wtorek, 16 lipca 2019

Ucieczka do płynności

Rozważmy trzy wykresy (ostatnie 10 lat).

Wszystkie spółki z GPW, dla których średni obrót z ostatnich 50 sesji jest większy lub równy milion:


Wszystkie spółki z GPW, dla których średni obrót z ostatnich 50 sesji jest między 100 a 500 tys.:



Wszystkie spółki z GPW, dla których średni obrót z ostatnich 50 sesji jest między 10 a 40 tys.:


Kto ma przewagę płynnych spółek w portfelu, ma od grudnia hossę. Kto postawił na niepłynne maluchy, ma od 2 lat i 2 miesięcy bessę. Kto siedzi w średniakach widzi, że jego portfel zachowuje się średnio.

Zajrzyjmy jeszcze na stosunek wykresów płynne vs niepłynne na tle wykresu nieważonego wszystkich spółek za ostatnie 10 lat:


Trend trwa, i bije kolejne rekordy. Wypiszmy kolejne ekstrema:
2010.01.05
2012.01.12 - 24 miesiące od poprzedniego
2012.12.27 - 12 mies.
2014.12.02 - 24 mies.
2017.09.20 - 33 mies.
2019.07.?? - 22 mies.

Jakiegoś schematu czasowego nie widzę. Widać natomiast synchronizację dołków na całym rynku ze szczytami siły płynnych vs niepłynnych. Tych drugich jest znacznie więcej, dlatego mają większy wpływ na wykres nieważony całego rynku.

Wykresy pokazują starą giełdową prawdę, że najpierw rosną duże spółki, potem przychodzi czas na średnie, a dopiero na końcu startują małe. To w tej ostatniej fazie rosną giełdowe fortunki; póki co mamy kiszenie ogóra i lepiej wyskoczyć gdzieś na wakacyjny urlop, niż śledzić notowania.

środa, 10 lipca 2019

Polowanie na PEO

Odbiła Tepsa, odbiły energetyki, a coś by się jeszcze z WIG20 kupiło. Jak wiadomo WIG20 to umieralnia dla akcji, dlatego sens ma tylko kupowanie dobrych spółek na wyprzedaży i wywalanie kiedy padają sygnały kupna, które są pułapkami na byki. Powyższe stwierdzenie zostanie zanegowane, kiedy ruszy hossa na EM, ale o tym boimy się myśleć.

Dobrą spółką jest PEKAO. Co roku płaci sute dywidendy i co roku nie jest w stanie wrócić do ceny sprzed odcięcia dywidendy. Frustrująca sytuacja dla posiadaczy. Ale jest szansa jeśli nie na zmianę trendu, to na urwanie kilku procent:


Obserwowany wykres to FPEO, czyli kontrakty na PEKAO, ponieważ możemy na nim zaobserwować jak kształtowała się prawdziwa cena akcji. Widzimy, że od roku cena pozostaje w konsolidacji po 3-letnim trendzie spadkowym.

Dlaczego tak dobry bank tak kiepsko zachowuje się na giełdzie? Co nieco może nam podpowiedzieć indeks Stoxx E600 Banks:


Europejskie banki wyglądają źle, z drugiej strony każda kolejna bessa jest łagodniejsza, a potencjał czasowy obecnej przeceny zdaje się wyczerpywać.

Zerknijmy jeszcze na sezonowe zachowanie PEKAO w ciągu poprzednich 10 lat:

Widzę tu pewien schemat: dołek w maju, dołek w lipcu (odcięcie dywidendy), a potem odbicie. Dlatego zamierzam się przyczaić na dziada i urwać 5-8%. Przy okazji trzymam długoterminowy pakiet pod hossę, ale o niej boję się myśleć.

wtorek, 9 lipca 2019

Surowce: u progu inflacji

CRB Commodity index jest jak księga, z której możemy czytać historię rynków wschodzących (na wykresie zsynchronizowałem lokalne dołki CRB z indeksem WIG):





Oczywiście zarówno w przypadku WIG jak i CRB nie mamy pewności, że dołek już był. Jednakże indeks towarów jest bliski wygenerowania wczesnego sygnału kupna i to z bardzo niskich poziomów:



W drugiej połowie 2015 roku towary z hukiem przebiły wsparcie na 200 pkt i od tego czasu poziom ten ponownie - jak 22 lata temu - stał się oporem!

Obecna inflacja wynika głównie ze wzrostu cen usług. Dlatego widzimy jak co roku drożeją np. obiady w barze (wyższe koszty pensji, czynsze), ale już niekoniecznie obserwujemy wzrost cen podstawowych produktów w markecie. Kiedy zaczną drożeć surowce, inflacja uderzy również w te drugie.

