prosta - po dystansie ok. jednego maratonu należy dużo zjeść, wypocząć i czuć się tak, jakby bieg dopiero się zaczynał. Przede mną cały dzień w przepięknym otoczeniu! Ranek jest zimny, lekkie zachmurzenie zwiastuje słoneczko. W ekipie różne nastroje, Staszek powtarza, że trzeba nap...lać, Tomek pełen rezerwy jak to będzie, a Michał wygląda jakby wybrał się zapolować na niedźwiedzia, o którym ostatnio głośno.

Założyłem 2 koszulki i kurtkę, w pogotowiu kurtka przeciwdeszczowa, więc nie powinienem się wyziębić. W tym samym zestawie latałem zimą; dopóki się ruszasz i krąży krew, nie marzniesz. Wreszcie odliczanie i start. Spokojnym truchtem podążam w peletonie.

fot. Organizator

Mijamy klimatyczną cerkiew, niestety czas mam tylko na odwrócenie głowy w jej stronę. Uzbrojony w baterię batonów i żeli Staszek wyrwał do przodu i tyle go widzieli, Tomek ustawił się z tyłu i buszuje w płytach, a my z Michałem co rusz się mijamy. Rzucam do niego: "jak obstawiasz? na którym kilometrze odetnie Stasia od tlenu? Stawiam na 25-ty!" Michał typuje 40-sty. Tempo Michała jest dla mnie zbyt szybkie jak na początek biegu, więc w trakcie podejścia pod Chyrową znika mi z horyzontu. Chodzenie w ultra jest moją piętą achillesową, szybko odstaję, więc wolę truchtać do przodu, a potem czekać na chłopaków. W górach truchtanie na szczyt na razie nie przejdzie, więc po prostu wolno wchodzę i daję się wyprzedzać. Na zbiegach za to pędzę jak lawina i szybko odrabiam straty. W ten sposób często mijamy się z Michałem, który trzyma równiejsze tempo.

Magia gór.

Beskid niski rzeczywiście jest niski. Jadąc tu spodziewałem się czegoś w stylu Karkonoszy, a zobaczyłem porośnięte lasami szczyty, niewiele tylko większe od parowów w rodzinnej pradolinie Wisły. Co z tego, że szczyt ma 700 metrów n.p.m, skoro podłoże jest na 350-400 metrach. Gdańskie moreny mają średnio 120 metrów wysokości, w Gdyni 150, ale patrząc z poziomu morza to tylko 2-3 razy mniej. Tak sobie dywagując wspiąłem się na górę Cergową i pojąłem, dlaczego kocha się góry.


Najpierw dosłownie granica między jesienią a zimą, a potem widok jeszcze piękniejszy, który skłonił mnie do przystanięcia - panorama okolicy. Wciąż nie byłem w pełni świadomy, że jestem na szczycie góry (niestety bieg ultra ma więcej wspólnego z walką i wysiłkiem, niż turystycznym podziwianiem widoków), a nie jakiegoś dłuższego masywu. Dopiero gdy zbiegłem i odwróciłem się, ujrzałem górę w pełnej krasie i uważam ją za najpiękniejszą z całej wyprawy.

Przy okazji zdążyłem już przyzwyczaić się do obłoconych szlaków. Dopóki błoto było po kostki, nie martwiłem się w nieprzemakalnych trailowych lidlerkach. Niektórzy przechrzcili ten bieg na Błotowyna Ultra Trail.

Biegowa rzeczywistość.

Ok. 23 km pierwszy punkt odżywczy w Iwoniczu-Zdrój. Piękne zabudowania uzdrowiskowe, pijalnia wód, architektonicznie skojarzyły mi się z klasycystycznymi Suwałkami. O Staszku nikt nie słyszał, za to spotkałem ponownie Michała. Kawuńcia, orzeszki, izo i w drogę. Tempo Michała nadal zbyt szybkie dla mnie, więc tracimy kontakt na kolejne 20 km.

