niedziela, 22 września 2019

Nowa transformacja

Żyjemy w ciekawych czasach. Pozornie niewiele się od dekady zmieniło, jednak kiedy uświadomimy sobie jak wiele dóbr i usług stało się powszechnie dostępnych, narastające globalnie problemy staną się bardziej zrozumiałe. 10 lat temu w podróż udawałem się samochodem lub koleją, obecnie latam za grosze pobiegać po norweskich fiordach. Na chodnikach zalegają elektryczne hulajnogi, smartfona zmienia się co 1-2 lata, samochód coraz częściej bierze się nowy w leasing na 2-3; nowe ubrania kosztują relatywnie do pensji tyle, co jeszcze kilkanaście lat temu odzież używana.

Ukrytym efektem ubocznym hiperkonsumpcjonizmu są śmieci. Dotychczasowy model eksportowania odpadów do biednych krajów kończy się wraz z wychodzeniem społeczeństw z kręgu biedy. W dodatku nowe śmieci nie są zbudowane z tradycyjnych organicznych substancji (drewno, skóra) czy prostych substancji (metale, polimery). Nasycone są elektroniką, bateriami czy tworzywami sztucznymi. Utylizacja, recykling, odzyskiwanie surowców - to pierwsze wielkie wyzwanie naszych czasów.

Kolejny niezbędny krok to przejście ze spalania kopalin na pozyskiwanie energii ze Słońca i innych tzw. odnawialnych źródeł. Zerknijmy na krzywą rozwoju technologii:


Hype na OZE był w 2008 roku, wtedy też wystartowały ETFy, które później przez dekadę przynosiły ogromne, sięgające 95% straty. Wreszcie wkraczamy jednak w fazę zdrowego, wspartego fundamentami wzrostu, a potrzeby są gigantyczne. Oba ETFy (solar i clean energy) są gwiazdami mojego portfela i wierzę, że to dopiero początek wielkiego, ważnego dla ludzkości trendu wzrostowego:



Polska jest zmuszona podążać za tym trendem i tu też liczę na mały "game changer" - ostatni, czyli obarczone węglem i grupami interesów konglomeraty energetyczne, mogą stać się liderami przyszłej hossy, gdy zaczną masowo wprowadzać nowe technologie. Na razie polska energetyka wygląda fatalnie:


Kto jednak pamięta Lotos po 6zł, wie że sytuacja może się diametralnie odwrócić. Obserwuję sytuację i widać, że certyfikaty na CO2 wprowadziły lekki popłoch. Poszła duża kasa na wielkie farmy wiatraków i solarów - wolałbym, żeby panele masowo zakładać na blokach, dachach domów, zakładów. Niemniej doceniam zmianę podejścia rządzących z "wyngla nie oddamy, a smog to spiseq" i gorąco kibicuję.

Ostatnia, trzecia wielka rewolucja to przejście na dietę opartą wyłącznie o rośliny. Obecnie 2/3 areałów rolnych służy hodowli zwierząt zabijanych dla mięsa i innych pochodnych. Nie chodzi tu o rezygnację z mięsa, tylko wyprodukowanie go z roślin. To się wreszcie udało: impossible burger jest już w smaku nieodróżnialny od wołowego odpowiednika, a cytując "Politykę":

W porównaniu z wołowym odpowiednikiem produkcja Impossible Burgera wymaga 95 proc. mniejszego areału ziemi, zużywa o 74 proc. mniej wody i produkuje o 87 proc. mniej gazów cieplarnianych. Nie wymaga stosowania antybiotyków ani zwierzęcych hormonów wzrostu. No i nie wiąże się z zabijaniem zwierząt. A jak się okazuje, burgera tego najczęściej wcale nie wybierają wegetarianie, a osoby jedzące mięso. Ich opinie na ogół mieszczą się w zakresie od „w ogóle nierozróżnialny od wołowego” po „można wyczuć niewielką, ale nieistotną różnicę”.

Rachunek ekonomiczny jest oczywisty, wiadomo zatem, że bogate społeczeństwa wkrótce pójdą w tę stronę. W Polsce na razie rząd ogłosił program w stylu 500+ dla byka czy świniaka i przez lata będzie walczył z postępem. Podejrzewam, że dopiero depresja 2025 wymusi wycofanie z dotowania węgla i przemysłowej hodowli zwierząt. Próżno też szukać na GPW spółek, które inwestują w tę gałąź, jak zwykle wynalazki muszą do nas trafić z zachodu. Nadzieja jest w.. GPW - jeśli kapitał zacznie tu wreszcie napływać, a trend zapoczątkowany przez Beyond Meat przyciągnie dziesiątki nowych IPO, lokalnie również powinniśmy przeżyć jakąś małą banieczkę.

Mamy zatem 3 fundamentalne problemy, które musi rozwiązać ludzkość i 3 gałęzie gospodarki, które wymagają wynalazków i doinwestowania:
1. Recykling
2. Tania, odnawialna energia
3. Produkcja jakościowej żywności przy wielokrotnie niższych zasobach.

Nie mam żadnej pewności, że te branże będą liderami wzrostów w przyszłej hossie. Technicznie jedynie energia odnawialna wygląda jakby startowała do wieloletniego rynku byka. Recykling na przykładzie polskich tuzów (Ekoeksport, Elemental) w najlepszym przypadku ubija dno, a tania
jakościowa żywność to bajki w Polsce, a w USA prawdopodobnie dopiero "Inflated expectations".

sobota, 14 września 2019

Czekając na niespodziankę

Wyniki ankiety:



Zatem wierzymy, że spadki się jeszcze nie skończyły. Mój głos: dołek już był. Tak na 60% ;) Tzn. nie zdziwi mnie kolejna fala spadków i WIG20 poniżej 2000, ale nie oddam już ani guzika ze swoich pozycji. Co najwyżej będę aktywnie ich bronił, dobierał nisko, redukował na odbiciach, dokładał opcje na długi termin.

Myślę jednak, że ostatnia fala wyprzedaży psychicznie złamała wielu graczy. Dołek z maja był książkowy - mnóstwo desperacji i złości, a późniejszemu odbiciu towarzyszyła wiara, że właśnie rusza hossa. Tym razem tej wiary brakuje - rynek bez względu na fundamenty robi nowy dołek, odbija, ale odbicia nikt nie traktuje jak impulsu hossy - wszyscy widzą w niej korektę.

Po kolei - WIG:



Jedna z najdłuższych bess na WIG, nie mówiąc już o SWIG80 czy szerokim rynku (rekordowo długa).

Kluczowy indeks - S&P500:



Po półtora roku konsolidacji w atmosferze powszechnego strachu zmierza na nowe szczyty. Każdy kolejny dołek od grudnia 2018 przebiega wyżej.

Czy S&P500 jest tak drogi jak wszędzie czytamy? Owszem - FAANGi szybują w stratosferze, ale tzw. value stocks, spółki tradycyjnej ekonomii wyceniane są często poniżej wartości księgowej, podobnie jak ich polskie odpowiedniki. Weźmy takie US Steel:




Recesja jest już w cenie.