Na pierwszym wykresie widzimy jednak, że ceny towarów i polskich akcji są dość mocno skorelowane, co zresztą nie jest żadną tajemnicą (drogie surowce - drogie rynki wschodzące, tanie surowce, tanie rynki).

I tak oto kończymy 320-sty odcinek sagi "czekamy na start wielkiej hossy na rynkach wschodzących".



czwartek, 4 lipca 2019

Polowanie na PGNiG

Otworzyłem dziś pozycję na PGNiG. Klasyczne warunki wejścia: spółka stabilna, zarabia kasę, mocno spadła ostatnimi czasy i wypłaci dywidendę. Prześledźmy analizę:

div yield: 0.18/5.35 = 3.36%

Lepiej, niż lokaty.


Technika (FPGN):


RSI tygodniowy odbija z rekordowo niskich poziomów. Po takim spadku kurs nie wraca od razu na maksy. Poprzednie korekty kończyły się w okolicach fibo38.2 i tam występowała 1-3 letnia konsolidacja przed ruchem na nowe szczyty. Dla naszego przypadku dawałoby to okolice:
6.10 zł
za akcję w skali kilku miesięcy (przy założeniu, że kurs osiągnął dno) i to jest mój poziom docelowy, przy którym zamknąłbym pozycję.

Zerkam na cenę gazu:


Nie widać korelacji. Raz gaz i PGN rosną razem, raz jedno rośnie, drugie spada.

Z WIG20 widać lepszą synchronizację w rysowaniu dołków:



Zakładając, że dołek na WIG20 był w czerwcu, niedługo powinien wystąpić dołek na gazie.

piątek, 28 czerwca 2019

A man provides

8 lat temu w okolicach 30-stych urodzin zaczęła się moja przygoda z bieganiem. 8 lat to kawał czasu. Na ścieżki wybiegł świeżo upieczony tato drugiego dziecka z głową wciąż pełną scenariuszy gier komputerowych, planów rozwijania biznesu i strategii inwestycyjnych. W zeszły piątek, 80-cio kilometrowy Bieg Rzeźnika w Bieszczadach pobiegła para dwóch statystycznych 40-sto latków (jeden 42, drugi 38 letni), dźwigająca na barkach swoje małe wielkie troski.

Życie jest przewrotne: osiągamy wreszcie wymarzone cele, tworzymy, budujemy, gromadzimy, ale zamiast spokoju i spełnienia odczuwamy presję niezliczonych zobowiązań. Odpowiedzialność za rodzinę, pracę, status, relacje z ludźmi pchają nas do podejmowania decyzji, od których zależy los innych osób. Jak mawiał Gus Fring: "a man provides for his family".

Wyjazd do Cisnej miał być odskocznią od prozy życia, ale przez połowę pobytu nie byliśmy w stanie się od niej wyzwolić. Większa część 9-cio godzinnej podróży "tam" zeszła nam na rozmowach o życiu, planach, rozpatrywaniu podjętych decyzji. Nie, żeby było to coś smutnego, rozmawia się fajnie, ale gdzie się podziała ta fantazja z Kwidzyna?

Na miejscu tłumy, jakich nie widzieliśmy na innych biegach ultra. Rozbijamy namiot, idziemy coś zjeść:




Jemy i pijemy kompletnie nieodpowiedzialnie, co zemści się już za kilka godzin. Jakbyśmy chcieli wykorzystać każdą godzinę do świętowania  czegoś, co kosztowało nas wiele wyrzeczeń i treningów. Bieg startuje z Komańczy o 3 w nocy, o 1.45 musimy wejść do podstawionego autobusu. Nastawiamy zatem budzik na 1 i próbujemy się przespać. Mi się udaje podrzemać niecałą godzinę, Tomkowi prawie 3. To też odciśnie ślad na trasie.

W Komańczy jest meta Ultra Łemkowyny, którą przebiegliśmy 3 razy, mamy sentyment do tego miejsca, ale na starcie Rzeźnika nie czujemy radości. Zaczynamy lekko stremowani bliżej końca stawki. Bieg rozgrywany jest parami, nie można się oddalić na więcej niż 100 metrów od partnera. Na trasę wyrusza prawie 650 par, 1282 biegaczek i biegaczy. To bardzo dużo. Uczestniczyłem w biegach, na których przez dziesiątki kilometrów przebywa się w samotności. Na Rzeźniku przez całe 80km nieustannie kogoś wyprzedzasz, lub jesteś wyprzedzany.