Zaczyna się etap, za którym niezbyt przepadam - ciało ma jeszcze dużo energii, ale odczuwa zmęczenie; wypala się glikogen w mięśniach. Jednocześnie umysł pracuje na pełnych obrotach, więc myśli biegają głównie wokół wyścigu. Jak przebiec ten, a ten odcinek, czy już wyprzedzać. Bardzo silnie umysłowo angażuje zbieganie po kamieniach, korzeniach i błocie z góry. Kiedy wreszcie trafia się płaski odcinek, oddaję się na chwilę rozmyślaniom i zaraz ląduję w błocie po raz pierwszy. Nie ma lekko, trzeba się cały czas koncentrować.

Do punktu odżywczego na ok. 40-stym km w Puławach docieram po ok. 5 i pół godzinie. Spotykam tam oczywiście Michała :) Po Staszku ani widu, ani słychu. Wreszcie wege zupka dyniowa i wege pieczone ziemniaczki! Rozsiadam się na murku, delektuję obiadkiem, jeden z wolontariuszy uzupełnia bukłak. Załoga punktu spisuje się na medal. Kiedy opuszczamy stację narciarską, zapominamy o maratonie w nogach, zaczyna się prawdziwe ultra!

Przed nami najdłuższy odcinek pod górę. Kilka kilometrów chodzenia. Michał wtedy odchodzi do przodu, a na równiejszych odcinkach podbiegam do niego. Chodzenie nie męczy, więc jest przyjemnie, podziwiam od czasu do czasu widoki. Innych zawodników prawie nie widać. Z przodu majaczy szczyt Skibce, za którym wreszcie będziemy mogli biec. Osiągamy go i strzelamy selfie ku pamięci:

Muzyka w tle: "Don't cry tonight" Savage

Słońce nam sprzyja, jest ciepełko. I tak mógłbym już przejść do finału biegu, gdyby nie małe zamieszanie. Po jakimś kilometrze biegu poczułem głód. Zgodnie z zasadami wyniesionymi z rekonesansu oznajmiłem Michałowi, że muszę się zatrzymać, żeby na spokojnie przełknąć czekoladę, i że później go dogonię. Usiadłem na pieńku, delektuję się czekoladą. W przeciągu kilku minut przebiegają 4 dziewczyny i tylko 1 chłopak. Każdy pyta się czy wszystko OK, oczywiście potwierdzam i proponuję czekoladkę, z której korzysta tylko jedna zawodniczka. Po konsumpcji rzucam się w pościg. Mijając 2 koleżanki schodzę na metr od szlaku na trawkę, która okazuje się sprytnie zamaskowaną kałużą. Ładuję się po kolana w wodę i wszystkie atuty nieprzemakalnych butów grają teraz na moją niekorzyść. Zimna woda chlupocze w prawym bucie i nie ma szans, żeby ją stamtąd wydostać. Mógłbym z 10 razy wyżymać skarpetkę, ale szkoda mi czasu, więc lecę dalej i myślę co z tym fantem zrobić. Na szczęście z czasem woda się ociepla i chyba jakoś wydostaje przez dziurki od sznurowadeł.

Zbieg do ostatniego punktu odżywczego przed metą to najbardziej zakręcony odcinek. 3/4 członków naszej ekipy zaliczyło glebę (dwóch w tym ja ryknęło soczyste k..wa!) na stromej błotnistej ślizgawicy. Udało mi się zejść tylko dzięki skakaniu od drzewa do drzewa. W Przybyszowie nie czuję głodu, więc opijam się colą (której na co dzień nie tykam) i wodą. Oczywiście czeka tam już na mnie Michał :) Tradycyjnie ruszamy razem, tradycyjnie zaczyna się pod górę i tradycyjnie wkrótce zostaję sam z tyłu.

Let's the party begin!

