Kultywując tradycję comiesięcznych (ultra)maratonów, sobotę i niedzielę spędziłem aktywnie z przyjaciółmi, tym razem w Stavanger w Norwegii. Celem była przygoda, braterstwo i ten widok:
Zapraszam na relację Tomka z wyprawy:
http://runaroundthelake.blogspot.com/2018/04/wyprawa-nad-fiordy-stavanger.html
Blog o inwestowaniu, grze na giełdzie, rozwoju osobistym, przemyślenia na temat egzystencji, poszerzanie świadomości. Czasem trochę o żarciu i bieganiu - życie :) Napisz do mnie: deedees małpa o2 kropcia pl
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tricity ultra. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tricity ultra. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 16 kwietnia 2018
wtorek, 2 lutego 2016
Humory Tora cz. 3
Następne 30 km to standard ultra - trochę rozmów, trochę nudy, ciemność, dłużyzny. Podobno wokół piękne widoki, ale jest noc i nic nie widać. Co jakiś czas zawiewa lub pada, ale od Atlantyku dzieli nas pasmo wysp, które pierwotnie mieliśmy biec (patrz cz. 1) oraz łańcuch wzgórz, więc orkan hula raczej na Hellesoy z przekreślonym o.
Na ostatnim większym moście spokojnie. Kończy się osłona pasa wzgórz. Co jakiś czas zacina deszcz ze śniegiem. Zaczyna mi dokuczać ciężar odpowiedzialności. Łącznie wydłużyliśmy trasę o 15 km i z pierwotnych 105 km zrobiło się 120. Nie przewidziałem również, że ten bieg kwalifikuje się do górskich (łączna liczba przewyższeń wyszła ok. 2500 m). Roślinność wokół karłowacieje. Co 5 minut muszę zakładać płaszcz przeciwdeszczowy, by za chwilę się w nim przegrzewać, gdy przestaje padać. Zdejmuję, biegnę chwilę i znowu deszcz. W końcu mam tego dość i biegnę bez przeciwdeszczówki - gorące ciało powinno skutecznie osuszyć ubranie.
I wtedy docieramy nad fiord. Nim się kapnąłem, że zacinający deszcz ze śniegiem nie skończy się za 3 minuty, byłem już kompletnie przemoczony. Naciągnięcie płaszcza niewiele zmieniało. Do celu zostało nam jakieś 8 km przez skaliste wysepki połączone mostami. Widoczność na pół metra, śnieg z deszczem zacina poziomo, aż trzeba ręką osłaniać oczy. Nagle błyskawica rozświetla niebo i zasiewa zwątpienie. Nie tak to sobie wyobrażaliśmy. W wizjach wyglądało to mniej więcej tak:
rzeczywistość natomiast jak tu:
Tuż przed mostem na pierwszą wyspę podejmujemy decyzję - odpuszczamy. Może dałoby się jeszcze przedrzeć przez sztorm, ale świadomość, że w każdej chwili może walnąć gdzieś z boku piorun sprawia, że nie chcemy dostać nagrody Darwina. Zwiewamy przed deszczem pod obudowaną wiatę przystanku i oceniamy siły. Rekalkulacja trasy pokazuje, że zostało nam 30 km do mety. Od ok. 30 km prawie nie jedliśmy i praktycznie nie piliśmy (przez cały bieg wypiłem ok. litr wody, pół litra kefiru i 200 ml kawy). No i jest zimno. Wszystko przemoczone, zatrzymanie się to hipotermia, chodzenie to konserwacja hipotermii, można tylko biec, żeby nie marznąć.
Przetruchtałem już trochę podobnych dystansów, więc w cięższych warunkach liczę 2 godziny na dychę. 30 km to w najgorszym wypadku 6 godzin - wystarczająco długo, by nie liczyć czasu, ani kilometrów. Ale dla chłopaków nie przyzwyczajonych do takich dystansów ten etap jest najtrudniejszy. Zerkasz na zegarek, wydaje ci się, że biegniesz/idziesz już 10 minut od ostatniego razu i zrobiłeś minimum kilometr, tymczasem okazuje się, że pokonałeś ledwie 300 metrów. Z początkowej przygody nic nie zostaje, w głowie burza emocji, zwątpienie przemieszane z beznadzieją. Gdyby było lato, można się zatrzymać, posiedzieć, w Polsce można też trafić na stację benzynową, na której można wypić kawę i coś zjeść. Ale nie w Norwegii - tu sklepów na prowincji nie ma, jak są, to zamykane o 23, a zatrzymanie się grozi natychmiastowym wyziębieniem. Ultra biega się głową. Ja to przeżyłem nie raz, chłopacy dopiero budowali bazę doświadczeń. Zmagania Piotra z sennością przypomniały mi naszą pierwszą setkę na Hel sprzed 2 lat z ekipą Tricity Ultra.
Gdy opuściliśmy obszar opadów zdjąłem płaszcz. Ciężko się przemóc, gdy jest ci zimno, ale trzeba wystawić mokre ciuchy na wiatr, żeby wydmuchał wilgoć. Niestety ciało już nie grzeje, bo nie ma skąd dostarczyć kalorii. Na myśl o czekoladzie i cukrze zbiera się na wymioty. Biegniemy z Rafałem z przodu, jak odstajemy za daleko, biegniemy z powrotem do chłopaków. Nie możemy się zatrzymać, bo od razu jest zimno. Temperatura spada poniżej zera, na drogach gołoledź. Przekraczamy most, który niedawno był taki spokojny - teraz omiata go Tor. Ale most jest krótki i jedynie uśmiecham się pod nosem cytując Theodena "To wszystko na co cię stać Sarumanie?"
Zakręcamy na Manger, ok. godziny 7 "rano", ale jak było ciemno, tak jest. Widzimy szyld stacji benzynowej - jest nadzieja! Nadzieja umiera szybko, stację otwierają o 9. Kwadrans później zaczyna się przejaśniać - chmury odsłoniły księżyc. U Witka w Bergen sprawdziliśmy, że w Manger jest market spożywczy, więc wiążę z nim poważne plany. Trzeba się ogrzać i pożywić, bo do wynajętego domku z centrum jest ok. 7 km. Nie mówię tego chłopakom..
Docieramy do miasteczka po 8. Niestety sklepy otwarte od 9 :) Jedni siedzą, drudzy się kręcą. Jak siadam, to po minucie mną telepie. Pierwsze co kupuję po otwarciu sklepu to owocowo-warzywne smoothie. Wypijam je nim wejdę z koszykiem między regały i po chwili czuję jak glukoza uderza do żył. Teraz wystarczy znaleźć knajpkę, zjeść w niej coś ciepłego, zapić kawką i bez problemu przejdziemy pozostały dystans. W domku mamy się zameldować o 15, zostało dużo czasu. Ale straciłem już posłuch - zrobiliśmy prawie 100 km i 2.5 km przewyższeń w 19 godzin w nietypowych jak na Norwegię warunkach pogodowych (poprzedni tak silny sztorm był rok wcześniej). Chłopacy każą mi dzwonić do Gunnara, od którego wynajmujemy domek, że będziemy szybciej. Tylko jak tam dotrzeć?
Skoro przypadek organizuje tę wyprawę, to nic dziwnego, że naszej rozmowie przysłuchuje się stojący przy kasie rodak i proponuje podwózkę. Gdy się czyta internetowe komentarze Polaków, często przewija się opinia, że nikt cię tak nie wykorzysta za granicą jak inny Polak. Tymczasem nasze doświadczenia są zupełnie odwrotne - Polacy, których tam spotkaliśmy okazali się bardzo życzliwi i pomocni. Nie spytaliśmy się naszego kierowcy o imię, ale bardzo mu dziękujemy i pozdrawiamy Konin, z którego pochodzi.
Gunnara nie ma w domu, ale nie robi problemu z naszego wcześniejszego przybycia. Dostajemy klucz od jego żony i prysznicujemy. Tak szybko opuściliśmy Manger, że nie zdążyliśmy zrobić porządnych zakupów. Trochę bułek, jakieś serki itp. W domku są produkty żywnościowe, na stole leżą jajka, ale wolimy poczekać na gospodarza, nim coś tkniemy. Oczekiwanie mija nam na spaniu. Gdy już gospodarz dociera, okazuje się, że to wszystko przygotowane dla nas, a jajka są z jego hodowli. Robimy zatem ucztę: ryż z keczupem i jajkiem popijany cydrem (w sklepie nie było nic mocniejszego niż 4.5%). Gunnar jest bardzo miłym człowiekiem, widać że 'guesthouse' w nazwie jest nieprzypadkowy. Opowiada nam historię domu w którym na chwilę zamieszkaliśmy. Dom i ziemia należą od stuleci do jego rodziny; pochodzi z 1859 roku, ma też izbę z bali z 200 lat starszego okresu i nowsze dobudówki.
O 7 rano przyjeżdża po nas Witek. Pożegnalna fotka:
W nocy przysypał śnieg, więc jedziemy wolno. Witek opowiada o Norwegii, jedziemy drogą, którą biegliśmy półtora doby wcześniej; przejeżdżamy przez pamiętny most, na którym szalał orkan i tunel, który musieliśmy omijać górą. Na lotnisku Robo i Gajowy udowadniają, że wyprawa jeszcze się nie skończyła:
Tuż przed wylotem kupują widokówki i piszą życzenia do mamy, taty, starszego brata, kolegów i koleżanek ze szkoły (tj. grona nauczycielskiego). Gdy przylatujemy do Gdańska, wyciągam telefon, żeby zadzwonić do żony, gdy nagle wyłaniają się znajome twarze:
I tak właśnie było.
Koszt wyprawy:
- bilety lotnicze w obie strony 78 zł (piątek 9.15 - niedziela 11:45),
- fajki i wódka dla polskiego majstra 170 zł,
- nocleg za 1 os. 237.5 koron ~ 113 zł,
- żarcie i pamiątki 462.5 koron ~ 220 zł
Razem 580 zł.
Miał to być przyjemny turystyczny bieg, w którym wykorzystam wypracowaną wytrzymałość - 100 km zwiedzania, bezpośrednie doświadczenie kraju, odpoczywanie w knajpkach przy piwku. Los sprawił, że trafił nam się orkan, przez większość trasy nie było możliwości kupić nic do jedzenia, a bieg skończyłem przemoczony, wyziębiony i głodny. I kurna teraz żadnych innych warunków nie wyobrażam sobie w przyszłych biegach turystycznych :)
Na ostatnim większym moście spokojnie. Kończy się osłona pasa wzgórz. Co jakiś czas zacina deszcz ze śniegiem. Zaczyna mi dokuczać ciężar odpowiedzialności. Łącznie wydłużyliśmy trasę o 15 km i z pierwotnych 105 km zrobiło się 120. Nie przewidziałem również, że ten bieg kwalifikuje się do górskich (łączna liczba przewyższeń wyszła ok. 2500 m). Roślinność wokół karłowacieje. Co 5 minut muszę zakładać płaszcz przeciwdeszczowy, by za chwilę się w nim przegrzewać, gdy przestaje padać. Zdejmuję, biegnę chwilę i znowu deszcz. W końcu mam tego dość i biegnę bez przeciwdeszczówki - gorące ciało powinno skutecznie osuszyć ubranie.
I wtedy docieramy nad fiord. Nim się kapnąłem, że zacinający deszcz ze śniegiem nie skończy się za 3 minuty, byłem już kompletnie przemoczony. Naciągnięcie płaszcza niewiele zmieniało. Do celu zostało nam jakieś 8 km przez skaliste wysepki połączone mostami. Widoczność na pół metra, śnieg z deszczem zacina poziomo, aż trzeba ręką osłaniać oczy. Nagle błyskawica rozświetla niebo i zasiewa zwątpienie. Nie tak to sobie wyobrażaliśmy. W wizjach wyglądało to mniej więcej tak:
rzeczywistość natomiast jak tu:
Tuż przed mostem na pierwszą wyspę podejmujemy decyzję - odpuszczamy. Może dałoby się jeszcze przedrzeć przez sztorm, ale świadomość, że w każdej chwili może walnąć gdzieś z boku piorun sprawia, że nie chcemy dostać nagrody Darwina. Zwiewamy przed deszczem pod obudowaną wiatę przystanku i oceniamy siły. Rekalkulacja trasy pokazuje, że zostało nam 30 km do mety. Od ok. 30 km prawie nie jedliśmy i praktycznie nie piliśmy (przez cały bieg wypiłem ok. litr wody, pół litra kefiru i 200 ml kawy). No i jest zimno. Wszystko przemoczone, zatrzymanie się to hipotermia, chodzenie to konserwacja hipotermii, można tylko biec, żeby nie marznąć.
Przetruchtałem już trochę podobnych dystansów, więc w cięższych warunkach liczę 2 godziny na dychę. 30 km to w najgorszym wypadku 6 godzin - wystarczająco długo, by nie liczyć czasu, ani kilometrów. Ale dla chłopaków nie przyzwyczajonych do takich dystansów ten etap jest najtrudniejszy. Zerkasz na zegarek, wydaje ci się, że biegniesz/idziesz już 10 minut od ostatniego razu i zrobiłeś minimum kilometr, tymczasem okazuje się, że pokonałeś ledwie 300 metrów. Z początkowej przygody nic nie zostaje, w głowie burza emocji, zwątpienie przemieszane z beznadzieją. Gdyby było lato, można się zatrzymać, posiedzieć, w Polsce można też trafić na stację benzynową, na której można wypić kawę i coś zjeść. Ale nie w Norwegii - tu sklepów na prowincji nie ma, jak są, to zamykane o 23, a zatrzymanie się grozi natychmiastowym wyziębieniem. Ultra biega się głową. Ja to przeżyłem nie raz, chłopacy dopiero budowali bazę doświadczeń. Zmagania Piotra z sennością przypomniały mi naszą pierwszą setkę na Hel sprzed 2 lat z ekipą Tricity Ultra.
Gdy opuściliśmy obszar opadów zdjąłem płaszcz. Ciężko się przemóc, gdy jest ci zimno, ale trzeba wystawić mokre ciuchy na wiatr, żeby wydmuchał wilgoć. Niestety ciało już nie grzeje, bo nie ma skąd dostarczyć kalorii. Na myśl o czekoladzie i cukrze zbiera się na wymioty. Biegniemy z Rafałem z przodu, jak odstajemy za daleko, biegniemy z powrotem do chłopaków. Nie możemy się zatrzymać, bo od razu jest zimno. Temperatura spada poniżej zera, na drogach gołoledź. Przekraczamy most, który niedawno był taki spokojny - teraz omiata go Tor. Ale most jest krótki i jedynie uśmiecham się pod nosem cytując Theodena "To wszystko na co cię stać Sarumanie?"
