Moja aktywność na blogu nie odbiega daleko od aktywności graczy na parkietach. Ósmy miesiąc upływa, odkąd WIG20 buja się w konsolidacji, a zmienność notuje kolejne minima. LOP ostatnio rośnie i prawie wszyscy za wyjątkiem day-traderów wyczekują wybicia.
Po kilku latach aktywnej gry nauczyłem się, żeby w takich momentach minimalizować ryzyko, czyli nie budować nowej pozycji i jeśli jest to opłacalne, redukować aktualne pozycje.
W moim portfelu zdecydowanie dominują pozycje krótkie, z którymi nie czuję się zbyt komfortowo, jednak póki nie ma wyjścia indeksów górą, to nie ma też bólu i cięcia strat. Nie taka miała być ta bessa ;) Ropa wciąż droga, zatem i certy na spadki tanie. Dolar ani tani, ani drogi. Niektóre akcje wciąż w atrakcyjnych cenach, ale skoro się konsolidują lub opadają, to ciężko jakoś kupić.
Chciałem przymierzać się już do kupowania akcji, ale skoro bania na Apple dopiero pęka, na ropie też już wygląda na słabnięcie (choć tam to zawsze wygląda, że mogliby już spaść, a potem dalej pompa :) , podobnie zresztą jak na wielu innych surowcach, to wolę unikać polskich spółek lub powoli podbierać dywidendowe skarby z horyzontem conajmniej rocznym. Podobno zmienia się paradygmat, kapitał płynie z bondów, złota i surowców do akcji. To jest właściwie to, co cały czas pisałem o cyklach, tyle że ten proces "powinien" rozpoczynać się w 2014 roku... :)
Sytuacja makro jest dla mnie kluczowa, ponieważ wciąż jestem kiepskim graczem, ale dzięki dość skutecznemu poruszaniu się w gąszczu wykresów, analiz i analogii udaje mi się co roku zarobić te kilkanaście procent. W tym roku zaczynam odrabiać straty ze stycznia-lutego, ale jestem jeszcze pod kreską. Nie martwię się jednak, ponieważ dzięki trzymaniu się zasad pierwszy raz udało mi się zrealizować kilka zaplanowanych średnioterminowych transakcji.
Co więcej - udało mi się zamienić małe zyski w małe straty i na tym zakończyć :) Wcześniej przyczyną moich słabych wyników było branie małych zysków, bo bardzo bałem się, że zamienią się w straty. Wreszcie sobie z tym poradziłem, choć zdarza mi się przyspieszać realizację zleceń, gdy podchodzą blisko TP.
Żeby dodać łyżkę dziegciu, kiedy S&P500 spadał na początku marca na 1340, miałem sporą pozycję S i zamiast ją zredukować, wesoło czekałem na 1328, "bo przecież musi spaść na fibo23.6 i SMA50" (jakoś tak, już nie pamiętam dokładnie). Późniejszy wystrzał na 1420 zmasakrował moją pozycję na CFD i myślałem nawet o poświęceniu depo. Ale usiaki trochę zawrócili, więc już zacząłem redukować pozycję. Teraz cała nadzieja w Apple, że bania pękła i pociągnie trochę indeksy w dół.
Na fx/cfd grałem wg innych zasad i one całkiem dobrze płaciły (tj. mocne zwiększenie pozycji, gdy idzie w moją stronę i szybka redukcja, gdy pojawi się zysk, ponieważ rynek szybko zawraca). Gdybym wtedy zagrał wg starych zasad, tj. mocno zredukował pozycję na 1340, późniejsze wyjście na nowe szczyty nie byłoby tak bolesne i miałbym kapitał do dobrania krótkich. Niestety zmiana zasad w trakcie gry tak się kończy.
Mając już zaufanie do siebie, wiedząc że jak zaplanuję jakieś zagranie, to nie zamknę przy starcie pozycji, czuję wreszcie, że mogę skorzystać z nieograniczonych możliwości, jakie daje rynek. Nie spieszy mi się - przeżyłem już niejedno i czekam na specyficzną sytuację, którą znam. Rynek zawsze robi swoje, ale często rymuje. Kiedy rozpoznam zwrotkę, przyłączę się do recytacji, a jeśli podmiot liryczny bełkocze coś niezrozumiałego, staram się uciec w gotówkę.
Niedawno czytając komentarze pod wpisem AppFunds o mieszkaniach naszła mnie taka refleksja, jak wielu ludzi łapie się na końcówkę szczytu. Bańka mieszkaniowa pękła w 2008 roku, ale nie widzieliśmy jeszcze krwi. Tymczasem wielu ludzi trzymało zaskórniaki i teraz widzi okazję do inwestycji. Niedawno rozmawiałem z kolegą, który chce kupić dom, bo teraz są tanie jak barszcz, tylko 350 tys. w bliźniaku. Próbowałem im trochę naświetlić sytuację, że kredyt jest historycznie tani, że nieruchomości są wciąż drogie i będzie taniej, że jak Donek i jego banda nie będą mieli mogli bardziej opodatkować pracy, ZUS zacznie zarzynać firmy, to opodatkują wkńcu nierochomości, bo majątek nie ucieknie do UK tak jak firma czy pracownik.
To są chyba właśnie ci last time suckers, dopiero jak oni kupią zadowoleni, że "było po 6, a kupiłem po 5 za metr", nie będzie już komu wcisnąć tej "inwestycji" i ceny się dramatycznie posypią. Sam zresztą postępuję na giełdzie podobnie - echa krachu na ropie skłoniły mnie do notorycznego szorcenia z nadzieją, żę różne elioty czy analogie się spełnią. Niedawno chciałem zagrać L Gold, bo się ładnie skorekciło, w akcje jeszcze nie wierzę, a złoto przecież jeszcze będzie rosło conajmniej na 2000.
Dlatego nie mam zaufania do powiedzenia "trend is your friend", ponieważ wiem, że gdy widzę ten trend i chcę pod niego grać, to widzą go już wszyscy inni i to jest ostatni moment, żeby się ewakuować. Na razie będę się dalej specjalizował w strategiach kontrariańskich, które połączone z cierpliwością, doświadczeniem i odwagą do zajęcia pozycji dają świetne rezultaty. Z trendem też często gram, ale pod krótkie ruchy, buy&hold mi póki co nie wychodzi (bo wtedy jest end of trend).
Na koniec wykresik, dla tych którzy grają pod dojrzałe trendy:
Franka nie chcę kupować (właściwie kupiłem go w parze z dolarem poprzez S USDCHF, ale to małe techniczne zagranie, co ciekawe obliczone na koretkę nowej hossy na tej parze :D ), więc trend wzrostowy może jeszcze potrwać.