Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bieganie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bieganie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 15 grudnia 2018

Podsumowanie sezonu ultra cz. 2


Ultra Wieżyca (80km)



Po 80 km w Stavanger w kolejnym miesiącu planowałem przetruchtać coś lżejszego, szczególnie że był już maj i konkretne upały, które źle znoszę na długich trasach. Ponadto nie miałem czasu na treningi biegowe (co trenowałem opiszę w innym artykule) i biegałem tylko 1-2 razy w tygodniu. Zaproponowałem zatem chłopakom (Tomkowi, który wkręcił się już w codzienne mocne treningi i Michałowi oraz Piotrowi, którzy za miesiąc mieli startować na 240 km) turystyczny maraton po Kaszubach. Moja propozycja spotkała się z pozytywnym przyjęciem - do tego stopnia, że chłopacy rozwinęli ją do zdobycia najwyższego szczytu północnej Polski - oddalonej 40km od Gdańska Wieżycy. Problem w tym, że ja kompletnie nie zarejestrowałem tej rozmowy.

Kiedy zatem w środowy ranek ruszyliśmy ku kaszubskim lasom i jeziorom ja biegłem mentalnie maraton, a chłopacy dwa razy dłuższe ultra. Między moją formą a ich rozciągała się przepaść, gdy więc dotarło do mnie na co się zapisałem, pozostało już tylko cierpieć. To był jeden z najgorszych biegów jakie pamiętam. Niemiłosierny upał, zmęczenie i brak motywacji dręczyły mnie przez niekończące się godziny.


Po zdobyciu szczytu "góry" czułem jedynie zniechęcenie, że przede mną jeszcze 40 km drogi powrotnej:
Dobrze, że nie postanowili biec k..wa do Malborka
O, mam jednak jedno miłe wspomnienie. Do domu było już tylko kilka km. Tomek czekał na mnie na ławeczce przy wysypisku śmieci w Szadółkach. Posiedzieliśmy chwilę, zjadłem wafelka, popiłem wodą; cukier uderzył do krwi, woda wsiąkła we flaki i zacząłem odzyskiwać chęć do życia. A potem zaczęliśmy zbiegać i wszystko co złe odeszło. Nadal od domu dzieliło mnie jakieś 25 minut, ale mentalnie już odpoczywałem.


Maraton Verrucole



W czerwcu spędziliśmy w dwie rodziny (Tomka i moja) tydzień w górzystej (i uboższej) części Toskanii - Garfagnagnie. Mieszkaliśmy w zapomnianym przez Boga i turystów miasteczku-twierdzy Castiglione di Garfagnana. W jedynym sklepie z opcją baru przesiadywali podstarzali Włosi i uśmiechali się do naszych żon i bambini. Zakurzone widokówki, które zajmowały jedną gablotkę pochodziły z lat 80-tych. Jedni lubią atrakcje turystyczne, inni morze, a ja stare zamki i katedry na wzgórzach, dlatego czułem się tam jak ryba w wodzie.

Widok na ruiny zamku

Jowitka na moście


Słońce przygrzewało, atrakcji w promieniu 100km mnóstwo i do tego dzieciaki domagające się atencji, dlatego trudno było przekonać Tomka do maratonu. Poranna piątka to co innego, może w jakiś dzień półmaraton, ale zniknąć na prawie cały dzień to jednak zbyt mocno trąci egoizmem. W sukurs przyszła nam pogoda: na środę prognozy zapowiadały deszcz. Dzieciaki i tak świetnie będą bawić się razem w domu, a my będziemy mieć chłodzenie na trasie.

Za cel maratonu obraliśmy położoną na wzgórzu twierdzę Verrucole, którą wypatrzyłem na ulotce reklamującej atrakcje regionu.

Zaczęliśmy lokalnym szlakiem turystycznym, ale spuszczony luzem pies szybko nas z niego pogonił i musieliśmy kontynuować ulicą. Niebawem dotarliśmy do zwykłych terenów mieszkalno-przemysłowych i przez pierwsze kilkanaście kilometrów przedzieraliśmy się przez hałaśliwe zatłoczone drogi. Nawet po wbiegnięciu na zbocze łańcucha górskiego sytuacja się nie poprawiła - ruch był nadal spory, a piesi na tamtych ulicach najwyraźniej nie występują, bo auta jechały jakby nie chciały nas ominąć i dopiero w ostatnim momencie gwałtownie odbijały. Kierowcy najwyraźniej potrzebowali czas na dostosowanie się do nietypowej sytuacji.

Milczeliśmy. Tomek miał chyba wyrzuty sumienia, że zostawił rodzinę, a ja miałem wyrzuty, że on ma wyrzuty. Deszcz kropił, potem się bardziej rozkręcił. Okolica powoli zaczęła się przerzedzać, napotykaliśmy coraz więcej domków turystycznych i uroczych miejscowości. Biegliśmy zboczem górskim, z którego rozciągał się widok na zieloną dolinę.

Zdjęcie z drugiej strony doliny, kiedy przestało już padać.

Każda wyprawa ma swój punkt przełomowy, po którym w głowie zamienia się w przygodę. Nawet jak biegliśmy na tą cholerną Wieżycę, prawie na samym końcu poczułem że jestem w drodze, cel jest nieistotny, ponieważ liczy się to, że jestem. Ten maraton stał się przygodą, gdy zbiegliśmy na dno doliny i zaczęliśmy podejście na przeciwne zbocze. Deszcz osiągał apogeum, mieliśmy w nogach dopiero połowę trasy, ale rozmowy nagle zaczęły się kleić.

