Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nawyki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nawyki. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 marca 2018

Zimno

Kąpiel w lodowej brei, przyjemne ciepełko, gdy na zewnątrz -13 stopni..


W zakładce "Bieganie, dieta, zimno" nie pojawił się jeszcze odrębny artykuł poświęcony ostatniemu zagadnieniu. Pisałem kiedyś, że morsuję, że sporadycznie przez kilka miesięcy brałem zimne prysznice, ale nigdy nie miało to głębszego uzasadnienia. Utarło się, że hartowanie organizmu wzmacnia odporność, więc włączyłem ćwiczenia z zimnem do swoich aktywności, licząc na podleczenie moich przewlekłych problemów laryngologicznych.

Wszystko zmieniło się, gdy Tomek przedstawił mi książkę "Co nas nie zabije" o Wimie Hofie, człowieku który powołując się na zaszyte w naszych organizmach mechanizmy ewolucyjne wchodzi w krótkich spodenkach na Kilimandżaro przy odczuwalnej temperaturze -30 stopni, pływa między przeręblami pod lodem, a zimą siedzi na śniegu w gaciach tak długo, aż ten się roztopi pod tyłkiem. Książka napisana przez dziennikarza zajmującego się prześwietlaniem fałszywych guru, który uwierzył dopiero gdy zobaczył i doświadczył na własnej skórze trafiła do mnie.

9 lat temu opisałem książkę, która zmieniła moje życie. Jest to książka Tombaka, do czytania którego racjonalny człowiek dziś się nie przyzna. Owszem jest tam mnóstwo szarlatanerii, pseudo teorie oczyszczania organizmu, przywoływanie jakichś mitycznych społeczności, które nie znają raka (obalone przez naukę) i nie pamiętam co jeszcze, uważam jednak, że swoimi głównymi tezami opisującymi problemy zdrowotne współczesnych ludzi trafił on w sedno:
1. nieprawidłowa postawa kręgosłupa,
2. nieprawidłowy oddech,
3. nieprawidłowa dieta,
4. unikanie zimna.
Mogłem coś przestawić, nie pamiętam już książki, ale ta wyliczanka mi utkwiła, podobnie jak opis cygańskich dzieciaków, które chodzą boso po śniegu i nie chorują :)

Spraw kręgosłupa jeszcze nie dotykałem, czekają na swoją kolej. Dotychczas skupiałem się głównie na diecie, bo doświadczałem z niej bezpośrednie przełożenie na zdrowie i wyniki sportowe. Teorie Wima Hofa skupiają się na oddechu i uaktywnianiu mechanizmów ewolucyjnych, które pozwalają ludziom przetrwać w ekstremalnych warunkach. Według niego jeśli cały czas przebywamy w komfortowych warunkach, te mechanizmy mogą zacząć działać przeciwko ciału, podobnie jak układ odpornościowy powoduje alergie, gdy organizm notorycznie przebywa w sterylnym środowisku.

Podstawowa implikacja płynąca z teorii Hofa jest taka, że skoro te mechanizmy odpornościowe ma każdy człowiek, to stosunkowo łatwo możemy przekształcić się ze zmarźlucha w urodzonego wikinga. To nie kwestia genów, tylko treningu. Jedną z najważniejszych nauk życiowych, którymi kieruję się w życiu jest to, że wszystkiego można się nauczyć. Kwestia odpowiedniego treningu, wytrwałości i wypracowania nawyków potrzebnych do utrwalenia nowych umiejętności.

Przystąpiłem zatem do testów metody Wima. Był koniec kwietnia, nie miałem już niestety szans na pływanie w przeręblu, choć pogoda zrobiła mi niespodziankę, gdy 1 maja popruszył śnieg. Ustaliłem zasady:

1. po każdej kąpieli/prysznicu biorę min. 2.5 minuty prysznic zimną wodą,
2. codziennie min. 2.5 minuty siedzę wieczorem w samych gatkach na balkonie,
3. do końca października chodzę tylko w krótkich spodenkach i krótkim rękawku, nie używam bluz, swetrów, kurtek ani innych okryć.

Z biegowych treningów pamiętałem, że temperatura zewnętrzna nie jest istotna, bo jeśli jest mi zimno, wystarczy się trochę intensywnie poruszać i organizm się podgrzeje. Bywało trudno jak podczas lipcowego urlopu, gdy cały tydzień padało i nad ranem przywitały mnie 3 stopnie nad jeziorem, albo gdy w październiku truchtałem na obiad w krótkich spodenkach i podkoszulku i ludzie patrzyli się na mnie jak na debila.

W listopadzie zostawiłem zasady 1. i 2. a 3. zmieniłem na:

3. nie noszę kurtek, mogę włożyć tylko jedną warstwę ubrania na krótki rękawek: bluzę lub sweter,
4. biegam tylko w t-shircie lub bez koszulki,
5. przynajmniej raz w tygodniu morsuję.

Miałem półroczne przygotowanie do chłodu, nie odczuwałem zatem  dolegliwości z jego powodu, żadna choroba mnie nie drasnęła, ale przed pierwszym morsowaniem w sezonie czułem stres. Był 26 października 2017, kilkanaście stopni powyżej 0, ale dopiero gdy wyszedłem na zewnątrz, wiedziałem, że będzie dobrze. Pobiegłem na moją ulubioną plażę w Redłowie (klify nadają jej polinezyjski wygląd) i łapałem adrenalinkę w wodzie.




Wiedziałem już, że dodatnia temperatura nie jest wyzwaniem, organizm funkcjonuje bez przeszkód.

Żono wróciłem z biegania, daj ać ja pobruczę a ty poczywaj.


Pogoda w grudniu nie rozpieszczała, zazwyczaj było powyżej 0. Przetestowałem zasady na maratonie:

Rano był śnieg, ale potem stopniał, to jeszcze nie było to.

Pogoda nie sprawiała żadnych problemów, no może poza kończynami, to odrębna kwestia - jestem nisko-ciśnieniowcem i strasznie wyziębiają mi się dłonie i stopy. Szybko tracę w nich czucie i musiałem biegać w rękawiczkach. Maraton pokazał, że odporność na zimno można wypracować kilkumiesięcznym treningiem. To nie było kilka minut w gaciach na zewnątrz, tylko 5 godzin w temperaturze 0-3 stopni w ubraniu letnim. Owszem, przez ten czas się ruszałem, ale uwierzcie mi, gdy pokonacie 46 km, ciało nie jest już tak skore do zużywania energii na ogrzanie.