Z naszej dwójki Tomek ma obecnie świetną formę, moja była niezła w kwietniu, od tamtego czasu zniżkuje. Od tygodni obawiałem się, że narzuci zbyt mocne tempo, które na dalszym etapie mnie "zabije", ale  początkowo to ja przyspieszam na zbiegach. Przez pierwsze kilometry mam problemy fizjologiczne, modlę się o jak najszybsze przepalenie zgagi po przejedzeniu z poprzedniego dnia. Nie pomaga gazowana woda w bukłaku, jak tylko zaczynamy zbieg każdemu krokowi towarzyszy beknięcie. Oszczędzę opisów reakcji organizmów biegaczy ultra; podczas takiego biegu spala się jakieś 5 tys. kalorii, więc z czasem organizm przepala wszystko.

Potem następują kilometry trawienia problemów. To co we wczorajszych rozmowach było sytuacjami, w trakcie biegu, gdy uwalniane sa hormony stresu zmęczeniowego, staje się problemami. Organizm ma jeszcze mnóstwo energii, więc mózg marnotrawi ją na myślenie. Pogoda póki co sprzyja: chłodna noc i poranek, orzeźwiająca mgła. Dość sporo błota po 8 tygodniach opadów deszczu, ale płytszego niż bywało na Łemkowynie czy Chudym Wawrzyńcu, gdzie człowiek spływał podczas próby wspinaczki na Oszusta. Nie potrafimy cieszyć się z biegu. Widoków górskich brak - wszędzie las, a jak już któryś kawałek szczytu odsłonięty, to mgła. Gdzie te cholerne połoniny? Mgła jest przynajmniej piękna w lesie:



Niewiele pamiętam z pierwszych 30 km. Z mapy odczytuję, że zaliczyliśmy szczyt Chryszczatę i Wołosań na czerwonym szlaku. Ultra liczę zawsze w maratonach, plan na Rzeźnika jest prosty: zrobić pierwszy maraton tak, żeby się czuć, jakby się dopiero zaczynało biec, a potem zrobić drugi maraton. Staram się też nie schrzanić biegu, jak kiedyś bywało: regularnie piję, odżywiam się. Żołądek i flaki już nie dokuczają. Ale coś zaczyna szwankować. Wejście na kolejną górę masakruje mnie. Zaczynam mieć zawroty głowy. Niepostrzeżenie chmury się rozwiały, słońce świeci, błoto paruje. Z góry  udaje się jeszcze zbiec, ale gdy zostaje ok. 2 km do punktu odżywczego na 50-tym kilometrze, nie jestem w stanie truchtać.

Ukończenie biegu staje pod znakiem zapytania. Przypominają mi się najgorsze koszmary z Niepokornego Mnicha, gdy upał i długie strome podejścia tak mnie wykańczały, że musiałem siadać na trasie i ledwo zmieściłem się w limicie. I wtedy Tomek ratuje sytuację: pozostały litr wody zużywa na polewanie mnie po głowie. Zaczynamy truchtać, a jak tylko czuję, że znowu się przegrzewam, chlust woda w twarz, za kołnierz i na kilka minut spokój. Kolejny pozytyw w tej sytuacji, to że mamy już w dupie wszystkie swoje życiowe rozterki. Mamy tu cholernie trudny bieg do zrobienia.

Docieramy do punktu odżywczego w Smerku i trzeba mnie jakoś postawić na nogi. Na szczęście pracują tam zawodowcy; z baseniku do chłodzenia napojów wolontariusz nabiera wiaderko wody i wylewa mi na głowę. Zajadam się pomarańczami, leżę na trawie. Spotykamy Zwola, naszego kolegę z Gdańska, który jest wolontariuszem na punkcie i pokrótce objaśnia sytuację: ponad połowa drużyn już wyszła, limit czasowy bezpieczny, przed nami już tylko 30 kilometrów, ale za to połowa wszystkich przewyższeń i 3 góry. Będzie ciężko, ale wiem już że damy radę. Tomek zabiera na trasę dodatkową butelkę wody do chłodzenia mnie na podejściu.

Człapiemy w kleistym błocie w tempie 20 minut na kilometr. Komuś wciągnęło buta, ktoś się przewrócił. Zaczyna padać deszcz - jedni na niego psioczą, ja dziękuję jak za mannę z nieba. Chłodzenie to podstawa. Nie myślę o wejściu na szczyt, tylko stawianiu kolejnych kroków; robiąc to odpowiednio długo, kiedyś tam wreszcie dotrę. Tomek idzie szybciej, potem się zatrzymuje, czeka na mnie i robi fotki.



Długie strome podejście nie kończy się zbiegiem-happy endem. Na kolejnych kilometrach czeka nas seria mniejszych i większych szczycików, które roboczo nazywamy "korona", "fajfus", "pierdolony fajfus", "cyce". Kiedy wreszcie kończymy ten 19-km odcinek popełniamy szkolny błąd: nie bierzemy z punktu odżywczego wody do chłodzenia mnie. Zabieramy izotoniki, ale na ok. 13 km przed metą wydaje nam się, że już tam jesteśmy i dźwiganie "chłodzenia" jest niepotrzebne. Przed nami jeszcze 2 góry z bardzo stromymi szlakami.