Przemoknięci i trochę wychłodzeni wyszliśmy z przełęczy i wtedy ją zobaczyliśmy. Gdzieś daleko na szczycie przez chmury burzowe przenikał zarys twierdzy Verrucole. Widok był mistyczny, w całej tej górsko-burzowej otoczce budziła grozę i majestat. Poczuliśmy rozpierającą radość, że za jakiś czas tam będziemy, i że pogoda jest właśnie taka, nie inna.

Wkrótce deszcz zaczął odpuszczać, a sama twierdza z bliska nie robi wielkiego wrażenia, ale to już nie było istotne. Smakowaliśmy wszystko co oferowała nam trasa.




Maraton opisał również Tomek:
http://runaroundthelake.blogspot.com/2018/06/maraton-di-garfagnana.html


Maraton 3 x Tryton



W maju doszło do nieplanowanej zmiany w moim życiu. Przyjąłem ciekawą ofertę pracy i od września wiele miało się zmienić. Przede wszystkim moja droga dojazdowa do biura. Pracowałem w Gdyni, ponad 30 km od domu, dlatego poza epizodycznymi wypadami rowerem dojeżdżałem tam samochodem. Teraz miałem pracować w centrum Gdańska w biurowcu Tryton. Miałem już serdecznie dość uzależnienia od samochodu i postanowiłem, że do nowej pracy będę jeździł rowerem i biegał.

W lipcu przetestowałem różne warianty tras z i do Trytona. Głównie zależało mi na odkryciu ścieżek, które pozwalają uniknąć spalin i hałasu. No i se tak pobiegałem.


To byłoby na tyle jeśli chodzi o drugą z trzech części podsumowujących biegowy 2018 rok. Praktycznie do października spisałem go treningowo na straty. Zmiana pracy, trenowanie odporności na zimno i trening bokserski za bardzo mnie angażowały. Żeby się zmobilizować zapisałem się na Kaszubską Poniewierkę (100km) i Ultramaraton Puszczy Bydgoskiej (67km), ale ten etap opiszę w ostatniej części podsumowań.

C.D.N.

wtorek, 4 grudnia 2018

Podsumowanie sezonu ultra cz. 1

Grudzień, miesiąc podsumowań, planów i prognoz na nowy rok. Zaczynam od tradycyjnego opisu długich biegów z mijającego roku.

Maraton arktyczny



W kwietniu 2017 rozpocząłem przygodę z "krio", ćwiczeniami układu odpornościowego opartymi o chłód. Siedziałem wieczorami w gatkach na balkonie, brałem zimne prysznice, do zimy nosiłem tylko t-shirty i krótkie spodenki, po czym dołożyłem sweterek a spodenki zamieniłem na jeansy. Pogoda jednak nie rozpieszczała - temperatura rzadko spadało poniżej zera i musiałem czekać aż do lutego na dwucyfrowy wynik na minusie.

Odbyłem wcześniej sporo 5-10 kilometrowych biegów na mrozie w krótkich spodenkach i t-shircie (lub bez), jednak niewiele mówiły one o formie na 40 kilometrów. Moje doświadczenia z poprzednich lat na długich dystansach były dość jednoznaczne: zazwyczaj na mecie dostawałem drgawek z zimna. Paradoksalnie wywoływało je zakładanie zbyt wielu ciepłych warstw ubrań, co doprowadzało do wygrzania organizmu i biegnięcia w wilgotnym stroju. Po kilkudziesięciu kilometrach ciało emitowało mniej ciepła i wystarczyło się zatrzymać lub nawet mocniej spowolnić, by wilgotny kompres działał jak chłodziarka.

Wraz z treningiem krio zmieniłem taktykę: w październiku pobiegłem Łemkowynę w krótkim rękawku i nie doświadczyłem żadnego wychłodzenia na mecie. Podobnie było w grudniu (maraton 3 mola) w temperaturze ok. 0-2 stopnie. Maraton "arktyczny" przebiegłem w ok. -8 stopniach i pamiętam z niego głównie nieustanne zmagania z kostniejącymi dłoniami. Kiedy w połowie trasy zatrzymałem się na pączka męczyłem się z wyciągnięciem pieniędzy. W mrozie palce funkcjonują w kilkukrotnie zwolnionym tempie.


Po wyjściu z piekarni pokonałem kolejny kilometr w tempie poniżej 5 minut na km co rzadko zdarza mi się na maratonach wycieczkowych, ale w końcu się rozgrzałem. Skłamałbym, gdybym napisał, że był to maraton w którym nawiązałem kontakt ze sobą i czułem harmonię ze światem. Wielokrotnie balansowałem na granicy tego dziwnego stresu, który czuje się przed kontaktem z zimnem. Jeszcze o nim napiszę przy okazji wpisu o moich doświadczeniach z treningiem krio.

Maraton marcowy z Michałem i Piotrem

Michał i Piotr przygotowywali się do 240-kilometrowego górskiego ultra. W ramach treningów często biegli z pracy do domu. Umówiłem się z nimi w centrum na 16 w czwarty czwartek marca. Pogoda była optymalna, żadnych mrozów ani upałów, jeden z tych fajnych biegów, które upływają na rozmowach.