OK - wszystko było fajnie, dopóki temperatura oscylowała koło 0 stopni, ale co będzie gdy spadnie poniżej -5, -10, -20? Gdzie leży granica? Dopiero w drugiej połowie stycznia miałem możliwość sprawdzenia pierwszego progu. Spadł śnieg, termometr pokazał -5 stopni, wreszcie mogłem topić śnieg tyłkiem jak Wim Hof:



Kilka razy pobiegłem bez koszulki:


Jedyną niedogodnością były marznące sutki gdy biegłem pod wiatr. Również chodzenie w samym swetrze, czapce i rękawiczkach było naturalne. Nawet przyjemniej byłoby w bluzie, bo sweter przepuszcza wiatr, ale ma też kieszenie, w które mogę później schować te rękawiczki i czapkę. Krótki rękawek zostawiałem gdy wychodziłem na krócej, np. wynieść śmieci czy do sklepu. Po pierwsze był to element treningu, po drugie naprawdę przyzwyczaiłem się do zimna i te kilka minut nie było w stanie wpłynąć na moje poczucie komfortu.

Morsowanie cały czas bez problemu, relaks w wodzie, potem adrenalina i zwierzęca jedność z naturą.



W lutym przetestowałem odporność na maratonie przy -8 stopniach. Tym razem było mi ciężko, strasznie zmarzły przedramiona, straciłem czucie w palcach (dopóki nie wpadłem na pomysł, żeby je zacisnąć wewnątrz biegowych rękawiczek i ogrzewać ciepłem dłoni). Mimo przerw na widoczki i pączka oraz turystycznego charakteru biegu, miałem lepszy czas niż w ostatnim sierpniowym Maratonie Solidarności - energiczny bieg był jedynym sposobem na ogrzanie się.


Po tym maratonie doszedłem do wniosku, że poniżej -8 nie ma sensu się męczyć i na biegi dłuższe niż 20 km będę zakładał ciepłe rękawiczki oraz t-shirt z długimi rękawami. Kiedy nadeszła obecna fala mrozów i pobiegliśmy z chłopakami 25 km ten zestaw sprawdził się doskonale:

Jak widać Tomek (ten bez czapki) też praktykuje kuracje zimnem.


Niestety tej zimy nie miałem okazji przetestować swojego ciała w temperaturach niższych niż -13 stopni, bo takich nie doświadczyłem. Siedzenie w gaciach przy -13 jest przyjemniejsze, niż przy +2, gdy zacina śnieg z deszczem, co jest częste nad morzem. Silny wiatr potrafi zmrozić do kości, ale wystarczy że na chwilę zanika a ciało rozluźnia się i nie odczuwa zimna.

Tylko raz dostałem trzęsawki, było to pod ciepłym prysznicem, kiedy wróciłem z 50-minutowego wypadu nad morze przy -13 stopniach. Plaża zamarzła i szukałem wejścia do wody, co do którego miałbym pewność, że mam tam grunt pod nogami.

Plaża się cofnęła o kilkanaście metrów
W końcu znalazłem zatoczkę z lodową breją i w niej posiedziałem. Dopóki przebywałem na mrozie, wszystko było ok, mięśnie się napięły i nie przepuszczały zimna do wnętrza ciała. Problem następuje gdy wchodzimy do ciepłego pomieszczenia - mięśnie rozkurczają się i chłód przenika do środka. Lejesz gorącą wodę na rękę, a ona jest wciąż lodowata i zaczyna drżeć. Lekarstwem okazał się szybki trening bokserski, ale o tym kiedy indziej :)

Sezon zimowy 2017-2018 zbliża się do końca. Chyba nie będzie już zimniej, więc po ponad 10 miesiącach mogę napisać wnioski:

1.
Metoda Wima Hofa działa. Kilka prostych ćwiczeń wykonywanych codziennie (zimny prysznic, 30 szybkich oddechów i siedzenie na balkonie), kilka zasad typu nie nosić kurtki zimą, od wiosny do jesieni krótki rękawek, i stajemy się odporni na zimno.

Stoję na podwórku i gadam z kumplem, który trzęsie się w kurtce i nie może się nadziwić, że nie mam nawet gęsiej skórki w krótkim rękawku. Mówię mu, że też może to wyćwiczyć, a on że nigdy nie lubił zimna i pewnie mam geny.

2.
Żadnego śladu grypy czy innej choroby. Radykalne zmniejszyły się moje problemy laryngologiczne. Nie zeszły do 0, nadal muszę używać chusteczki, ale na oko jest to jakieś 20-30% kataru, jaki towarzyszył mi we wcześniejszych latach. Nie liczyłem tutaj na przełom taki jak dała zmiana diety (opisałem przy okazji książki Tombaka, jak dzięki zmianie nawyków żywieniowych odzyskałem węch i odblokował mi się nos na noc). Sprawa jest rozwojowa. Nie mogę też ocenić teorii Hofa na temat leczenia zimnem schorzeń stawów, Parkinsona itp. bo żadnej takiej dolegliwości na szczęście nie mam.

3. Granicę można wciąż przesuwać, nie wiem gdzie leży ona dla mojego organizmu.


Kuracje zimnem wchodzą do mojego stałego repertuaru. Stały się częścią mojej "zdrowotnej" tożsamości podobnie jak:

1. dieta wegetariańska,
2. bieganie i ćwiczenia fizyczne.

Dołączone w 2017:
3. kuracje zimnem.

Do głębszego poznania i wdrożenia:
4. ćwiczenia oddechowe.

Prawidłowy oddech, poznawanie i przesuwanie granic zbadam w 2018. Pewne techniki już stosuję, bez nich np. nie biegałbym ultramaratonów, ale potrzebuję książki na miarę "Nowoczesnych zasad odżywiania" Campbella dla diety, "Urodzonych biegaczy" McDougalla dla biegania czy
"Co nas nie zabije" Carneya dla zimna.






sobota, 13 stycznia 2018

Podsumowanie sezonu ultra 2017 cz. 2

Część 1:
https://podtworca.blogspot.com/2017/12/podsumowanie-sezonu-ultra-2017-cz-1.html


Maraton Puszczy Bydgoskiej (66km)

Czyli najlepsza impreza biegowa 2017. Pochodzę z Bydgoszczy i jestem z tego dumny! Pierwsze skojarzenie jakie mam z moim rodzinnym miastem, to wąsaty Kujawiak namalowany na ścianie Browaru Bydgoskiego, obok którego jeździliśmy za komuny i pierwszych lat demokracji na działkę:






Przez kolejne lata mijaliśmy browar z Pawłem, w drodze do taniej książki w centrum miasta oraz by zobaczyć nowe komiksy w Empiku. A potem Kejdżeja przejął Żywiec i zniszczył 150-letnią tradycję warzenia piwa w Bydgoszczy. Zamknęli produkcję, teren sprzedali deweloperowi, który wyburzył budynki. Nienawidzę ich za to i nigdy nie kupię piwa żywiec ani innych produkowanych przez tę grupę.

Przed wakacjami, nim Tomek obraził się na bieganie, zdążył namówić mnie na 2 imprezy biegowe: Maraton Puszczy Bydgoskiej oraz "naszą" ultra-Łemkowynę (naszą, ponieważ biegliśmy pierwszą edycję, po której staliśmy się oficjalnymi ultrasami i drugą, na której ukończyliśmy 150-km bieg zaliczany do najtrudniejszych w Polsce). Do bydgoskiej imprezy nie byłem entuzjastycznie nastawiony: mam płacić za bieganie po lesie, do którego przez kilkanaście lat jeździliśmy z rodzicami na grzyby? Przecież tam nic ciekawego nie ma. Sosny i mech.