Ponadto doszło do turbulencji w 10-letnim trendzie umacniania growth vs value:

źródło: macrocharts.blog

W 2008/2009 proces trwał dłużej, jednak skala ówczesnego kryzysu była nieporównywalna do obecnych obaw o recesję. Jest wreszcie szansa na odwrócenie 10-letniego trendu, także na WIG20 vs S&P500:



I wreszcie na koniec: indeks growing countries prawdopodobnie zakręcił na północ. Tylko w jednym przypadku (2001-2003) na polskim rynku nie było wtedy hossy:


źródło: makrosfera.net





piątek, 13 września 2019

Ankieta WIG20

Zapraszam do tradycyjnej ankiety, tym razem w mniej tradycyjnym wydaniu:

Dołek na WIG20
 
pollcode.com free polls


Tradycyjnie po uzbieraniu ok. 100 głosów w tradycyjnej ankiecie napiszę tradycyjną interpretację wyniku, okraszając ją odpowiednimi wykresami.

Czuwaj!

wtorek, 10 września 2019

Jesteś Ironman

Do pływania ustawiłem się w ostatniej strefie (powyżej 1h30m). Zabrzmiał sygnał startu i zawodnicy powoli (z powodu wąskiego przejścia) rzucali się do wody. Stałem w grupce daleko za 300 pływakami i wsłuchiwałem się w Bogurodzicę. Całość tworzyła surrealistyczny klimat, brakowało nam tylko biczów w tej kolejce :)

Sceneria przygotowana dzień wcześniej

Po 6 minutach od startu dotarłem wreszcie do nabrzeża. Wskoczyłem do wody i spokojnie, żeby się nie zmęczyć (w końcu nie wiedziałem, jak będę się czuł powyżej 2 km) "prułem" kraulem. Wydawało mi się, że nie płynę wolno, ani razu nie przeszedłem do żabki. Nie pasowało mi tylko, że nikogo nie wyprzedzam, a co rusz ktoś mnie mija, ale jak to mówią "w kupie raźniej" i było fajnie. Dopiero gdy po 3 okrążeniu nagle wszyscy zniknęli dotarło do mnie, że demonem prędkości w wodzie nie jestem. Okularki trochę zaparowały i nie widziałem nikogo. Wydawało mi się, że samotnie pokonuję ostatni kilometr. Wyobraziłem sobie, że jestem jak falangista macedoński, który stoi w szyku przed bitwą i na razie jest trochę niepokoju, ale prawdziwa zabawa dopiero się zacznie.

Wyszedłem z wody lekko oszołomiony (czas 1:53), przetruchtałem do strefy zmian. Uff, jeszcze trochę rowerów wisiało, nie byłem ostatni. Kilka minut męczyłem się z pianką, usiadłem żeby ją ściągnąć, aż jakiś organizator chciał mnie podnieść na duchu, żebym się jeszcze nie poddawał :) W końcu udało się zedrzeć dziadostwo z nogi, założyłem kask, rękawiczki, buty, chwyciłem rower i popędziłem na start kolejnego etapu. Przede mną wyjechał jeden zawodnik. Dopadłem go kilkaset metrów później. I potem przez jakieś 100km nie wyprzedziłem już nikogo :)

Ledwo pokonałem może z kilometr, a z naprzeciwka nadjeżdżali już pierwsi ścigacze. Po chwili zaczęli mnie dublować po raz pierwszy. Byłem bardziej widzem, niż uczestnikiem wyścigu. Za to jak widziałem te rowery i ubiory, czułem się jakbym był conajmniej na Tour de Pologne - nawet kolarz z grupy CCC tam śmigał. W końcu były to oficjalne Mistrzostwa Polski na dystansie Ironman!

Pierwsza pętla obnażyła braki w przygotowaniu i taktyce. Pamiętacie jak pisałem, że śniadanie uratowało mi te zawody? Początkowo nie przejmowałem się, że rano nic nie zjem, bo pływać zamierzałem na czczo, a potem powinien być przecież punkt odżywczy. Tymczasem punkt odżywczy był po 45 km pętli rowerowej. Po 2 godzinach pływania musiałem jeszcze blisko 2 godziny jechać rowerem, by wreszcie uzupełnić cukier.

Mając w pamięci wypadek w trakcie treningu żywienia na rowerze postanowiłem zatrzymywać się na punktach odżywczych. Każde takie zatrzymanie to utrata prędkości i minuty straty; łącznie zatrzymałem się 5 razy, więc wpływ na wynik był znaczący. Ale najgorszy był ból dupy. Nie przysłowiowy, tylko jak najbardziej fizyczny - nie miałem poduszek w stroju dostosowanych do twardego siodełka i już po 30km nie byłem w stanie usiedzieć dłużej niż minutę w jednej pozycji. To głupie niedopatrzenie kosztowało mnie najwięcej, bo nawet jak złapałem tempo, to po chwili musiałem się zsuwać do przodu, żeby złagodzić ból lub wstawać na wyprostowanych nogach.

Zakładałem, że etap rowerowy będzie najtrudniejszy, ale nie z takiego powodu! I podobnie jak w konkurencji pływackiej, po 3 pętli zniknęli prawie wszyscy zawodnicy i zostałem prawie sam na trasie. Przed wkroczeniem na ostatnią pętlę spytałem dziewczynę z punktu żywieniowego o godzinę. Jeśli 15 to źle, jeśli 14 to dobrze, kalkulowałem na szybko. 13.38 - uff, mam zapas! Postanowiłem już się nie zatrzymywać i nawet zacząłem wyciągać jakieś wnioski z trasy. Pod wiatr jechać nisko, z wiatrem pędzić na zabój. 22.5 km w jedną stronę dzieliło się na mniej więcej 3 odcinki: z Malborka do skrętu z wiatrem, potem wiatr z boku, a potem na Lichnowy Malborskie pod wiatr. Z powrotem wiadło odwrotnie :) Zbliżając się do finiszu ostatniej pętli rowerowej zastanawiałem się czy na biegu nie będzie przeszkadzać bolący tyłek i kolana. Pomyślałem, że żołnierz walczy już pół dnia, został trafiony nawet jakąś strzałą, ale do wieczora musi jeszcze wykrzesać z siebie więcej sił.

Czas roweru 7:27, prawie pół godziny gorzej, niż zakładałem. W sumie to nawet tego nie wiedziałem, bo nie miałem zegarka. Poza cyklistą z samego początku trasy wyprzedziłem jeszcze jedną dziewczynę i jakiegoś gościa, który kierował jedną ręką, bo jadł. Podejrzewam, że gdy się posilił, wyprzedził mnie z powrotem :)

Na etapie biegowym po raz pierwszy poczułem, że jestem na zawodach. Wcześniej dolegliwości nieprzystosowanych do nowego typu ruchu stawów i mięśni blokowały intensywniejsze użycie. Tym razem to ja wyprzedzałem. Rozmawiałem z zawodnikami, chłonąłem atmosferę, pozdrawiałem znajomych widzów (maraton składa się z 6 pętli, więc się już rozpoznawaliśmy) i utrzymywałem tempo. Dopiero po 30-stym kilometrze lekko odpuściłem. Nie było sensu się forsować, kilka minut urwanych na biegu nie zrekompensuje strat z pływania i roweru. Zostawiłem siły na ostatnią pętlę i gdy ją zaczynałem, wiedziałem że jednak uda się osiągnąć cel - pętla miała 7km, a było jeszcze jasno. Z dnia poprzedniego pamiętałem, że zaczyna się ściemniać koło 19, a o 20-stej byłoby 14 godzin od startu, więc na pewno będzie 13 z przodu! Z uśmiechem na ustach mknąłem ostatnie kilometry, noc złapała mnie już na oświetlonym terenie miejskim. Ostatnie pół kilometra w tempie 4:24m/km, meta i usłyszałem "Jesteś Ironman!".

Podsumowanie.

