sobota, 10 lutego 2024

Stan rynku w lutym 24

 Od ostatniego wpisu niewiele się zmieniło. Wąska grupa spółek bije rekordy i ciągnie indeks w górę, a szeroki rynek osuwa się.

W lipcu zeszłego roku cieszyłem się z czerwcowego sygnału kupna. Niestety siła szerokiego rynku potrwała tylko miesiąc, po czym większość spółek zaczęła się osuwać. Przedstawiłem wówczas najprostszy sygnał na szeroki rynek: przecięcie średnich na wykresie w skali miesięcznej. Niedawno z zaskoczeniem sprawdziłem, że w zeszłym miesiącu padł sygnał sprzedaży na szerokim rynku:


Przyczyna słabości tkwi w bardzo słabym zachowaniu NewConnect (stooqowy indeks ^_PL zawiera wszystkie spółki z GPW i NC). Cena do wartości księgowej notuje rekordy słabości.

Nadal pozostaje zatem otwarte pytanie: recesja czy euforia? Elementy euforii obserwuję od stycznia. Co jakiś czas coś odpala w kosmos. Wykorzystuję te ruchy do zamykania pozycji. Myślę, że euforia już jest, tylko wąska, ograniczona do wybranych spółek typu Budimex i lokalnych gwiazd typu DGA. Gorący kapitał spragniony jest spekulacji. W USA szaleją spółki AI. 

Odwrócenie krzywej rentowności trwa już rekordowo długo:


WIG pozostaje silny. Ale na jak długo? Po 2007 hossy kończyły się w skali najbliższych miesięcy:


Dotychczas brałem bardzo niskie wyceny szerokiego rynku za dobrą monetę: wciąż jest baza do silnej fali wzrostowej. Obecnie zaczynam się niepokoić - może jest odwrotnie - słabość szerokiego rynku i przedłużająca się inwersja krzywej rentowności wyprzedzają czarnego łabędzia?

6 lat temu opublikowałem pierwszy wpis o depresji 2025. Wtedy zakładałem kłopoty w Polsce. Dzisiaj wobec rosyjskiej inwazji, kłopotów Niemiec i Chin sytuacja rysuje się daleko bardziej poważnie. Ale to i tak nic w porównaniu z danymi klimatycznymi, które wykraczają poza alarmujące modele. 

Być może jestem obecnie mocno zbiasowany, od lat pisałem, że przełom 2023/2024 będzie ostatnim momentem na ewakuację. No właśnie - tylko gdzie? Co kupić na wypadek globalnej zawieruchy? Ciągle wydawało się, że jest jeszcze kilka lat spokoju. Ale ten czas się kończy. Na razie jestem jeszcze na rynku, bo skoro portfel rośnie, to nie będę siedział na gotówce. Chcę też skorzystać z finalnej euforii, skoro jeszcze jej nie było, a teraz widać ją tu i tam. Poza tym ostatnia bessa pokazała, że niektóre branże świetnie sobie w niej radzą.

Zapraszam do dyskusji.


środa, 7 lutego 2024

Maratony 2023 cz. 2: Memento

Wszystko płynie

i nic nie pozostaje takie samo.

Heraklit z Efezu


Maraton w ramach Ultra Małopolska


Prolog

Czasem fantazjuję, że istnieje we Wszechświecie - tym, lub nad tym - coś, co przechowuje całą historię, i jest możliwe dokładne obejrzenie każdego zdarzenia. O ile podróżowanie w przeszłość w ramach naszego świata powodowałoby kwantowe następstwa z powodu samego faktu obserwacji i wpłynęło na zmianę teraźniejszości, to nie mam problemu z wyobrażeniem systemu wyższego poziomu, który ma podgląd na stan każdego obiektu w dowolnym momencie, podobnie jak można sprawdzić stan pamięci komputera w konkretnym cyklu. Pomińmy losowość w skali atomowej i pytania o dyskretny czy ciągły charakter czasu - moje wynurzenia to tylko wycieczki umysłu, który bardzo chciałby przetrwać, choćby jako ślad w nieskończonej przestrzeni Rzeczywistości.

Wydaje nam się, że wspomnienia są zapisane gdzieś w mózgu poprzez połączenia neuronalne. Ale to nie prawda. Wspomnienia są scenką, składaną na poczekaniu przez umysł z emocji i strzępków informacji. Za każdym razem inną, po latach łączącą się z innymi wspomnieniami, opowieściami bliskich lub fragmentami filmów, które wkompilowaliśmy we własne doświadczenia. Dlatego piszę bloga. Spisana historia pozwala jeszcze raz przywołać i przeżyć sytuację z życia, przefiltrowaną przez bieżące Ja.

I tak próbując opisać wyjazd do Mszany Dolnej, musiałem sięgnąć do rozmów na messengerze, zdjęć i prześledzić trasę na mapie, żeby odtworzyć bieg, który niemal całkowicie zapomniałem. Długo przedzierałem się przez zasłony, by ostatecznie znaleźć zaskakująco dużo szczegółów i drobnych scen, z których ułożył się całościowy obraz.


Wyjazd i przyjazd

To miało być ukoronowanie sezonu biegowego. Coroczna wspólna wyprawa po przygodę. Odcięcie od bieżączki, jak podczas zeszłorocznego Grand Prix. W dodatku po 3 latach przerwy jechał z nami Tomek. Na razie jako towarzysz do kielicha, a nie na szlak. Nie mogłem mocniej napompować balona oczekiwań.

Pierwszy zgrzyt pojawił się już na trasie, gdy ni stąd, ni zowąd Tomek zapytał, czy możemy wrócić w niedzielę, a nie w poniedziałek, bo ma pracę i w sumie to bez sensu przeciągać siedzenie w górach o jeden dzień. Zapadła krępująca cisza i temat pozostał w zawieszeniu. Ostatnie o czym chcieliśmy myśleć w czwartek rano to poniedziałkowa praca.