Do biegu zaczęliśmy przygotowywać się na poważnie dopiero miesiąc przed startem, czyli we wrześniu. Nie stawiamy już sobie celów, biegowo się spełniliśmy, liczy się przede wszystkim dobra zabawa i wspólnie spędzony czas. Gdańsk i okolice naszego osiedla obfitują w piękne przyrodniczo tereny, lasy, rzeczki, jeziora, pagórki.


Niestety Tomek przeżywał w tym czasie spadek formy i motywacji. Do Bydgoszczy jechał tylko dlatego, że się zapisał i opłacił start. Może liczył też na jakieś magiczne przestawienie wajchy, które jednak nie nastąpiło. Rok wcześniej zdeklasował Michała i mnie na Sudeckiej Setce, w 2017 musiał zejść z trasy już po maratonie. Miesiąc później doczłapał pod koniec stawki 55km Chudego Wawrzyńca (Beskid Żywiecki).

Ja również mało trenowałem, albo raczej mało biegałem, ponieważ kosztem regularnych wybiegów grałem sporo w ping ponga. Do Bydgoszczy pojechaliśmy jak stare wiarusy, bez większych oczekiwań i z refleksją czy nie było lepszych sposobów spędzenia tej niedzieli, np. zabrać gdzieś dzieciaki czy zwyczajnie się wyspać. Na miejscu było zimno i.. jakoś tak zielono. W gdańskich okolicach dominują lasy liściaste, które blokują światło słoneczne a spadające jesienią liście tworzą szaroburą ściółkę.

Puszczę Bydgoską tworzą iglaki, pod którymi rozpościerają się wielkie połacie mchów, krzewów jagodowych i innych zielonych porostów. Wróciły do mnie znajome zapachy lasu, kojarzące się z grzybami. No i strome pagórki, które wcześniej wyparłem z pamięci. Cała trasa była nimi usiana!





Maraton Puszczy Bydgoskiej to świeża impreza i czuło się na niej neoficką radość ze zrobienia czegoś wielkiego. Mnóstwo życzliwości i uśmiechniętych wolontariuszy. Przypomnieliśmy sobie z Tomkiem pierwsze starty, gdy wszystko było takie nowe i fascynujące.

Pełna relacja Tomka:
http://runaroundthelake.blogspot.com/2017/10/dwa-bakajace-sie-osie-czyli-relacja-z.html


Łemkowyna Ultra Trail 70km

Nasza trzecia łemkowyna miała być powrotem do korzeni. Wspólny wyjazd ex-TriCity Ultra (Michał, Tomek i ja) + Grzesiek, który dołączył na wolne miejsce. I niby wszystko było jak dawniej - wesoło w samochodzie, piwo w Chyrowa Ski:


Piwkowanie w pokoju, poranny start:


piękna trasa, kolejne piwkowanie w pokoju i znowu 10 godzin w aucie:


Gdyby nie depresja gangstera, czyli pogłębiające się zniechęcenie Tomka do biegania. Zabrakło mu kilku minut do limitu na ostatnim punkcie pomiarowym i zszedł z trasy kilkanaście kilometrów przed metą. 3 lata wcześniej ukończyliśmy bieg w komplecie, i podczas gdy ja ze Stasiem dość szybko poszliśmy spać, Tomek z Michałem do 3 w nocy okupowali bar opijając wiekopomny wyczyn. Tym razem fiesty nie było, po kilku głębszych towarzystwo rozeszło się do łóżek.

Relacja Tomka:
http://runaroundthelake.blogspot.com/2017/10/emkowyna-ultra-trail-70-fin-de-siecle.html


Maraton Sentymentalny

Poświęciłem mu odrębny wpis:
https://podtworca.blogspot.com/2017/11/maraton-sentymentalny.html


Maraton 3 Mola

Ostatni maraton w sezonie 2017, podobnie jak Maraton Sentymentalny przebiegłem sam. Wziąłem wolny piątek, machnąłem plan trasy, pyknąłem fotkę dla chłopaków na starcie:


i ruszyłem ku przygodzie. Postanowiłem odwiedzić 3 trójmiejskie mola, w Gdyni-Orłowo, Sopocie i Gdańsku-Brzeźnie. Pod koniec roku forma mi zazwyczaj zwyżkuje, więc było dość szybkie tempo, czas na przemyślenia, delektowanie się widokami i szumem morza.

Klif w Orłowie

Molo w Orłowie

Sopockie molo

Skromne molo w Brzeźnie
Po 46 km czułem się lepiej niż latem po mocnych 10km. Zimno mi służy, pozwala optymalnie wykorzystać moc organizmu.


Podsumowanie

2017 był rokiem biegowo spokojnym. We wcześniejszych latach napinaliśmy sprężynę, szukaliśmy nowych wyzwań, dystansów i miejsc do zwiedzenia. W końcu przyszło odbicie, które różnie nas potraktowało. Tomek zaliczył doła, z którego teraz wychodzi i zapewne znowu nas zaskoczy, bo tym razem postanowił przeprogramować swoje nawyki. Ja biegałem mniej niż we wcześniejszych latach i ostatecznie nie zrealizowałem planu 1 ultra/lub maratonu w miesiącu, bo wyszło ich razem 10 (7 maratonów i 3 ultra). Nie żałuję, bieganie ma być częścią życia, a nie celem, ten plan to tylko taka mapa. Spadek formy nie dotknął Michała, który zbliżył się do rekordowego 2015, przebiegł ponad 3200 km i szykuje się do startu w biegu na 240 km. A ja mu trochę zaczynam tego zazdrościć i kalkulować..


sobota, 28 listopada 2015

La vita e bella


Mam dwadzieścia pięć lat,
i życie połamane jak patyk.
Co spojrzę wstecz, ogromna czarna plama.
Co spojrzę przed się, twardy, zimny głaz.
Czułem powołanie w życiu swym
na księdza albo na żołnierza
i poznałem, że ni ten ani tamten
nie mają już, czego bronić.
Byłem Faustem i byłem Prometeuszem,
porównywałem pyłek wiedzy,
z wszechświatowym pyłem tajemnicy.
I wydzierałem ogień niebu,
aby go nieść swoim braciom...

Kat, Delirium Tremens

Mam 35 lat i życie tak poskładane, że może być chyba tylko gorzej. Gdy spojrzę 10 lat wstecz, widzę rozdzierającą trzewia ambicję i nieustanną potrzebę udowadniania czegoś. Czy to tylko czas, czy bieganie i wegetarianizm, czy przesiąknięcie naukami de Mello i Eckharta Tolle dołożyły swoje 3 grosze, przeżywam najlepszy okres swojego życia (w sumie fajniej było jak poznałem małżonkę, ale wtedy byłem na zakochaniowym haju :) . Marzyłem kiedyś o rysowaniu komiksów, robieniu gier komputerowych. Przez 10 lat te marzenia napędzały moje działania; kariery nie zrobiłem, ale kilkanaście gier stworzyliśmy z chłopakami, w tym przygodówkę z bohaterami naszego dzieciństwa: Kajkiem i Kokoszem. Właśnie widzę, że pisałem o tym w maju, więc nie będę się powtarzał.