Tymczasem przestaje padać, znowu przebija się słońce i powtórka z rozrywki - zaczynam spowalniać. Staję pod gałęziami i strzepuję krople wody z liści, myślę nawet nad wsadzeniem głowy w trawę na połoninach, ale słońce już je osuszyło. Odzywa się nieprzespana noc, w kamieniach i spalonych konarach co rusz widzę koty, psy, niedźwiedzie, rumaka szykującego się do skoku.


Wtedy Tomek znowu znajduje rozwiązanie: podnosi jakiegoś badyla, podaje mi drugi koniec i ciągnie mnie pod górę. Na kolejne podejście wciąga mnie za rękę. Wreszcie szczyt i podszczyt zaliczone, i znowu działa magia: wracają mi siły, jakby całej tej męczarni pod górę nie było. Puszczamy się pędem w dół. Ok. 3 kilometry stromego zbiegu po błocie. Wyprzedzamy 70 innych par, a zapewne więcej, bo pod górę sporo nas wymijało. Pod koniec czuję już palenie w udach, ale nie zwalniamy aż do ostatniego punktu przed metą.

Ostatnia góra (Liszna) wygląda jak spiczasty trójkąt równoramienny. Najbardziej stroma, ale też bez kombinacji na szczycie: wchodzisz, schodzisz. Najgorsze to jak wymęczysz szczyt, a potem przez 10 kilometrów raz góra, raz dół. Wydaje ci się, że cały czas się wspinasz, bo biegnąc np. 5 minut na km z góry i wchodząc 16 minut na km pod górę spędzasz średnio ok. 3/4 czasu wchodząc, choć na mapie oba odcinki są jednakowej długości. Tomek znowu podciąga mnie na szczyt, odzywa się w nim głód wyniku; stać go było na więcej w tym biegu, ale klasycznego Rzeźnika biega się parach, więc używał zapasy energii do wzmacniania słabszego zawodnika. Z Lisznej nie da się już szybko biec, zbyt duże nachylenie, ale i tak mijamy na tym odcinku ok. 40 par.

Kiedy już słyszę metę, kiedy witam się z gąską, zaliczam glebę na kleistym błocie. Rrrrrwa sobie krzyknąłem i pobiegłem dalej. Wpadamy na metę na pełnym gazie, medal, piwko i szukamy gdzie tu się umyć.



W planach przed biegiem miałem słońce, trawkę i 4-pak dla każdego. W praktyce spędzamy z godzinę w strumieniu na wymywaniu wyjątkowo przylepnego błota, potem zimny prysznic (do ciepłego nie chciało nam się czekać w kolejce). Dowiadujemy się, że przybiegliśmy w pierwszej połówce (poz. 227 na ok. 650 par), całkiem nieźle. Mówię Tomkowi, że idę zrobić "Lenina" (tak nazywamy odpoczynek po biegu na pamiątkę finiszu Niepokornego Mnicha, kiedy to doczołgałem się z prysznica do łóżka i zasnąłem na plecach przyjmując pozę wodza rewolucji):



Pół godziny drzemki wzmacnia. Idziemy na obiado-kolację, zamiast piwa zamawiam koktajl jagodowy. Jest fajny chillout, rozpiera nas radość z tego wszystkiego, co się wydarzyło. Rzeźnik okazał się bardzo trudnym biegiem, blisko połowa par nie zmieściła się w limicie czasowym.

Żeby nie było, że imprezy nie było, kupujemy trochę alko: Tomek małpkę z colą, ja piwo z jagodami, które stawiam na materacu w namiocie, i o dziwo się ono przewraca. Specjalnie się tym nie przejmujemy, będzie trochę waliło piwem, a już o 21.30 padamy. Budzimy się o 5 i pakujemy do odjazdu.

Dzień powrotu jest przeciwieństwem dnia wyjazdu. Nic nie musimy, czujemy się spełnieni. Rozmawiamy o bieganiu, celebrujemy widoki, kawę na stacji. Skręcamy do wegańskiego baru w Częstochowie, funduję sobie szejka w MacDonaldzie. Jesteśmy znowu jak dwa dzieciaki, które cieszą się z dobrej zabawy i nie myślą o upływającym czasie.