Drugi zgrzyt pojawił się w wynajętym pokoju. Miejsce ładne, widoki piękne, śniadania wyborne, ale ściany chyba z dykty. Słyszeliśmy w nocy zwykłe rozmowy sąsiadów, więc tym bardziej oni słyszeli nas. A nic bardziej nie wkurza niż przekrzykiwanie się podpitych gości o 2 w nocy. Z tą świadomością włączył mi się tryb opiekuna kolonistów, który zamiast śmiać się pełną piersią, co chwila ucisza niesforne dzieci. Ale nic nie pomogło przy tej akustyce pomieszczeń, bo nawet gdy najspokojniejszy z całej drużyny Piotrek zwykłym głosem zaczął opowieści sercowe, zaraz ktoś łupnął pięścią zza ściany.

Wreszcie trzeci zgrzyt, to mój opór przed zaakceptowaniem faktu, że stare czasy już nie wrócą. Przez lata tworzyliśmy drużynę biegową, non stop pisaliśmy na grupie, spotykaliśmy się nawet kilka razy w tygodniu pobiegać pętelki po osiedlu albo do lasu, organizowaliśmy ultramaratony i dużo imprezowaliśmy. Ale wszystko ma swój kres, po okresie fascynacji ludzie zaczynają oddalać się ku swoim głębszym celom i relacja rozluźniła się do sporadycznych spotkań.

Tomek był zawsze mini-max, jak coś robił to na 110%. Zaczynał jako najwolniejszy grubcio (zawsze mi wypominał, że kiedy pierwszy raz spytał czy może z nami pobiegać, zmierzyłem go wzrokiem i odparłem - wiesz, ale my dość szybko biegamy), by w ciągu 10 lat dwa razy zejść do optymalnej wagi, po czym wrócić na jeszcze wyższą. W 2019 miał BMI niższe ode mnie, pobił wszystkie drużynowe rekordy na 5, 10, 21 i 42 km, po czym w trakcie covida rzucił bieganie (w tym pisanie najlepszego biegowego bloga runaroundthelake.blogspot.com ) i zajął się kolekcjonowaniem winyli i 30/50-letnich głośników. Spotykaliśmy się już rzadko, głównie wypić piwko i posłuchać szlagierów z lat 80-tych na różnych zestawach stereo.


Do Mszany jechał się napić, osiągnąć ekstremum obrażenia na bieganie i kontestować wszystkie aktywności ruchowe.

Dlatego w piątek, dzień przed biegiem, wyskoczyliśmy na rekonesans po górach we trzech: Misiek vel Joszczi, Piotrek i ja. Żonie Tomka (na jego wyraźną prośbę i kategoryczną odmowę ruszenia z nami), która mam nadzieję nie czyta tego bloga, napisaliśmy, że zabraliśmy go ze sobą.


Przepalenie alkoholu z zeszłej nocy, słońce, kwiatki skłoniły nas do podjęcia decyzji, że nie ma co trwać w zawieszeniu i przystaliśmy na powrót dzień wcześniej. Wtedy Tomcio zaczął się wycofywać, że nie chce psuć naszych planów, że to tylko propozycja, ale nikt już nie chciał w piątek myśleć o poniedziałku - decyzja została podjęta. I wtedy niewypowiedziane napięcie zeszło. 


Bieg

Początkowo mieliśmy zapisać się na 64 km. Ale Piotrek złamał obojczyk na karatach, ja się nadziałem na ścięte krzaki i pękłem żebro, a Misiek zamiast biegać robił pompki. Po 2 tygodniach, kiedy odzyskałem możliwość nabierania w pełni powietrza, zapisałem się do chłopaków na 35 km. Żeby jednak nie "zmarnować" okazji na maraton, postanowiłem przed startem potruchtać po Mszanie 7 km i w ten sprytny sposób pokonać królewski dystans.



Organizatorzy dołożyli starań, żeby impreza była udana oraz żeby nawet krótki dystans dał nam w kość. Szlaki były strome, upał nieznośny, a moja forma niedostateczna z powodu przerwy i tylko tygodnia na przygotowanie. Nie miałem sił na docenienie widoków. Podejście pod Szczebel zniszczyło mnie psychicznie i fizycznie, przeżyłem cięższy kryzys niż na niejednej setce. 



Mogę tylko kolejny raz powtórzyć to, co piszę w większości relacji z górskich ultra: góry są najlepsze do spokojnych spacerów. Bieganie długich dystansów na limit czasowy na dłuższą metę nie ma sensu. Nawet jak masz dobrą formę, to i tak biegniesz szybciej i cierpisz. Kiedy byłem w fazie przekraczania granic i sprawdzania możliwości organizmu miało to sens, ale od lat preferuję już biegową turystykę.




Epilog

Po biegu przychodzi czas świętowania. Ponownie z powodu uszatych ścian nie mogliśmy w pełni docenić uroków miejsca i czasu. Zjedliśmy porządny obiad, deser, zamówiliśmy saunę i banię. I wtedy, gdy uzupełnialiśmy zapasy elektrolitów przed nocą, Misiek zobaczył w sklepie promocję na "FIGUR ZAJAC" po 1 zł. Nie mógł oprzeć się takiej okazji i w ten sposób zyskał przyjaciela, który od tego czasu wysyła na grupę życzenia z okazji urodzin i świąt.





Wróciliśmy w niedzielę. Mój umysł zamknął otwartą pętlę TriCity Ultra i przykrył warstwami cebuli, przez które przedzierałem się kilka ostatnich tygodni, żeby opisać tę wyprawę i dać Tomkowi sygnał do startu sezonu 2024.