Zakręcamy na Manger, ok. godziny 7 "rano", ale jak było ciemno, tak jest. Widzimy szyld stacji benzynowej - jest nadzieja! Nadzieja umiera szybko, stację otwierają o 9. Kwadrans później zaczyna się przejaśniać - chmury odsłoniły księżyc. U Witka w Bergen sprawdziliśmy, że w Manger jest market spożywczy, więc wiążę z nim poważne plany. Trzeba się ogrzać i pożywić, bo do wynajętego domku z centrum jest ok. 7 km. Nie mówię tego chłopakom..
Docieramy do miasteczka po 8. Niestety sklepy otwarte od 9 :) Jedni siedzą, drudzy się kręcą. Jak siadam, to po minucie mną telepie. Pierwsze co kupuję po otwarciu sklepu to owocowo-warzywne smoothie. Wypijam je nim wejdę z koszykiem między regały i po chwili czuję jak glukoza uderza do żył. Teraz wystarczy znaleźć knajpkę, zjeść w niej coś ciepłego, zapić kawką i bez problemu przejdziemy pozostały dystans. W domku mamy się zameldować o 15, zostało dużo czasu. Ale straciłem już posłuch - zrobiliśmy prawie 100 km i 2.5 km przewyższeń w 19 godzin w nietypowych jak na Norwegię warunkach pogodowych (poprzedni tak silny sztorm był rok wcześniej). Chłopacy każą mi dzwonić do Gunnara, od którego wynajmujemy domek, że będziemy szybciej. Tylko jak tam dotrzeć?
Skoro przypadek organizuje tę wyprawę, to nic dziwnego, że naszej rozmowie przysłuchuje się stojący przy kasie rodak i proponuje podwózkę. Gdy się czyta internetowe komentarze Polaków, często przewija się opinia, że nikt cię tak nie wykorzysta za granicą jak inny Polak. Tymczasem nasze doświadczenia są zupełnie odwrotne - Polacy, których tam spotkaliśmy okazali się bardzo życzliwi i pomocni. Nie spytaliśmy się naszego kierowcy o imię, ale bardzo mu dziękujemy i pozdrawiamy Konin, z którego pochodzi.
Gunnara nie ma w domu, ale nie robi problemu z naszego wcześniejszego przybycia. Dostajemy klucz od jego żony i prysznicujemy. Tak szybko opuściliśmy Manger, że nie zdążyliśmy zrobić porządnych zakupów. Trochę bułek, jakieś serki itp. W domku są produkty żywnościowe, na stole leżą jajka, ale wolimy poczekać na gospodarza, nim coś tkniemy. Oczekiwanie mija nam na spaniu. Gdy już gospodarz dociera, okazuje się, że to wszystko przygotowane dla nas, a jajka są z jego hodowli. Robimy zatem ucztę: ryż z keczupem i jajkiem popijany cydrem (w sklepie nie było nic mocniejszego niż 4.5%). Gunnar jest bardzo miłym człowiekiem, widać że 'guesthouse' w nazwie jest nieprzypadkowy. Opowiada nam historię domu w którym na chwilę zamieszkaliśmy. Dom i ziemia należą od stuleci do jego rodziny; pochodzi z 1859 roku, ma też izbę z bali z 200 lat starszego okresu i nowsze dobudówki.
![]() |
| Od lewej: ja, Piotr, Gunnar, Robo |
![]() |
| Wypukłe bale z XVII wieku tworzą najstarszą część domu, w której obecnie jest jadalnia |
![]() |
| Tuż przed wyjazdem - chwila relaksu na bujanym fotelu |
O 7 rano przyjeżdża po nas Witek. Pożegnalna fotka:
W nocy przysypał śnieg, więc jedziemy wolno. Witek opowiada o Norwegii, jedziemy drogą, którą biegliśmy półtora doby wcześniej; przejeżdżamy przez pamiętny most, na którym szalał orkan i tunel, który musieliśmy omijać górą. Na lotnisku Robo i Gajowy udowadniają, że wyprawa jeszcze się nie skończyła:
Tuż przed wylotem kupują widokówki i piszą życzenia do mamy, taty, starszego brata, kolegów i koleżanek ze szkoły (tj. grona nauczycielskiego). Gdy przylatujemy do Gdańska, wyciągam telefon, żeby zadzwonić do żony, gdy nagle wyłaniają się znajome twarze:
![]() |
| "Run around the lake" i "To have or to run": co prawda wzgardzili wyprawą do Norwegii, ale też się świetnie bawili na dyszce wokół Jasienia |
![]() |
| 3/4 Tricity Ultra |
I tak właśnie było.
Koszt wyprawy:
- bilety lotnicze w obie strony 78 zł (piątek 9.15 - niedziela 11:45),
- fajki i wódka dla polskiego majstra 170 zł,
- nocleg za 1 os. 237.5 koron ~ 113 zł,
- żarcie i pamiątki 462.5 koron ~ 220 zł
Razem 580 zł.
Miał to być przyjemny turystyczny bieg, w którym wykorzystam wypracowaną wytrzymałość - 100 km zwiedzania, bezpośrednie doświadczenie kraju, odpoczywanie w knajpkach przy piwku. Los sprawił, że trafił nam się orkan, przez większość trasy nie było możliwości kupić nic do jedzenia, a bieg skończyłem przemoczony, wyziębiony i głodny. I kurna teraz żadnych innych warunków nie wyobrażam sobie w przyszłych biegach turystycznych :)
poniedziałek, 1 lutego 2016
Humory Tora cz. 1
Wszystko w tym przedsięwzięciu było kompletną prowizorką, a wyszło jak skrzętnie zaplanowana powieść. No bo tak: męczyłem od tygodni chłopaków z Tricity Ultra, żebyśmy wyskoczyli na weekend gdzieś za granicę, zamiast klasycznie na zorganizowany bieg ultra. Myślałem, że mam wszystkie argumenty - loty z Gdańska za kilka dych, nie trzeba kupować 2 noclegów, bo biegniemy całą dobę, kosztowo wyjdzie jak wyjazd na lokalną imprezę, a przecież zasmakujemy kawałek innej kultury i krajobrazu. Na drugą noc wynajmiemy pokój i trzeciego dnia wrócimy z kolejną porcją wspomnień. Przebiegliśmy w 2 noce Łemkowynę 150, zrobienie gdzieś turystycznie setki, obstawiając lokalne knajpki będzie czystym relaksem. Ale chłopacy są już odporni na moje euforyczne wystrzały wizji, więc musiałem szukać innych naiwniaków. A ci, jak to bywa w prowizorkach, znajdują się sami - ot biurko obok w pracy trafił się kolega, który ściga się zawodowo na dychę i półmaratony.
Posnułem mu trochę, że fajnie byłoby zobaczyć fiordy w Norwegii, zamoczyć palec w Atlantyku, że Thorgal jest super, ale chyba sam pobiegnę, choć loty tylko do Oslo, a stamtąd za daleko do oceanu, ale coś tam znalazłem, pokazałem zdjęcia jakiejś skały. Na to wtrącił się kolejny, że przecież on pracował w Bergen i tam też są loty. Wtedy coś nam (tzn. mi i temu z biurka obok - Rafałowi vel Robo Runner) zaświeciło w główkach, odpaliliśmy stronę Wizzaira i za chwilę kupiliśmy bilety do Bergen po 39zł na 'za miesiąc' - mniej więcej tyle, co kosztuje taksówka na lotnisko. Przystąpiłem więc do planowania trasy na endo i po 2 minutach mieliśmy coś takiego:
Biegniemy z lotniska na koniec mapy, nocujemy, biegniemy znowu na lotnisko i wracamy do Polski. Witaj przygodo ;) Co tam jest na końcu tej mapy? Jakieś Hellesoy z przekreślonym 'o' - super, wchodzę na booking.com, wklepuję nazwę wiochy i bookuję najbliższe miejsce. Cały domek na 7 osób! Będzie się działo. Ale zaraz - domek jest po drugiej stronie wody.. Wtedy podejmuję decyzję, dzięki której bieg w ogóle się odbył - zamiast odwołać rezerwację (jakoś głupio już było odkręcać), rysuję nową mapę:
Też będzie Atlantyk w finale, a przy okazji bardziej górzyście. W swojej naiwności wierzę, że z każdej z tych miejscowości bez problemu dotrzemy do lotniska autobusem albo pociągiem. W końcu Norwegia to pierwszy świat. Skoro u nas wszędzie jeżdżą PKSy, to co dopiero tam. Jedno z wielu naiwnych założeń jak to, że nie trzeba targać jedzenia, bo w krajach pierwszego świata są całodobowe sklepy lub chociaż stacje benzynowe, albo że pogoda w Norwegii jest taka jak u nas, tylko dłużej jest ciemno.
Tak się cieszyliśmy z naszej wyprawy, że wkręciliśmy kolegę z biurka naprzeciwko. Piotr nigdy nie biegał ultra, ale niedawno zaliczył jakiś pierdolnik organizowany przez GROM, cięższą połówkę Tricity Ultra, a kilkanaście lat temu w trakcie półrocznego zwiedzania Ameryki Południowej wybrał się z kolegą na bezludny 6-tysięcznik w Peru i choć nie dotarli na szczyt, to udało im się wrócić po 4 dniach, idąc ostatnią dobę z połówką litra wody na dwóch. Jego spec-doświadczenie okazało się zbawcze w dwóch momentach, ale o tym później..
Drugie zrządzenie losu (pierwszym była zmiana trasy, ale o tym też później) rozwiązało problem komunikacji - gdy podzieliłem się planami wyprawy z sąsiadką, przekazała informację swojej przyjaciółce, która mieszka z mężem i dziećmi w Bergen. A ta przyjaciółka akurat zatrudnia do remontu majstra z Polski, który to majster pali i lubi wypić; a że w Norwegii są to towary luksusowe, spytała czy moglibyśmy przywieźć je samolotem z bezcłowego. Oferowała nocleg, podwózkę i zwrot kosztów używek. Na pierwsze i trzecie oczywiście nie mogliśmy przystać, ale z drugiego ochoczo skorzystaliśmy - nie dość, że mieliśmy już rozwiązany problem powrotu z domku na lotnisko, to mogliśmy ominąć pierwszy 17-kilometrowy odcinek z lotniska do centrum miasta.
No i w kwestii przygotowań to byłoby prawie na tyle - może poza tym, że Robo zaciągnął jeszcze starego druha od trampka i kielicha Maćka vel Gajowego. Kto pochodzi z Fromborka, wie o kim mowa, ja poznałem tego krzewiciela kultury fizycznej na Warmii pierwszy raz dopiero na lotnisku i.. czapki z głów, chyba że macie taśmę (o tym też później hehe).
Zbliżał się dzień wylotu, ale wyprawa nie zaprzątała nam głów. Zimą mało biegam; co tydzień morsuję, kilka razy zestaw 'pompki-przysiady-podciąganie na drążku'. Jeśli już biegałem, to z chłopakami z TU, a w pracy zajmowaliśmy się głównie programowaniem Skyneta. Robo i Piotr założyli, że się znam, a ja też byłem przekonany, że się znam. Robię odprawę, spisujemy co zabrać. Chłopaki wgrywają nabazgraną przeze mnie trasę do zegarków, Stasiu skwituje w trakcie biegu na naszej grupie "Kurwa oni są już martwi. Dominik ma trasę narysowana...". Żeby nie przynudzać, bo wino się kończy, przejdę w końcu do wyprawy.
Spotykamy się w piątek na lotnisku, wylatujemy, dolatujemy i kurczę coś nie ten teges. Samolot opada, a chmury nie ustępują. Telepie jak w busie do Braniewa (słowa Gajowego), wody nie widać, w myślach słyszę już "pull up! pull up!". Lądujemy w Bergen z lekkim opóźnieniem, wychodzimy z aeroportu i "kuuurna ale piździ!". Nie żebyśmy nie byli przygotowani na wiatr z deszczem, zapakowaliśmy po kilka warstw różnego rodzaju plastiku, ale wiało jak cholera. Na wybrzeżach hulał orkan Tor i co jakiś czas rzucał młotkiem w naszą trasę. Odbiera nas Witek, równy chłop, miło się rozmawia. Miasto lekko przykorkowane, bo władze wypuściły ludzi do domów, żeby się pochowali przed sztormem; ostrzegają zamykaniem mostów, odcinaniem prądu itp. Oby tylko nie zamknęli naszych..
Rodacy ugościli nas obiadem i pierwszy raz od 5 lat pożałowałem, że jestem wegetarianinem. Zupa rybna i gulasz z renifera uświadomiły mi, jak wiele mnie ominie w podróżniczym życiu. Witek podrzuca nas jeszcze na starówkę do Bryggen i wreszcie jesteśmy zdani tylko na własne nogi! Zgodnie z 'pieczołowicie' opracowaną przeze mnie trasą biegniemy wzdłuż kamieniczek do zamku króla. A potem zmieniamy plan i lecimy w góry. Wierzcie mi lub nie, ale nie miałem pojęcia, że Bergen leży w górach. Były tak klimatyczne, że świadomie naraziłem kolegów (poza Robem, on jest najlepszym biegaczem z nas) na kilkaset metrów dodatkowych przewyższeń i ok. 10 nadmiarowych kilometrów, ale chyba żaden nie ma o to pretensji.
Na szczycie góry popełniamy jeden z największych błędów - zamiast włączyć mapę w telefonie i iść dalej szczytami, kierujemy się wskazówkami z zegarków z trackiem. A te kierują nas z powrotem do miasta. Co gorsza w czasie zbiegu rozrywa się "plecak" Robo. Master ultra zabrał na 100 km bieg po klifach worek rozdawany na gdyńskiej dyszce, ze sznurkami zamiast pasów na ramionach:
Na szczęście do akcji wkracza Piotr-Commando - nauczony wyprawami do Peru, żeby zawsze nosić taśmę reperuje worek i ostatecznie ten wypełni powierzoną misję:
Część dalsza w odcinku "Escape the city"...