środa, 19 czerwca 2019

Trend w cieniu dramatów

Rozpoczęty w styczniu 2016 roku przepływ kapitału z rynków rozwiniętych do rynków rozwijających się trwa:

DM vs EM ETF

Emerging Markets ETF przetestował połowę wzrostów z 2017 i zbiera siły do wybicia z półtora-rocznej konsolidacji:


Także nasz rodzimy WIG pomimo skrajnie niskiego sentymentu inwestorów, w skali lat nie wygląda źle:


Wskazywałem jakiś czas temu na podobieństwo zachowania wskaźnika MACD w procesie formowania dołka bessy. Jeżeli analogia zostanie zachowania, mamy ostatni dzwonek na zakupy. A szeroki rynek cały czas umożliwia zakup mniejszych spółek na wieloletnich minimach:


Jeśli duży kapitał wykreuje hossę na dużych spółkach, następne w kolejce będą średnie, a na koniec przyjdą spektakularne wzrosty na małych. Nie namawiam nikogo do zakupów, to jest mój prywatny pogląd na rynek. Może nie dostrzegam prawdziwego dramatu w cieniu trendu, ale póki co pozostaję:



poniedziałek, 10 czerwca 2019

Jak mogło do tego dojść

Na początek obrazek poglądowy:


Jeśli zastanawiacie się jak PiS zaorał polską energetykę, ten obrazek daje odpowiedź i nie ma tu nic więcej do dodania.

Jeśli zastanawiacie się dlaczego czeski CEZ jest wart więcej, niż cała polska energetyka razem wzięta, skoczcie na weekend do Czech. Nawet na Litwie, gdzie ludzi nie stać na otynkowanie domów, na dachach widać solary. Wszędzie, tylko nie w skorumpowanej dziadowskiej Polsce.

A teraz coś z innej beczki - najnowsza bańka rodem z USA, Beyond Meat, producent incredible burger, czyli roślinnego kotleta:



 Wkrótce cały świat będzie zajadał się roślinnymi odpowiednikami mięsa. Unia Europejska zacznie wprowadzać limity na zużywanie zasobów wody, terenów leśnych itd. I tylko jeden kraj będzie walczył o mięso, lanie gnojówki do wód gruntowych i utrzymanie powierzchni pól uprawnych. A potem z dumą będzie obnosił się swoją nieugiętościa i z uniesionym czołem płacił kary jak za certyfikaty na CO2.

Spójrzcie na ten obrazek:



Po lewej stronie jest to, co mamy, po prawej to co wyszydzamy. Po lewej jest świat, który w 2025 roku będzie bankrutował i obwiniał cały świat wokół za swój los. Po prawej jest świat do którego dąży "lewacka" Europa, "masońska" Unia, WHO i inne "skorumpowane" elity żądające ograniczenia konsumpcji, zużycia wód, zahamowania emisji gazów cieplarnianych.

Mamy wszystko co potrzeba, żeby uczestniczyć w wytyczaniu zmiany cywilizacyjnej. Przyrodę, rolnictwo. Nie mamy tyle odhumanizowanych fabryk mięsa, co zachód czy Chiny, ale to z USA przyjdzie jak zwykle rewolucja i zaora naszych producentów. My będziemy bronić węgla i mięsa, jak kiedyś pańszczyzny, aż ktoś z zewnątrz przyniesie nam wreszcie cywilizację.


piątek, 7 czerwca 2019

Kontekst czasowy

Wiemy, że jest tanio, czasem bardzo, i wiemy również, że kiedyś będzie drożej - być może znacznie drożej. Nie wiemy tylko kiedy i z jakiego poziomu zacznie rosnąć, a jak wiadomo na giełdzie "timing is everything".

Ryzykowne jest posiadanie papierów przed kolejną falą przeceny, ryzykowne jest również nie posiadanie akcji, które zaczynają rosnąć. Dlatego graczowi zawsze towarzyszy lęk przed stratą kapitału lub okazji.

Zatem krótko: jestem długoterminowym bykiem (do 2023-2024?) na rynki wschodzące. Nie będę powtarzał argumentów, powtarzam je już od 2015 :) Dlaczego tak długo? Najlepiej pokażą to wykresy WIG20USD/S&P500 (indeksy cenowe w dolarze) oraz WIGEUR/DAX (indeksy dochodowe w euro):



Od 2008 rynki rozwinięte rosły, od końca 2015 obserwujemy konsolidację, która dla mnie jest ubijaniem dna w cyklu rotacji kapitału między rynkami rozwijającymi się i rozwiniętymi.

Dopóki nie zobaczę negacji, zakładam że wykres pokazuje akumulację polskich akcji lub brak sił do dalszych spadków.

Spójrzmy na stopy zwrotu.
Rok do roku:


Cykl wyraźny i nie da się zaprzeczyć, że byliśmy na dole i idziemy do góry :)

10 letnia stopa zwrotu:



Chwała bessie 2007-2009, gdyby nie ona, nigdy już nie wyszlibyśmy na plus :)

Uśrednione roczne zachowanie WIG i obecny przebieg:


Zazwyczaj sell in may rozkręca się w czerwcu. Jestem przygotowany na kontynuację obecnej fali wzrostowej, jak i powrót spadków. Niech się dzieje wola nieba.