Po co zatem ten wpis? Zawsze starałem się, żeby to co piszę niosło jakąś wartość dla czytelnika. Sącząc browarka natchnęło mnie, by podzielić się paroma spostrzeżeniami. Wiecie dlaczego najbardziej nie chciałem iść na etat? Bo strasznie nie cierpiałem stania w korkach. Pod koniec studiów zamieszkałem z dziewczyną i dojeżdżałem golfikiem na polibudę oraz do pracy. Kiedy miałem zajęcia na 8, musiałem wyjechać ok. 7, żeby się nie spóźnić. To doświadczenie było tak nieprzyjemne, że przez kolejne 10 lat wolałem nie ruszać się z domu :) Teraz pracuję 32 km od domu w innym mieście, ale przejazdy są jednym z najprzyjemniejszych momentów dnia. Odpalam autko, audiobooka z powieścią i przez ok. 40 minut zatapiam się w świecie komisarza Harry'ego Hole albo innego Cormorana Strike'a. Nawet przy pustej obwodnicy staram się nie przekraczać 90-100 km/h, żeby zbyt szybko nie dotrzeć na miejsce. To czas tylko dla mnie; przez lata czytałem w łóżku między 22 a północą, teraz ok. półtora godziny dziennie słucham powieści w samochodzie i to co zawsze postrzegałem jako stratę bezcennego czasu stało się relaksem.

Pracuję w Gdyni, w linii prostej 1.2 km od plaży miejskiej. Bieg na plażę, kąpiel i powrót zajmują równe pół godziny - dzięki temu morsowanie załatwiam między poniedziałkiem i piątkiem. W promieniu 1km od pracy mam do wyboru 2 bio-waye, 1 green way i bardzo fajne bistro 'feed your soul', gdzie serwują dania wegańskie bez cukru, laktozy i glutenu - wiem, brzmi to dość radykalnie, ale jedzenie smakuje tak, że koledzy z pracy stwierdzili, że mogą zostać wegetarianami, jeśli będą jedli tak codziennie.

Dzięki darmowej aplikacji duolingo uczę się od września francuskiego i niemieckiego. Francuski miałem w średniej, a niemieckiego nigdy się nie uczyłem, ale kocham kilka utworów Rammsteina i pomyślałem, że fajnie byłoby wiedzieć o czym są. Zawsze uważałem, że do życia wystarczy mi dobra znajomość angielskiego, a nauka innych języków to strata czasu. Ale teraz niemiecki mnie porwał i zmieniłem zdanie. Warto znać niemiecki, żeby wiedzieć o czym śpiewa Rammstein w Wo bist du :) Najlepsze jest to, że nauka obu języków to czysta przyjemność, bo stosuję wszystkie zasady, które wyłożyłem w cyklu o wyrabianiu nawyków. Przez lata czytałem na kibelku Duży Format, potem rozwiązywałem sudoku, a teraz trzaskam na telefonie lekcje z niemca i francuza. Czasem mam wystrzał motywacji i robię kilkanaście lekcji i powtórzeń z rzędu, czasem tłumaczę posiłkując się google translate jakiś utwór. To wystarczyło, bym po niecałych 3 miesiącach zaczął czytać proste artykuły w obu językach z serwisów dla nastolatków. Bez konkretnego celu, bez konkretnego terminu, mam zamiar powtarzać lekcje, aż będę w stanie czytać niemieckie i francuskie serwisy.

Wymieniłem wreszcie gitarę elektryczną. Starą jeszcze z czasów szkoły średniej dałem dzieciakom na dobicie, a na nowej odkryłem, że tapping na dobrej gitarze nie jest żadną magią. Z youtuba uczę się jak zagrać solówkę do One Metalliki - przez całe życie niepoprawnie trzymałem kostkę i źle czytałem niektóre znaczki przy tabulaturach, przez co kilkaset godzin nauki grania poszło w pizdu. Czyż internet nie jest największym wynalazkiem ludzkości?

Na koniec pora wspomnieć o IV biegu TriCity Ultra 80. Jesienna edycja wyszła bardzo fajnie. Wyrabiamy się jako organizatorzy, bieg staje się coraz bardziej popularny. I znowu napiszę to co przy słuchaniu audiobooków czy nauce języków: nie kieruje tu nami jakiś konkretny cel, robimy to co lubimy i wraz ze zmianą skali dostosowujemy się. Po raz pierwszy dwóch z nas musiało zrezygnować z biegu, żeby zapewnić uczestnikom prowiant, rzeczy na przebranie, podwieźć kogoś z trasy na przystanek itp. Zrobiliśmy coś dla innych i poczuliśmy satysfakcję. W zamian otrzymaliśmy sporo dowodów sympatii, jeden z biegaczy przyniósł pyszne muffinki, inni zapowiedzieli że na wiosenną edycję coś ugotują. Ponieważ to nieoficjalny bieg koleżeński, będziemy musieli po raz pierwszy wprowadzić limit uczestników, żeby nie podpaść pod jakieś przepisy.. Mieliśmy też kilka minut "sławy" w lokalnej TV:



Tricity Ultra - TVP Gdańsk
Pobudka o 5:30, wskakujemy w ciuchy biegowe, Dominik (nasz przewdonik Tarahumara) się trochę zgubił, bo pomylił Spacerową ze Słowackiego, ale ostatecznie szczęśliwie stanęliśmy na starcie... eee ... przed kamerą :D
Posted by TriCity Ultra on 27 listopada 2015


Nowa 10-latka rozwija się niespodziewanie szybko i w wielu kierunkach, więc za jakiś czas powinny pojawić się nowe tematy na blogu. Także pamiętajcie: trening, trening i jeszcze raz trening.

PS Nie piszę na razie o giełdzie, bo szykuję się do "złotego strzału". Jeśli WIG20 zjedzie poniżej 1900, zacznę planowe działanie i być może opiszę co nieco.

PS2 Musiałem wprowadzić moderację komentarzy, bo jakiś spamer wrzucił na raz 100 komentarzy, ale jak zawsze zachęcam do dzielenia się swoimi opiniami.

niedziela, 26 lipca 2015

Droga jest celem cz. 7

Czwartek rozpoczyna niezwyczajnie. Kiedy rano otwiera oczy, czuje napierającą falę niepokoju przed pracą. Zamiast (jak zawsze) opracować plan, w jaki sposób poradzi sobie ze spodziewanymi problemami, a potem powtarzać w myślach ten plan po każdym nawrocie lęku, przypomina sobie, że to nie on się stresuje, tylko stres jest w nim. JEŻELI czuję, że opanowuje mnie emocja, której nie akceptuję, TO przestaję się z nią identyfikować i obserwuję co się dzieje we mnie. Stan lękowy przenika ciało, myśli z recepturami naprawczymi huczą w głowie, ale Marcin jest gdzieś indziej. Pozwala wyszumieć się myślom i emocjom, a potem obserwuje jak cichną i zanikają. Pozbawiony balastu ze zdziwieniem odkrywa, że proste poranne czynności mogą nieść radość.


Pracę rozpoczyna od poinstruowania kolegów co i jak powinni wykonać i prosi, by przez kolejne dwie godziny pozwolili mu skupić się na swoim projekcie. Wyłącza komunikatory, wycisza komórkę; w ciągu kolejnych dziesięciu minut głęboko się koncentruje i odcina od zewnętrznego gwaru. Po godzinie w czasie krótkiej przerwy sprawdza czy nie nadeszły jakieś istotne wiadomości. Odpisuje na kilka krótkich maili i wychodzi do kuchni zaparzyć kawę. Tam objaśnia kolegom z sąsiedniego pokoju parę kwestii, po czym wraca do pracy. Przed południem kończy etap projektu i idzie sprawdzić, jak sobie radzą. Okazuje się, że pozbawieni możliwości biegania do niego z każdym pytaniem koledzy radzą sobie całkiem przyzwoicie. Rozpracowali większość zagadnień, a te z którymi mieli problemy wypunktowali. Rozwiązują je wspólnie z Marcinem i umawiają się na kolejny przegląd pod koniec pracy.


Minęło ledwie pół dnia pracy, a Marcin czuje się, jakby zrobił więcej, niż pod koniec poprzedniego dnia. Zenek kolejny raz miał rację - o naszym poczuciu satysfakcji z pracy nie decyduje ilość wykonanych zadań, tylko przejście przez etap od koncentracji do działania w pełnym skupieniu. Nagle słyszy w głowie znajomy głos: “Dobra robota, szybko się uczysz! Nie zawsze będzie tak lekko jak dziś. Kiedy mija pierwszy entuzjazm po wprowadzeniu nowych zwyczajów, ludzie zazwyczaj wracają do starych nawyków. Jeżeli jednak będziesz pamiętał o stosowaniu nowych instrukcji, będziesz świadomie wybierał właściwe postępowanie, aż utrwali się jako standardowy wzorzec. Dziś wieczorem wpadnę do ciebie po raz ostatni i wyjaśnię jak trwale programować zmiany, a teraz wracaj do roboty. Ahoj!”


Wracając autem z pracy Marcin wciąż myśli o spotkaniu z duszkiem. Jego ekscytację przerywa widok wielkiego, ciągnącego się po horyzont sznura samochodów. Zapowiada się co najmniej godzina stracona w korku. “Niee! Akurat dziś? Do jasnej cholery!” Może już zapomnieć o treningu na rowerze. A taki był udany dzień! Dlaczego nie wybrał objazdu, tylko pchał się główną trasą? Ostatnio prawie nie było na niej samochodów, dziś jak na złość jeden, wielki korek. Dlaczego zawsze gdy mu zależy, świat robi mu na złość? “Halo! Tu ziemia! Obudź się!” Czy to jego głos? Sterownik “gniew” wyłacza się, Marcin budzi się z rękami zaciśniętymi na kierownicy i lewą nogą wdeptującą sprzęgło. “JEŻELI czuję, że opanowuje mnie emocja, której nie akceptuję, TO przestaję się z nią identyfikować i obserwuję, co się dzieje we mnie.” JA JESTEM przeżywa TU I TERAZ. Czuje napięcie w barkach, pulsowanie w głowie, napór w brzuchu. Przez głowę przelatują niezliczone myśli “dałem się ponieść; w dupę z tym buddyzmem, jestem wkurzony! to przejdzie, spokojnie; nie muszę się uspokajać, chcę wyrzucić z siebie złość! olać złość, chyba mija; ale, że ten korek musiał być akurat dziś?...” Marcina nie ma w tych myślach. Stoi z boku i obserwuje, jak myśli, uczucia gniewu, żalu mieszają się z ulgą i ciekawością. Nie kieruje na nie uwagi, wie że są tylko myślami, skupia się na odczuwaniu sygnałów płynących ciała. W ciągu dwóch minut impulsy ulegają wytłumieniu, aż przestają być odczuwalne. Wraz z nimi zanikają powiązane myśli i emocje.


“Przeżyłeś świadomie atak złości. Nie powstrzymywałeś go, więc nie miał z kim walczyć, nie podtrzymywałeś na nim uwagi, więc stracił paliwo. Brawo!”
“Wszystko widziałeś?” uśmiecha się Marcin.
“Tak. Czekam na ciebie w domu, wracaj spokojnie i ciesz się chwilą, która trwa!”
“Dobra, dobra żartownisiu. Tylko nie ześlij mi awarii samochodu, bo wtedy taki szlak mnie trafi, że żadna instrukcja nie pomoże.”


Godzinę później Marcin siedzi z herbatą naprzeciwko Zenka. Przez chwilę dyskutują o wydarzeniach ostatnich dni i śmieją się z wielkich małych problemów. Potem duszek przerywa na poważnie:
“Przyszedłem się pożegnać. Nie zobaczymy się już więcej, nie usłyszysz mnie również w głowie.”
“Kiedyś musiało to nastąpić. Nie ma szansy na jakąś mentalną konsultację od czasu do czasu?”
“Nie tym razem. Przede mną zbyt wiele nowych zadań. Ale nie martw się, świetnie sobie radzisz. Jestem spokojny o twój rozwój.”
“O to się nie martwię. Zwyczajnie będę za tobą tęsknić.”
“Też cię polubiłem, ale taki już los świadomych istot. Kiedy tęsknota będzie zbyt silna, zawsze możesz przeczekać ją metodą na obserwację”, mówiąc to Zenek puszcza oczko.
“Marna pociecha. Ale dziękuję ci za wskazanie drogi - celu mojej egzystencji. Martwi mnie czy będę świadomy jeśli z niej zboczę? Wciąż prawie nic nie wiem. Wskazałeś mi horyzont, a teraz zostawiasz samego.”
“Trenuj samoświadomość. Jak najczęściej doświadczaj emocji i myśli, nie tylko wtedy gdy źle się czujesz. Również euforia, którą utożsamiamy ze szczęściem jest tylko chwilową emocją. Pozwalaj jej trwać, ale nie podtrzymuj na siłę i nie tęsknij za nią, bo jej brak stanie się przyczyną cierpienia. Kiedy będziesz czerpał radość z życia, nie będzie szczególnie istotne czy będziesz siedział na ławce w parku, czy osiągał sukcesy w firmie.”
“Jestem jeszcze młody i głodny sukcesu, więc siedzenie w parku zostawię na emeryturę. Czytałem zresztą, że powinno się oddzielić pracę od domu czy hobby. Po powrocie do domu zapominać o tym, co działo się w pracy, na urlopie skupić się na wypoczynku.”
“To dobre rozwiązanie, ale musisz być świadomy czy nie odgrywasz tylko roli w każdej z tych sytuacji. Ludzie stresują się w pracy, więc szukają w książkach czy internecie jak sobie z tym radzić. Dowiadują się, że powinni przełączyć się w inny tryb po powrocie do domu i nie myśleć o problemach.  Wnioskują zatem, że aby nie podtrzymywać stresu, należy się mu przeciwstawić. Wiesz już jednak, że obie te drogi są tylko dwiema nieskutecznymi stronami tej samej metody. Gdy zepchniesz niepokój do nieświadomości, zamienisz go w lęk, który będzie się aktywował każdego poranka przed wyjściem do pracy.”
“Cóż zatem czynić Wujku Dobra Rado?”
“Przyjmij życie i z tej perspektywy świadomie wybieraj role. Nie chodzi o to, żebyś stworzył nową tożsamość JA JESTEM i analizował jak powinieneś zachować się w każdej sytuacji, by pozostać wiernym sobie. To również byłoby odgrywanie sztucznej roli. W większości przypadków czy to w pracy, czy wśród przyjaciół, będziesz zachowywał się jak dotychczas z tą różnicą, że wyczujesz momenty, w których niedostrzegane wcześniej emocje będą cię popychały do określonej reakcji. To może być na przykład nieuzasadnione poczucie strachu lub niechęci do jakiejś osoby. Może temu uczuciu ulegniesz, może nie, ważne jest byś był czujny i świadomy, że nie ta osoba jest przyczyną twojej reakcji, ale twoja emocja.