Posnułem mu trochę, że fajnie byłoby zobaczyć fiordy w Norwegii, zamoczyć palec w Atlantyku, że Thorgal jest super, ale chyba sam pobiegnę, choć loty tylko do Oslo, a stamtąd za daleko do oceanu, ale coś tam znalazłem, pokazałem zdjęcia jakiejś skały. Na to wtrącił się kolejny, że przecież on pracował w Bergen i tam też są loty. Wtedy coś nam (tzn. mi i temu z biurka obok - Rafałowi vel Robo Runner) zaświeciło w główkach, odpaliliśmy stronę Wizzaira i za chwilę kupiliśmy bilety do Bergen po 39zł na 'za miesiąc' - mniej więcej tyle, co kosztuje taksówka na lotnisko. Przystąpiłem więc do planowania trasy na endo i po 2 minutach mieliśmy coś takiego:
Biegniemy z lotniska na koniec mapy, nocujemy, biegniemy znowu na lotnisko i wracamy do Polski. Witaj przygodo ;) Co tam jest na końcu tej mapy? Jakieś Hellesoy z przekreślonym 'o' - super, wchodzę na booking.com, wklepuję nazwę wiochy i bookuję najbliższe miejsce. Cały domek na 7 osób! Będzie się działo. Ale zaraz - domek jest po drugiej stronie wody.. Wtedy podejmuję decyzję, dzięki której bieg w ogóle się odbył - zamiast odwołać rezerwację (jakoś głupio już było odkręcać), rysuję nową mapę:
Też będzie Atlantyk w finale, a przy okazji bardziej górzyście. W swojej naiwności wierzę, że z każdej z tych miejscowości bez problemu dotrzemy do lotniska autobusem albo pociągiem. W końcu Norwegia to pierwszy świat. Skoro u nas wszędzie jeżdżą PKSy, to co dopiero tam. Jedno z wielu naiwnych założeń jak to, że nie trzeba targać jedzenia, bo w krajach pierwszego świata są całodobowe sklepy lub chociaż stacje benzynowe, albo że pogoda w Norwegii jest taka jak u nas, tylko dłużej jest ciemno.
Tak się cieszyliśmy z naszej wyprawy, że wkręciliśmy kolegę z biurka naprzeciwko. Piotr nigdy nie biegał ultra, ale niedawno zaliczył jakiś pierdolnik organizowany przez GROM, cięższą połówkę Tricity Ultra, a kilkanaście lat temu w trakcie półrocznego zwiedzania Ameryki Południowej wybrał się z kolegą na bezludny 6-tysięcznik w Peru i choć nie dotarli na szczyt, to udało im się wrócić po 4 dniach, idąc ostatnią dobę z połówką litra wody na dwóch. Jego spec-doświadczenie okazało się zbawcze w dwóch momentach, ale o tym później..
Drugie zrządzenie losu (pierwszym była zmiana trasy, ale o tym też później) rozwiązało problem komunikacji - gdy podzieliłem się planami wyprawy z sąsiadką, przekazała informację swojej przyjaciółce, która mieszka z mężem i dziećmi w Bergen. A ta przyjaciółka akurat zatrudnia do remontu majstra z Polski, który to majster pali i lubi wypić; a że w Norwegii są to towary luksusowe, spytała czy moglibyśmy przywieźć je samolotem z bezcłowego. Oferowała nocleg, podwózkę i zwrot kosztów używek. Na pierwsze i trzecie oczywiście nie mogliśmy przystać, ale z drugiego ochoczo skorzystaliśmy - nie dość, że mieliśmy już rozwiązany problem powrotu z domku na lotnisko, to mogliśmy ominąć pierwszy 17-kilometrowy odcinek z lotniska do centrum miasta.
No i w kwestii przygotowań to byłoby prawie na tyle - może poza tym, że Robo zaciągnął jeszcze starego druha od trampka i kielicha Maćka vel Gajowego. Kto pochodzi z Fromborka, wie o kim mowa, ja poznałem tego krzewiciela kultury fizycznej na Warmii pierwszy raz dopiero na lotnisku i.. czapki z głów, chyba że macie taśmę (o tym też później hehe).
Zbliżał się dzień wylotu, ale wyprawa nie zaprzątała nam głów. Zimą mało biegam; co tydzień morsuję, kilka razy zestaw 'pompki-przysiady-podciąganie na drążku'. Jeśli już biegałem, to z chłopakami z TU, a w pracy zajmowaliśmy się głównie programowaniem Skyneta. Robo i Piotr założyli, że się znam, a ja też byłem przekonany, że się znam. Robię odprawę, spisujemy co zabrać. Chłopaki wgrywają nabazgraną przeze mnie trasę do zegarków, Stasiu skwituje w trakcie biegu na naszej grupie "Kurwa oni są już martwi. Dominik ma trasę narysowana...". Żeby nie przynudzać, bo wino się kończy, przejdę w końcu do wyprawy.
Spotykamy się w piątek na lotnisku, wylatujemy, dolatujemy i kurczę coś nie ten teges. Samolot opada, a chmury nie ustępują. Telepie jak w busie do Braniewa (słowa Gajowego), wody nie widać, w myślach słyszę już "pull up! pull up!". Lądujemy w Bergen z lekkim opóźnieniem, wychodzimy z aeroportu i "kuuurna ale piździ!". Nie żebyśmy nie byli przygotowani na wiatr z deszczem, zapakowaliśmy po kilka warstw różnego rodzaju plastiku, ale wiało jak cholera. Na wybrzeżach hulał orkan Tor i co jakiś czas rzucał młotkiem w naszą trasę. Odbiera nas Witek, równy chłop, miło się rozmawia. Miasto lekko przykorkowane, bo władze wypuściły ludzi do domów, żeby się pochowali przed sztormem; ostrzegają zamykaniem mostów, odcinaniem prądu itp. Oby tylko nie zamknęli naszych..
Rodacy ugościli nas obiadem i pierwszy raz od 5 lat pożałowałem, że jestem wegetarianinem. Zupa rybna i gulasz z renifera uświadomiły mi, jak wiele mnie ominie w podróżniczym życiu. Witek podrzuca nas jeszcze na starówkę do Bryggen i wreszcie jesteśmy zdani tylko na własne nogi! Zgodnie z 'pieczołowicie' opracowaną przeze mnie trasą biegniemy wzdłuż kamieniczek do zamku króla. A potem zmieniamy plan i lecimy w góry. Wierzcie mi lub nie, ale nie miałem pojęcia, że Bergen leży w górach. Były tak klimatyczne, że świadomie naraziłem kolegów (poza Robem, on jest najlepszym biegaczem z nas) na kilkaset metrów dodatkowych przewyższeń i ok. 10 nadmiarowych kilometrów, ale chyba żaden nie ma o to pretensji.
![]() |
| Znajdź dom fana Władcy Pierścieni |
Na szczycie góry popełniamy jeden z największych błędów - zamiast włączyć mapę w telefonie i iść dalej szczytami, kierujemy się wskazówkami z zegarków z trackiem. A te kierują nas z powrotem do miasta. Co gorsza w czasie zbiegu rozrywa się "plecak" Robo. Master ultra zabrał na 100 km bieg po klifach worek rozdawany na gdyńskiej dyszce, ze sznurkami zamiast pasów na ramionach:
![]() |
| Nie utrzymał ciężaru chusteczek |
Część dalsza w odcinku "Escape the city"...
piątek, 19 czerwca 2015
Highway to Hel(l)
Rok temu w noc świętojańską pobiegliśmy w ramach TriCity Ultra nasze pierwsze 100 km na Hel. Wszystko co było pierwsze wspomina się z sentymentem. Już nigdy nie pobiegnę pierwszego maratonu, pierwszego ultra czy pierwszej setki. W sobotę rano ruszamy na Hel ponownie, tym razem z miejscowości Niebo i celujemy w nieco większy kilometraż (140). Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem zachód słońca przed najkrótszą nocą zobaczymy na plaży w Dębkach:
Nastawiam się na przygodę, radość biegania i pizzę. Trochę mi smutno, że zostawiam dzieciaki na cały weekend, w tygodniu postaram się, żeby przypomniały sobie tatusia. Tymczasem jednak odzywa się zew krwi, musimy dobrze się wyspać, bo następną noc spędzimy na nogach.
Aktualizacja z 21.06
Zmordowani, ale szczęśliwi:
Zwiedziliśmy kawał pięknych Kaszub: kurchany, jeziora, wzgórza i lasy. Obejrzeliśmy zachód słońca nad morzem, załapaliśmy się na każdy rodzaj pogody: upał, przyjemny chłodek, deszcz oraz zimną, zamgloną noc. Do 120-stego kilometra czuliśmy się świetnie, potem ból nóg, stawów, ścięgien i mięśni sprowadził kryzysy. Ale tym razem nie było odwrotu - po 145 kilometrach mogliśmy strzelić tę fotkę.
niedziela, 7 czerwca 2015
Lekcje z Niepokornego Mnicha cz. 2
Będzie taka góra, a potem coco jumbo i do przodu!
Wchodząc na Horbalovą poznaję towarzyszy, z którymi często będziemy się mijać. Nie jestem w stanie iść ich tempem pod górę (szkoda, bo świetnie się rozmawia), ale wymijam ich na zbiegach; potem przywitamy się na punktach odżywczych. Nazywam naszą grupkę "brygadą pościgową", bo rozmowy coraz częściej schodzą na temat limitu czasowego - czy się zmieścimy? W Wyżnych Rużbachach musimy stawić się do 15-stej, z tym nie będzie problemu, ale później trzeba zaliczyć ostatnią wysoką górę (wtedy właśnie koduję się, że więcej wzniesień już nie będzie). W głowie rysuje się obraz: prawie 20 km odcinek z jedną górą i jakieś 3 godziny na pokonanie go, potem ostatni punkt odżywczy na którym ładuję baterie przed płaskim odcinkiem, na którym można spokojnie biec. Gdybym zajrzał do mapy, zobaczyłbym, że górę i płaski odcinek rozdziela jeszcze jedna góra...
Tymczasem jednak zbiegam z Horbalovej, z satysfakcją odnotowując, że w nogach jest jeszcze sporo mocy. Na podejściach muszę często przystawać, czasem przysiąść, wtedy wydaje mi się, że ciągnę ostatkiem sił. Wystarczy jednak prosty odcinek, żebym rozwinął biegową prędkość. Chodzenie i wchodzenie to elementy, nad którymi muszę sporo popracować... O 14:13 docieram do Wyżnych Rużbachów. 47 minut przed limitem czasowym, wydaje się, że mogę sobie pozwolić na odpoczynek. Wokół smętnie krzątają się zawodnicy, ktoś nalewa colę, ktoś leży i wymiotuje w krzaki, a na trawce siedzi i gawędzi.. Jaromir. Nie spodziewałem się zobaczyć go już przed metą, a tu taka niespodzianka. Drugą atrakcję przygotowali gospodarze w postaci zupy pomidorowej, a raczej cynamonowej z pomidorami. Smakuje dziwnie, ale wchodzi jak opałówka w golfa 2. Jednak prawdziwą fazę mam na pomarańcze - zjadam ich chyba kilogram. Jeszcze kilka wymian zdań z kolegami z brygady i ruszam na Veternego.
Prawie 10 km do góry ze zdartą stopą. Łatwo znieść ból i wysiłek, gdy wierzysz, że to już ostatni ciężki etap, że potem będzie już tylko z góry lub płasko. Przepuszczam kolejne grupki biegaczy, wiem że z większością zobaczymy się na zbiegu. Podejście trwa i trwa. Góry stają się bardziej majestatyczne, niesamowite wrażenie robią Tatry w tle. Próbuję je sfotografować, ale telefon (w dodatku pod słońce) nie jest w stanie oddać ich piękna. Podlinkuję zatem zdjęcie specjalisty od fotografowania górskich biegów Piotra Dymusa:
Wróćmy do prologu tej opowieści i już jesteśmy u podnóża Plasnej, kilometr do ostatniego punktu żywieniowego w schronisku Lesnicke Sedlo. Kryzys trwa tylko kilka sekund, co można zrobić innego, niż przeć do góry? Zbliżając się do punktu widzę, jak ta ekipa właśnie pakuje sprzęt:
Może nie spodziewali się tam na górze, że ktoś jeszcze dotrze na punkt, a może spieszyli się na metę. Gdy przekroczyłem linię pomiaru czasu, przy stole siedział tylko jeden zawodnik: Jaromir :) Na punkt dotarłem o 17.10, 20 minut przed limitem. Teraz już każda minuta do mety się liczy. Po chwili robi się gwar, na punkt wpada reszta brygady pościgowej. Znowu opycham się pomarańczami, powiewa chłodny wiatr, więc zakładam bluzę - błąd, zagrzeję się podczas zbiegu. Nie spodziewałem się tej góry i zużyłem za dużo sił na Veternym Vrchu. Jestem pewien, że zdążę na metę, ale wiem również, że będę cierpiał. Nie tak miało być. Zacząłem lekko i wolno, żeby nie umierać na trasie, a teraz siedzę mniej niż 20 km od mety i przygotowuję mentalnie na ból. W końcu zwlekam się od stołu i ruszamy z Jaromirem (a jakże) pod górę.
Brygada Kryzys
Doskwiera mi ból zdartej skóry, ciężko powłóczę nogami, dostrzegam drewnianą wiatę z ławami do siedzenia i stołem - korzystam, żeby odpocząć. Po chwili przysiada się Jaromir; koledzy i koleżanki z brygady krzyczą, żeby przeć do przodu. Spoko, - mówię - zobaczymy się na zbiegu. Jeśli ten zbieg się kiedykolwiek zacznie. Minutę później wstajemy i trzeci raz rozdzielamy się. Wkrótce mój druh znika za horyzontem, a ja człapię pod górę łudząc się przy każdym płaskim odcinku, że szczyt już za mną. Przy jakiejś skale siadam i zrzędzę pod nosem. Niedawno minąłem starą budowlę, o której w normalnych warunkach mógłbym się rozpływać, a teraz jej nie lubię. Nie lubię gór, tego biegu, jak ja nie cierpię smerfów.
Ostatnie 12 km na mapce trasy nosi nazwę "Test charakteru", ale dla mnie testem charakteru była góra Plasna ze słowackimi akcentami w literkach. W końcu teren zaczął się konsolidować pod szczytem, a potem opadać. Odżyłem, sprawdziłem godzinę i wiedziałem, że nic mi już nie odbierze mety. Minąłem kolegę (chyba z Mielca) i krzyknąłem, że teraz już tylko w dół, na pewno minęliśmy szczyt, zbiegłem jeszcze z 20 metrów, zakręciłem, zobaczyłem kolejne podejście i padłem jak długi obok ścieżki. Śmiałem się chwilę jak głupi do sera, a potem zrezygnowany ruszyłem pod górkę. Ale to była tylko korekta w trendzie, za chwilę pędziłem znowu w dół. Ktoś biegł rok wcześniej i przestrzegał, że ostatnia góra jest bardzo stroma, faktycznie nogi waliły w ziemię jak młoty, ale nie zwracałem na to uwagi. Gdy stromizna się skończyła i dotarłem nad rzekę wytyczającą finalny fragment Niepokornego Mnicha, zarządziłem ostatni postój.