I na koniec SWIG80 na tle growing countries z makrosfera.net :


Armagiedon już był.

środa, 29 maja 2019

Krok od rekordu

Jeśli dołek z grudnia zeszłego roku na indeksie szerokiego rynku zostanie w czerwcu pogłębiony, będziemy mieli do czynienia z najdłuższą bessą w historii GPW:


Widzimy, że indeks porusza się w granicach dołków z 2009 i 2012 roku, a pierwszy raz z obecnymi poziomami zetknął się na początku 2006 roku.

I to w sumie tyle co mogę napisać o polskiej giełdzie :) Nie ma kapitału, nie ma wzrostów. Akcje leżą, dywidendy płacą, ale nie ma komu tego podnieść. A do depresji 2025 coraz bliżej, zostało 6 lat żeby upchnąć 2 cykliczne hossy :)

czwartek, 23 maja 2019

Zostały nam tylko dywidendy

Ponieważ polska giełda już nigdy nie urośnie, jedyna kasa na którą możemy liczyć, to ta wypłacana przez spółki :) Małe:


i duże:


wypłacają baardzo tłuste dywidendy.

Co polecacie z tej stronki?
https://strefainwestorow.pl/dane/dywidendy/lista-dywidend/2019




piątek, 17 maja 2019

PKO aktualizacja

Wykres sprzed miesiąca:


sytuacja obecna:


Kto ma jaja, żeby kupować? :)

Dorzucam WIG_BANKI wykres long term:


środa, 24 kwietnia 2019

Bolesna akumulacja

Pierwszy kwartał 2019 roku przyniósł wiele nadziei posiadaczom małych spółek. Niestety wszystko co dobre szybko na GPW się kończy i ostatnie tygodnie to już osuwanie się szerokiego rynku, połączone z krachami na spółkach raportujących odpisy.

Polski rynek można z grubsza podzielić na rozgrywany przez zagranicę (WIG20, część MWIG40) i lokalny grajdołek. Reprezentantem zagranicy będzie dla mnie WIG20USD, a lokalsi to SWIG80. W 2011 kapitał zagraniczny opuścił rynki rozwijające się i popłynął do USA. Porzucony polski rynek osuwał się aż do kulminacji słabości w styczniu 2016. W latach 2015-2016 fundamenty nie miały znaczenia, pozbawiony płynności WIG20USD stworzył wielką okazję dla inwestorów liczących na powrót poważnego kapitału. Nie była to chwilowa okazja jak na początku 2009, ale cały rok mielenia na niskich poziomach. Każdy miał szansę załapać się na hossę 2017.

Podobna sytuacja występuje moim zdaniem obecnie na SWIG80. 2017-2018 bessa płynnościowa, brak kapitału, który mógłby powstrzymać spadki. W 2019 wyceny są już tak niskie, że akcje nie bardzo mają gdzie spadać, ale też nikt większy nie robi dużych zakupów. Czyżby zatem 2019 był okresem akumulacji na SWIG80 analogicznym do akumulacji WIG20USD w 2016?

Zajrzyjmy na zsynchronizowane dołki obu indeksów w omawianych okresach:


Jeśli analogia zostanie zachowane, należy przygotować się na:

- ok. 2 miesiące osuwania się małych spółek,
- ok. czerwca-lipca super promocje,
- późną jesienią odlot.

Osobiście nie zamierzam spieszyć się z kolejnymi zakupami małych spółek, liczę natomiast na większe ruchy na mułkach z WIG20 i tam rekompensowanie strat na MiŚSiach.

czwartek, 18 kwietnia 2019

Dwa sezony z chłodem

Kończy się drugi rok mojej przygody z zimnem. Przyczyny decyzji i oczekiwane efekty opisałem rok temu:
Od 2 lat nie ubrałem kurtki ani więcej niż jednej warstwy ubrania na krótki rękawek (sweter lub zwykła bluzka).

Sezon 2018/2019 przyniósł kilka nowych doświadczeń. 

Ponieważ we wrześniu zmieniłem pracę i do nowego miejsca mam 7.5 km, do końca października jeździłem rowerem, a gdy temperatura zeszła do okolic 0 przerzuciłem się na bieganie i chodzenie. Miałem zatem codzienny ok. 1-2 godzinny kontakt z zewnętrzną temperaturą w zależności czy wybrałem rower, czy nogi. Minusem był brak okazji do morsowania. Gdy pracowałem w Gdyni miałem 2.7 km do plaży, zatem co tydzień biegałem popluskać się w wodzie. Teraz z pracy do plaży mam 6 km, więc okazja do zaliczenia morsowania w tygodniu roboczym odpada. Sporadycznie biegałem lub dojeżdżałem w weekendy nad kaszubskie jeziora czy nad morze.