Wchodzę w stan upojenia cukrowo-odległościowego, które pojawia się ok. 60-tego km. Podobnie jak na Tricity Ultra 80 zalewa mnie poczucie mocy. Ale tu kurna tylko w górę i w górę! Ciągłe podchodzenie zaczyna mnie irytować. Przebiegniesz 100 metrów, a tu znowu 100 metrów w górę, które trwa kilka razy dłużej. Wreszcie zaczyna się ostatnie 10km, które biegnie prawie cały czas w dół do Komańczy. Umysł nie zajmuje się już pierdołami typu myślenie, wreszcie rozpoczyna się bieg. Wchodzę w skórę prehistorycznego myśliwego, który ma w głowie tylko jeden cel: dorwać Staszka! Biegnę już cały czas, nawet pod mniejsze górki.

Mijam Michała i grupkę biegaczy, z którymi ruszyliśmy z Przybyszowa. Euforia biegacza zamienia się w obojętność, biegnę już tylko po to, żeby dobiec. Ciało biegnie samo jak idealnie nakręcony mechanizm, a umysł skupia się tylko na poprawnym postawieniu stopy w morzu błota, żeby nic nie skręcić i względnie nie zamoczyć. Wkrótce obojętność przeradza się w amok. Właśnie to słowo przychodzi mi do głowy, gdy próbuję określić stan, w jakim się znajduję. Do mety jakieś 3-4 km, które wydają się dystansem maratońskim, a z drugiej strony czuję się jakbym już ukończył bieg. Przeliczam je na okrążenia wokół stawu, przy którym biegam zimą. Wybiegłem na trening i zaraz wracam do domu, hej!

W tym amoku trafiam na zakręt, za którym umysł nie znajduje w błocie stabilnego punktu oparcia pod stopę. Za chwilę leżę w rowie z nogami w górze i głową w dół. Jedyny obraz jaki podsuwa mi umysł, to pijany brodaty żulik, który wylądował w rowie, więc zamiast przekleństwa jak przy poprzednich obu wypadkach z moich ust wydobywa się śmiech. Wstaję i lecę dalej. Wreszcie widzę w dole za drzewami skrawki ulicy - chodzą słuchy, że od ulicy do mety są już tylko 2 kilometry!

Wybiegam na asfalt, widzę jakichś ludzi, którzy dopingują zawodników. Nie jestem oryginalny, więc zadaję im to samo pytanie, co wszyscy: ile jeszcze do mety?? Jeden przezornie milczy, drugi kłamie mi w żywe oczy: "jeszcze 600 metrów, jesteś prawie na mecie." Wiadomo, że kłamie, tylko jak bardzo kłamie? 600, 1600, 2600? Człapię teraz główną ulicą Komańczy, dobiegam 2 idących zawodników i zagaduję cienkim głosikiem: "chłopaki, podobno za tamtym zakrętem jest meta, dawajcie!" Uśmiechają się i mówią, że zbierają siły na ostatnią prostą. Za zakrętem naprawdę jest już ostatnia prosta! Widzę finisz, podnoszę dłoń, coś krzyczę, wpadam na metę (czas 10:04:38), dostaję medal i let's the party begin!

A taki był ładny bucik, amerykański, szkoda 
Wreszcie dopadłem Staszka - czekał na mecie od pół godziny :) 10 minut później przybiega Michał, a pół godziny po nim Tomek.

When the music's over.

Rozpisałem się okrutnie, ciekawe czy dotarł do tego momentu ktoś więcej poza kolegami z TriCity Ultra :) Wróciliśmy do stacji Chyrowa w świetnych humorach. Jedni marzyli o piwie, inni o schabowym z frytkami, ja o gorącym prysznicu i goleniu. Wreszcie uwolniłem się od postanowienia rzuconego bezmyślnie w sierpniu "chodźcie się nie golimy do łemko" i znowu wyglądałem jak człowiek, a nie ultras. Kiedy następnego dnia wróciłem do domu starsza córka popłakała się, "bo tata jest jakiś inny". Muszę się częściej golić, bo podobno córki wybierają facetów podobnych do ojców, a nie chcę, żeby się zadawała z jakimś wagabundą.

Powrót taty. Od prawej: miszcz, Benny Andersson, Michał i ja