Przede wszystkim musiałem zrzucić kurtkę, przez którą się zagrzałem; napiłem się wody, chwilę odsapnąłem i profilaktycznie zjadłem batona. Zapisując się na Niepokornego dziwiłem się, dlaczego organizatorzy włączyli tak długi płaski odcinek do biegu górskiego. Biegnąc wzdłuż Dunajca pojąłem to w lot:
Nie jest to najlepsze zdjęcie tego, co widziałem, ale później nie miałem już czasu na zrobienie ciekawszych. Trochę biegłem, trochę szedłem. Przed ostatnią dychą miałem godzinę do limitu. 10 km w godzinę po płaskim chodniku. Czy da się zrobić dychę w 60 minut na wpół biegnąc, na wpół idąc? Z rozterek wybawił mnie jeden z zawodników, gdy wyprzedzał mnie miarowym truchtem. Patrząc jak powoli się oddala postanowiłem, że gdy zamieni się w kropkę na horyzoncie, również będę już tylko biegł. Ruszyłem.
Ostatnie 5 czy 7 kilometrów było jakby retrospekcją całego biegu. Biegacz-kropka, powodzenia, mam nadzieję, że dotarłeś w limicie, potem kolega z Korbalowej - skarżył się na stopy, ale parł, uśmiechnąłem się do niego, że jesteśmy już na mecie, kolejne sylwetki wyłaniały się w kanionie. Wyobraziłem sobie, że jestem na Parkrunie, zapomniałem o pokonanych 90 kilometrach i leciałem zwykłą piątkę. Niedaleko Szczawnicy trafiłem na pana Józefa, z którym studiowaliśmy mapę pod Niemcową, do mety 15 minut, ktoś mówi, że zostało półtora kilometra. Półtora, to możemy nawet iść i zdążymy. Ale biegnę dalej. Wyłaniają się zabudowania Szczawnicy, widzę Grajcarka wpadającego do Dunajca - ile mostów było do mety? 1 czy 2? (3) Dobiegam do siwego biegacza z włosami upiętymi w kitkę, przypominającego z twarzy Geralta z Rivii - widzieliśmy się na trzech punktach żywieniowych.
No i finalne spotkanie - jakieś 300 metrów przed metą, widzę dwie sylwetki - Karolina wybiegła wesprzeć Jaromira i razem zmierzają do mety. Odwracają się - helou, Jaromir krzyczy z niedowierzaniem "To ty? Myślałem, że cię już nie zobaczę". Jest już za daleko, żeby nawiązać walkę, zresztą przez cały wyścig to on na mnie czekał, a pozycja na mecie i tak nie ma żadnego znaczenia. Docieram 8 sekund za nim na metę z czasem 16:54:08, medal na szyję, ktoś mi gratuluje, otaczają mnie koledzy z TriCity Ultra, słabo kontaktuję. Widzę Tomka i domyślam się, że nie ukończył biegu. Czułem już wybiegając z przepaka na 43-cim kilometrze, że raczej nie zmieści się w czasie. Gdyby limit był dłuższy, pokonałby trasę w lepszym stanie ode mnie, a potem miałby jeszcze siły pobalować do późnej nocy. Niestety jego rytm był ciut wolniejszy od limitów i musiał oddać numer po 64 kilometrach.
Jarek vel Staszek zwalczył problemy żołądkowe i zameldował się na mecie z czasem 16:14:39. Były łzy i szczęście, nie mogę się doczekać jego relacji z biegu. Michał pokazał co znaczy solidne przygotowanie, nie dość że zajął 63 pozycję z czasem 15:02:35, to na mecie w zasadzie nie wyglądał inaczej niż na starcie:
Finito i wnioski
Na mecie jestem tak zmęczony, że nawet siedząc się męczę. Najpierw chcę iść na piwo, potem wygrażam się, że góry nie są do biegania i przepisuję się z Łemko 150 na 70, bo góry nie są do biegania. Później chcę spotkać kolegów z brygady, ale za duży tam chaos. Ostatecznie opracowuję plan: najpierw wezmę prysznic, a potem idziemy coś zjeść. Po wyjściu spod prysznica postanawiam się ogrzać pod kołdrą, potem budzę się ok. 3 nad ranem, żeby zjeść 2 jabłka przygotowane na przepak...
W niedzielę wracamy z mieszanymi humorami. Jeden z nas nie ma powodu do świętowania. Ale nastrój nie jest minorowy, dla długodystansowca pojedyncze porażki są tylko impulsami by zmienić podejście do treningu. Planujemy kolejne starty, wymieniamy świeżo nabyte doświadczenia. Mój "występ" też nie oszałamia: zmieściłem się tylko 6 minut w limicie, padłem na mecie. Rano czułem się dobrze, nakleiłem plaster, wywaliłem buty, więcej refleksji przyszło z czasem.
Chcieliśmy z Tomkiem wierzyć, że człowiek może niczym Tarahumara z lekkością biegać po 100, 200 kilometrów. Że to nie wieloletnie długotrwałe treningi wyciągają drzemiący w nas potencjał, ale że ta moc jest ukryta przez ewolucję i wystarczy tylko po nią sięgnąć. Ale z bieganiem długodystansowym jest jak z każdą inną dziedziną uprawianą przez człowieka - żeby być dobrym, trzeba dużo ćwiczyć. Jak ktoś ci mówi, że po kilku miesiącach przebiegł ultra, a wcześniej nic nie robił, to albo ściemnia, albo nie pamięta, że przez lata trenował piłkę, w dzieciństwie startował w sztafetach i jego organizm jest przygotowany do mocnego wysiłku, ma wypracowane nawyki regularnego ćwiczenia i nie poddawania się kryzysom.
Pewien człek powiedział: "muszę skończyć ten bieg, bo przegrywanie wchodzi w krew" dlatego wiem, że nasza ekipa ukończy Łemko 150, nawet jeśli statystyka daje każdemu 50% szans. Zamówiłem porządne trailowe buty, założyłem dziennik treningowy, zabiorę 3 komplety nowych baterii, jesienią będę k.. jak brzytwa.
Wchodząc na Horbalovą poznaję towarzyszy, z którymi często będziemy się mijać. Nie jestem w stanie iść ich tempem pod górę (szkoda, bo świetnie się rozmawia), ale wymijam ich na zbiegach; potem przywitamy się na punktach odżywczych. Nazywam naszą grupkę "brygadą pościgową", bo rozmowy coraz częściej schodzą na temat limitu czasowego - czy się zmieścimy? W Wyżnych Rużbachach musimy stawić się do 15-stej, z tym nie będzie problemu, ale później trzeba zaliczyć ostatnią wysoką górę (wtedy właśnie koduję się, że więcej wzniesień już nie będzie). W głowie rysuje się obraz: prawie 20 km odcinek z jedną górą i jakieś 3 godziny na pokonanie go, potem ostatni punkt odżywczy na którym ładuję baterie przed płaskim odcinkiem, na którym można spokojnie biec. Gdybym zajrzał do mapy, zobaczyłbym, że górę i płaski odcinek rozdziela jeszcze jedna góra...
Tymczasem jednak zbiegam z Horbalovej, z satysfakcją odnotowując, że w nogach jest jeszcze sporo mocy. Na podejściach muszę często przystawać, czasem przysiąść, wtedy wydaje mi się, że ciągnę ostatkiem sił. Wystarczy jednak prosty odcinek, żebym rozwinął biegową prędkość. Chodzenie i wchodzenie to elementy, nad którymi muszę sporo popracować... O 14:13 docieram do Wyżnych Rużbachów. 47 minut przed limitem czasowym, wydaje się, że mogę sobie pozwolić na odpoczynek. Wokół smętnie krzątają się zawodnicy, ktoś nalewa colę, ktoś leży i wymiotuje w krzaki, a na trawce siedzi i gawędzi.. Jaromir. Nie spodziewałem się zobaczyć go już przed metą, a tu taka niespodzianka. Drugą atrakcję przygotowali gospodarze w postaci zupy pomidorowej, a raczej cynamonowej z pomidorami. Smakuje dziwnie, ale wchodzi jak opałówka w golfa 2. Jednak prawdziwą fazę mam na pomarańcze - zjadam ich chyba kilogram. Jeszcze kilka wymian zdań z kolegami z brygady i ruszam na Veternego.
Prawie 10 km do góry ze zdartą stopą. Łatwo znieść ból i wysiłek, gdy wierzysz, że to już ostatni ciężki etap, że potem będzie już tylko z góry lub płasko. Przepuszczam kolejne grupki biegaczy, wiem że z większością zobaczymy się na zbiegu. Podejście trwa i trwa. Góry stają się bardziej majestatyczne, niesamowite wrażenie robią Tatry w tle. Próbuję je sfotografować, ale telefon (w dodatku pod słońce) nie jest w stanie oddać ich piękna. Podlinkuję zatem zdjęcie specjalisty od fotografowania górskich biegów Piotra Dymusa:
![]() |
| Ta fotografia oddaje co czułem podczas biegu: majestat gór i trud jaki trzeba włożyć w pokonanie tych zalesionych szczytów |
![]() |
| A tak wyszło Staszkowi z telefonu. |
Może nie spodziewali się tam na górze, że ktoś jeszcze dotrze na punkt, a może spieszyli się na metę. Gdy przekroczyłem linię pomiaru czasu, przy stole siedział tylko jeden zawodnik: Jaromir :) Na punkt dotarłem o 17.10, 20 minut przed limitem. Teraz już każda minuta do mety się liczy. Po chwili robi się gwar, na punkt wpada reszta brygady pościgowej. Znowu opycham się pomarańczami, powiewa chłodny wiatr, więc zakładam bluzę - błąd, zagrzeję się podczas zbiegu. Nie spodziewałem się tej góry i zużyłem za dużo sił na Veternym Vrchu. Jestem pewien, że zdążę na metę, ale wiem również, że będę cierpiał. Nie tak miało być. Zacząłem lekko i wolno, żeby nie umierać na trasie, a teraz siedzę mniej niż 20 km od mety i przygotowuję mentalnie na ból. W końcu zwlekam się od stołu i ruszamy z Jaromirem (a jakże) pod górę.
Brygada Kryzys
Doskwiera mi ból zdartej skóry, ciężko powłóczę nogami, dostrzegam drewnianą wiatę z ławami do siedzenia i stołem - korzystam, żeby odpocząć. Po chwili przysiada się Jaromir; koledzy i koleżanki z brygady krzyczą, żeby przeć do przodu. Spoko, - mówię - zobaczymy się na zbiegu. Jeśli ten zbieg się kiedykolwiek zacznie. Minutę później wstajemy i trzeci raz rozdzielamy się. Wkrótce mój druh znika za horyzontem, a ja człapię pod górę łudząc się przy każdym płaskim odcinku, że szczyt już za mną. Przy jakiejś skale siadam i zrzędzę pod nosem. Niedawno minąłem starą budowlę, o której w normalnych warunkach mógłbym się rozpływać, a teraz jej nie lubię. Nie lubię gór, tego biegu, jak ja nie cierpię smerfów.
Ostatnie 12 km na mapce trasy nosi nazwę "Test charakteru", ale dla mnie testem charakteru była góra Plasna ze słowackimi akcentami w literkach. W końcu teren zaczął się konsolidować pod szczytem, a potem opadać. Odżyłem, sprawdziłem godzinę i wiedziałem, że nic mi już nie odbierze mety. Minąłem kolegę (chyba z Mielca) i krzyknąłem, że teraz już tylko w dół, na pewno minęliśmy szczyt, zbiegłem jeszcze z 20 metrów, zakręciłem, zobaczyłem kolejne podejście i padłem jak długi obok ścieżki. Śmiałem się chwilę jak głupi do sera, a potem zrezygnowany ruszyłem pod górkę. Ale to była tylko korekta w trendzie, za chwilę pędziłem znowu w dół. Ktoś biegł rok wcześniej i przestrzegał, że ostatnia góra jest bardzo stroma, faktycznie nogi waliły w ziemię jak młoty, ale nie zwracałem na to uwagi. Gdy stromizna się skończyła i dotarłem nad rzekę wytyczającą finalny fragment Niepokornego Mnicha, zarządziłem ostatni postój.
Przede wszystkim musiałem zrzucić kurtkę, przez którą się zagrzałem; napiłem się wody, chwilę odsapnąłem i profilaktycznie zjadłem batona. Zapisując się na Niepokornego dziwiłem się, dlaczego organizatorzy włączyli tak długi płaski odcinek do biegu górskiego. Biegnąc wzdłuż Dunajca pojąłem to w lot:
Nie jest to najlepsze zdjęcie tego, co widziałem, ale później nie miałem już czasu na zrobienie ciekawszych. Trochę biegłem, trochę szedłem. Przed ostatnią dychą miałem godzinę do limitu. 10 km w godzinę po płaskim chodniku. Czy da się zrobić dychę w 60 minut na wpół biegnąc, na wpół idąc? Z rozterek wybawił mnie jeden z zawodników, gdy wyprzedzał mnie miarowym truchtem. Patrząc jak powoli się oddala postanowiłem, że gdy zamieni się w kropkę na horyzoncie, również będę już tylko biegł. Ruszyłem.
Ostatnie 5 czy 7 kilometrów było jakby retrospekcją całego biegu. Biegacz-kropka, powodzenia, mam nadzieję, że dotarłeś w limicie, potem kolega z Korbalowej - skarżył się na stopy, ale parł, uśmiechnąłem się do niego, że jesteśmy już na mecie, kolejne sylwetki wyłaniały się w kanionie. Wyobraziłem sobie, że jestem na Parkrunie, zapomniałem o pokonanych 90 kilometrach i leciałem zwykłą piątkę. Niedaleko Szczawnicy trafiłem na pana Józefa, z którym studiowaliśmy mapę pod Niemcową, do mety 15 minut, ktoś mówi, że zostało półtora kilometra. Półtora, to możemy nawet iść i zdążymy. Ale biegnę dalej. Wyłaniają się zabudowania Szczawnicy, widzę Grajcarka wpadającego do Dunajca - ile mostów było do mety? 1 czy 2? (3) Dobiegam do siwego biegacza z włosami upiętymi w kitkę, przypominającego z twarzy Geralta z Rivii - widzieliśmy się na trzech punktach żywieniowych.
No i finalne spotkanie - jakieś 300 metrów przed metą, widzę dwie sylwetki - Karolina wybiegła wesprzeć Jaromira i razem zmierzają do mety. Odwracają się - helou, Jaromir krzyczy z niedowierzaniem "To ty? Myślałem, że cię już nie zobaczę". Jest już za daleko, żeby nawiązać walkę, zresztą przez cały wyścig to on na mnie czekał, a pozycja na mecie i tak nie ma żadnego znaczenia. Docieram 8 sekund za nim na metę z czasem 16:54:08, medal na szyję, ktoś mi gratuluje, otaczają mnie koledzy z TriCity Ultra, słabo kontaktuję. Widzę Tomka i domyślam się, że nie ukończył biegu. Czułem już wybiegając z przepaka na 43-cim kilometrze, że raczej nie zmieści się w czasie. Gdyby limit był dłuższy, pokonałby trasę w lepszym stanie ode mnie, a potem miałby jeszcze siły pobalować do późnej nocy. Niestety jego rytm był ciut wolniejszy od limitów i musiał oddać numer po 64 kilometrach.
Jarek vel Staszek zwalczył problemy żołądkowe i zameldował się na mecie z czasem 16:14:39. Były łzy i szczęście, nie mogę się doczekać jego relacji z biegu. Michał pokazał co znaczy solidne przygotowanie, nie dość że zajął 63 pozycję z czasem 15:02:35, to na mecie w zasadzie nie wyglądał inaczej niż na starcie:
![]() |
| Idę na rybki, zanim dotrze reszta ekipy. |
Finito i wnioski
Na mecie jestem tak zmęczony, że nawet siedząc się męczę. Najpierw chcę iść na piwo, potem wygrażam się, że góry nie są do biegania i przepisuję się z Łemko 150 na 70, bo góry nie są do biegania. Później chcę spotkać kolegów z brygady, ale za duży tam chaos. Ostatecznie opracowuję plan: najpierw wezmę prysznic, a potem idziemy coś zjeść. Po wyjściu spod prysznica postanawiam się ogrzać pod kołdrą, potem budzę się ok. 3 nad ranem, żeby zjeść 2 jabłka przygotowane na przepak...
W niedzielę wracamy z mieszanymi humorami. Jeden z nas nie ma powodu do świętowania. Ale nastrój nie jest minorowy, dla długodystansowca pojedyncze porażki są tylko impulsami by zmienić podejście do treningu. Planujemy kolejne starty, wymieniamy świeżo nabyte doświadczenia. Mój "występ" też nie oszałamia: zmieściłem się tylko 6 minut w limicie, padłem na mecie. Rano czułem się dobrze, nakleiłem plaster, wywaliłem buty, więcej refleksji przyszło z czasem.
Chcieliśmy z Tomkiem wierzyć, że człowiek może niczym Tarahumara z lekkością biegać po 100, 200 kilometrów. Że to nie wieloletnie długotrwałe treningi wyciągają drzemiący w nas potencjał, ale że ta moc jest ukryta przez ewolucję i wystarczy tylko po nią sięgnąć. Ale z bieganiem długodystansowym jest jak z każdą inną dziedziną uprawianą przez człowieka - żeby być dobrym, trzeba dużo ćwiczyć. Jak ktoś ci mówi, że po kilku miesiącach przebiegł ultra, a wcześniej nic nie robił, to albo ściemnia, albo nie pamięta, że przez lata trenował piłkę, w dzieciństwie startował w sztafetach i jego organizm jest przygotowany do mocnego wysiłku, ma wypracowane nawyki regularnego ćwiczenia i nie poddawania się kryzysom.
Pewien człek powiedział: "muszę skończyć ten bieg, bo przegrywanie wchodzi w krew" dlatego wiem, że nasza ekipa ukończy Łemko 150, nawet jeśli statystyka daje każdemu 50% szans. Zamówiłem porządne trailowe buty, założyłem dziennik treningowy, zabiorę 3 komplety nowych baterii, jesienią będę k.. jak brzytwa.
sobota, 6 czerwca 2015
Lekcje z Niepokornego Mnicha cz. 1
Prolog
Tym razem to na pewno szczyt! Nareszcie! - radość momentalnie rozlała się po ciele, gdy po ponad dwóch godzinach wspinaczki na Veterny Vrch, a potem drugi szczyt Kvasnik, szlak zakręcił w dół. Trud przebytych 70 km gdzieś uleciał, zapomniałem o skręconej kostce, krwawiącej pięcie i zerwanym paznokciu. Czekał mnie już tylko zbieg z góry i jakieś 15 km po prostej. Było ciężko, ale świetnie wszystko wykombinowałem! Przechyliłem ciało do przodu i puściłem się w kilkukilometrowy kontrolowany upadek. Mijając kolegów z naszej "grupy pościgowej" zmagającej się z limitem czasowym radośnie popędziłem do ostatniego punktu żywieniowego w malowniczej słowackiej wiosce. Po kilku kilometrach wpadłem między budynki, namierzyłem wolontariusza i pognałem w jego stronę, pochłaniając już w myślach pomarańcze.
- Tędy w lewo i do góry - krzyknął przyjaźnie, wskazując wnękę między domami.
- Jak to do góry?? A punkt żywieniowy?
- Tam na górze, to tylko kilometr.
- Kilometr? - widok kolejnego wzniesienia poraził mnie.
- No właśnie, mówiłem - zauważył dobiegający kolega - jeszcze jedna góra i dopiero potem płasko.
- Nie ukończę tego biegu w limicie czasowym - pierwszy raz dopuściłem do siebie paraliżującą myśl. Potem setny raz zakląłem i ruszyłem pod górę. Zaplanowanie wcześniej tego biegu nie przyszło mi nawet do głowy, ale gdybym trzymał chociaż mapę w kieszonce przy pasie, a nie zakopaną głęboko w plecaku, uniknąłbym tej i wielu innych przykrych niespodzianek...
Splot nieszczęśliwych wypadków doprawiony szczyptą głupoty
Po udanych startach jesienią 2014 zwieńczonych złamaniem 40 minut na dychę w gdyńskim Biegu Niepodległości poluzowałem treningi. Postanowiłem do lutego się nie przemęczać, skupić bardziej na morsowaniu i nie związanych z bieganiem zajęciach. Zimowa aura i szybko zapadający zmierzch nie zachęcały do biegania, dlatego do mocniejszych treningów chciałem wrócić na ok. 2 miesiące przed pierwszym poważnym biegiem (TriCity Ultra 80). Michał i Staszek z naszego teamu pracowali nad formą nieustannie i nie ukrywali co myślą o moich i Tomka wymówkach. Przekonałem się o tym, gdy wybiegliśmy na maraton po TPK i w połowie powiedziałem im, żeby biegli dalej beze mnie, bo dalej w ich tempie nie pociągnę (mimo, że i tak co chwila się zatrzymywali, żeby na mnie poczekać).
Mimo to forma wróciłaby dość szybko, gdyby nie PECH NR 1 - mając przebiegnięte zimą w krótkim czasie 2 długie biegi dostałem lekkiego kataru. Nie było to nic nadzwyczajnego, ale postanowiłem użyć jakiegoś wynalazku na zatoki. Wetknąłem rurkę w jedną dziurkę od nosa i nacisnąłem plastikową buteleczkę, żeby słony płyn wyleciał przez drugą. Szło to bardzo opornie, dlatego zacząłem gwałtownie naciskać i tłoczyć również powietrze (GŁUPOTA NR 1), myśląc że w ten sposób przepcham zatkany nos. Po dwóch takich zabiegach zaczęło pobolewać mnie czoło, kolejnego dnia ból rozszerzył się na skroń i promieniował aż do czubka głowy. Skończyło się na antybiotyku i słabszej formie na TU80.
Tydzień po pierwszym ultra, a 3 tygodnie przed relacjonowanym tu biegiem Niepokorny Mnich (96 km, 4305 metrów przewyższeń) pospiesznie odbudowywałem formę. Ponieważ nastawiłem się na przygodę i zwiedzanie gór, bagatelizowałem ten bieg. Wyzwaniem była jesienna Łemkowyna Ultra Trail 150, natomiast setka po Pieninach miała być spacerkiem na granicy limitu czasowego. Więcej czasu spędziłem na poszukiwaniu aparatu do pstrykania widoków, niż potrzebnego sprzętu. Ale wróćmy do owego feralnego tygodnia, bo zakończył się on PECHEM NR 2. Wyskoczyłem z bratem na zakończenie sezonu bydgoskich morsów. Bałem się kąpieli w jeziorze, mając świeżo w pamięci bóle głowy, ale ciało wynagrodziło mi pobyt w zimnej wodzie endorfinkami - po zapaleniu zatok nie było śladu. Po wyjściu z wody ubrałem się, zrobiłem kilka pompek i postanowiłem rozgrzać się szybkim sprintem po lesie. Mknąc po ugniecionym mchu i n-ty raz rozmyślając nad sensem życia i radością płynącą z prostych i pozornie nieprzyjemnych czynności, straciłem na chwilę świadomość (pamiętam tylko odgłos chrupnięcia), a po sekundzie poczułem okropny ból przy kostce. Jakiś @#$%! korzeń sprytnie ukrył się pod mchem i postawił pod znakiem zapytania start w Szczawnicy.
Przez kolejny tydzień nie było mowy o bieganiu, mimo to opuchlizna nie zeszła (właściwie to została do teraz...). Gdy nieśmiało wybiegłem na pierwszą piątkę po wypadku, odnotowałem z ulgą, że odpowiednio spadając nie czuję bólu. Ból uaktywniał się przy zginaniu stopy w kierunku piszczela, czyli wtedy gdy wchodzę pod górę, natomiast przy zbiegach go nie czułem. Pomyślałem, że jak będę pamiętał, by za każdym razem poprawnie postawić stopę wchodząc pod górę, powinno się udać :)
Żeby nie przedłużać - skręcona kostka (czy coś tam innego obok) na 3 tygodnie przed biegiem była dużym pechem; o tym że długie biegi należy planować uświadomiłem sobie po lekturze "Szczęśliwi biegają ultra", ale muszę ze wstydem przyznać się do dwóch niewybaczalnych błędów:
GŁUPOTA NR 2: zamiast kupić baterie do czołówki (bieg startuje o 3 w nocy), kupiłem akumulatorki, naładowałem je, sprawdziłem że diodki świecą i odstawiłem na półkę - tydzień przed biegiem...
GŁUPOTA NR 3: buty do biegania w górach. Jako zwolennik naturalnego biegania i nie przepłacania za buty postanowiłem zabrać trailowe kłapcie z Lidla, w których pobiegłem Łemkowynę. Były to całkiem udane buty poza jednym mankamentem: zapiętka lewego buta była felernie wykonana (zagięta do wewnątrz) i po 50 km skrobania na Łemko zdarła mi z achillesa skórę do krwi. Przez tydzień odrywałem skarpetkę, zanim wpadłem na pomysł, że można nakleić plaster. I z takim remedium (pewnie zedrze znowu skórę, ale w biegu nie będę tego czuł, a potem nakleję plaster) spakowałem buty do plecaka.
Wyposażony w plan "zacząć lekko, a potem odpoczywać", czołówkę z niepewnymi akumulatorkami, felerne buty i jakąś maść przeciwbólową w razie gdyby kostka uniemożliwiała bieg stawiłem się na zbiórkę przed wyjazdem.
Jeden dzień wakacji
Lubię biegać ultra, ale nie po górach. Po górach lubię chodzić, podziwiać widoki. Może gdybym nie mieszkał na drugim końcu Polski, oswoiłbym się z nimi na tyle, by polubić dłuugie podejścia i szalone zbiegi. Jeśli jednak jedyna styczność z biegami górskimi to zawody ultra, na których czasem trzeba pocisnąć, żeby załapać się na metę w limicie, to już na długo przed finiszem nie lubię ani gór, ani biegania. Dlaczego zatem jeżdżę na takie biegi? Bo należę do najlepszej drużyny ultrasów pod słońcem - z Tomkiem, Michałem i Jarkiem vel Staszkiem nawet 8 godzin w aucie jest frajdą, a co dopiero wspólne sączenie piwka w gospodzie na dzień przed startem. Wyjazd z nimi przywołuje magię wycieczki klasowej.
Tak też było w piątek przed startem. Zakwaterowaliśmy się w domku z takim widokiem:
Wyskoczyliśmy na góralski obiad (nawet dla mnie znalazły się smaczne wegetariańskie placki ziemniaczane) :
Po odebraniu pakietów startowych spotkaliśmy Jaromira z Karoliną (para z Gdyni, zazdrościmy im, że wspólnie dzielą pasję biegania, ale czasem nie :) i docisnęliśmy się pizzą. Jak się bawić, to na całego. Z Tomka i mnie pizza wyssała energię, Michałowi dodała sił.
Jak grzeczni chłopcy, o 21.30 poszliśmy spać i w dobrych humorach wstaliśmy o drugiej.
Kostka, kostka i po kostce
Tuż przed startem Karolina robi nam zdjęcie:
Humory dopisują, oczekiwania różne: Michał i Staszek nie obijali się zimą i chcą powalczyć o dobre czasy, my z Tomkiem chcemy tylko skończyć, ja dodaję, że nie chcę się zajechać. Przyjechałem na 3-dniowe wakacje potruchtać po górach, zrobić mnóstwo ładnych zdjęć i wypić piwo na mecie. Jaromir debiutuje w górach, ale na maratonach pokazał na co go stać (ostatnio 3:16), więc zakładam, że będzie się ścigał z naszymi psami gończymi.
O 3 startujemy i po jakimś kilometrze truchtania przez Szczawnicę zaczynamy pierwsze podejście. Góry są tu jakieś inne niż w Beskidzie Niskim - wejście na szczyt rozciąga się na 10 kilometrów - przez bite dwie godziny niemal wyłącznie idziemy pod górę. Po jakichś 20 minutach moja czołówka zaczyna blednąć. Na podejściach ryzyko jest niskie z racji tempa, ale czasami zdarzają się zbiegi po kamieniach i ratuje mnie fakt, że to dopiero początek biegu, więc posuwam się w peletonie. Manewruję dzięki światłom innych biegaczy, ale wystarcza moment w półmroku, bym kopnął lewą nogą (tą ze skręconą kostką) w korzeń i po raz pierwszy zwijał się z bólu. Modlę się, żeby świt zastał nas nim zaczniemy zbieg. Moje modły zostają wysłuchane, ale i tak skręcam kostkę jeszcze raz na jakimś kamieniu. I kolejny raz w górnej partii gór, bo zapadnięcie się nogi w śniegu powoduje ból jak przy skręceniu. Spadam bezwładnie na bok, ktoś proponuje mi swoje kijki, żebym dokuśtykał do pierwszego punktu. Dziękuję mówiąc, że jakoś to rozbiegam i wracam do gry w stylu pirata z drewnianą nogą. W czasie długich biegów różne części ciała czasem bolą, ale dopóki się biegnie, ból się rozmywa i przypomina o sobie dopiero na mecie.
Po czwartym skręceniu (znowu zapadnięcie stopy w śniegu) ląduję po raz ostatni na ziemi. Stopa robi się tak opuchnięta, że rozpiera buta i usztywnia kostkę. Poluzowuję lekko sznurowadła i ku mojemu zdziwieniu epopeja z tą kontuzją schodzi ze sceny. Przede mną jeden z fajniejszych etapów biegu - mam jeszcze sporo sił, nakręca mnie euforia po cudownym "ozdrowieniu" stopy, słońce wreszcie wstało, więc czołówka wylądowała w plecaku i przede wszystkim mogę wreszcie biec, bo przekroczyłem szczyt. Spory kawałek trasy pokonuję obok Filipa i jego psa Komandosa. Dobrze wychowany psiak budzi dużo sympatii, najbardziej imponował mi jego spokój na trasie. Gdy biegliśmy obok jakiejś ogrodzonej posiadłości nagle wyleciały dwa ujadające psy, Komandos leniwie zerknął na nie, lekko odbił w drugą stronę, jakby nie chciał wdawać się w dyskusję z gówniarzami i popędził dalej do przodu z wywieszonym jęzorem.