Po upalnym lecie podchodziłem bardzo entuzjastycznie do nadchodzącej zimy. Wydawało mi się, że sezon zimowy 2017/2018 upłynął bez większych zmagań. Po tygodniach męki z temperaturami bliskimi 30 stopni nie mogłem doczekać się spacerów po śniegu. Wierzyłem, że uodporniłem ciało na mrozy, podobnie jak przyzwyczaiłem je do biegania maratonów. Niestety nie jest to takie proste.

Przez wrzesień i październik bardzo polubiłem rower, ale gdy temperatura spadła w okolice 0 nad ranem musiałem z niego zrezygnować. Po drodze mam bardzo stromy zjazd (ul. Łostowicka) i raz, że bałem się poślizgnąć na lodzie, a dwa, marzły mi palce trzymane na hamulcach mimo zimowych rękawic. 

Truchtając upiekłem dwie pieczenie na jednym ogniu: szybko się ogrzewałem i podciągałem formę biegową robiąc 75 kilometrów tygodniowo. 



Najtrudniejszy był pierwszy kilometr (a właściwie moment przed nim), ponieważ odprowadzałem młodszą córkę do szkoły i nie mogłem rozgrzać się biegnąc. Wychodziłem w stroju sportowym tj. krótkie spodenki, krótki rękawek i plecak, który przy okazji zapewniał pewną ochronę plecom. Wtedy teoretycznie powinienem marznąć, ale zgodnie z procesami opisywanymi w "co nas nie zabije" mięśnie szybko się napinały i odgradzały od zewnętrznego zimna. Nie odczuwałem prawie dyskomfortu, a jednak stres przed zetknięciem z nim był tak nieprzyjemny, że pragnąłem odwlec wyjście z domu. Pamiętam codzienny rytuał oceny pogody przez okno: ile szronu/śniegu, czy wieje (nad Bałtykiem prawie zawsze wieje), czy niebo mocno zachmurzone, czy są jakieś szanse na słońce, gdy nadejdzie świt.

Tych kilka minut przed każdym wyjściem było najgorsze. Gdy już znajdowałem się na zewnątrz momentalnie adaptowałem się do pogody. Nie chodzi o to, że przestawało być zimno, ale dyskomfort z nim związany okazywał się łatwy do ogarnięcia. Po pożegnaniu z córką przechodziłem w tryb biegowy: zakładałem słuchawki, włączałem mp3 z audiobookiem i zasklepiałem się w swojej skorupie. Wokół było ciemno gdy biegłem do pracy, ciemno było gdy wracałem. Pierwszy kilometr na pełnym gazie i nie ważne czy 0, czy -10 stopni, przyjemne ciepło rozprowadza się ciele.

Najbardziej z okresu grudzień-luty zapamiętałem tę atmosferę odcięcia od świata realnego i wejścia w świat "Przebudzenia" Kinga a później "Bez skrupułów" Clancy'ego. Nie są to wybitni pisarze, ale u Kinga bardzo lubię klimat prowincjonalnej Ameryki (horrory mnie nudzą), natomiast historia Johna "mściciela" Clarka opowiedziana została niesamowicie plastycznie. Nie miałem żadnych problemów z wyobrażeniem sobie jak wychłodził się w delcie Mekongu kiedy biegłem w czapce z nawianego śniegu.

30 grudnia - maraton z Tomkiem 

Od lutego zaczęło jednak nawarstwiać się zmęczenie i znużenie. Problemem nie było zimno, tylko jednostajność "treningu". 2 godziny truchtania od poniedziałku do piątku zabrały czas innym formom aktywności. Miałem też dość tego niepokoju przed wyjściem, na szczęście rano było już widno i mogłem zacząć proces przyzwyczajania córki do samodzielnego wychodzenia. Doganiałem ją w pół drogi, dzięki czemu miałem czas na rozgrzanie się. O ile rano prawie całą trasę biegłem, to po południu byłem już psycho-fizycznie zmęczony i połowę trasy szedłem przechodząc w trucht głównie, żeby się rozgrzać. 