Zamień zachodni nacisk na zewnętrzne objawy sukcesu na osiągnięcie spełnienia wewnątrz. Poznałeś technikę na osiąganie spokoju i jasnego umysłu. Praktykując ją będziesz częściej żył w sposób świadomy, zamiast odtwarzać uwarunkowane zachowania. Gdy będziesz w pracy, będziesz pracował, gdy będziesz w domu, będziesz w domu, gdy będziesz z przyjaciółmi, będziesz z przyjaciółmi. Niezależnie od zewnętrznych okoliczności będziesz czuł, że jesteś tam, gdzie powinieneś być, w chwili, w której powinieneś być: w tu i teraz.”
“Myślę, że czasami opór wobec tego jak żyję może być potrzebny. Na przykład będę spełniał się w pracy i w rodzinie, ale pewnego dnia zacznę czuć, że czegoś mi brakuje, i powiedzmy zacznę się interesować astronomią, jeździć w góry czy zbierać znaczki. Bez buntu wobec tu i teraz nie zacząłbym porządkować swojego otoczenia, bez poczucia braku sensu nie zainteresowałbym się wyścigami rowerowymi.”
“Akceptacja życia nie polega na tym, że wszystko wokół ci się podoba. Odczuwanie niezadowolenia z zastanej sytuacji jest naturalnym ludzkim odruchem i nie ma sensu go wypierać. Różnica tkwi w uwarunkowanym buncie wobec tego co jest, a w świadomym odczuwaniu potrzeby zmiany. W pierwszym przypadku ludzie narzekają na los lub korzystają z utartych rozwiązań typu chwilowe polepszanie nastroju używkami, zmiana partnera czy pracy. W drugiej sytuacji nie zżywasz się z problemem, tylko pozwalasz poczuciu braku zadowolenia ujawnić się w ciele, by je przeżyć i poszukać odpowiedzi. Czasem intuicyjnie wiesz jak powinno być, czasem nie wiesz - czujesz dysonans, ale ani intuicja, ani rozum nie potrafią znaleźć rozwiązania. Nie poddajesz się jednak rozpaczy; nasłuchujesz i uczysz się, bo żeby dokonać trwałej zmiany potrzebujesz wiedzy, planowania i codziennej praktyki. Nie wszystko w życiu jest tak proste jak posprzątanie mieszkania.”
“Ano nie wszystko. Liczyłem, że pouczysz mnie jeszcze jak być bardziej twórczym, planować przedsięwzięcia i takie tam sprawy.”
“Bycie twórczym sprowadza się do regularnej, uważnej praktyki. Jeżeli potrafisz każdego dnia ćwiczyć się w jakiejś sztuce, po latach osiągniesz mistrzowską biegłość. Kultywuj metodę małych kroków, którą zapisałeś w swoim systemie: porządkuj otoczenie, rozpoczynaj działania i czekaj na pojawienie się motywacji, by je kontynuować. Sprzątnąłeś pokój, choć układałeś po jednej rzeczy dziennie. Napisałeś zawartość strony internetowej, choć miałeś pisać ledwie jedno zdanie każdego roboczego dnia. Więcej nie muszę ci mówić, bo jesteś wytrwały i wypracujesz własne sposoby, by tworzyć na miarę twoich ambicji.”
“I za to wypijmy” Marcin wznosi toast butelką piwa.
“Ja tylko wącham” śmieje się Zenek.

wtorek, 14 lipca 2015

Droga jest celem cz. 6

JEŻELI czuję, że opanowuje mnie emocja, której nie akceptuję, TO przestaję się z nią identyfikować i obserwuję co się dzieje we mnie. Dziwna instrukcja; nie tak oczywista jak poprzednie. Gdyby nie rozmowa z Zenkiem, Marcin uznałby, że jest pozbawiona sensu. Większą część nocy próbuje przypomnieć sobie i zapisać w notesie słowa duszka. Na razie nie wszystko jest jasne, niektóre koncepcje wydają się naciągane, ale Marcin ufa w mądrość nietypowego przyjaciela. W końcu, gdy robi się widno, usypia twardym snem.

Kolejny dzień upływa zwyczajnie. Czy to na skutek rozmowy z Zenkiem, czy z powodu wielu obowiązków, lęki egzystencjalne się nie zjawiają. Nie słychać również Zenka, choć Marcin wiele razy nasłuchuje. Wieczorem po pracy i spóźnionym obiedzie Marcin trenuje, bierze kąpiel i ogląda film. Nie zapomina o uprzątnięciu przynajmniej jednej rzeczy w mieszkaniu. Patrząc z boku można by uznać, że mieszkanie jest schludne, ale Marcin wyrobił zwyczaj porządkowania i polubił go. Ostatnio przegląda książki i czasopisma. Kiedyś były dla niego ważne. Uważał za coś oczywistego, że leżą na półkach, wszak łączy się z nimi tyle miłych wspomnień. Uświadamia sobie jednak, że nie ma czasu, ani ochoty czytać ich ponownie. Część zostawia, część rozdaje znajomym, a czasopisma o grach komputerowych, które tak uwielbiał blisko dwadzieścia lat temu, przegląda przeżywając jeszcze raz piękne chwile z dzieciństwa i odkłada na makulaturę.

Każdego dnia znajduje niepotrzebną książkę, czasopismo, ubranie, pamiątkę z wakacji, część od starego roweru czy komputera. Odkrywa, że pozbywanie się przedmiotów, pragnień, sentymentalnych wspomnień ściąga z niego jakiś nienazwany ciężar. “Nie jesteś myślami, uczuciami, historią życia” - słowa Zenka stają się coraz bardziej zrozumiałe. Przychodzi mu na myśl, że odkąd utrzymuje porządek, polubił przebywać w swoim mieszkaniu. Kiedy było zagracone czuł się w nim obco. Przemykał między kuchnią, łazienką i komputerem, nieustannie pogrążony w myślach i uciekający w pracę. Czy zwyczajne porządkowanie, czasem po jednym przedmiocie dziennie, mogło przynieść taką zmianę na lepsze?

W połowie tygodnia Marcina pochłania praca. Oprócz prowadzenia swojego projektu musi do piątku wspomóc grupę z sąsiedniego pokoju. Połowę czasu zajmuje mu odpisywanie na maile i czytanie dokumentacji. Pod koniec dnia jest zmęczony i zdemotywowany - odnosi wrażenie, że przez cały dzień nie pchnął nic do przodu. Zaczyna się martwić, że przez te zmiany nie skończy na czas własnego projektu. Po powrocie do domu sprząta tylko po jednej rzeczy w pokoju i kuchni (wcześniej prawie zawsze układał więcej, bo instrukcja mówi o przynajmniej jednej rzeczy) i włącza komputer, żeby jeszcze popracować. Jednak zamiast pracować nad projektem przeskakuje bezrefleksyjnie między blogami, portalami i teledyskami na youtube.
“Znowu nic nie zrobiłem, nawet nie chce mi się odpalić kompilatora. Może powinienem zmienić pracę?” myśli.

“Zmiana pracy nic nie zmieni,” słyszy w głowie znajomy głos, “wystarczy poznać kilka faktów, zaakceptować je i dni takie jak dzisiejszy upłyną radośnie.”
“Stary, dobry Zenek. Przywracasz mi humor szybciej niż piwo. Co zrobiłem nie tak, że jest mi źle? Ach, zapomniałem, powinienem był się przecież skupić na świadomym przeżyciu tego zmartwienia.”
“Więc się skup i mów co się dzieje w ciele.”
“OK, nasłuchuję… Dziwne uczucie - w górnej części brzucha czuję jakby pęcznienie. I takie ciepło. Podobny napór w klatce piersiowej i lekki na czubku głowy. Powoli ustępują, zostało trochę wibracji w brzuchu. Znowu czuję się lekko.”
“A niepokoje?”
“Rozwiały się. Nie martwię się niczym.”
“W czym był problem?”
“Zapomniałem o instrukcji. Pojawiły się lęki i niepokoje, a ja zamiast je przeżyć, pozwolić odejść i rajonalnie pomyśleć nad dalszym działaniem, dałem się porwać stresowi.”
“He, he, mądrze odpowiedziałeś, ale tym razem pytam o prozaiczny powód zmartwienia.”
“Zmartwił się pracownik, programista. Miał dziś zaplanowaną ważną pracę nad swoim projektem, ale został ukochany pomaganiem jakimś nowicjuszom, którzy nie potrafią kodować w C++. Poszłoby mi szybko, ale nie mogłem się skupić, bo ciągle o coś pytali, nie potrafili nawet dokładnie opisać nad czym pracują, więc sam musiałem się wgryźć w temat. Jednocześnie czytałem dokumentację, odpisywałem na maile i próbowałem namierzyć ich błędy w kodzie. Zrobiłem może jedną trzecią tego co planowałem, ale kiedy przyjdzie mój deadline, góry nie będzie obchodzić, że oddelegowali mnie do innego projektu.”

“Zen to robienie jednej rzeczy w jednym momencie. Umysł człowieka nie jest stworzony do wielozadaniowości. Kiedy jednocześnie próbujesz skupić się nad kodem i nadchodzi mail lub ktoś przerywa ci pracę pytaniem, twoja pamięć krótkotrwała szybko się opróżnia. Wystarczy odciągnąć uwagę od zadania przez kilkanaście sekund, żebyś utracił informacje, które umysł wyciąga z pamięci długotrwałej przez 15 minut koncentracji. Nic dziwnego, że pracujesz mniej wydajnie i jesteś zestresowany. Kilka takich przerywników może zdezorganizować cały dzień pracy. Masz też przeświadczenie, że na wszystko brakuje ci czasu, ponieważ nie udaje ci się wejść w stan koncentracji. Pracowałeś ciężko cały dzień, a umysł wynagradza cię wyrzutami sumienia i przekonaniem, że nic nie zrobiłeś.”
“Do licha, bardzo często czuję się dokładnie tak jak opisałeś! Ale z tego co mówisz wynika, że instrukcja o nie identyfikowaniu się z emocją niewiele by tu wskurała, bo nie wiedziałem o tym, że nie można robić kilku rzeczy na raz. Zawsze myślałem, że potrafię ogarnąć kilka spraw jednocześnie.”
“W tym wypadku miałeś nikłe szanse, że dzięki samoświadomości poznasz, jak działają mechanizmy pamięci krótko i długotrwałej. Zazwyczaj jednak nie potrzebujesz wiedzieć jaka teoria stoi za pożądanym zachowaniem. Gdybyś rozpoznał stan niepokoju i wygasił go, odłożyłbyś maile do czasu zakończenia ważniejszego zadania, a kolegom powiedziałbyś, że wysłuchasz ich później. Czułbyś, że to skuteczniejsze rozwiązanie, niż zajmowanie się wszystkim naraz.”
“Rozumiem. Coś jak: jeśli chcę mieć siłę, to podnoszę ciężary, ale nie muszę wiedzieć jakie procesy zachodzą wtedy w mięśniach.”
“Dobre porównanie.”
“OK - metoda zadziałała błyskawicznie, uspokoiłem się. Co teraz?”
“Teraz znikam - pa!” powiedział Zenek i znikł; to znaczy głowa przestała odbierać przekaz od duszka.

“Wzioł i zniknoł. Głupie pytanie - co teraz? Teraz trzeba pomyśleć. Mam system: kartkę z instrukcjami, w tym technikę radzenia sobie z emocjami i wiem, że powinienem koncentrować się na jednym zadaniu, zamiast ogarniać kilka tematów jednocześnie.”
“Zapomniałem dodać - kiedy intensywnie myślisz i wchodzisz w stan koncentracji, najlepiej przepracuj co najmniej 40-60 minut. Jeśli nic cię nie rozprasza i odczuwasz przyjemność z pracy, pozostawaj w tym stanie dłużej, nawet do kilku godzin. Natomiast minimalny czas, jaki potrzebujesz, żeby napełnić pamięć krótkotrwałą, wejść w stan koncentracji, wykonać efektywnie pracę i poczuć satysfakcję z wykonanego zadania, to około 15-20 minut. Teraz już naprawdę znikam, paaaaa!” krzyknął gdzieś z najgłębszych zamarków głowy Zenek i tym razem naprawdę zniknął.
“Spisać wszystko, zanim zapomnę. Z tą koncentracją coś kojarzę, kiedyś czytałem o stanie “flow”: jeśli zadanie nie jest zbyt banalne, ani zbyt trudne i sprawia przyjemność, to człowiek nie liczy czasu i zatapia się w pracy. Ale nie wiedziałem, że niemożność wprowadzenia się w stan koncentracji może skutkować wyrzutami sumienia z powodu zmarnowanego dnia. Muszę to uwzględnić w instrukcji.