Na 30-stym kilometrze trasy wypada szczyt Niemcowa. Tutaj po raz pierwszy poczułem skutki braku planowania biegu i znajomości trasy. Czy naprawdę takim problemem było zapamiętanie tej mapki?
Byłem pewien, że na dole czeka punkt żywieniowy, podobnie jak po wcześniejszym zbiegu z Przechyby. Nie uzupełniłem wtedy płynu w bukłaku, bo wydawało mi się, że na tym co zostało spokojnie dotrę do kolejnego punktu. Nie sprawdziłem na mapie, że będzie to wymagało zdobycia dwóch gór, a odległość będzie o 10 km większa. Zamiast punktu żywieniowego na biegaczy czekało jakieś 7 km pod górę na otwartym terenie. Słońce wzeszło już na dobre i zaczęło zdrowo przypiekać, a ja wciąż biegłem w zestawie nocnym złożonym z dwóch koszulek i kurtki. Mimo, że rozcieńczyłem izotonik pół na pół z wodą, słodki płyn wywoływał odruch wymiotny. Marzyłem o zwykłej wodzie. W wyższej partii gór leżał jeszcze śnieg, okładałem nim twarz, ale nie odważyłem się jeść. Tomek nie miał oporów. W końcu nawet izotonik się skończył i w myślach przeklinałem tę górę. Wyobrażałem sobie, jak będę pisał na blogu, że jej nienawidzę - i oto nadszedł dzień zemsty ty góro ty :)
Podratował mnie jeden z biegaczy, który miał wody pod dostatkiem i przez jakieś dwa kilometry pogrążyliśmy się w rozmowie. W ogóle na całym biegu spotkałem wielu biegaczy, z którymi nawiązałem jakby emocjonalną więź; wielokrotnie mijaliśmy się, czasem szliśmy kawałek razem, spotykaliśmy na punktach żywieniowych i witaliśmy jak starzy przyjaciele. Niedaleko przepaku w przełęczy Gromadzkiej szlak uraczył nas korytkiem, do którego spływała rurą zimna, ożywcza woda. Opiłem się jej na zapas i podbudowany dotarłem wreszcie na punkt.
Przez te buty byłem struty
Na miejscu miła niespodzianka, przy jednym ze stołów odpoczywa Jaromir i zdaje relację: Staszek cierpi z powodów żołądkowych, Michał zgodnie z przewidywaniami prze do przodu, a Tomka jeszcze nie widział. Plotki z trasy, zdawkowe informacje i przypuszczenia są ciekawym elementem biegów ultra. Czasami podnoszą na duchu, innym razem wlewają gorycz. Im dłużej biegniesz, tym bardziej irytują cię życzliwe odpowiedzi wolontariuszy czy turystów, którzy zapytani o dystans do kolejnego punktu uważają, że jak podadzą mniejszą wartość, to nie upadniesz na duchu. "To już blisko, za tym zakrętem, jakieś 800 metrów", słyszysz, a po 800 metrach okazuje się, że punkt jest kolejne 800 metrów dalej. Niby pestka, ale odarcie z nadziei mocno boli i podkopuje zaufanie. Irracjonalne, ale takie właśnie są ostatnie godziny ciężkiego biegu. Na ostatnich etapach biegów ultra powinni stać tylko doświadczeni wolontariusze, przyzwyczajeni do zmordowanych, rzucających bluzgi galerników. Radosne powitania i wdzięczność to domena pierwszej połówki i mety.
Na tym punkcie jest przepak, więc po ugaszeniu pragnienia wyciągam swoją tajną broń - kaszetti z chili i groszkiem. Mój organizm kiepsko przyjmuje chemię, więc nie zabieram na trasę żadnych żeli czy innych shotów. Zazwyczaj napełniam bukłak kompotem teściowej, wciskam do plecaka dwie czekolady z bakaliami, a na punktach żywieniowych szukam owoców i przede wszystkim warzywnych zup. Warzywny obiad z kaszą zapełnia żołądek złożonymi węglowodanami, skutecznie usuwa głód i nie odczuwam żadnych niedogodności wybiegając z pełnym brzuchem. Tym razem zamiast kompotu miałem rozcieńczony izotonik i to wystarczyło, żebym się "przecukrzył". Zamiast czekolady natomiast zabrałem kilka batonów chrupkowo-czekoladowych i nie żałowałem, bo nie ciążyły na żołądku.
Na przepaku uzupełniam bukłak samą wodą i po odpoczynku wychodzimy z Jaromirem o 10:45. Na podejściu jednak żegnamy się - wchodzenie pod górę jest moją piętą achillesową, którą staram się rekompensować szybkimi zbiegami. Kolejny punkt odżywczy jest za ok. 23 km, mapka pokazuje dwa szczyty po drodze, ale bez głębokich zbiegów i podejść. Po przebiegnięciu ok. 43 km szacuję przebycie tego odcinka na ok. 2 i pół godziny, zupełnie pomijając fakt, że jestem w górach i w rzeczywistości będę potrzebował godzinę więcej.
Z góry Wysokiej szlak zakręca na słowacką stronę i wreszcie jest trochę szybkiego biegu. Nie biegnie się już przyjemnie, ale też nie jestem jakoś specjalnie zmęczony. Limit czasowy wydaje się niezagrożony. Na przełęczy Korbalowa turyści odpowiadają już česť, pytają jakoś "skolka", ktoś z ekipy pilnującej przejścia przez jezdnię odpowiada 53. Acha - czyli do celu jeszcze 43.5 - tylko maratonik! Widząc przed sobą dłuższe podejście robię krótką przerwę na batona i picie. Gdy ruszam pod górę dochodzi wreszcie do świadomości znajomy ból, który narastał od jakiegoś czasu - pęka pęcherz na ciężko doświadczonej tego dnia lewej stopie. Nieprzemakalne lidlerki, które dotychczas dzielnie chroniły stopy na błocie, uskrobały w końcu lewą piętę i teraz działają przeciwko mnie.. Góra Korbalowa wygląda na mapce jak ząbek, ale na szlaku to 3 km podejścia, które muszę pokonywać stawiając całą stopę na wyprostowanej nodze (normalnie wchodziłbym na palcach z lekko ugiętymi nogami). A przede mną jeszcze 43 km - cały cholerny maraton...
C.D.N.
Tym razem to na pewno szczyt! Nareszcie! - radość momentalnie rozlała się po ciele, gdy po ponad dwóch godzinach wspinaczki na Veterny Vrch, a potem drugi szczyt Kvasnik, szlak zakręcił w dół. Trud przebytych 70 km gdzieś uleciał, zapomniałem o skręconej kostce, krwawiącej pięcie i zerwanym paznokciu. Czekał mnie już tylko zbieg z góry i jakieś 15 km po prostej. Było ciężko, ale świetnie wszystko wykombinowałem! Przechyliłem ciało do przodu i puściłem się w kilkukilometrowy kontrolowany upadek. Mijając kolegów z naszej "grupy pościgowej" zmagającej się z limitem czasowym radośnie popędziłem do ostatniego punktu żywieniowego w malowniczej słowackiej wiosce. Po kilku kilometrach wpadłem między budynki, namierzyłem wolontariusza i pognałem w jego stronę, pochłaniając już w myślach pomarańcze.
- Tędy w lewo i do góry - krzyknął przyjaźnie, wskazując wnękę między domami.
- Jak to do góry?? A punkt żywieniowy?
- Tam na górze, to tylko kilometr.
- Kilometr? - widok kolejnego wzniesienia poraził mnie.
- No właśnie, mówiłem - zauważył dobiegający kolega - jeszcze jedna góra i dopiero potem płasko.
- Nie ukończę tego biegu w limicie czasowym - pierwszy raz dopuściłem do siebie paraliżującą myśl. Potem setny raz zakląłem i ruszyłem pod górę. Zaplanowanie wcześniej tego biegu nie przyszło mi nawet do głowy, ale gdybym trzymał chociaż mapę w kieszonce przy pasie, a nie zakopaną głęboko w plecaku, uniknąłbym tej i wielu innych przykrych niespodzianek...
![]() |
| Biegacze na podejściu na ostatni punkt żywieniowy - spodziewałem się go w wiosce poniżej. Zdjęcie z ukurun.go-krasna.pl |
Po udanych startach jesienią 2014 zwieńczonych złamaniem 40 minut na dychę w gdyńskim Biegu Niepodległości poluzowałem treningi. Postanowiłem do lutego się nie przemęczać, skupić bardziej na morsowaniu i nie związanych z bieganiem zajęciach. Zimowa aura i szybko zapadający zmierzch nie zachęcały do biegania, dlatego do mocniejszych treningów chciałem wrócić na ok. 2 miesiące przed pierwszym poważnym biegiem (TriCity Ultra 80). Michał i Staszek z naszego teamu pracowali nad formą nieustannie i nie ukrywali co myślą o moich i Tomka wymówkach. Przekonałem się o tym, gdy wybiegliśmy na maraton po TPK i w połowie powiedziałem im, żeby biegli dalej beze mnie, bo dalej w ich tempie nie pociągnę (mimo, że i tak co chwila się zatrzymywali, żeby na mnie poczekać).
Mimo to forma wróciłaby dość szybko, gdyby nie PECH NR 1 - mając przebiegnięte zimą w krótkim czasie 2 długie biegi dostałem lekkiego kataru. Nie było to nic nadzwyczajnego, ale postanowiłem użyć jakiegoś wynalazku na zatoki. Wetknąłem rurkę w jedną dziurkę od nosa i nacisnąłem plastikową buteleczkę, żeby słony płyn wyleciał przez drugą. Szło to bardzo opornie, dlatego zacząłem gwałtownie naciskać i tłoczyć również powietrze (GŁUPOTA NR 1), myśląc że w ten sposób przepcham zatkany nos. Po dwóch takich zabiegach zaczęło pobolewać mnie czoło, kolejnego dnia ból rozszerzył się na skroń i promieniował aż do czubka głowy. Skończyło się na antybiotyku i słabszej formie na TU80.
Tydzień po pierwszym ultra, a 3 tygodnie przed relacjonowanym tu biegiem Niepokorny Mnich (96 km, 4305 metrów przewyższeń) pospiesznie odbudowywałem formę. Ponieważ nastawiłem się na przygodę i zwiedzanie gór, bagatelizowałem ten bieg. Wyzwaniem była jesienna Łemkowyna Ultra Trail 150, natomiast setka po Pieninach miała być spacerkiem na granicy limitu czasowego. Więcej czasu spędziłem na poszukiwaniu aparatu do pstrykania widoków, niż potrzebnego sprzętu. Ale wróćmy do owego feralnego tygodnia, bo zakończył się on PECHEM NR 2. Wyskoczyłem z bratem na zakończenie sezonu bydgoskich morsów. Bałem się kąpieli w jeziorze, mając świeżo w pamięci bóle głowy, ale ciało wynagrodziło mi pobyt w zimnej wodzie endorfinkami - po zapaleniu zatok nie było śladu. Po wyjściu z wody ubrałem się, zrobiłem kilka pompek i postanowiłem rozgrzać się szybkim sprintem po lesie. Mknąc po ugniecionym mchu i n-ty raz rozmyślając nad sensem życia i radością płynącą z prostych i pozornie nieprzyjemnych czynności, straciłem na chwilę świadomość (pamiętam tylko odgłos chrupnięcia), a po sekundzie poczułem okropny ból przy kostce. Jakiś @#$%! korzeń sprytnie ukrył się pod mchem i postawił pod znakiem zapytania start w Szczawnicy.
Przez kolejny tydzień nie było mowy o bieganiu, mimo to opuchlizna nie zeszła (właściwie to została do teraz...). Gdy nieśmiało wybiegłem na pierwszą piątkę po wypadku, odnotowałem z ulgą, że odpowiednio spadając nie czuję bólu. Ból uaktywniał się przy zginaniu stopy w kierunku piszczela, czyli wtedy gdy wchodzę pod górę, natomiast przy zbiegach go nie czułem. Pomyślałem, że jak będę pamiętał, by za każdym razem poprawnie postawić stopę wchodząc pod górę, powinno się udać :)
Żeby nie przedłużać - skręcona kostka (czy coś tam innego obok) na 3 tygodnie przed biegiem była dużym pechem; o tym że długie biegi należy planować uświadomiłem sobie po lekturze "Szczęśliwi biegają ultra", ale muszę ze wstydem przyznać się do dwóch niewybaczalnych błędów:
GŁUPOTA NR 2: zamiast kupić baterie do czołówki (bieg startuje o 3 w nocy), kupiłem akumulatorki, naładowałem je, sprawdziłem że diodki świecą i odstawiłem na półkę - tydzień przed biegiem...
GŁUPOTA NR 3: buty do biegania w górach. Jako zwolennik naturalnego biegania i nie przepłacania za buty postanowiłem zabrać trailowe kłapcie z Lidla, w których pobiegłem Łemkowynę. Były to całkiem udane buty poza jednym mankamentem: zapiętka lewego buta była felernie wykonana (zagięta do wewnątrz) i po 50 km skrobania na Łemko zdarła mi z achillesa skórę do krwi. Przez tydzień odrywałem skarpetkę, zanim wpadłem na pomysł, że można nakleić plaster. I z takim remedium (pewnie zedrze znowu skórę, ale w biegu nie będę tego czuł, a potem nakleję plaster) spakowałem buty do plecaka.
Wyposażony w plan "zacząć lekko, a potem odpoczywać", czołówkę z niepewnymi akumulatorkami, felerne buty i jakąś maść przeciwbólową w razie gdyby kostka uniemożliwiała bieg stawiłem się na zbiórkę przed wyjazdem.
Jeden dzień wakacji
Lubię biegać ultra, ale nie po górach. Po górach lubię chodzić, podziwiać widoki. Może gdybym nie mieszkał na drugim końcu Polski, oswoiłbym się z nimi na tyle, by polubić dłuugie podejścia i szalone zbiegi. Jeśli jednak jedyna styczność z biegami górskimi to zawody ultra, na których czasem trzeba pocisnąć, żeby załapać się na metę w limicie, to już na długo przed finiszem nie lubię ani gór, ani biegania. Dlaczego zatem jeżdżę na takie biegi? Bo należę do najlepszej drużyny ultrasów pod słońcem - z Tomkiem, Michałem i Jarkiem vel Staszkiem nawet 8 godzin w aucie jest frajdą, a co dopiero wspólne sączenie piwka w gospodzie na dzień przed startem. Wyjazd z nimi przywołuje magię wycieczki klasowej.