Wreszcie zaczęło pojawiać się słońce. Bezchmurne niebo, brak wiatru i słońce to luksus nawet przy -5 stopniach. O wiele gorzej znoszę silny wiatr z deszczem przy +2. Ponieważ od poniedziałku wróciłem na rower i zdążyłem kilka razy zgrzać się od słońca mogę uznać już sezon "krio" 2018/2019 za zamknięty. Kilka dodatkowych spostrzeżeń:

- w 2017/2018 nosiłem czapkę i rękawiczki; w 2018/2019 zrezygnowałem z nich i o ile w przypadku dłoni odczułem niedogodności (łatwo eliminowane wsadzeniem ich do kieszeni gdy nie biegłem), to w przypadku głowy poszło nadspodziewanie łatwo; całe życie wierzyłem, że trzeba chronić zatoki itp. ale ani razu ich nie zaziębiłem (mimo że kilka razy wiało tak, że potrafiło mnie zatrzymać i musiałem zakryć czoło ręką);

- miałem 2 czy 3 "grypy-jednodniówki" oraz przedłużający się katar wtedy gdy ktoś z rodziny chorował; o ile jednak taka grypa potrafiła rozłożyć innych na kilka dni, u mnie kończyło się na jednej cięższej nocy, a po drzemce w dzień szybko przechodziło;

- odporność na zimno nie wchodzi w krew; można wytrenować odporność na łagodny chłód tj. czujesz się neutralnie przy +5 stopniach lub nawet -2 stopniach gdy jest słońce i nie wieje, jednak w reszcie sytuacji trzeba pomagać sobie różnymi technikami; np. szybki chód, chowanie rąk do kieszeni, trzymanie ramion przy ciele czy bieganie w kółko gdy ciało się wychłodzi; 

- wiatr i wilgoć to "killerzy", powtarzam to już po raz n-ty, ale muszę znaleźć na nich sposób w sezonie 2019/2020;

- choć dobieganie do pracy było bardziej uklepywaniem nóg, niż budowaniem formy, pozwoliło mi uzyskać w ostatnią niedzielę czas 3:27:39 w maratonie; w przyszłym sezonie zamierzam wykorzystać zdobyte doświadczenia by stworzyć system, który pozwoli złamać 3 godziny w maratonie; system to nie trening pod jeden cel, ale zestaw aktywności, które łączą pożyteczne (dotarcie do pracy), rozrywkę (słuchanie powieści) z budowaniem formy pod biegowe życiówki.

poniedziałek, 8 kwietnia 2019

PKO

Zasygnalizowałem, że zamierzam na bazie PKO przedstawić pewną koncepcję na najbliższe miesiące. Zacznijmy od rzutu technicznego:


Stosując klasyczną AT zagrałbym pod długoterminowy sygnał kupna. Kurs uwolnił się od 10-letniego ruchu bocznego i konsoliduje się blisko szczytu.

Wykres kontraktu (bez korekcji wcześniejszych cen o dywidendy) wygląda jeszcze lepiej:



I jeszcze wykres P/B (cena / wartość księgowa) :


Wykres w latach 2016-2019 rymuje z zachowaniem 2009-2012, dlatego zakładam, że pierwsze wybicie będzie fałszywym ruchem w dół (podobnie jak w 2012). Powinna wtedy powstać jakaś techniczna formacja o silnie spadkowej wymowie i dopiero wtedy mam zamiar zająć.. pozycje długie.

Na koniec wykres, którym wspieram swoją prognozę: uśrednione zachowanie roczne PKO z ostatnich 10 lat:


Sell in may and go away działa na PKO jak w zegarku. Nie oznacza to, że będę grał na spadki (choć też nie wykluczam), natomiast w czerwcu będę wypatrywał hiobowych wieści na temat przyszłości polskich banków, budżetu, Polexitu czy czegoś tam innego, co się pojawi.


czwartek, 4 kwietnia 2019

Aktualizacja

Ostatnio jestem w wirze programistycznym i niestety cierpi na tym blog. Dlatego wrzucę tylko 2 wykresy pod tytułem "nie komplikujmy rzeczy prostych":

Bessa na SWIG80 zjadła tyle, ile statystycznie lubi zjeść.

Ostatnia hossa (rozpoczęta w styczniu 2016) należała do najsłabszych na GPW. Obecna idzie jak na razie uśrednioną ścieżką. Jeśli dalej będzie średnia, to wzrosty od dołka powinny być dwucyfrowe.


środa, 20 marca 2019

Korekta?

Kilkakrotnie wcześniej pisałem, że zakładam korektę na SWIG80 od ok. 12 tys. punktów po teście połowy czarnej świecy z początku września:


Na razie spadków na indeksach jeszcze nie widać, ale wczoraj doszło do mocniejszego tąpnięcia na szerokim rynku:


Blisko 1% spadek nie zdarzył się wcześniej w tym roku. Jak widać nie wystąpił w przypadkowym miejscu (średnia 200-dniowa).

Rynek stracił moc, więc zakładam że szykują się niedługo promocje cenowe. Cykle są już pro-hossowe, dlatego zamierzam wykorzystać ewentualną lokalną panikę do zaparkowania kolejnej transzy kapitału w akcje.

PS W zeszłym tygodniu liczba byków pierwszy raz od wielu miesięcy przekroczyła liczbę niedźwiedzi w badaniu nastroju inwestorów indywidualnych..

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails