Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bóg. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bóg. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 stycznia 2009

Czy pozytywne myślenie jest lepsze od cynicznego?

Długi tytuł, ale oddaje sens treści. Postaram się znaleźć praktyczne zastosowanie do obu podejść.

Obserwując obce kultury z ich rytuałami czy nawet rodzime ludowe obrzędy, zdarza nam się pokpiwać z żarliwych wyznawców. Człowiek, który zwiedził trochę świata, poczytał conieco i z niejednego kufla pił piwo, ma tendencje do spłycania sensu zachowań innych ludzi.

Kupiłem przed świętami Wprost z książką o pozytywnym myśleniu. Nie doczytałem jeszcze do końca, ale niektóre fragmenty są całkiem inspirujące. Trochę śmieszy naiwne, pełne wiary (autor jest ((był?)) pastorem amerykańskim, książkę napisał w latach 50-tych), mocno niedzisiejsze podejście do życia. Z licznych zdań bije pewność w sprawczą moc modlitwy (co jak niedawno pisałem, zostało zakwestionowane przez badania naukowe i ma się nijak do ingerowania Boga w nasze życie).

Z drugiej strony podejście odwrotne - powątpiewanie we wszystko, pesymizm i niewiara w sens działania, gwarantuje nam wyłącznie porażki. Myśl przewodnia książki (przeczytanej do połowy:) ) sprowadza się do zwierzenia Bogu i podjęcia działania. Cokolwiek chcemy zrobić czy wybierzemy podejście cyniczne, czy pełne wiary, prawdopodobnie pomylimy się równie często. Wiara napełni nas jednak energią i mamy dużo większe szanse na zwycięstwo w kolejnych próbach.

Spotkałem się z zarzutami ateistów, że modlitwa to pójście na łatwiznę, które nie rozwiązuje problemów. Sens modlitwy jest inny - zawierzając Bogu, Opatrzności, Stwórcy czy jak nazwiemy Siłę Wyższą, przyznajemy się do niewiedzy, ale wierzymy, że zostaniemy poprowadzeni w taki sposób, by efekt był dobry. Nie jestem człowiekiem religijnym, miewałem poglądy ateistyczne, obecnie wiem tylko, że nic nie wiem. W jakiś sposób wierzę w Boga, ale staram się wiele nie myśleć, bo od razu atakują mnie wątpliwości i puste rozumowanie. To nie ma sensu - Bogu trzeba zawierzyć i całkowicie zaufać, a nie z nim grać. Usunąć myśli, słowa, symbole i zagłębić się w kontemplacji (modlitwa brzmi wtedy jak klepanie pacierza, bo ma wprowadzić rytm, wypchnąć analizowanie i myślenie słowami). Taka modlitwa pozwoli zobaczyć życie z boku, bezsens codziennych trosk i zrzucić bagaż obowiązków.

Wielu ludzi twierdzi, że są realistami i nie rzucają się z motyką na słońce. Jeśli chcesz zbudować coś wielkiego, musisz wielokrotnie zabierać się za rzeczy wielkie, wielokrotnie ponosić porażki i za każdym razem wstawać. Wiara i modlitwa są w tym niezwykle pomocne. Kiedy osiągasz sukces, udowadniasz, że twoje marzenia są realne.

Postanowiłem sprawdzić niektóre proste techniki na własnej skórze. Urlop spędzaliśmy na pięknej Suwalszczyźnie, gdzie zawsze jak mamy okazję, jeździmy na saunę. Temperatura na zewnątrz wynosiła ok. -7 stopni, jednak jezioro jeszcze nie zamarzło. Wygrzaliśmy się porządnie, ale nikomu nie w głowie było wskakiwać do lodowatej wody. Statystyczny mors czy Rosjanin nie zastanawiałby się długo, nam na myśl o wskoczeniu do jeziora (pomost wychodzi dość daleko, gdzie nie ma gruntu i wychodzi się po drabince) truchlały nam serca.

Zostaliśmy nauczeni, by nim podejmiemy decyzję, analizować zagrożenia. Każde działanie wprowadza element ryzyka, które trzeba wyeliminować, dlatego zapinamy w samochodzie pasy, zmieniamy koła na zimowe, jeździmy cały rok na światłach i robimy przegląd (większość z tych rzeczy pod przymusem, ale kolejne pokolenia będą te rzeczy robić nawykowo). Dlaczego nie wchodzimy do lodowatego jeziora? Raz, że na samą myśl robi się zimno, boimy się zasłabnąć, przeziębić, żona straszyła mnie zawałem, zapaleniem ucha, poślizgnięciem (pomost pokrywał lód), zasłabnięciem itd.

W ten sposób zaprogramowujemy się na porażkę. Nastawiamy się na spotkanie nieprzyjemnych zdarzeń i często naszym myślom staje się zadość. Postanowiłem odwrócić sytuację i przeprogramować nastawienie: zejdę do wody, temperatura będzie w sam raz, wszak dla "morsów" taka kąpiel jest zdrowa, schłodzę się, obmyję z potu i oczyszczę ogranizm. I faktycznie, nic wielkiego się nie stało, zanurzałem się wiele razy, celowo moczyłem głowę i obmywałem ciało. Potem szybko do sauny się wygrzać i ponownie do wody. Marzły jedynie stopy, bo wolno przechodziłem przez lód.

Wystarczyła decyzja, że idę do wody i będzie świetnie, by lęki odeszły a nawet wypełniła mnie lekka euforia. Przed podjęciem decyzji towarzyszy nam często lęk przed nieznanym. Prowadzenie firmy bywa bardzo stresujące właśnie ze względu na częste momenty zawieszenia - brak kontraktów, niespodziewane wydatki, niepłacący kontrahenci, problemy z urzędami itp. Jeśli nie nauczymy się pokonywać lęku przed nieznanym, będziemy strzępkiem nerwów. Nawet jeśli rozwiniemy firmę, nie zdążymy się nią nacieszyć.

Co jakiś czas uświadamiam sobie te prawdy, zwłaszcza po przeczytaniu inspirującej książki. Niestety potem zapominam lekcje i wracam do złych nawyków. O tym jak radzę sobie ze zmianą nawyków opiszę kiedy indziej (nadal wypracowuję metody). Miarą ich jakości będą moje postępy w biznesie i samopoczucie.

Na koniec krótka refleksja. W książce o ewolucji, o której już wspominałem, przeczytałem ciekawą historyjkę o badaniu nadziei u szczurów. Wrzucano szczura do wiadra z wodą i sprawdzano kiedy się utopi (w służbie nauki rzecz jasna). Gryzoń ginął po ok. 3 minutach. Pływał w kółko, aż popadł w czarną rozpacz i kończył żywot w odmętach kranówki. Jednemu szczurowi po 2 minutach podano drabinkę - natychmiast ją podchwycił i wygramolił się z wiadra. Kiedy wrzucono go do niego znowu, nim utonął, dzielnie wiosłował łapkami przez 8 godzin. Tym razem wyznaczono kres jego fizycznych możliwości. Wniosek? Nim porzucimy realizację naszego marzenia, pomyślmy, że być może moglibyśmy próbować jeszcze 160 razy dłużej. Jeśli i wówczas nam się nie uda, widocznie się do tego nie nadajemy :)

poniedziałek, 24 listopada 2008

Przekraczanie granic

Tytuł niczym z amerykańskiego poradnika dla sprzedawców domów, posłuży mi do opisania pojęć takich jak przyzwyczajenia, dogmaty, poglądy. W życiu kierujemy się naukami wyniesionymi z domu, szkoły i własnymi doświadczeniami. Metody radzenia sobie z problemami czy spędzanie wolnego czasu zazwyczaj ewoluują z wiekiem. Jest natomiast grupa założeń, silnie kierujących naszym postępowaniem, które przyjmujemy za pewnik i w ogóle nie zastanawiamy się nad ich sensem.

Z góry proszę o pobłażliwość matematyków, do pojęć matematycznych będę stosował własne słowa.

W szkole podstawowej poznajemy wpierw liczby naturalne. Odnosimy je do ilości np. palców, jabłek czy ptaków na gałęzi. Pamiętam, jak operując nowo poznanym aparatem działań arytmetycznych, próbowałem obliczyć wynik działania 3-8. Za nic nie mogłem wyobrazić sobie -5 jabłek. Dopiero po jakimś czasie poznaliśmy liczby ujemne, które wytłumaczono nam na przykładzie długu i po wykonaniu dziesiątek zadań, stały się one czymś tak oczywistym jak liczby dodatnie. Z liczbami wymiernymi i niewymiernymi problemów nie miałem, łatwo "widziałem" je na wykresach figur.

Wyobraźmy sobie, że starożytni Grecy byli przerażeni odkryciem liczb niewymiernych, które nie dają się wyrazić ilorazem dwóch liczb całkowitych. Budowali sobie piękne teorie o doskonałości liczb całkowitych i odkrycie wyrastające poza nie, zburzyło im postrzeganie świata. Podobnie reagowali uczeni na odkrycie (wynalezienie?) liczb zespolonych, które "nie istnieją" w rzeczywistości (w jednej z francuskich uczelni wybuchł nawet bunt przeciw nauczaniu tych liczb). Do dziś sławetne "i" nosi nazwę jednostki urojonej, mimo że liczb zespolonych używa się do rozwiązywania wielu fizycznych problemów.

Pojęcie liczby należało całkowicie przedefiniować. Matematycy wprowadzili podstawowe aksjomaty dla liczb naturalnych, z których wyprowadzają twierdzenia i kolejne zbiory liczb. Nic nie stoi na przeszkodzie zdefiniowania innych działań czy własności liczb, tracą one jednak wtedy odniesienie do rzeczywistości i stają się sztuką dla sztuki. Odseparowanie liczby od ilości obiektów czy odległości, pozwoliło wynieść matematykę na uniwersalny poziom, z którego matematycy budowali konstrukcje, dla których zastosowanie praktyczne znajdywano wiele lat później. W takim ujęciu liczby zespolone nie są niczym więcej, niż logiczną konstrukcją, której szczególnym podzbiorem są liczby rzeczywiste. Można zdefiniować kolejne ciało "liczb", dla którego to liczby zespolone są szczególnym zbiorem (i w istocie takie liczby powstały - kwaterniony).

Proces taki można prowadzić w nieskończoność. Działania na liczbach wyższego poziomu muszą zachowywać własności liczb szczególnych (jeśli wyzerujemy wszystkie dodane elementy, otrzymamy działania na liczbach rzeczywistych). Podobnie matematyka pozwala przeprowadzać obliczenia w wielowymiarowych przestrzeniach, choć nasz umysł nie jest w stanie zobaczyć więcej niż 3 wymiary. Niespełna sto lat temu Einstein wykazał, że uznawany przez tysiące lat aksjomat Euklidesa, iż dwie proste równoległe nigdy się nie przecinają, nie obowiązuje w realnym świecie. Oznacza to, że dwa obiekty, które zawsze poruszają się równolegle, mogą się kiedyś zetknąć w czasoprzestrzeni (wraz ze wzrostem masy). Przy wielkościach ziemskich do obliczeń wystarczy prosta i wygodna geometria Euklidesa, ważne jest by zdać sobie sprawę, że rzeczywistość jest inna niż myślimy.

Nieznajomość praw matematycznych ogranicza nasze myślenie. Często spotykam się z sądem: jeśli Bóg mnie stworzył i zna całe moje życie, to nie jestem wolny, ponieważ wszystko robię według jego planu. Gdybym miał wolną wolę, to Bóg nie wiedziałby co zrobię. Takie myślenie jest błędne, ponieważ myślimy w kategoriach skończonych. Podczas reformacji kalwiniści wierzyli, że ludzie są niczym automaty, z góry skazani na potępienie lub zbawienie, człowiek może jedynie próbować odkryć jakie przeznaczenie zesłał mu Bóg.

Tymczasem ten pozorny paradoks nie istnieje, kiedy uwzględnimy powstałą w XIX wieku teorię mnogości, której elementy poznajemy w szkole podstawowej. Zdefiniujmy wolność, jako możliwość dokonania dowolnego (jednego z nieskończenie wielu) wyboru w dowolnym momencie. Otrzymamy pewien zbiór wszelkich możliwych wyborów (nazwijmy go A), jakie możemy dokonać za życia. Zbiór ten zawiera inny zbiór (C) - zbiór dokonanych wyborów (te które podejmiemy, mimo że ich nie znamy). Zdefiniujmy drugi zbiór (B), który zawiera A i nazwijmy go "wiedza Boga" (skoro Bóg jest wszechmocny, wszechwiedzący etc., zbiór moich wyborów mieści się w jego wiedzy). Choć oba zbiory mają nieszkończoną ilość elementów, możemy wyobrazić sobie to zawieranie jak wykonany przez nauczycielkę matematyki rysunek na tablicy: zbiór liczb naturalnych w małym kole i większe okalające go koło, zbiór liczb całkowitych. Widzimy zatem, że choć zrobię co zechcę, Bóg i tak wie co to będzie. Przy tych założeniach zna nie tylko ścieżkę wyborów mojego życia, ale i wszystkie inne możliwe wybory, jakie mógłbym podjąć.

Ateista może zapytać, po co wplątuję Boga do rozważań. Tu nie chodzi o kwestie wiary, dla niego Bóg może oznaczać tu tylko nazwę zbioru. Chcę pokazać, że wiele paradoksów znika, kiedy poszerzamy nasze pojmowanie.

Ten wpis nie odpowiada na postawione w tytule pytanie, główną myśl będę jeszcze rozwijał. Pokażę, jak nasze myślenie jest silnie zdeterminowane kulturą i historią.