Tak też było w piątek przed startem. Zakwaterowaliśmy się w domku z takim widokiem:
![]() |
| Idealna kwatera - urocze widoki, a start i meta biegu 100 metrów dalej, na lewym brzegu mostu |
Wyskoczyliśmy na góralski obiad (nawet dla mnie znalazły się smaczne wegetariańskie placki ziemniaczane) :
![]() |
| Tomek & Staszek, złożyli śluby abstynenckie, więc pili oranżadę |
![]() |
| Ja i Michał |
![]() |
| Sielanka trwała godzinkę, później było już tylko gorzej :) |
Po odebraniu pakietów startowych spotkaliśmy Jaromira z Karoliną (para z Gdyni, zazdrościmy im, że wspólnie dzielą pasję biegania, ale czasem nie :) i docisnęliśmy się pizzą. Jak się bawić, to na całego. Z Tomka i mnie pizza wyssała energię, Michałowi dodała sił.
![]() |
| Jak mi ktoś mówi, że od 25 lat nic się w Polsce nie zmieniło, to niech mi pokaże choć 1 zdjęcie z czasów PRL z taką pizzą.. |
Jak grzeczni chłopcy, o 21.30 poszliśmy spać i w dobrych humorach wstaliśmy o drugiej.
Kostka, kostka i po kostce
Tuż przed startem Karolina robi nam zdjęcie:
Humory dopisują, oczekiwania różne: Michał i Staszek nie obijali się zimą i chcą powalczyć o dobre czasy, my z Tomkiem chcemy tylko skończyć, ja dodaję, że nie chcę się zajechać. Przyjechałem na 3-dniowe wakacje potruchtać po górach, zrobić mnóstwo ładnych zdjęć i wypić piwo na mecie. Jaromir debiutuje w górach, ale na maratonach pokazał na co go stać (ostatnio 3:16), więc zakładam, że będzie się ścigał z naszymi psami gończymi.
O 3 startujemy i po jakimś kilometrze truchtania przez Szczawnicę zaczynamy pierwsze podejście. Góry są tu jakieś inne niż w Beskidzie Niskim - wejście na szczyt rozciąga się na 10 kilometrów - przez bite dwie godziny niemal wyłącznie idziemy pod górę. Po jakichś 20 minutach moja czołówka zaczyna blednąć. Na podejściach ryzyko jest niskie z racji tempa, ale czasami zdarzają się zbiegi po kamieniach i ratuje mnie fakt, że to dopiero początek biegu, więc posuwam się w peletonie. Manewruję dzięki światłom innych biegaczy, ale wystarcza moment w półmroku, bym kopnął lewą nogą (tą ze skręconą kostką) w korzeń i po raz pierwszy zwijał się z bólu. Modlę się, żeby świt zastał nas nim zaczniemy zbieg. Moje modły zostają wysłuchane, ale i tak skręcam kostkę jeszcze raz na jakimś kamieniu. I kolejny raz w górnej partii gór, bo zapadnięcie się nogi w śniegu powoduje ból jak przy skręceniu. Spadam bezwładnie na bok, ktoś proponuje mi swoje kijki, żebym dokuśtykał do pierwszego punktu. Dziękuję mówiąc, że jakoś to rozbiegam i wracam do gry w stylu pirata z drewnianą nogą. W czasie długich biegów różne części ciała czasem bolą, ale dopóki się biegnie, ból się rozmywa i przypomina o sobie dopiero na mecie.
Po czwartym skręceniu (znowu zapadnięcie stopy w śniegu) ląduję po raz ostatni na ziemi. Stopa robi się tak opuchnięta, że rozpiera buta i usztywnia kostkę. Poluzowuję lekko sznurowadła i ku mojemu zdziwieniu epopeja z tą kontuzją schodzi ze sceny. Przede mną jeden z fajniejszych etapów biegu - mam jeszcze sporo sił, nakręca mnie euforia po cudownym "ozdrowieniu" stopy, słońce wreszcie wstało, więc czołówka wylądowała w plecaku i przede wszystkim mogę wreszcie biec, bo przekroczyłem szczyt. Spory kawałek trasy pokonuję obok Filipa i jego psa Komandosa. Dobrze wychowany psiak budzi dużo sympatii, najbardziej imponował mi jego spokój na trasie. Gdy biegliśmy obok jakiejś ogrodzonej posiadłości nagle wyleciały dwa ujadające psy, Komandos leniwie zerknął na nie, lekko odbił w drugą stronę, jakby nie chciał wdawać się w dyskusję z gówniarzami i popędził dalej do przodu z wywieszonym jęzorem.
![]() |
| Pamiątkowa fotografia, kiedyś wnukom opowiem, że biegałem z Szarikiem |
Byłem pewien, że na dole czeka punkt żywieniowy, podobnie jak po wcześniejszym zbiegu z Przechyby. Nie uzupełniłem wtedy płynu w bukłaku, bo wydawało mi się, że na tym co zostało spokojnie dotrę do kolejnego punktu. Nie sprawdziłem na mapie, że będzie to wymagało zdobycia dwóch gór, a odległość będzie o 10 km większa. Zamiast punktu żywieniowego na biegaczy czekało jakieś 7 km pod górę na otwartym terenie. Słońce wzeszło już na dobre i zaczęło zdrowo przypiekać, a ja wciąż biegłem w zestawie nocnym złożonym z dwóch koszulek i kurtki. Mimo, że rozcieńczyłem izotonik pół na pół z wodą, słodki płyn wywoływał odruch wymiotny. Marzyłem o zwykłej wodzie. W wyższej partii gór leżał jeszcze śnieg, okładałem nim twarz, ale nie odważyłem się jeść. Tomek nie miał oporów. W końcu nawet izotonik się skończył i w myślach przeklinałem tę górę. Wyobrażałem sobie, jak będę pisał na blogu, że jej nienawidzę - i oto nadszedł dzień zemsty ty góro ty :)
![]() |
| Do góry, do góry, aż czujesz wstręt, a tam na górze jest taki zakręt, a za zakrętem gór jeszcze więcej, gdzie tu bieganie do k.. nędzy |
Podratował mnie jeden z biegaczy, który miał wody pod dostatkiem i przez jakieś dwa kilometry pogrążyliśmy się w rozmowie. W ogóle na całym biegu spotkałem wielu biegaczy, z którymi nawiązałem jakby emocjonalną więź; wielokrotnie mijaliśmy się, czasem szliśmy kawałek razem, spotykaliśmy na punktach żywieniowych i witaliśmy jak starzy przyjaciele. Niedaleko przepaku w przełęczy Gromadzkiej szlak uraczył nas korytkiem, do którego spływała rurą zimna, ożywcza woda. Opiłem się jej na zapas i podbudowany dotarłem wreszcie na punkt.
Przez te buty byłem struty
Na miejscu miła niespodzianka, przy jednym ze stołów odpoczywa Jaromir i zdaje relację: Staszek cierpi z powodów żołądkowych, Michał zgodnie z przewidywaniami prze do przodu, a Tomka jeszcze nie widział. Plotki z trasy, zdawkowe informacje i przypuszczenia są ciekawym elementem biegów ultra. Czasami podnoszą na duchu, innym razem wlewają gorycz. Im dłużej biegniesz, tym bardziej irytują cię życzliwe odpowiedzi wolontariuszy czy turystów, którzy zapytani o dystans do kolejnego punktu uważają, że jak podadzą mniejszą wartość, to nie upadniesz na duchu. "To już blisko, za tym zakrętem, jakieś 800 metrów", słyszysz, a po 800 metrach okazuje się, że punkt jest kolejne 800 metrów dalej. Niby pestka, ale odarcie z nadziei mocno boli i podkopuje zaufanie. Irracjonalne, ale takie właśnie są ostatnie godziny ciężkiego biegu. Na ostatnich etapach biegów ultra powinni stać tylko doświadczeni wolontariusze, przyzwyczajeni do zmordowanych, rzucających bluzgi galerników. Radosne powitania i wdzięczność to domena pierwszej połówki i mety.
Na tym punkcie jest przepak, więc po ugaszeniu pragnienia wyciągam swoją tajną broń - kaszetti z chili i groszkiem. Mój organizm kiepsko przyjmuje chemię, więc nie zabieram na trasę żadnych żeli czy innych shotów. Zazwyczaj napełniam bukłak kompotem teściowej, wciskam do plecaka dwie czekolady z bakaliami, a na punktach żywieniowych szukam owoców i przede wszystkim warzywnych zup. Warzywny obiad z kaszą zapełnia żołądek złożonymi węglowodanami, skutecznie usuwa głód i nie odczuwam żadnych niedogodności wybiegając z pełnym brzuchem. Tym razem zamiast kompotu miałem rozcieńczony izotonik i to wystarczyło, żebym się "przecukrzył". Zamiast czekolady natomiast zabrałem kilka batonów chrupkowo-czekoladowych i nie żałowałem, bo nie ciążyły na żołądku.
Na przepaku uzupełniam bukłak samą wodą i po odpoczynku wychodzimy z Jaromirem o 10:45. Na podejściu jednak żegnamy się - wchodzenie pod górę jest moją piętą achillesową, którą staram się rekompensować szybkimi zbiegami. Kolejny punkt odżywczy jest za ok. 23 km, mapka pokazuje dwa szczyty po drodze, ale bez głębokich zbiegów i podejść. Po przebiegnięciu ok. 43 km szacuję przebycie tego odcinka na ok. 2 i pół godziny, zupełnie pomijając fakt, że jestem w górach i w rzeczywistości będę potrzebował godzinę więcej.
Z góry Wysokiej szlak zakręca na słowacką stronę i wreszcie jest trochę szybkiego biegu. Nie biegnie się już przyjemnie, ale też nie jestem jakoś specjalnie zmęczony. Limit czasowy wydaje się niezagrożony. Na przełęczy Korbalowa turyści odpowiadają już česť, pytają jakoś "skolka", ktoś z ekipy pilnującej przejścia przez jezdnię odpowiada 53. Acha - czyli do celu jeszcze 43.5 - tylko maratonik! Widząc przed sobą dłuższe podejście robię krótką przerwę na batona i picie. Gdy ruszam pod górę dochodzi wreszcie do świadomości znajomy ból, który narastał od jakiegoś czasu - pęka pęcherz na ciężko doświadczonej tego dnia lewej stopie. Nieprzemakalne lidlerki, które dotychczas dzielnie chroniły stopy na błocie, uskrobały w końcu lewą piętę i teraz działają przeciwko mnie.. Góra Korbalowa wygląda na mapce jak ząbek, ale na szlaku to 3 km podejścia, które muszę pokonywać stawiając całą stopę na wyprostowanej nodze (normalnie wchodziłbym na palcach z lekko ugiętymi nogami). A przede mną jeszcze 43 km - cały cholerny maraton...
C.D.N.
wtorek, 7 kwietnia 2015
TriCity Ultra 80 - III edycja, zdjęcia i opis trasy
Rok temu zamieściłem opis biegu dookoła Trójmiasta, który stał się dla kolegów z naszego "klubu" wstępem do przygody z biegami ultra. Wkręciłem się - w 2014 przebiegłem 5 biegów ultra na dystansie powyżej 60 km i 7 na dystansie maratońskim. Euforia, którą opisałem po pierwszym biegu na 80 km okazała się powtarzalnym zjawiskiem, jakiego doświadczam po pokonaniu ok. 60 km, dlatego chętnie planowałem na ten rok z kolegami kilka ambitnych startów w biegach górskich.
Nie interesuje mnie na nich wynik, nie kręci mnie pokonywanie bólu czy walka ze sobą. Biegam, bo na długim dystansie mój organizm wchodzi w rodzaj transu, który objawia się doświadczaniem radości, lekkości i jedności z naturą. Nie chodzi tu o stan jakiegoś narkotycznego odlotu, tylko o zakodowany w homo sapiens mechanizm, który tysiące lat temu pozwalał naszym przodkom biegać setki kilometrów dniami i nocami. Mechanizm, z którego korzysta już niewiele prymitywnych ludów w Afryce i niektóre szczepy indian Tarahumara. Teorie na wrodzone predyspozycje ludzi do długodystansowych biegów zebrał i opisał McDougall w swojej kultowej książce Urodzeni Biegacze, a chyba najlepszym przykładem, że do niesamowitych osiągnięć w biegach ultra nie potrzeba przestrzegać zawodowego sportowego reżimu był staruszek Cliff Young, który całe życie ganiał po swoich australijskich pastwiskach i w wieku 61 lat zwyciężył bieg Sydney-Melbourne na dystansie 875 km..
Choć każdy z nas jest urodzonym biegaczem, z oczywistych względów przygotowanie do biegów ultra wymaga czasu, treningów i odpowiedniego odżywiania. Gepard jest najszybszym zwierzęciem na świecie, ale nawet ten zwinny kot nie pobiegnie od razu 100km/godz. jeżeli przez całe życie wylegiwał się w klatce i objadał przetworzonym pokarmem.
Po pozytywnych doświadczeniach z drugiej edycji biegu TriCity Ultra 80 postanowiliśmy oficjalnie ogłosić edycję wiosenną. Myśleliśmy nawet o zorganizowaniu profesjonalnego biegu z pomiarem czasu, punktami odżywczymi i znakowaniem trasy, ale że zawodowo zajmujemy się czymś zupełnie innym, doszliśmy do wniosku, że na razie pozostaniemy przy formule koleżeńskiej. Musimy jednak bardziej skupić się na organizacji, bo przy trzydziestu osobach utrzymywanie grupy w całości jest skomplikowanym zadaniem.
Na starcie okazało się, że sporo osób zgłosiło się, by przebiec z nami pierwsze 10, 20, 40 km, niektórzy pierwszy raz mierzyli się z tak długim dystansem. Było to miłe i uatrakcyjniło pierwszą część biegu. Na oficjalny wyścig na pełnym dystansie by się nie zgłosili, zatem mamy o czym myśleć przed kolejnymi edycjami.
28 marca przy Neptunie stawiło się 29 biegaczy i dobry duszek trójmiejskiego światka biegowego Agata Masulaniec, która strzeliła nam pamiątkowe fotki:
Punkt 7 ruszyliśmy Traktem Królewskim:
Kolejne fotografie zawdzięczamy Krzysztofowi Janickiemu, który wykorzystał koleżeńskie tempo do udokumentowania całego biegu.
Pierwszy przystanek, góra Gradowa z fortyfikacjami, z których rozciąga się widok na historyczny Gdańsk:
Następnie zbiegamy na żółty szlak i ku zaskoczeniu nawet rodowitych Gdańszczan niemal cały czas biegniemy lasami. Od Śródmieścia przez Wrzeszcz, większa część trasy biegnie wśród parków i wzgórz:
Po ok. 10 km zbliżamy się do Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego, robimy przystanek by zebrać grupę i żegnamy pierwszych kolegów:
W Matemblewie obieramy kurs na zielony szlak, zaczynają się górki:
Pamiątkowe zdjęcie z punktu widokowego Pachołek na ok. 23 km trasy - tutaj grupa znów się przerzedza:
Zbliża się 30-sty kilometr i zaczyna (mi) robić się ciężko. Dotychczas sporo rozmawiałem, poznawałem towarzyszy biegu. Z Krzyśkiem wymienialiśmy doświadczenia z prowadzenia firmy i diety wegetariańskiej, z Piotrkiem bardzo ciekawą rozmowę o sposobach wysyłania satelitów na orbitę okołoziemską przerwała mi zadyszka przy wejściu na jedną z moren.
Obawiałem się tego biegu, bo ledwie tydzień wcześniej zakończyłem kurację antybiotykową na zapalenie zatok (niestety w głupi sposób załatwiłem się i zaprzepaściłem kilka miesięcy morsowania). Nie byłem jeszcze gotowy kondycyjnie na ten bieg, leśne krajobrazy i pagórki zaczęły tracić urok.
W Sopocie robimy zbiórkę, część towarzyszy kończy bieg, pora zatem na tradycyjną fotkę na schodach:
Na stacji Sopot Kamienny Potok kończy się szlak zielony i przechodzimy na czerwony.
Kolejne kilka kilometrów stało się koszmarem. Nie dawałem rady dogonić peletonu, a co zabawne, najbardziej wkurzało mnie to, że za miesiąc biegniemy 95 km w górach i będę znowu cierpiał. Zbieg, podejście, zbieg, podejście. Przecinamy Gdynię Karwiny i wbiegamy na szlak żółty. Na szczęście koło 40-stego km organizm uznał, że podtrzymywanie energii dla zrzędzącej części mózgu nie ma praktycznego uzasadnienia i odciął jej zasilanie. Zacząłem płynąć i zrobiło się pozytywnie. Przez parę km biegłem sam, nikogo nie ścigałem, zniknęli też biegacze z tyłu. Kawałek szlaku po grobli to jedno z najmilszych wspomnień:
Żółtym szlakiem docieramy do Gdyni Głównej:
Czas zatem na tradycyjną fotkę przy ORP Błyskawica!
Mali ultrasi z lewej strony zdjęcia to latorośle Waldka, który tutaj kończy przygotowanie do triatlonu. Zostaje nas zatem 13-stu, a to oznacza, że nie będzie problemu z upakowaniem się w Green Wayu. Na przyszłość koniecznie musimy zapowiadać się telefonicznie i ustalać z góry menu, bo pomimo starań dziewczyn z obsługi, oczekiwanie na wydanie posiłków wydłuża przerwę do ponad 40-stu minut. Wreszcie ruszamy w kierunku plaży tylko po to, by zaraz skręcić na redłowskie klify:
Klify redłowski i orłowski to ostatni trailowy akcent, ale za to jakie widoki!
W końcu zbiegamy na plażę i promenadą kierujemy się w kierunku sopockiego mola. Ostatnie 20 kilka km to płaski odcinek po chodnikach.
Kolejny punkt zbiórki ustalamy przy PGE Arena. Kiedy opuszczamy molo pytam się organizmu, czy to już pora na prawdziwy bieg. Nie otrzymuję tak jednoznacznej odpowiedzi jak w listopadzie, jednak przyspieszaniu nie towarzyszą żadne oznaki zmęczenia, ani bólu. W ogóle przez cały bieg jedyne co mi doskwiera to słabsza kondycja, nogi, stawy i mięśnie znoszą wysiłek bez zarzutu. Postanawiam zatem choć przez chwilę pobiec na czele stawki. Ale gdzie tam, robocop w żółtej czapeczce lidera i amigo w okularach bez większego trudu oddalają się, aż znikają za horyzontem. Zobaczę ich dopiero za kilkanaście km przy stadionie, zatem nie ma co się męczyć, tylko cieszyć biegiem. Dość szybko spalam węglowodany, więc wizualizuję pepsi ze sklepiku w Brzeźnie. Znowu fajnie się rozmawia.
W Jelitkowie żegna się z nami Bartek - spieszy się na koncert Bryana Adamsa, do mety dobiegnie zatem dwunastu:
Widząc sylwetkę stadionu, czuję się jakbym był już na mecie. Do końca biegu co prawda jeszcze ok. 10 km, ale fizycznie nie czuje się już trudów. Wszystko co najtrudniejsze za nami, organizm wszedł w tryb ultra, gdybym miał biec do setki, musiałbym tylko uzupełnić bukłak z piciem i coś przetrącić:
Z atrakcji zostają jeszcze zabudowania stoczni i powrót na Główne Miasto przez bulwar nad Motławą:
Bieg kończymy prawie 12 godzin po starcie przy Złotej Bramie:
Niestety nie wszystkim, którzy planowali udało się zaliczyć pełen dystans. Trochę w tym naszej winy, bo opisaliśmy bieg jako wycieczkę dookoła Trójmiasta i wypunktowaliśmy najbardziej znane miejsca - stocznię, molo, Błyskawicę, zabytki, klify. Tymczasem ok. 50 z 80 kilometrów trasy to pagórkowate ścieżki leśne, a łączna ilość przewyższeń przekracza 1.5 km - niewiele mniej niż w lżejszych biegach górskich. Szczególnie pierwszy odcinek żółto-zielono-czerwono-żółty daje w kość biegaczom przyzwyczajonym do biegów po asfalcie. Dlatego m.in. powstał ten wpis, żeby pokazać trasę, podsunąć pomysły na treningi i zachęcić biegaczy z innych części kraju do odwiedzenia trójmiejskich szlaków - jak widzicie mamy tu sporo przyrody i nie wahamy się po niej biegać :)
Kolejną edycję biegu planujemy na cieplejszy miesiąc - może kwiecień jak w 2014 lub nawet maj. Jeszcze raz dziękuję Krzysztofowi za zdjęcia w wysokiej rozdzielczości, bez nich relacja byłaby znacznie uboższa.
Nie interesuje mnie na nich wynik, nie kręci mnie pokonywanie bólu czy walka ze sobą. Biegam, bo na długim dystansie mój organizm wchodzi w rodzaj transu, który objawia się doświadczaniem radości, lekkości i jedności z naturą. Nie chodzi tu o stan jakiegoś narkotycznego odlotu, tylko o zakodowany w homo sapiens mechanizm, który tysiące lat temu pozwalał naszym przodkom biegać setki kilometrów dniami i nocami. Mechanizm, z którego korzysta już niewiele prymitywnych ludów w Afryce i niektóre szczepy indian Tarahumara. Teorie na wrodzone predyspozycje ludzi do długodystansowych biegów zebrał i opisał McDougall w swojej kultowej książce Urodzeni Biegacze, a chyba najlepszym przykładem, że do niesamowitych osiągnięć w biegach ultra nie potrzeba przestrzegać zawodowego sportowego reżimu był staruszek Cliff Young, który całe życie ganiał po swoich australijskich pastwiskach i w wieku 61 lat zwyciężył bieg Sydney-Melbourne na dystansie 875 km..
Choć każdy z nas jest urodzonym biegaczem, z oczywistych względów przygotowanie do biegów ultra wymaga czasu, treningów i odpowiedniego odżywiania. Gepard jest najszybszym zwierzęciem na świecie, ale nawet ten zwinny kot nie pobiegnie od razu 100km/godz. jeżeli przez całe życie wylegiwał się w klatce i objadał przetworzonym pokarmem.
Po pozytywnych doświadczeniach z drugiej edycji biegu TriCity Ultra 80 postanowiliśmy oficjalnie ogłosić edycję wiosenną. Myśleliśmy nawet o zorganizowaniu profesjonalnego biegu z pomiarem czasu, punktami odżywczymi i znakowaniem trasy, ale że zawodowo zajmujemy się czymś zupełnie innym, doszliśmy do wniosku, że na razie pozostaniemy przy formule koleżeńskiej. Musimy jednak bardziej skupić się na organizacji, bo przy trzydziestu osobach utrzymywanie grupy w całości jest skomplikowanym zadaniem.
Na starcie okazało się, że sporo osób zgłosiło się, by przebiec z nami pierwsze 10, 20, 40 km, niektórzy pierwszy raz mierzyli się z tak długim dystansem. Było to miłe i uatrakcyjniło pierwszą część biegu. Na oficjalny wyścig na pełnym dystansie by się nie zgłosili, zatem mamy o czym myśleć przed kolejnymi edycjami.
28 marca przy Neptunie stawiło się 29 biegaczy i dobry duszek trójmiejskiego światka biegowego Agata Masulaniec, która strzeliła nam pamiątkowe fotki:
Punkt 7 ruszyliśmy Traktem Królewskim:
Kolejne fotografie zawdzięczamy Krzysztofowi Janickiemu, który wykorzystał koleżeńskie tempo do udokumentowania całego biegu.
Pierwszy przystanek, góra Gradowa z fortyfikacjami, z których rozciąga się widok na historyczny Gdańsk:
Następnie zbiegamy na żółty szlak i ku zaskoczeniu nawet rodowitych Gdańszczan niemal cały czas biegniemy lasami. Od Śródmieścia przez Wrzeszcz, większa część trasy biegnie wśród parków i wzgórz:
| Nie ma ultra bez efektownej wywrotki, okolice Akademii Medycznej |
| Ciężko uwierzyć, że wokół leżą wielkie blokowiska, ale takie właśnie jest Trójmiasto - w połowie zabudowania, w połowie lasy |
W Matemblewie obieramy kurs na zielony szlak, zaczynają się górki:
![]() |
| fot. waldekmis.pl |
Pamiątkowe zdjęcie z punktu widokowego Pachołek na ok. 23 km trasy - tutaj grupa znów się przerzedza:
Zbliża się 30-sty kilometr i zaczyna (mi) robić się ciężko. Dotychczas sporo rozmawiałem, poznawałem towarzyszy biegu. Z Krzyśkiem wymienialiśmy doświadczenia z prowadzenia firmy i diety wegetariańskiej, z Piotrkiem bardzo ciekawą rozmowę o sposobach wysyłania satelitów na orbitę okołoziemską przerwała mi zadyszka przy wejściu na jedną z moren.
Obawiałem się tego biegu, bo ledwie tydzień wcześniej zakończyłem kurację antybiotykową na zapalenie zatok (niestety w głupi sposób załatwiłem się i zaprzepaściłem kilka miesięcy morsowania). Nie byłem jeszcze gotowy kondycyjnie na ten bieg, leśne krajobrazy i pagórki zaczęły tracić urok.
W Sopocie robimy zbiórkę, część towarzyszy kończy bieg, pora zatem na tradycyjną fotkę na schodach:
Na stacji Sopot Kamienny Potok kończy się szlak zielony i przechodzimy na czerwony.
Kolejne kilka kilometrów stało się koszmarem. Nie dawałem rady dogonić peletonu, a co zabawne, najbardziej wkurzało mnie to, że za miesiąc biegniemy 95 km w górach i będę znowu cierpiał. Zbieg, podejście, zbieg, podejście. Przecinamy Gdynię Karwiny i wbiegamy na szlak żółty. Na szczęście koło 40-stego km organizm uznał, że podtrzymywanie energii dla zrzędzącej części mózgu nie ma praktycznego uzasadnienia i odciął jej zasilanie. Zacząłem płynąć i zrobiło się pozytywnie. Przez parę km biegłem sam, nikogo nie ścigałem, zniknęli też biegacze z tyłu. Kawałek szlaku po grobli to jedno z najmilszych wspomnień:
Żółtym szlakiem docieramy do Gdyni Głównej:
Czas zatem na tradycyjną fotkę przy ORP Błyskawica!
Mali ultrasi z lewej strony zdjęcia to latorośle Waldka, który tutaj kończy przygotowanie do triatlonu. Zostaje nas zatem 13-stu, a to oznacza, że nie będzie problemu z upakowaniem się w Green Wayu. Na przyszłość koniecznie musimy zapowiadać się telefonicznie i ustalać z góry menu, bo pomimo starań dziewczyn z obsługi, oczekiwanie na wydanie posiłków wydłuża przerwę do ponad 40-stu minut. Wreszcie ruszamy w kierunku plaży tylko po to, by zaraz skręcić na redłowskie klify:
Klify redłowski i orłowski to ostatni trailowy akcent, ale za to jakie widoki!
| Parszywa dwunastka |
W końcu zbiegamy na plażę i promenadą kierujemy się w kierunku sopockiego mola. Ostatnie 20 kilka km to płaski odcinek po chodnikach.
W Jelitkowie żegna się z nami Bartek - spieszy się na koncert Bryana Adamsa, do mety dobiegnie zatem dwunastu:
Widząc sylwetkę stadionu, czuję się jakbym był już na mecie. Do końca biegu co prawda jeszcze ok. 10 km, ale fizycznie nie czuje się już trudów. Wszystko co najtrudniejsze za nami, organizm wszedł w tryb ultra, gdybym miał biec do setki, musiałbym tylko uzupełnić bukłak z piciem i coś przetrącić:
Z atrakcji zostają jeszcze zabudowania stoczni i powrót na Główne Miasto przez bulwar nad Motławą:
Bieg kończymy prawie 12 godzin po starcie przy Złotej Bramie:
Niestety nie wszystkim, którzy planowali udało się zaliczyć pełen dystans. Trochę w tym naszej winy, bo opisaliśmy bieg jako wycieczkę dookoła Trójmiasta i wypunktowaliśmy najbardziej znane miejsca - stocznię, molo, Błyskawicę, zabytki, klify. Tymczasem ok. 50 z 80 kilometrów trasy to pagórkowate ścieżki leśne, a łączna ilość przewyższeń przekracza 1.5 km - niewiele mniej niż w lżejszych biegach górskich. Szczególnie pierwszy odcinek żółto-zielono-czerwono-żółty daje w kość biegaczom przyzwyczajonym do biegów po asfalcie. Dlatego m.in. powstał ten wpis, żeby pokazać trasę, podsunąć pomysły na treningi i zachęcić biegaczy z innych części kraju do odwiedzenia trójmiejskich szlaków - jak widzicie mamy tu sporo przyrody i nie wahamy się po niej biegać :)
Kolejną edycję biegu planujemy na cieplejszy miesiąc - może kwiecień jak w 2014 lub nawet maj. Jeszcze raz dziękuję Krzysztofowi za zdjęcia w wysokiej rozdzielczości, bez nich relacja byłaby znacznie uboższa.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




