Fiordy Stavanger (80 km)



Dla takich wypraw zamierzam całe życie utrzymywać formę biegową. Do Norwegii polecieliśmy z Piotrkiem, z którym wcześniej biegałem już w Bergen i Atenach oraz Tomkiem, który kończył pierwszą fazę swojej epickiej drogi ze 123 do 85 kg.

Trasę zaprojektowałem według klasycznego schematu: znaleźć jakiś ciekawy punkt na mapie, zahaczyć o kilka innych ciekawych punktów i jakoś to będzie. Trafiło na szczyt Selvigstakken w parku Foreknuten. Zapuściłem nawet brodę, żeby nie wyróżniać się w kraju wikingów:



Po wyjściu z samolotu uderzył nas zapach gnojówki, który towarzyszył nam przez całą drogę przez zamieszkane tereny.

Tak było na ostatnich kilkuset metrach podejścia i samym szczycie:



Wcześniejsze wzgórza nim zaczęły się skały


Taka mała anegdotka: byliśmy drugi raz w Norwegii i kolejny raz spotkaliśmy się z życzliwością rodaków. Podczas wyprawy do Bergen w jakimś zapadłym Manger przypadkowo spotkany w markecie Polak podwiózł nas do wynajętego domku, a tutaj kiedy skończyły nam się zapasy wody spotkaliśmy schodzące szlakiem 3 dziewczyny z Polski, które odstąpiły nam swoje zapasy.

Schodząc ze szczytu zgubiliśmy szlak. Punkty namalowane na kamieniach zakrywał śnieg, szliśmy na czuja i skręciliśmy nie w ten wąwóz co trzeba. Potem już nie było jak się wycofać, zaczęliśmy zatem powoli schodzić po kamieniach, które zsunęły się ze szczeliny między górami. To był najtrudniejszy moment, ponieważ nie wiedzieliśmy czy zejście nie zwieńczy jakaś przepaść czy jeziorko, których wszędzie było pełno. W końcu jednak zbocze się wypłaszczyło i zobaczyliśmy "las" oddzielający nas od jeziora, którym mogliśmy wrócić na szlak:


Po zejściu cyknąłem fotkę naszej trasy ze szczytu, z tej perspektywy nie uwierzyłbym, że da się tamtędy zejść:


Wyprawę ze szczegółami opisał Tomek:
https://runaroundthelake.blogspot.com/2018/04/wyprawa-nad-fiordy-stavanger.html

Ja zakończę jeszcze jedną anegdotką. W trakcie biegów ultra do butów często wpadają różne kamyczki, patyczki i inne igliwia. Z reguły towarzyszą mi do końca trasy, tak bardzo nie chce mi się zatrzymywać, żeby je wyciągnąć. Czasem jednak coś kłuje tak mocno i nie chce się ułożyć, że w końcu trzeba zdjąć buta i wysypać dziadostwo. Tak też było kiedy już zeszliśmy z górskiego szlaku i biegliśmy drogą na Stavanger. Zdjąłem buta, przemoczoną skarpetkę (kilka razy przechodziliśmy przez strumienie i podtopione trawy), starannie wygarnąłem wszystko co wyglądało jak substancje obce, nałożyłem zestaw z powrotem, ale nieznośne kłucie nie przeszło. Co jest myślę, zdejmuję i przeczyszczam znowu ale dalej boli, aż nie da się iść. W końcu patrzę na stopę, a tam siny kalafior. Cha cha cha tak było!

C.D.N.


poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Weekend nad fiordem

Kultywując tradycję comiesięcznych (ultra)maratonów, sobotę i niedzielę spędziłem aktywnie z przyjaciółmi, tym razem w Stavanger w Norwegii. Celem była przygoda, braterstwo i ten widok:




Zapraszam na relację Tomka z wyprawy:

http://runaroundthelake.blogspot.com/2018/04/wyprawa-nad-fiordy-stavanger.html


sobota, 13 stycznia 2018

Podsumowanie sezonu ultra 2017 cz. 2

Część 1:
https://podtworca.blogspot.com/2017/12/podsumowanie-sezonu-ultra-2017-cz-1.html


Maraton Puszczy Bydgoskiej (66km)

Czyli najlepsza impreza biegowa 2017. Pochodzę z Bydgoszczy i jestem z tego dumny! Pierwsze skojarzenie jakie mam z moim rodzinnym miastem, to wąsaty Kujawiak namalowany na ścianie Browaru Bydgoskiego, obok którego jeździliśmy za komuny i pierwszych lat demokracji na działkę:






Przez kolejne lata mijaliśmy browar z Pawłem, w drodze do taniej książki w centrum miasta oraz by zobaczyć nowe komiksy w Empiku. A potem Kejdżeja przejął Żywiec i zniszczył 150-letnią tradycję warzenia piwa w Bydgoszczy. Zamknęli produkcję, teren sprzedali deweloperowi, który wyburzył budynki. Nienawidzę ich za to i nigdy nie kupię piwa żywiec ani innych produkowanych przez tę grupę.

Przed wakacjami, nim Tomek obraził się na bieganie, zdążył namówić mnie na 2 imprezy biegowe: Maraton Puszczy Bydgoskiej oraz "naszą" ultra-Łemkowynę (naszą, ponieważ biegliśmy pierwszą edycję, po której staliśmy się oficjalnymi ultrasami i drugą, na której ukończyliśmy 150-km bieg zaliczany do najtrudniejszych w Polsce). Do bydgoskiej imprezy nie byłem entuzjastycznie nastawiony: mam płacić za bieganie po lesie, do którego przez kilkanaście lat jeździliśmy z rodzicami na grzyby? Przecież tam nic ciekawego nie ma. Sosny i mech.

Do biegu zaczęliśmy przygotowywać się na poważnie dopiero miesiąc przed startem, czyli we wrześniu. Nie stawiamy już sobie celów, biegowo się spełniliśmy, liczy się przede wszystkim dobra zabawa i wspólnie spędzony czas. Gdańsk i okolice naszego osiedla obfitują w piękne przyrodniczo tereny, lasy, rzeczki, jeziora, pagórki.


Niestety Tomek przeżywał w tym czasie spadek formy i motywacji. Do Bydgoszczy jechał tylko dlatego, że się zapisał i opłacił start. Może liczył też na jakieś magiczne przestawienie wajchy, które jednak nie nastąpiło. Rok wcześniej zdeklasował Michała i mnie na Sudeckiej Setce, w 2017 musiał zejść z trasy już po maratonie. Miesiąc później doczłapał pod koniec stawki 55km Chudego Wawrzyńca (Beskid Żywiecki).

Ja również mało trenowałem, albo raczej mało biegałem, ponieważ kosztem regularnych wybiegów grałem sporo w ping ponga. Do Bydgoszczy pojechaliśmy jak stare wiarusy, bez większych oczekiwań i z refleksją czy nie było lepszych sposobów spędzenia tej niedzieli, np. zabrać gdzieś dzieciaki czy zwyczajnie się wyspać. Na miejscu było zimno i.. jakoś tak zielono. W gdańskich okolicach dominują lasy liściaste, które blokują światło słoneczne a spadające jesienią liście tworzą szaroburą ściółkę.

Puszczę Bydgoską tworzą iglaki, pod którymi rozpościerają się wielkie połacie mchów, krzewów jagodowych i innych zielonych porostów. Wróciły do mnie znajome zapachy lasu, kojarzące się z grzybami. No i strome pagórki, które wcześniej wyparłem z pamięci. Cała trasa była nimi usiana!





Maraton Puszczy Bydgoskiej to świeża impreza i czuło się na niej neoficką radość ze zrobienia czegoś wielkiego. Mnóstwo życzliwości i uśmiechniętych wolontariuszy. Przypomnieliśmy sobie z Tomkiem pierwsze starty, gdy wszystko było takie nowe i fascynujące.

Pełna relacja Tomka:
http://runaroundthelake.blogspot.com/2017/10/dwa-bakajace-sie-osie-czyli-relacja-z.html


Łemkowyna Ultra Trail 70km

Nasza trzecia łemkowyna miała być powrotem do korzeni. Wspólny wyjazd ex-TriCity Ultra (Michał, Tomek i ja) + Grzesiek, który dołączył na wolne miejsce. I niby wszystko było jak dawniej - wesoło w samochodzie, piwo w Chyrowa Ski:


Piwkowanie w pokoju, poranny start:


piękna trasa, kolejne piwkowanie w pokoju i znowu 10 godzin w aucie:


Gdyby nie depresja gangstera, czyli pogłębiające się zniechęcenie Tomka do biegania. Zabrakło mu kilku minut do limitu na ostatnim punkcie pomiarowym i zszedł z trasy kilkanaście kilometrów przed metą. 3 lata wcześniej ukończyliśmy bieg w komplecie, i podczas gdy ja ze Stasiem dość szybko poszliśmy spać, Tomek z Michałem do 3 w nocy okupowali bar opijając wiekopomny wyczyn. Tym razem fiesty nie było, po kilku głębszych towarzystwo rozeszło się do łóżek.

Relacja Tomka:
http://runaroundthelake.blogspot.com/2017/10/emkowyna-ultra-trail-70-fin-de-siecle.html


Maraton Sentymentalny

Poświęciłem mu odrębny wpis:
https://podtworca.blogspot.com/2017/11/maraton-sentymentalny.html


Maraton 3 Mola

Ostatni maraton w sezonie 2017, podobnie jak Maraton Sentymentalny przebiegłem sam. Wziąłem wolny piątek, machnąłem plan trasy, pyknąłem fotkę dla chłopaków na starcie:


i ruszyłem ku przygodzie. Postanowiłem odwiedzić 3 trójmiejskie mola, w Gdyni-Orłowo, Sopocie i Gdańsku-Brzeźnie. Pod koniec roku forma mi zazwyczaj zwyżkuje, więc było dość szybkie tempo, czas na przemyślenia, delektowanie się widokami i szumem morza.

Klif w Orłowie

Molo w Orłowie

Sopockie molo

Skromne molo w Brzeźnie
Po 46 km czułem się lepiej niż latem po mocnych 10km. Zimno mi służy, pozwala optymalnie wykorzystać moc organizmu.


Podsumowanie

2017 był rokiem biegowo spokojnym. We wcześniejszych latach napinaliśmy sprężynę, szukaliśmy nowych wyzwań, dystansów i miejsc do zwiedzenia. W końcu przyszło odbicie, które różnie nas potraktowało. Tomek zaliczył doła, z którego teraz wychodzi i zapewne znowu nas zaskoczy, bo tym razem postanowił przeprogramować swoje nawyki. Ja biegałem mniej niż we wcześniejszych latach i ostatecznie nie zrealizowałem planu 1 ultra/lub maratonu w miesiącu, bo wyszło ich razem 10 (7 maratonów i 3 ultra). Nie żałuję, bieganie ma być częścią życia, a nie celem, ten plan to tylko taka mapa. Spadek formy nie dotknął Michała, który zbliżył się do rekordowego 2015, przebiegł ponad 3200 km i szykuje się do startu w biegu na 240 km. A ja mu trochę zaczynam tego zazdrościć i kalkulować..


piątek, 15 grudnia 2017

Podsumowanie sezonu ultra 2017 cz. 1

Po intensywnej biegowo końcówce 2016 (4 biegi ultra i jeden maraton górski w ciągu 6 tygodni) zrobiłem dłuższe roztrenowanie. Zimowa aura i szybko zapadający zmrok dodatkowo zniechęcały do wyjścia na dwór. Ogólny plan zakłada robienie średnio jednego maratonu lub ultra miesięcznie. W 2016 wyszło z tego 7 ultramaratonów i 5 maratonów. Udało się przy okazji odwiedzić kilka krajów i uczestniczyć w badaniu naukowym.

Maraton dokręcony.
Długie biegi dzieliły się dotychczas na 4 kategorie:
1. Wspólne wybiegania w ramach grupy TriCity Ultra, zazwyczaj gdzieś na Pomorzu,
2. Zorganizowane ultramaratony górskie,
3. Zagraniczne biegi turystyczne na które docieramy tanimi liniami lotniczymi,
4. Oficjalne maratony uliczne.
Maraton dokręcony należał do pierwszej grupy. Dopiero w połowie marca udało nam się zebrać (nam czyli Tomkowi, Michałowi i mnie) do pierwszego dłuższego wybiegania. Zrobiliśmy 33km głównie po Trójmiejskim Parku Krajobrazowym (TPK) w tempie spaceru z 6-latkiem. Po takiej rozgrzewce bez problemu dokręciłem 7km wokół stawów na naszym osiedlu.



Relacja Tomka.

Ultra Jeziorak.

70 km wokół jeziora Jeziorak z przystankiem na obiad w Iławie. To pierwszy bieg, po którym powinna zapalić się lampka ostrzegawcza, że coś zaczyna szwankować w drużynie. Poprzednie lata przyzwyczaiły nas, że możemy osiągać niemożliwe, pokonaliśmy w komplecie 150 km w błotach Łemkowyny, po odpowiednim przygotowaniu połykaliśmy bez problemu 100km w górach. To nas uśpiło, trenowaliśmy z Tomkiem rzadziej (Michał akurat mocno cisnął), niektórzy przestali przestrzegać diety.  2 lata wcześniej potrafiliśmy o 7 rano w niedzielę pobiec nad morze, żeby morsować, teraz co niektórzy woleli leczyć kaca dłuższym spaniem. Relację z biegu tradycyjnie napisał Tomek.



Kuuva Finlandia.
Po intensywnym 2016 plany na tanie zwiedzanie Europy były ambitne, ostatecznie skończyło się tylko na tym, ledwie 40-kilometrowym marszo-biegu do skały Kukkarokivi.



Nie, żebyśmy nie chcieli latać częściej, po prostu splot różnych czynników rodzinno-kontuzyjno-pracowych przekreślił późniejsze wypady. Ale cóż to była za wyprawa..
http://runaroundthelake.blogspot.com/2017/05/kuuva-kuva-czyli-jak-zwiedzic-finlandie.html

Maraton kontaktowy.
Z powodu wyjazdu na wesele nie mogłem pojechać z chłopakami na Sudecką Setkę. Żeby nie wypaść z formy (a raczej wrócić do bardziej wymagającego treningu) zrobiłem sobie tydzień później maraton po starej części Gdańska, Nowym Porcie i Brzeźnie. Miasto z tysiącem lat historii na karku ma mnóstwo starych cegieł i ścieżek, które od kilkunastu lat przeczesuję, więc i tym razem znalazłem kilka ciekawych zakątków. Ten maraton przypomniał mi dlaczego związałem się z bieganiem. Był pierwszy lipca, po pół roku chaotycznych zrywów wracałem do stabilnego utrzymywania formy.

Maraton Pachołek.
3 tygodnie później umówiłem się z Michałem na wspólny bieg do punktu widokowego Pachołek w Oliwie. Z mojego domu wymagającym szlakiem zielonym do pachołka jest akurat ok. 21km po TPK, więc biegnę go przynajmniej raz w roku, żeby podrasować formę.

Maraton Solidarności.
W sierpniu tradycyjnie wystartowałem w Maratonie Solidarności. Nastawiłem się na spokojny bieg w strefie komfortu. A jak było napisałem kolegom świeżo po biegu:

"Ku pamięci: to był mój najsłabszy oficjalny maraton i w dodatku sponiewierał mnie jak pierwszy start, który też zrobiłem na Maratonie Solidarności 4 lata temu - i to 20 minut szybciej :) Planowałem pobiec bez spiny na ok. 4:15. 2 dni wcześniej wyskoczyłem w przeznaczonych na start ekidenach i po ok. 8 km złapał mnie ból rozcięgna podeszwowego. Musiałem podjąć decyzję o starcie w sandałach, bo tylko w nich ten ból się nie przejawia. Byłem też ciekaw czy dam radę biec w nich szybciej, bo zrobiłem w nich już wcześniej 3 wolne biegi na dystansie maratońskim. 

Ok - wracając do tego startu: początek pocisnąłem szybciej, bo zbiegaliśmy Świętojańską i nogi same niosły. Gdy zawracaliśmy pod górkę przeskoczyłem już na normalne tempo. Zrównała się ze mną dziewczyna, z którą dość szybko wywiązała się dyskusja o treningach, pompkach, przysiadach, Kaliszu i Trójmieście. Ani się obejrzałem, a był już 15-sty km - pierwsza połówka maratonu zawsze schodzi niezauważona. Moje tempo było chyba ciut za mocne, bałem się że koleżanka doświadczy ściany po 30-stym km, więc biegłem ciut wolniej niż planowałem. Przed końcem połowy dołączył do nas cudzoziemiec ciekaw dlaczego biegnę w sandałach. Opowiedziałem mu trochę o kontuzjach, a właściwie ich braku, Tarahumara itd. Dopiero wtedy wszyscy się sobie przedstawiliśmy, dziewczyna ma na imię Ania, a Francuz algierskiego pochodzenia Faycal.

Po połówce maratonu postanowiliśmy się rozdzielić i pobiegliśmy z Faycalem szybciej. Na początku wydawało mi się to dobrym tempem, ale jak zegarek powiedział mu, że ostatni km pokonaliśmy w 5:30 wiedziałem już, że to się dla mnie źle skończy. Nie byłem przygotowany na takie tempo. Dlatego choć rozmawiało się bardzo miło (nie tylko o startach, ale i o muzyce metalowej, poćwiczyłem też trochę francuski), rozdzieliliśmy się gdy spotkałem Piotrka i Grzegorza. Jednak nie byłem w stanie wytrzymać już nawet ich tempa obliczonego na czas 4:15-4:20. Pożegnaliśmy się zatem, przełączyłem się na tryb słuchania muzyki i walczyłem o dotrwanie do mety brnąc przez maratońską ścianę. Nie miałem jakichś bóli, kondycyjnie nie było tak tragicznie, ale nie miałem w ogóle motywacji do przebywania w strefie dyskomfortu. Biegowe rekordy już były, nie chce mi się nawet próbować do nich zbliżać. 

Kiedy wykręcałem pętlę na 40-stym km, spotkałem po drugiej stronie Anię - była ledwie kilkadziesiąt metrów z tyłu, utrzymała zrównoważone tempo i prawie się zrównaliśmy. Ktoś mi wywinął numer i powiedział, że na mecie czeka zimne piwo, zdobyłem się zatem na ostatni zryw. Na Długiej brak amortyzacji dawał już znać o sobie, na łydkach zaczęły się stany przedskurczowe. Na mecie czekały moje kochane kobietki, ale piwa nie było, oszukali mnie banda decydentów polskich. Doznałem chyba lekkiego udaru, choć polewałem się często wodą, miałem nudności i lekkie zawroty głowy. W domu walnąłem się na podłogę i prawie zasnąłem - jednak nie było tak źle jak na Niepokornym Mnichu :) Zrobiło się lepiej, zjadłem arbuza, kompot czereśniowy teściowej, przysnąłem w wannie i fajnie jest."


C.D.N.

piątek, 10 listopada 2017

Maraton sentymentalny

Tegoroczny sezon biegowy będzie najsłabszy od lat. Nie daję już rady utrzymywać reżimu treningowego, który gwarantuje bezbolesne starty w biegach ultra czy maratonach. Wcześniej chęć do regularnego biegania przychodziła sama, obecnie bywa, że dłużej zbieram się do wyjścia, niż faktycznie biegam, zdarzają się tygodnie, kiedy wybiegam tylko raz. Zbyt wysoko zawiesiłem poprzeczkę, wydawało mi się, że można trwale utrzymywać formę pozwalającą z marszu pokonać 100km, a potem zwieńczyć ją imprezką. Niestety nie można.

Lwią część ochoty na bieganie przejęły firmowe zmagania w ping-ponga oraz praktykowanie terapii zimnem, które zacząłem w kwietniu. Jest to bardzo ciekawy i wzmacniający trening, który opiszę jak tylko zaczną się mrozy i zbiorę więcej danych o swoim ciele. Co do pingla, to kocham go i nienawidzę, wyzwala ze mnie wszystkie emocje, niczym trading krótkoterminowy. Połamałem już 2 paletki, a najnowszą uszkodziłem. Te straty nie poszły na marne, zrozumiałem co mnie najbardziej w życiu frustruje: poczucie, że cofam się w rozwoju. Jednego dnia gram jak w transie, ścinam wszystkie piłki, a kolejnego przegrywam, bo nie mogę trafić w stół. Popełnienie kilka razy z rzędu tego samego błędu wyprowadza mnie z równowagi, nawet jeśli ostatecznie wygrywam mecz. Całe życie się uczę i rozwijam, będę się musiał nauczyć akceptacji spadającej wydolności fizycznej i intelektualnej..

Cieszę się jednak, że nadal utrzymuje się regularna potrzeba dłuższych wybiegań. Kilka godzin dla siebie, wejście ciała w różne stany wywołane długotrwałym wysiłkiem, zwiedzanie nowych miejsc, obcowanie z przyrodą. Tegoroczne wyprawy tradycyjnie opiszę w podsumowaniu sezonu ultra, ale dzisiejszy maraton natchnął mnie, by go opisać na świeżo.

Celem wcześniejszych maratonów było poznawanie czegoś nowego. 42 km to dość spory dystans, nawet startując od miejsca zamieszkania zawsze trafi się w jakieś nieznane wcześniej miejsce. Dzisiaj jednak postanowiłem odwiedzić przyjaciół i najbliższą mi osobę w miejscach pracy, przy okazji przebiegając obok miejsc, które odcisnęły się w moim życiu.

Tomek



Mój ulubiony blogger biegowy 'run around the lake', niekwestionowany autorytet od rocka progresywnego, przyjaciel z którym przebiegłem kawałek Europy; ostatnio nie biega. Nie biega, bo żona wyjechała w delegację i musiał zająć się trójką dzieci. Rano rozwozi dziatwę po przedszkolach i szkołach, jedzie do swojej firmy w Pruszczu Gdańskim, wracając zgarnia dziatwę z przedszkoli i szkół, wchłania pierwszego bronka na otrzeźwienie, w nocy kiedy już uda się zagonić dziatwę do łóżek, sięga po kolejnego bronka i delektuje się tym, że nic nie musi. Nie musi opisywać kolejnych płyt z kolekcji, nie musi biegać, pisać bloga, ani się z niczego tłumaczyć.

Kiedy mu oznajmiłem, że biegnę go odwiedzić, przysłał takie zdjęcie z informacją, że pierwszy punkt odżywczy czeka:





12 km do Tomka biegło się przyjemnie, przez kilka km zwiedzałem niezliczone nowe osiedla pączkujące między Gdańskiem a Pruszczem, a potem po wale kanału Raduni prosto do celu. Soku pomarańczowego i pomidorowej oczywiście nie mogłem odmówić, być może Tomek znając moją skłonność do odwadniania się uratował ten bieg.




Michał



Trzeci trybik naszej biegowej drużyny pracuje w Urzędzie Wojewódzkim, czyli w historycznym centrum Gdańska. Postanowiłem tym razem poruszać się wschodnią stroną trasy i to był dobry wybór, bo unaocznił mi, jak wiele jest jeszcze kierunków rozwoju miasta. Gdańsk w XIX wieku rozpoczął ekspansję na północ, w XX wieku centrum dryfowało do Wrzeszcza, obecnie dynamicznie rozwija się Gdańsk-Południe (na zachód w kierunku Kaszub), a biznesowe życie koncentruje się w Oliwie, czyli jeszcze bardziej na północ. Tymczasem tuż za południowymi bastionami historycznego Gdańska rozciągają się pola kapusty.



U Michała spełniłem jedno z życiowych marzeń, spiłem kawkę w urzędzie. Pogadaliśmy trochę o bieganiu, sprawdziłem notowania akcji i przyszło się pożegnać.

Marek

Marek fajnie rysuje i jest niekwestionowanym autorytetem od muzyki powstałej do XVII wieku, poznaliśmy się w firmie robiącej gry 13 lat temu i choć już rok później Marek zmienił pracę, a ja otworzyłem firmę, co 2-4 tygodnie jedziemy w nocy do centrum pooglądać stare mury i zjeść falafela lub wege kebsa. Nie odwiedziłem go co prawda, ale zjadłem falafela na Głównym Mieście tam gdzie zawsze. Tu jakiś jego szkic:



Polibuda i DS2



Z centrum ruszyłem na Wrzeszcz odwiedzić żonkę. Obszedłem dookoła czołg T-34, przez niedomkniętą klapę kierowcy widać tonę śmieci wepchniętych do środka, pokonałem jak kilkanaście lat temu ścieżkę z Gmachu Głównego Politechniki do wydziału ETI, wdrapałem się do mojego akademika DS2, a potem na wzgórze za nim. Myślałem o Jacku i Ani.

Ela



Z DS2 porośniętymi lasem wzgórzami przeszedłem na Jaśkową Dolinę, dalej przez Partyzantów obok szkoły gdzie chodziłem na studiach na Tai-chi, potruchtałem do Garnizonu, gdzie pracuje moja małżonka Elżbieta. O najbliższych najmniej potrafimy mówić, bo oni po prostu są. I oby tak było.



Acha: gdy zbiegałem jaśkową, chwyciły mnie skórcze łydek.


Nadal nie rozumiem jak to się mogło stać, przecież 3 tygodnie temu bez problemu zrobiłem 70km w górach, biegałem w miarę regularnie. Może  wypiłem za dużo kawy u Michała i wypłukałem magnez? Ta zagadka będzie mnie jeszcze długo nurtowała.

Powrót



Powrót bez większych atrakcji. Znowu akademik i osiedle studenckie, zakręciłem na Krętą gdzie stoi domek, w którym była moja pierwsza praca, a dalej już klasyczna trasa, którą zawsze wracamy gdy biegamy do centrum czy nad morze. Najpierw wchodzi się na Suchanino, by zaraz zbiec po schodach trzeźwości na Kartuską i znowu podchodzić Łostowicką aby wreszcie zbiec ostatnie kilometry do domu. Mijając siedzibę Procada pomyślałem, że kurna kawałek tego budynku należy chyba do mnie, w końcu jestem od 2 lat posiadaczem akcji spółki :)


niedziela, 2 lipca 2017

Konflikty wewnętrzne

Co jakiś czas wzbiera we mnie uczucie, że muszę się zresetować. Czynności, które wcześniej sprawiały przyjemność zaczynają nużyć, nie chce się czytać książek i komiksów, które wcześniej przyprawiały o dreszczyk, nie chce się uczyć gry na gitarze czy języków obcych. Stać mnie tylko na przeskakiwanie między blogami, wykresami, twitterem i fejsem w poszukiwaniu czegoś, co może na chwilę zaciekawić. Bardziej to jednak męczy, niż pomaga na znużenie. Na krótką metę ulgę dają treningi fizyczne, ale i one są jak wieczorne piwko - jest odprężająco do kolejnego dnia, gdy natłok myśli znowu daje znać o sobie.

Można to przeczekać, nastrój jest wypadkową wielu cykli. Po nocy wychodzi słońce itd. U mnie jednak sprawdza się fizyczne wyczerpanie. Maraton lub bieg ultra, przejście przez punkt, w którym organizm jest zbyt zmęczony by myśleć i uwolnienie się od wszelkich powinności świata zewnętrznego. Zostaje egzystencja, odczuwanie ograniczeń ciała, radość z prostych rzeczy jak odpoczynek na pieńku czy kubek zupy dyniowej. Na finiszu wielka radość, że już koniec katorgi i kilka następnych dni w trakcie których otępienie miesza się z przypadkowym zachwytem nad przyrodą czy zasłyszaną piosenką.

Psycholog powie, że taka potrzeba resetu to wynik konfliktów wewnętrznych. Zapewne tak mam, zrobiłem kiedyś sobie psychologiczny autoportret (polecam książkę, nie ma tu żadnej ezoteryki, tylko wypracowane naukowo metody) i dominujący w moim przypadku okazał się typ sumienny. Nie było to dla mnie niespodzianką, w szkole należałem do prymusów, w firmie czy pracy nigdy nie chciałem nawalić. Z drugiej strony odkąd pamiętam poszukiwałem celu i sensu życia, ocierałem się zatem o różne prądy religijno-filozoficzne. To balansowanie między potrzebą budowy materialnego dziedzictwa i duchowego rozwoju jest przyczyną pojawiających się regularnie dysonansów.

Konflikty wewnętrzne mogą być niebezpieczne, szczególnie jeśli ktoś doświadczył traumy lub za narzędzie resetu wybiera alkohol czy narkotyki. Psychoterapia polega na znalezieniu przyczyny konfliktów i wypracowaniu kompromisu w wykluczających się algorytmach, które nami sterują i/lub znalezieniu bezpiecznego ujścia narastającej frustracji. Pomocne może być też podejście duchowe, czyli świadome przeżywanie tego co dzieje się w ciele, nawet jeśli tego nie rozumiemy. Pisałem o tym na blogu, kiedy siedziałem w buddyjskich klimatach. Dla mnie ta droga była ważna, bo pozwoliła ułożyć sprawy duchowe, dla których nie znalazłem wytłumaczenia w naszej zachodniej kulturze. Jeżeli ktoś jest zainteresowany, może przewertować archiwum i zajrzeć do ebooka.


piątek, 19 maja 2017

I po urlopie, 2 nowe zagrania



Reset biegowy to mój comiesięczny rytuał od 3 lat. 40-100 km, koniecznie w otoczeniu przyrody i niezastąpionych przyjaciół. Śpiew ptaków, chrzęst pod sandałami i skała wystająca z wody na końcu świata. Tak było kuuva przez ostatnie 2 dni w Finlandii: 
( http://runaroundthelake.blogspot.com/2017/05/kuuva-kuva-czyli-jak-zwiedzic-finlandie.html )

Tymczasem rynek dotknęła mocniejsza fala wyprzedaży. Czy to początek bessy, czy wstęp do mocniejszej korekty, czy jej ostatnie tchnienie przed kontynuacją hossy? Na każdy z tych scenariuszy znajdą się argumenty i analizy. Ja trzymam dalej akcje, choć widzę mocne opory i niepokojące dywergencje. Zaczynam jednak budować przyczółki na nieskorelowanych z polskimi akcjami aktywach. W tym celu otworzyłem konto bossa zagranica i nabyłem jednostki pierwszego ETF (Global X Uranium) :


Zamierzam inwestować przez to konto długoterminowo - po pierwsze z powodu wysokich prowizji minimalnych 39zł, czyli nie opłaca się składać pozycji małymi partiami, po drugie nie chcę tam często zaglądać. Celem jest kupić tanio niedowartościowany indeks/grupę spółek, niezależny od pozostałych grup i czekać aż odbije, zgarniając w międzyczasie dywidendy.

Wracam również do technicznych zagrań aktywnych, na pierwszy ogień idzie Orange:


Pierwsze L-ki na futures zatankowane, pierwszy cel 5zł.