Załóżmy, że pracuję jak dotychczas i pozwalam innym na przerywanie moich zadań, a jeśli na koniec dnia mam wyrzuty sumienia, to pozbywam się ich metodą obserwacji emocji. W takim wypadku nie muszę pisać nowej instrukcji. Pozornie skuteczne rozwiązanie, ale sam Zenek powiedział, że gdybym już w pracy wygasił stan niepokoju, to odsunąłbym rozpraszające kontakty, wykonał pracę w skupieniu i potem zajął się odpowiadaniem na pytania i prośby. Nie dość, że praca sprawiałaby satysfakcję, to byłbym efektywniejszy i pod koniec dnia czuł, że solidnie wykonałem robotę. Ta metoda bardziej mi odpowiada. Jak napisać do tego instrukcję... Może: “JEŻELI ktoś lub coś przerywa mi pracę i nie muszę zająć się tym natychmiast, TO odnotowuję na kartce, żeby zająć się tym po wykonaniu aktualnego zadania i jak najszybciej wracam do pracy.” Nie brzmi zbyt literacko, ale instrukcja ma być jednoznaczna, a nie elegancka.”

Marcin przegląda aktualny spis instrukcji w zeszycie:
JEŻELI wchodzę do kuchni, TO zmywam lub odkładam z suszarki co najmniej jedno naczynie lub ścieram blat.
KAŻDEGO DNIA porządkuję przynajmniej jedną rzecz w kuchni, np. szukam przeterminowaną żywność, niepotrzebne przedmioty, ścieram kurz z szafki/lodówki itp.
KAŻDEGO DNIA porządkuję przynajmniej jedną rzecz w pokoju.
KAŻDEGO DNIA porządkuję przynajmniej jedną rzecz w salonie.
KAŻDEGO ROBOCZEGO DNIA piszę co najmniej jedno zdanie dokumentacji.
KAŻDEGO ROBOCZEGO DNIA piszę co najmniej jedno zdanie regulaminu lub strony www o zawodach rowerowych.
JEŻELI czuję, że opanowuje mnie emocja, której nie akceptuję, TO przestaję się z nią identyfikować i obserwuję, co się dzieje we mnie.
JEŻELI ktoś lub coś przerywa mi pracę i nie muszę zająć się tym natychmiast, TO odnotowuję na kartce, żeby zająć się tym po wykonaniu aktualnego zadania i jak najszybciej wracam do pracy.

Niektóre instrukcje zostały wykreślone, na przykład:
JEŻELI siadam przy biurku, TO porządkuję przynajmniej jedną rzecz - biurko jest już uporządkowane i nie zanosi się na powrót bałaganu (cóż za sukces!).
JEŻELI sprawdzam pocztę, TO archiwizuję co najmniej jeden mail - również ta instrukcja spełniła swoje zadanie, skrzynka pocztowa jest skatalogowana i na bieżąco porządkowana.

Ile nowych instrukcji dopisze jeszcze Marcin? Ile nowych nawyków wypracuje? Wprowadzenie w życie zaledwie kilku instrukcji diametralnie zmieniło jego życie. Do czego będzie zdolny, gdy wdroży nawyki uwalniające motywację, kreatywność, twórczość? A może wraz z wiekiem skieruje się ku kontemplacji życia? W końcu według Zenka by odnaleźć sens i szczęście nie trzeba zdobywać kobiety, bogactw czy uznania, tylko nauczyć się jak być szczęśliwym. To szczęście przychodzi małymi krokami wraz z harmonią, jaką wprowadza wokół siebie: uporządkowane otoczenie, odwiązywanie się od przeszłości, świadome przeżywanie lęków o przyszłość, by rozpłynęły się, zamiast angażować energię w rozwiązywanie wydumanych problemów.

Marcin decyduje, że zaległości z pracy odrobi następnego dnia, stosując najnowszą instrukcję. Z lekkim sercem wychodzi na rower, a po powrocie wyszukuje w sieci informacje powiązane z terminami, którymi operuje Zenek. Jego uwagę przyciąga artykuł o iluzji czasu. “Czas”, pisze autor, “istnieje tylko w naszych umysłach. To co się wydarzyło pozostaje wspomnieniem, to co się wydarzy jest przypuszczeniem, projekcją lub fantazją, zatem i przeszłość i przyszłość istnieją wyłącznie w naszych umysłach. Prawdziwe jest tylko wieczne teraz. Zawsze trwa chwila obecna. Kto potrafi żyć tu i teraz, ten żyje naprawdę. Kto zaś spędza czas na rozpamiętywaniu minionych momentów bądź nieustannych obawach co los przyniesie, nie żyje naprawdę, lecz śpi. Uważa siebie bowiem za myśli, które istnieją w ramach innych konstrukcji myślowych. Przebudzenie to doświadczanie chwili obecnej, która jest rzeczywistością. Wyzwolenie się z więzów fałszywej tożsamości zbudowanej na wspomnieniach, pragnieniach i osądach.”

Kiedyś, nim poznał Zenka, Marcin uznałby powyższy tekst za bełkot nawiedzonego kaznodziei. Teraz treść jest zrozumiała, wręcz oczywista. “Słowa nie są prawdą, są drogowskazem do prawdy. Nie stwarzaj w głowie kolejnego raju, który pragniesz osiągnąć. Ujrzyj to co jest: świat, rzeczywistość, zespól się z ja jestem i celebruj moment. Teraźniejszości nie opisujesz jak przeszłych zdarzeń czy planów na przyszłość. W teraźniejszości jesteś. Kontemplując ten moment, zatapiając się w istnieniu obcujesz z Bogiem. Nie potrzebujesz studiować żadnych ksiąg, ani tym bardziej praktykować skomplikowanych rytuałów. Wszystko czego potrzebujesz, żeby żyć naprawdę zawsze posiadałeś; odwrotnie: nie istnieje nic innego ponad to co masz, to kim jesteś, co przybliży ciebie do pełni jestestwa.”

Czytając ten fragment Marcin doświadcza lekkości. Wstaje, podchodzi do okna i patrzy na drzewa. Głosy w głowie, które zawsze brał za siebie, przez chwilę tracą władczą moc i są tym, czym są: błąkającymi się myślami. Rozpiera go radość na widok gałęzi kołysanych przez wiatr, szumiących liści, cieni tańczących w świetle ulicznych lamp. “Może skoczę po aparat i cyknę fotę na bloga. Będzie jakaś odmiana od opisów kolejnych rajdów i testów sprzętu. Chociaż… kogo zainteresuje niesamowity widok za oknem? Kurczę, późno już. Obejrzę serial i idę spać. Albo poczytam?” Nie spostrzega gdy znów daje się ponieść fantazjom...