Zawody były super. Potrafię zrozumieć ludzi, których to kręci. Chciałbym kiedyś wystartować na takim prawdziwym rowerze wyścigowym z kierownicą, na której można położyć przedramiona.

Biegacz ultra jest w stanie ukończyć Irona bez specjalnego przygotowania (pod warunkiem, że ma rower :) W tym roku biegłem też Rzeźnika (80 km po górach) mającego taki sam limit czasowy (16h) i obiektywnie patrząc bieg ultra był trudniejszy (gorsze czasy, więcej DNFów <>). Ale - mało kto startuje w Ironmanie, żeby zaliczyć, ludzie raczej skupiają się na biciu swoich wyników.

Gdybym wystartował ponownie po regeneracji chyba mógłbym urwać jeszcze godzinę. Poprawiłbym pływanie, rower, przygotował zapasy jedzenia, no i trochę bardziej bym się styrał.

Słyszałem czasem negatywne opinie o triathlonistach, że szpanerzy, brylują w tych swoich okularkach itp. Co chwila z którymś rozmawiałem i żaden nie wpisał się w stereotyp. Fajni ludzie z pasją; poznałem nawet ultrasa, który jak ja chciał zobaczyć co to jest ten Iron i wiem, że podobnych nam było więcej. Ludzie szukają nowych wyzwań i to jest pozytywne.

13:48:13 to mój czas na debiucie i jestem z niego bardzo zadowolony!




Na koniec chciałbym podziękować Markowi za użyczenie rowera i nauczenie zasad jazdy na szosówce. Dzięki Tobie Marku uwierzyłem, że mogę ten dystans pokonać.

Specjalne podziękowania należą się też Tomkowi i Michałowi, z którymi przeżywam większość biegowych przygód. Kiedy już wracałem samochodem i odpaliłem Messengera, ukazało mi się 135 nieprzeczytanych wiadomości. Tomek śledził relację z Castle Triathlon i wymieniał z Michałem uwagi. Ta jedna pokazuje mi, że znamy się jak łyse konie :D

Da radę, ma jeszcze 25 min zapasu może się poruszać 9 min/km
Pytanie ile jescze godzin wytrzyma bez picia - wg mnie ostatni raz napił się w Nogacie o 8

Plan Ironman



Niespodziewanie dla mnie rok 2019 zapisuje się jako jeden z najlepszych w "karierze" sportowca amatora. Od kilku lat startuję coraz rzadziej. Przedkładam turystyczne wyprawy, w których bez spiny truchtamy 60-80 km zwiedzając, rozprawiając, trochę cierpiąc a potem świętując, nad zorganizowane imprezy, w których trochę się zachwycamy, przez 80% czasu cierpimy i w końcu świętujemy. W tym roku nie zapisałem się na żaden bieg - wszystkie decyzje o startach 2019 zostały podjęte w 2018.

Po tym jak jesienią ubiegłego roku zacząłem jeździć do pracy na rowerze, postanowiłem zapisać się na zawody Castle Triathlon Malbork na dystansie Ironman. Myślałem już wcześniej, by kiedyś wystartować w Ironie, nawet w wakacje przepłynąłem wzdłuż jezioro na działce, by sprawdzić czy to w ogóle możliwe - okazało się, że tak :) Byłem świeżo po przebiegnięciu Kaszubskiej Poniewierki i imprezy na za rok wydawały się łatwe - tyle czasu na przygotowania, że bez końca można odkładać trening. Dodatkowo Tomek zaprosił mnie do pary w Biegu Rzeźnika (czerwiec 2019), a na wiosnę zaplanowałem start w maratonie, bo był potrzebny do badań. Padło na Maraton Gdański.

W listopadzie 2018 zrobiło się zbyt zimno na rower, więc przerzuciłem się na truchtanie do pracy. Nie był to trening wysokiej jakości, ale 75km klepanych tydzień w tydzień kilometrów zrobiło swoje - bez problemu przebiegłem maraton w 3:27:49. Po maratonie wróciłem do roweru, więc forma zaczęła spadać. W maju wziąłem dzień urlopu i przetestowałem jak to jest przejechać 100km na rowerze: wyszła bardzo fajna wycieczka po Trójmieście na 115 km. Na Rzeźniku forma była już słabsza, niż na maratonie, ale z pomocą Tomka udało się wykręcić satysfakcjonujący wynik. Potem tydzień przerwy i wreszcie w czerwcu mogłem przystąpić do treningu triathlonowego pod wrześniowy start.

Bilans otwarcia był pełen zagadek:

- pływanie: wakacje w dzieciństwie spędzałem głównie na działce nad jeziorem, więc woda jest dla mnie naturalnym środowiskiem. Po 25 latach niekoniecznie mogłem pozostać dobrym pływakiem. Później tylko pluskałem się rekreacyjnie i morsowałem, ale te aktywności mają się do treningu pływackiego, jak wyjście po piwko do biegania na dychę. Z testu wakacyjnego wiedziałem, że mogę przepłynąć ok. 2km bez większego zmęczenia.

- rower: jego obawiałem się najbardziej. Co prawda zrobiłem na moim krosie 115 km, ale w tempie 17km/h (szybciej przez ścieżki rowerowe przecinane skrzyżowaniami się nie dało) i to z pauzami na postojach. Iron ma 180km i wytrzymałość mogła nie skompensować niedostatecznej prędkości.

- bieganie: tutaj miałem pewność, że jeśli zostanie jakiś sensowny limit, machnę maratonik bez problemu. Limit na Ironmana jest 16 godzin, tyle co na Rzeźniku w Bieszczadach albo 100km na Kaszubskiej Poniewierce. Czyli to taki trochę inny ultra.

- sprzęt: triathlon to nie jest tani sport. Sam rower potrafi kosztować więcej, niż samochód. Do tego markowe ciuszki, pianki, kaski i inny sprzęt służb specjalnych. Jako, że chciałem tylko zobaczyć jak to jest, zaliczyć i wrócić do biegania poszedłem po taniości: piankę dorwałem na wyprzedaży w Decathlonie po 2 stówki, jakiś najtańszy strój za 129, rękawiczki 2 dychy, buty do roweru 229 itd. Razem wyszło max 1000.

W kwestii roweru bardzo pomógł mi Marek: zaoferował pożyczenie swojego Tribana, nauczył podstaw poruszania na tym narzędziu autodestrukcji i na 2 tygodnie przed startem zorganizował wspólny trening 120 km. Do 30-stego km było super, cisnęliśmy radośnie kilometry. Postanowiłem przetestować jedzenie w trakcie jazdy jedną ręką. Test jedzenia wypadł pomyślnie, dopiero niefortunnie rzucając skórkę od banana w krzaki omal nie doprowadziłem do końca marzeń o Ironie. Wypadłem z trasy na szuter, straciłem panowanie nad kierownicą, wyrżnąłem się i przejechałem kilka metrów na boczku. Szczęśliwie nic nie złamałem i mogliśmy kontynuować rajd:

Przynajmniej osłoniłem twarz

Potem wywaliłem się już tylko raz, gdy zapomniałem wypiąć espedeki. Wiedziałem już, że jeśli się nie połamię, to przejadę te 180km powyżej 20km/h.

Do pływania i roweru przyjąłem starą dewizę polskich szkoleniowców piłki nożnej: coco jumbo i do przodu. A później bieg i jakoś to będzie. Plan minimum: zaliczyć Irona. Plan optimum: złamać 14 godzin. Liczyłem 2h na pływanie, 7h rower i 5h bieg. Minus minuta i będzie 13 z przodu.

Dzień przed zawodami skompletowałem sprzęt i pojechaliśmy z żoną do Malborka:



Kilka słów o mieście: zamek jest przecudowny, absolutny hit na miarę świata. Wszystkie wydarzenia około-startowe jak rejestracja, odprawa, pasta party dzieją się na terenie zamku. Za pierwszym razem zgubiłem się w labiryncie ceglanych zabudowań. Na pewno tam wrócę z dzieciakami i to nie na jeden dzień.

Podczas odprawy zaczęło padać i zrobiło się zimno. Na wielu twarzach pojawił się stresik przed wchodzeniem rano do rzeki. Wróciłem do hotelu i stał się pierwszy wielki cud: oglądałem Rob Roya, wskoczył blok reklamowy, przełączyłem na coś i przysnąłem. Było dopiero koło 21. Kiedy się ocknąłem, skorzystałem z okazji, wyłączyłem TV i poszedłem spać. Obudziłem się o 2 zupełnie wyspany i pełen energii. Pamiętam wiele startów we wczesnych godzinach porannych, kiedy nie zmrużyłem oka całą noc, a potem przysypiałem na trasie. Tym razem miałem na koncie blisko 5 godzin snu, liczba w zupełności wystarczająca.

Do zamku miałem 3km z hotelu. Dzień wcześniej portierka powiedziała, że śniadania serwują od 7, więc się nie załapię (musiałem wyjść ok. 4.40), zatem od razu szedłem do schodów. Wyjątkowo  wybrałem inną trasę, niż wcześniej i kolejny "cud" - ktoś wchodził akurat do jadalni. Poszedłem za nim sprawdzić o co chodzi i okazało się, że to jeden z zawodników załatwił z obsługą przygotowanie śniadania wcześniej. Ten posiłek uratował mi później wyścig.

Pierwszy etap: pływanie. Szedłem bojowo nastawiony. Ostatnio oglądam kanały na Youtube o wielkich bitwach. Aleksander, Cezar, Napoleon, mapki pól bitewnych w 3d, ruchy wojsk, mapy państw. Nie można się oderwać od kolejnych niesamowitych kampanii. Idąc przez most nad Nogatem czułem się jak żołnierz przed bitwą. Pragnąłem jak najszybciej wskoczyć w odmęty wody i pruć do przodu.



C.D.N.

piątek, 6 września 2019

Czy może być gorzej?

Polska giełda to dno - i to dosłownie:


mWig40 market cap / mWig40 book value jest na poziomach z krachu 2008/2009.

Wczoraj zadebiutował ETF, który ma odzwierciedlać indeks mWig40 Total Return (powiększany o dywidendy). Czekałem na niego i nabyłem jednostki.

Tytułowe pytanie: czy może być gorzej zaprząta głowy nielicznej garstki graczy, którzy pozostali na GPW. Odpowiedź jest oczywista: może. Jednak gram pod scenariusz, że stosunek ryzyka do nagrody jest obecnie optymalny w długim terminie. Kupuję bardzo tanio, by za rok-dwa sprzedać drogo.

Polski grajdoł jest beznadziejny, ale już indeksy rynków rozwijających się pomimo wszechobecnego strachu, recesji i odwróconych krzywych obligacji zachowują się całkiem dobrze:


Wtórny dołek na MACD, higher low na wykresie - technika nie potwierdza katastroficznych wizji. Emocje mówią: ostatnia rzecz jakiej można się spodziewać na GPW to wzrosty, a chłodna kalkulacja mówi, że to właśnie teraz jest TEN moment.

Tekst nie jest rekomendacją inwestycyjną; myliłem się już tyle razy podczas tej bessy, a GPW (ostatnio znalazłem trafny przydomek: Gówno Pod Wodą) zawsze potrafi zaskoczyć słabością lub przekrętem.

czwartek, 29 sierpnia 2019

Tymczasem DAX


ORGR wreszcie się wyrysował. Jeśli wybije górą, WIG20 powinien też się trochę skorekcić. Nie piszę już o hossie, bo to na GPW nigdy już nie wróci, ale jakiś wystrzał do 2200 lub choćby 2150 :)

poniedziałek, 19 sierpnia 2019

W długim terminie bez zmian

WIG pozostaje w wieloletnim trendzie wzrostowym, obecnie zbliża się do ważnego wsparcia:


Bessa trwa już rekordowo długo w historii GPW:


2 i pół-letnia bessa najgorzej obeszła się z najmniejszymi spółkami:


Zakładałem to po masakrze WIG20 w latach 2015-2016. Ale jak zwykle nie doszacowałem przedłużającej się słabości. Jednak w ostatnich 5 miesiącach największe z najmniejszych spółek (SWIG80) nie są już w stanie dotrzymać tempa spadków średniakom i dużym:


Pojawiły się pierwsze wyzwiska, co dobrze wróży bliskiemu przesileniu :)

Pałeczkę Lotos2009/JSW2016 przejęły energetyki. Mój typ to PGE po 6.66:



środa, 7 sierpnia 2019

Tym razem jest inaczej

GPW is dead:



Rekordowo długie spadki, szeroki indeks poniżej dołków z 2009 roku, coraz więcej wałków podczas zdejmowanie spółek z giełdy.

Value investing is dead:


Wykres pokazuje długość obsunięcia strategii inwestowania w wartość (kryterium cena/wartość księgowa).

Symptomatyczny jest artykuł ze Strefy Inwestorów:
https://strefainwestorow.pl/artykuly/analizy/20190806/spolki-gielda-gotowka
(17 spółek mniej wartych na giełdzie niż ich gotówka w kasie)

Jak długo to jeszcze potrwa? Szczerze powiedziawszy mam na to wylane. Przyzwyczaiłem się :) Kontynuuję powiększanie pozycji na niedowartościowanych spółkach. Czekam na synchroniczną panikę na całym świecie, żeby nakupić tanich opcji i redukować je na odbiciu.

Porównanie bessy 1929-1932 na Dow Jones z SWIG80 pokazuje, że może spadać jeszcze i rok:

Nie wierzę co prawda w taki przebieg wypadków, ale rynek lubi płatać figle :)

niedziela, 4 sierpnia 2019

Rozwój, zdrowie, nawyki

Dawno nie pisałem nic o rozwoju osobistym, nawykach czy zdrowiu. Planowałem w zeszłym roku stworzyć cykl "Holistyczna teoria rozwoju", jednak po pierwszym odcinku zarzuciłem kontynuację.  Przyczyny są dwie: po pierwsze poznałem i przetrawiłem już tyle różnych teorii i badań, że ciężko znaleźć cokolwiek nowego, by nie powtarzać tego, co wcześniej się napisało. Wcześniejsze zetknięcia np. z buddyzmem, modelem nawyków, błędami postrzegania czy sztuczną inteligencją wywracały mój sposób myślenia. Obecnie stykam się raczej z koncepcjami, które co najwyżej poszerzają postrzeganie rzeczywistości, bo bazują na wcześniejszych modelach.

Po drugie: praktyka. Praktyka wymaga czasu. Np. takie przeprogramowanie nawyków - najpierw trzeba uświadomić sobie jakie nawyki sterują nami w określonych sytuacjach (wg literatury 40% czasu lecimy na autopilocie). Potem zastanowić się, które nam szkodzą i na co chcielibyśmy je zamienić. Z czasem może się też okazać, że zmiana nie idzie w dobrym kierunku, albo poprzedni nawyk był częścią szerszego łańcucha zachowań, które również wymagają korekty.

W 2015 roku zacząłem prosty eksperyment: postanowiłem codziennie wykonywać proste ćwiczenie.  "Tak proste, że nie możesz powiedzieć NIE". Wtedy była to lekcja francuskiego i niemieckiego na Duolingo. Przez prawie dwa lata codziennie robiłem po jednej lekcji z obu języków. Eksperyment nie wypalił do końca, bo cel był zbyt ambitny. Należało wybrać jeden język zamiast dwóch, a pierwsze miesiące ekscytacji poświęcić na robienie większej liczby lekcji z tego jednego języka.

Wyciągnąłem wnioski i w 2017 roku moim codziennym ćwiczeniem były zimne prysznice i  hartowanie ciała. Latem niezbędne minimum, zimą praktycznie przez cały dzień mam styczność z chłodem. Efekt opisywałem - leci już trzeci rok, odkąd ostatni raz założyłem kurtkę. Nie napiszę, że nie choruję, bo ze 3 razy przechodziłem 1-dniowe osłabienie z katarem, raz nawet wziąłem prewencyjnie tabletkę Ibupromu, ale i tak jestem zadowolony z efektów :) Te ćwiczenia stały się częścią mojej tożsamości, podobnie jak regularne bieganie.

W styczniu 2018 postanowiłem zrealizować marzenie, które chodziło za mną od dziecka: postanowiłem nauczyć się podstaw boksu. Miałem najlepszych trenerów na Youtube, kupiłem gruszkę w Decathlonie i codziennie naparzałem przynajmniej przez jedną tabatę. Na początku całymi dniami oglądałem filmiki i chłonąłem wiedzę, w grudniu robiłem już głównie ćwiczenia od niechcenia. Ktoś powie, że takie ćwiczenia nic nie dają - nie twierdzę, że jestem w tym dobry. Wiadomo, że zawodnik trenujący pod okiem zawodowca położyłby mnie w jednej rundzie. Z drugiej strony zdaję sobie sprawę z przepaści, jaka dzieli wyćwiczonego w podstawach amatora od zawodnika, który nie zna żadnych podstaw. Zdarzyło mi się kilka razy sparować z osobami trenującymi 1-3 lata i wytrenowane mądrze podstawy plus kilka lat biegania ultramaratonów pozwoliły mi po pierwszych sesjach nawiązać wyrównaną walkę.

W 2019 myślałem pół stycznia nad nową umiejętnością do wytrenowania i ostatecznie zdecydowałem się prowadzić dziennik oraz wydłużyłem posty częściowe. W czerwcu doszło kolejne ćwiczenie, ale o tym później. Czytałem wielokrotnie o zaletach regularnego prowadzenia pamiętnika. Obiecuje się uporządkowanie spraw życiowych, lepszą pamięć, dłuższe życie. Zrzucenie trosk codziennego życia na kartki papieru ma dawać spokój i poczucie celu w życiu. Ten proces jest na tyle płynny, że nie potrafię w tym momencie ocenić, czy to wszystko u mnie się dzieje. Zapewne prowadzenie dziennika w zeszycie wpłynęło na mniejszą liczbę artykułów na blogu. Może już wcześniej blogowanie spełniało rolę dziennika?

Co do postów, to razem z medytacją są moim długoterminowym celem jako praktyka zdrowotna. W styczniu wydłużyłem okienko nie-jedzenia z 12 do 13 godzin, potem 14, a od czerwca dobiłem do docelowych 16 plus 24 godziny postu od czwartku po południu do piątku (w wakacje ten 24-godzinny post zarzuciłem, bo przygotowuję się do wymagającego startu we wrześniu). W lipcu wreszcie udało mi się rozpocząć ćwiczenia medytacji - to jest właśnie przykład jak świetnie można łączyć nawyki. Codzienną praktyką "krio" jest zimny prysznic i wychodzenie w nocy na balkon w gatkach. Zawsze liczyłem wtedy powoli do 120 (ok. 2.5 minuty). Obecnie gdy siedzę na balkonie nastawiam budzik na 3 minuty i wykonuję podstawowe ćwiczenie obecności: zamykam oczy, skupiam się na oddechu i odgłosach otoczenia. Długa droga przede mną, ale nie patrzę na cel: to droga jest celem. Wiem, że powtarzając każdego dnia to proste ćwiczenie osiągnę kiedyś stany, o których na razie mogę tylko czytać. Jedna prosta zmiana w codziennej rutynie pozwoliła mi znaleźć miejsce na trening uważności bez dodawania kolejnego ćwiczenia i szukania dla niego czasu w ciągu doby.

Zanim zasiadłem do tego posta myślałem, że w 2019 prawie nic się nie dzieje, a jednak widzę, że wprowadziłem w tym roku 2 kluczowe ćwiczenia (dłuższy post i medytacja). W kolejce wciąż czeka przejście na pełną dietę roślinną. Jestem już prawie u celu, niestety kombinacja zima + bieganie = słodycze. Po każdym dłuższym biegu typu maraton czy ultra przez ok. tydzień pochłaniam słodycze, w dodatku są to czekolady mleczne, lody i inne śmieciowe jedzenie łączące nabiał z cukrem. A że biegam długie biegi co miesiąc, w dodatku do niektórych startów mocno się przygotowuję, to przez ok. połowę dni w roku jem słodycze z nabiałem. Widzę, że kroi się już cel na 2020 :)

Widzicie zatem, że nie zasypuję gruszek w popiele. Pracuję nad sobą, by szczerze opisać kiedyś cykl o holistycznym rozwoju. Będzie tam o postach, medytacji, diecie roślinnej, bieganiu, osiąganiu rzeczy, które wydają się niemożliwe, a czasem nawet zabójcze. Wierzę, że nasze ciała kryją potężne moce, jednak wszechobecny komfort, przesyt używek, niezdrowej żywności i brak ruchu wytworzyły fałszywe normy możliwości człowieka. Co więcej, nie ćwiczę kosztem rodziny, pracy, relacji z przyjaciółmi: wykorzystuję nabytą wcześniej wiedzę, by te ćwiczenia były częścią życia. Trudne cele rozbijam na proste ćwiczenia powtarzane każdego dnia przy podstawowych czynnościach. Niech czas robi swoje.


poniedziałek, 29 lipca 2019

I znów na dnie

Polska vs Ameryka:



Obijanie wsparcie: 2016, 2018, 2019. Pęknie czy odbije? Czekam na wasze pomysły :) Ja obstawiam fałszywe wybicie w dół - a że to wykres kwartalny, to możemy jeszcze kilka miesięcy pocierpieć.

I kolejny zawodnik na dnie:


czyli mój ulubiony indeks szerokiego rynku. Czekam na rekord wszech czasów długości trwania bessy. Uczestniczenie w tak historycznym momencie to coś, czym będę się mógł wnukom pochwalić - o ile jeszcze będzie wtedy giełda w Polsce :D


niedziela, 21 lipca 2019

Gra funduszami

Mój główny długoterminowy plan zakłada inwestowanie w Polsce przez kolejne dwa cykle hossy. Mimo, że skupiam się głównie na akcjach, od zeszłego roku zacząłem lokować środki również w funduszach inwestycyjnych.

Podzieliłem polskie fundusze na 3 grupy:

1. ETFW20L.PL - pierwszy dostępny na GPW ETF odwzorowujący WIG20TR (total return, powiększany o dywidendy). Jest to fundusz syntetyczny, w jego składzie są spółki innych krajów europejskich i nawet nie wiem jakie kombinacje. Wykorzystuję go do aktywnej gry:
- akumulować jednostki tanio w zaawansowanej bessie podczas przedłużających się spadków,
- kupować lokalne paniki i skracać odbicia, żeby podbić wyniki,
- redukować w zaawansowanej hossie w czasie rynkowej euforii.

Plusy:
- można kupować i sprzedawać na GPW 'od ręki' (prowizja jak za akcje),
- opłata roczna za zarządzanie 0.45%.

Minusy:
- nie mam do końca zaufania, czy kiedyś fundusz się nie zwinie. GPW jest traktowana jak popychadło przez zagraniczne instytucje - był słoweński Nova Bank, który zbankrutował i akcje wyparowały, podobnie amerykański CEDC czy chińskie wałki, które po zgarnięciu kasy olewają polskich frajerów. Dlatego staram się nie przesadzić z pozycją.

2. inPzu Akcje Polskie - tani (zaledwie 0.5% opłat rocznych, brak opłat za zakup i sprzedaż jednostek) fundusz parasolowy, który z grubsza powinien odzwierciedlać WIG (na razie historia funduszu zbyt krótka, ale dywidendy powiększają aktywa funduszu).

Mam zamiar wykorzystać go do realizacji strategii aktywnej alokacji kapitału:


Obecnie trzymam 100% środków w funduszu akcji, natomiast kiedy NBP zacznie podnosić stopy procentowe i zacznę obserwować wypalanie hossy, zacznę przesuwać środki do funduszu pieniężnego. W tym czasie obligacje powinny tanieć, lokaty rosnąć, potem zobaczę panikę na obligach, NBP czy inny Fed zacznie przebąkiwać o końcu serii podwyżek, więc przesunę środki do funduszu obligacji, by czekać na panikę na akcjach. Na papierze wszystko wygląda fajnie, nie mam ciśnienia, żeby idealnie trafiać - mogę czekać miesiącami na rezultaty, a czas i statystyka niech robią swoje.

Plusy:
- brak prowizji za zakup jednostek,
- niska opłata roczna 0.5%,
- fundusz parasolowy, środki można przesuwać między funduszami przez lata bez płacenia podatku - zostanie on pobrany dopiero po wypłacie środków.

Minusy:
- ubogi wybór funduszy (2 akcyjne, 3 obligacyjne i pieniężny, brak surowcowego), ale wystarczający do realizacji strategii,
- długi czas realizacji zleceń (dni).


Zachowanie obu funduszy na tle WIG20TR:



3. PZU Małych i Średnich Spółek - jeden z najgorszych funduszy w zestawieniu Supermarketu Funduszy Inwestycyjnych mBanku. Otworzyłem niewielką pozycję z horyzontem 12-18 miesięcy w myśl zasady "ostatni będą pierwszymi" licząc, że kupuję blisko dołka:


Plusy:
- chodzi jak SWIG80, wyraźne trendy,
- w SFI brak opłat za kupno/sprzedaż.

Minusy:
- bardzo wysokie opłaty roczne (3.5%).


Podsumowanie.

Fundusze są dla mnie takimi samymi instrumentami do gry, co akcje. Staram się określić ryzyko, potencjał zysku, wyznaczyć optymalny moment kupna/sprzedaży i dostosować wielkość pozycji do ryzyka. Pojedyncza spółka może zarobić 1000% lub stracić 99% w teoretycznie dowolnym momencie, fundusz akcyjny zarobi 20-80% w hossie, a potem się ucieka, bo wszystko odda w bessie.

Mam specyficzne podejście do kupowania akcji: unikam kupowania rozgrzanych spółek w trendach wzrostowych, które ciągną indeksy w górę. Przez to omija mnie wiele okazji. Czasem to świetne firmy, które latami poprawiają wyniki, ale nie potrafię tego przewidzieć. Jeszcze częściej spółki są pchane przez fundusze, którym zależy na pokazywaniu świetnych wyników, by przyciągnąć kapitał. Oba te czynniki są bycze w hossie i dlatego kupując fundusze pośrednio mam ekspozycję na rosnące gwiazdy.

Ciekaw jestem Waszych strategii i wyborów funduszy. Czekam na debiut Beta MWIG40 ETF, bo moment do wejścia w średnie spółki jest dla mnie optymalny.

wtorek, 16 lipca 2019

Ucieczka do płynności

Rozważmy trzy wykresy (ostatnie 10 lat).

Wszystkie spółki z GPW, dla których średni obrót z ostatnich 50 sesji jest większy lub równy milion:


Wszystkie spółki z GPW, dla których średni obrót z ostatnich 50 sesji jest między 100 a 500 tys.:



Wszystkie spółki z GPW, dla których średni obrót z ostatnich 50 sesji jest między 10 a 40 tys.:


Kto ma przewagę płynnych spółek w portfelu, ma od grudnia hossę. Kto postawił na niepłynne maluchy, ma od 2 lat i 2 miesięcy bessę. Kto siedzi w średniakach widzi, że jego portfel zachowuje się średnio.

Zajrzyjmy jeszcze na stosunek wykresów płynne vs niepłynne na tle wykresu nieważonego wszystkich spółek za ostatnie 10 lat:


Trend trwa, i bije kolejne rekordy. Wypiszmy kolejne ekstrema:
2010.01.05
2012.01.12 - 24 miesiące od poprzedniego
2012.12.27 - 12 mies.
2014.12.02 - 24 mies.
2017.09.20 - 33 mies.
2019.07.?? - 22 mies.

Jakiegoś schematu czasowego nie widzę. Widać natomiast synchronizację dołków na całym rynku ze szczytami siły płynnych vs niepłynnych. Tych drugich jest znacznie więcej, dlatego mają większy wpływ na wykres nieważony całego rynku.

Wykresy pokazują starą giełdową prawdę, że najpierw rosną duże spółki, potem przychodzi czas na średnie, a dopiero na końcu startują małe. To w tej ostatniej fazie rosną giełdowe fortunki; póki co mamy kiszenie ogóra i lepiej wyskoczyć gdzieś na wakacyjny urlop, niż śledzić notowania.

środa, 10 lipca 2019

Polowanie na PEO

Odbiła Tepsa, odbiły energetyki, a coś by się jeszcze z WIG20 kupiło. Jak wiadomo WIG20 to umieralnia dla akcji, dlatego sens ma tylko kupowanie dobrych spółek na wyprzedaży i wywalanie kiedy padają sygnały kupna, które są pułapkami na byki. Powyższe stwierdzenie zostanie zanegowane, kiedy ruszy hossa na EM, ale o tym boimy się myśleć.

Dobrą spółką jest PEKAO. Co roku płaci sute dywidendy i co roku nie jest w stanie wrócić do ceny sprzed odcięcia dywidendy. Frustrująca sytuacja dla posiadaczy. Ale jest szansa jeśli nie na zmianę trendu, to na urwanie kilku procent:


Obserwowany wykres to FPEO, czyli kontrakty na PEKAO, ponieważ możemy na nim zaobserwować jak kształtowała się prawdziwa cena akcji. Widzimy, że od roku cena pozostaje w konsolidacji po 3-letnim trendzie spadkowym.

Dlaczego tak dobry bank tak kiepsko zachowuje się na giełdzie? Co nieco może nam podpowiedzieć indeks Stoxx E600 Banks:


Europejskie banki wyglądają źle, z drugiej strony każda kolejna bessa jest łagodniejsza, a potencjał czasowy obecnej przeceny zdaje się wyczerpywać.

Zerknijmy jeszcze na sezonowe zachowanie PEKAO w ciągu poprzednich 10 lat:

Widzę tu pewien schemat: dołek w maju, dołek w lipcu (odcięcie dywidendy), a potem odbicie. Dlatego zamierzam się przyczaić na dziada i urwać 5-8%. Przy okazji trzymam długoterminowy pakiet pod hossę, ale o niej boję się myśleć.

wtorek, 9 lipca 2019

Surowce: u progu inflacji

CRB Commodity index jest jak księga, z której możemy czytać historię rynków wschodzących (na wykresie zsynchronizowałem lokalne dołki CRB z indeksem WIG):





Oczywiście zarówno w przypadku WIG jak i CRB nie mamy pewności, że dołek już był. Jednakże indeks towarów jest bliski wygenerowania wczesnego sygnału kupna i to z bardzo niskich poziomów:



W drugiej połowie 2015 roku towary z hukiem przebiły wsparcie na 200 pkt i od tego czasu poziom ten ponownie - jak 22 lata temu - stał się oporem!

Obecna inflacja wynika głównie ze wzrostu cen usług. Dlatego widzimy jak co roku drożeją np. obiady w barze (wyższe koszty pensji, czynsze), ale już niekoniecznie obserwujemy wzrost cen podstawowych produktów w markecie. Kiedy zaczną drożeć surowce, inflacja uderzy również w te drugie.

Na pierwszym wykresie widzimy jednak, że ceny towarów i polskich akcji są dość mocno skorelowane, co zresztą nie jest żadną tajemnicą (drogie surowce - drogie rynki wschodzące, tanie surowce, tanie rynki).

I tak oto kończymy 320-sty odcinek sagi "czekamy na start wielkiej hossy na rynkach wschodzących".



czwartek, 4 lipca 2019

Polowanie na PGNiG

Otworzyłem dziś pozycję na PGNiG. Klasyczne warunki wejścia: spółka stabilna, zarabia kasę, mocno spadła ostatnimi czasy i wypłaci dywidendę. Prześledźmy analizę:

div yield: 0.18/5.35 = 3.36%

Lepiej, niż lokaty.


Technika (FPGN):


RSI tygodniowy odbija z rekordowo niskich poziomów. Po takim spadku kurs nie wraca od razu na maksy. Poprzednie korekty kończyły się w okolicach fibo38.2 i tam występowała 1-3 letnia konsolidacja przed ruchem na nowe szczyty. Dla naszego przypadku dawałoby to okolice:
6.10 zł
za akcję w skali kilku miesięcy (przy założeniu, że kurs osiągnął dno) i to jest mój poziom docelowy, przy którym zamknąłbym pozycję.

Zerkam na cenę gazu:


Nie widać korelacji. Raz gaz i PGN rosną razem, raz jedno rośnie, drugie spada.

Z WIG20 widać lepszą synchronizację w rysowaniu dołków:



Zakładając, że dołek na WIG20 był w czerwcu, niedługo powinien wystąpić dołek na gazie.

piątek, 28 czerwca 2019

A man provides

8 lat temu w okolicach 30-stych urodzin zaczęła się moja przygoda z bieganiem. 8 lat to kawał czasu. Na ścieżki wybiegł świeżo upieczony tato drugiego dziecka z głową wciąż pełną scenariuszy gier komputerowych, planów rozwijania biznesu i strategii inwestycyjnych. W zeszły piątek, 80-cio kilometrowy Bieg Rzeźnika w Bieszczadach pobiegła para dwóch statystycznych 40-sto latków (jeden 42, drugi 38 letni), dźwigająca na barkach swoje małe wielkie troski.

Życie jest przewrotne: osiągamy wreszcie wymarzone cele, tworzymy, budujemy, gromadzimy, ale zamiast spokoju i spełnienia odczuwamy presję niezliczonych zobowiązań. Odpowiedzialność za rodzinę, pracę, status, relacje z ludźmi pchają nas do podejmowania decyzji, od których zależy los innych osób. Jak mawiał Gus Fring: "a man provides for his family".

Wyjazd do Cisnej miał być odskocznią od prozy życia, ale przez połowę pobytu nie byliśmy w stanie się od niej wyzwolić. Większa część 9-cio godzinnej podróży "tam" zeszła nam na rozmowach o życiu, planach, rozpatrywaniu podjętych decyzji. Nie, żeby było to coś smutnego, rozmawia się fajnie, ale gdzie się podziała ta fantazja z Kwidzyna?

Na miejscu tłumy, jakich nie widzieliśmy na innych biegach ultra. Rozbijamy namiot, idziemy coś zjeść:




Jemy i pijemy kompletnie nieodpowiedzialnie, co zemści się już za kilka godzin. Jakbyśmy chcieli wykorzystać każdą godzinę do świętowania  czegoś, co kosztowało nas wiele wyrzeczeń i treningów. Bieg startuje z Komańczy o 3 w nocy, o 1.45 musimy wejść do podstawionego autobusu. Nastawiamy zatem budzik na 1 i próbujemy się przespać. Mi się udaje podrzemać niecałą godzinę, Tomkowi prawie 3. To też odciśnie ślad na trasie.

W Komańczy jest meta Ultra Łemkowyny, którą przebiegliśmy 3 razy, mamy sentyment do tego miejsca, ale na starcie Rzeźnika nie czujemy radości. Zaczynamy lekko stremowani bliżej końca stawki. Bieg rozgrywany jest parami, nie można się oddalić na więcej niż 100 metrów od partnera. Na trasę wyrusza prawie 650 par, 1282 biegaczek i biegaczy. To bardzo dużo. Uczestniczyłem w biegach, na których przez dziesiątki kilometrów przebywa się w samotności. Na Rzeźniku przez całe 80km nieustannie kogoś wyprzedzasz, lub jesteś wyprzedzany.

Z naszej dwójki Tomek ma obecnie świetną formę, moja była niezła w kwietniu, od tamtego czasu zniżkuje. Od tygodni obawiałem się, że narzuci zbyt mocne tempo, które na dalszym etapie mnie "zabije", ale  początkowo to ja przyspieszam na zbiegach. Przez pierwsze kilometry mam problemy fizjologiczne, modlę się o jak najszybsze przepalenie zgagi po przejedzeniu z poprzedniego dnia. Nie pomaga gazowana woda w bukłaku, jak tylko zaczynamy zbieg każdemu krokowi towarzyszy beknięcie. Oszczędzę opisów reakcji organizmów biegaczy ultra; podczas takiego biegu spala się jakieś 5 tys. kalorii, więc z czasem organizm przepala wszystko.

Potem następują kilometry trawienia problemów. To co we wczorajszych rozmowach było sytuacjami, w trakcie biegu, gdy uwalniane sa hormony stresu zmęczeniowego, staje się problemami. Organizm ma jeszcze mnóstwo energii, więc mózg marnotrawi ją na myślenie. Pogoda póki co sprzyja: chłodna noc i poranek, orzeźwiająca mgła. Dość sporo błota po 8 tygodniach opadów deszczu, ale płytszego niż bywało na Łemkowynie czy Chudym Wawrzyńcu, gdzie człowiek spływał podczas próby wspinaczki na Oszusta. Nie potrafimy cieszyć się z biegu. Widoków górskich brak - wszędzie las, a jak już któryś kawałek szczytu odsłonięty, to mgła. Gdzie te cholerne połoniny? Mgła jest przynajmniej piękna w lesie:



Niewiele pamiętam z pierwszych 30 km. Z mapy odczytuję, że zaliczyliśmy szczyt Chryszczatę i Wołosań na czerwonym szlaku. Ultra liczę zawsze w maratonach, plan na Rzeźnika jest prosty: zrobić pierwszy maraton tak, żeby się czuć, jakby się dopiero zaczynało biec, a potem zrobić drugi maraton. Staram się też nie schrzanić biegu, jak kiedyś bywało: regularnie piję, odżywiam się. Żołądek i flaki już nie dokuczają. Ale coś zaczyna szwankować. Wejście na kolejną górę masakruje mnie. Zaczynam mieć zawroty głowy. Niepostrzeżenie chmury się rozwiały, słońce świeci, błoto paruje. Z góry  udaje się jeszcze zbiec, ale gdy zostaje ok. 2 km do punktu odżywczego na 50-tym kilometrze, nie jestem w stanie truchtać.

Ukończenie biegu staje pod znakiem zapytania. Przypominają mi się najgorsze koszmary z Niepokornego Mnicha, gdy upał i długie strome podejścia tak mnie wykańczały, że musiałem siadać na trasie i ledwo zmieściłem się w limicie. I wtedy Tomek ratuje sytuację: pozostały litr wody zużywa na polewanie mnie po głowie. Zaczynamy truchtać, a jak tylko czuję, że znowu się przegrzewam, chlust woda w twarz, za kołnierz i na kilka minut spokój. Kolejny pozytyw w tej sytuacji, to że mamy już w dupie wszystkie swoje życiowe rozterki. Mamy tu cholernie trudny bieg do zrobienia.

Docieramy do punktu odżywczego w Smerku i trzeba mnie jakoś postawić na nogi. Na szczęście pracują tam zawodowcy; z baseniku do chłodzenia napojów wolontariusz nabiera wiaderko wody i wylewa mi na głowę. Zajadam się pomarańczami, leżę na trawie. Spotykamy Zwola, naszego kolegę z Gdańska, który jest wolontariuszem na punkcie i pokrótce objaśnia sytuację: ponad połowa drużyn już wyszła, limit czasowy bezpieczny, przed nami już tylko 30 kilometrów, ale za to połowa wszystkich przewyższeń i 3 góry. Będzie ciężko, ale wiem już że damy radę. Tomek zabiera na trasę dodatkową butelkę wody do chłodzenia mnie na podejściu.

Człapiemy w kleistym błocie w tempie 20 minut na kilometr. Komuś wciągnęło buta, ktoś się przewrócił. Zaczyna padać deszcz - jedni na niego psioczą, ja dziękuję jak za mannę z nieba. Chłodzenie to podstawa. Nie myślę o wejściu na szczyt, tylko stawianiu kolejnych kroków; robiąc to odpowiednio długo, kiedyś tam wreszcie dotrę. Tomek idzie szybciej, potem się zatrzymuje, czeka na mnie i robi fotki.



Długie strome podejście nie kończy się zbiegiem-happy endem. Na kolejnych kilometrach czeka nas seria mniejszych i większych szczycików, które roboczo nazywamy "korona", "fajfus", "pierdolony fajfus", "cyce". Kiedy wreszcie kończymy ten 19-km odcinek popełniamy szkolny błąd: nie bierzemy z punktu odżywczego wody do chłodzenia mnie. Zabieramy izotoniki, ale na ok. 13 km przed metą wydaje nam się, że już tam jesteśmy i dźwiganie "chłodzenia" jest niepotrzebne. Przed nami jeszcze 2 góry z bardzo stromymi szlakami.

Tymczasem przestaje padać, znowu przebija się słońce i powtórka z rozrywki - zaczynam spowalniać. Staję pod gałęziami i strzepuję krople wody z liści, myślę nawet nad wsadzeniem głowy w trawę na połoninach, ale słońce już je osuszyło. Odzywa się nieprzespana noc, w kamieniach i spalonych konarach co rusz widzę koty, psy, niedźwiedzie, rumaka szykującego się do skoku.


Wtedy Tomek znowu znajduje rozwiązanie: podnosi jakiegoś badyla, podaje mi drugi koniec i ciągnie mnie pod górę. Na kolejne podejście wciąga mnie za rękę. Wreszcie szczyt i podszczyt zaliczone, i znowu działa magia: wracają mi siły, jakby całej tej męczarni pod górę nie było. Puszczamy się pędem w dół. Ok. 3 kilometry stromego zbiegu po błocie. Wyprzedzamy 70 innych par, a zapewne więcej, bo pod górę sporo nas wymijało. Pod koniec czuję już palenie w udach, ale nie zwalniamy aż do ostatniego punktu przed metą.

Ostatnia góra (Liszna) wygląda jak spiczasty trójkąt równoramienny. Najbardziej stroma, ale też bez kombinacji na szczycie: wchodzisz, schodzisz. Najgorsze to jak wymęczysz szczyt, a potem przez 10 kilometrów raz góra, raz dół. Wydaje ci się, że cały czas się wspinasz, bo biegnąc np. 5 minut na km z góry i wchodząc 16 minut na km pod górę spędzasz średnio ok. 3/4 czasu wchodząc, choć na mapie oba odcinki są jednakowej długości. Tomek znowu podciąga mnie na szczyt, odzywa się w nim głód wyniku; stać go było na więcej w tym biegu, ale klasycznego Rzeźnika biega się parach, więc używał zapasy energii do wzmacniania słabszego zawodnika. Z Lisznej nie da się już szybko biec, zbyt duże nachylenie, ale i tak mijamy na tym odcinku ok. 40 par.

Kiedy już słyszę metę, kiedy witam się z gąską, zaliczam glebę na kleistym błocie. Rrrrrwa sobie krzyknąłem i pobiegłem dalej. Wpadamy na metę na pełnym gazie, medal, piwko i szukamy gdzie tu się umyć.



W planach przed biegiem miałem słońce, trawkę i 4-pak dla każdego. W praktyce spędzamy z godzinę w strumieniu na wymywaniu wyjątkowo przylepnego błota, potem zimny prysznic (do ciepłego nie chciało nam się czekać w kolejce). Dowiadujemy się, że przybiegliśmy w pierwszej połówce (poz. 227 na ok. 650 par), całkiem nieźle. Mówię Tomkowi, że idę zrobić "Lenina" (tak nazywamy odpoczynek po biegu na pamiątkę finiszu Niepokornego Mnicha, kiedy to doczołgałem się z prysznica do łóżka i zasnąłem na plecach przyjmując pozę wodza rewolucji):



Pół godziny drzemki wzmacnia. Idziemy na obiado-kolację, zamiast piwa zamawiam koktajl jagodowy. Jest fajny chillout, rozpiera nas radość z tego wszystkiego, co się wydarzyło. Rzeźnik okazał się bardzo trudnym biegiem, blisko połowa par nie zmieściła się w limicie czasowym.

Żeby nie było, że imprezy nie było, kupujemy trochę alko: Tomek małpkę z colą, ja piwo z jagodami, które stawiam na materacu w namiocie, i o dziwo się ono przewraca. Specjalnie się tym nie przejmujemy, będzie trochę waliło piwem, a już o 21.30 padamy. Budzimy się o 5 i pakujemy do odjazdu.

Dzień powrotu jest przeciwieństwem dnia wyjazdu. Nic nie musimy, czujemy się spełnieni. Rozmawiamy o bieganiu, celebrujemy widoki, kawę na stacji. Skręcamy do wegańskiego baru w Częstochowie, funduję sobie szejka w MacDonaldzie. Jesteśmy znowu jak dwa dzieciaki, które cieszą się z dobrej zabawy i nie myślą o upływającym czasie.


LinkWithin

Related Posts with Thumbnails