Treningi
Rzadko uczestniczę w zorganizowanych biegach. Lubię ich atmosferę, rozmowy z zawodnikami, doping kibiców, ale nie przepadam za zbyt wysokim tempem. Nie mam ciśnienia na wyniki i rywalizację, przez ostatnie kilometry nieustannie liczę ile jeszcze do końca. A finalnie i tak zostaje z tego niewiele wspomnień. Więc dlaczego zapisałem się na Maraton Gdańsk? Nie pamiętam :) Może na fali uniesienia po zeszłorocznym Małym Wielkim Biegu w Straszynie.
W każdym razie wystartować trzeba było, a forma po jesieni leżała. Odwlekałem powrót do treningów do samego końca. Coś tam zimą robiłem: spacery, przysiady, tabata z pompkami, raz na tydzień potruchtałem. Minimum niezbędne do utrzymania mięśni głębokich, żeby po 15 latach biegania stawy nie zaczęły się rozłazić. Mój standardowy trening zimą wyglądał mniej więcej tak:
- spacer po parku 4 km; jeśli jest zimno, biegnę, żeby się rozgrzać; często na trasie można spotkać kolegów biegaczy - np. Piotrka
- po drodze wykonuję ćwiczenia na atlasach rozstawionych w parku
- wyjścia po zakupy czy do centrum - trucht; daje to z raz w tygodniu trening z obciążeniem i dodaje kilometry
- napinanie mięśni - nawet siedząc przed kompem można podnieść sobie ciśnienie prostymi ćwiczeniami zamiast kawą.
Do samego maratonu dałem sobie miesiąc na przygotowania.
Tydzień 1: intensywniejsze, codzienne spacery z ćwiczeniami na atlasach i szybkimi sprintami. Celem było pobudzenie mięśni przed dłuższymi startami. Trzy biegi 5 km.
Tydzień 2: kontynuacja ćwiczeń z tygodnia pierwszego, na koniec tygodnia spokojny bieg ok. 20 km. Akurat pojechaliśmy na święta do Krasnopola, więc wyskoczyłem do lasu. Super było w końcu podeptać coś dłuższego.
Mimo że dystans niedługi i tempo powolne, na drugi dzień odczułem zakwasy. Stopy odwykłe od długich biegów pokryły pęcherze. Kiedyś 20 km robiliśmy przed śniadaniem, a potem zaczynaliśmy normalny dzień...
Tydzień 3: Nie mogłem jednak dawać organizmowi czasu na odpoczynek, trzeba było w ekspresowym tempie odbudować formę. Nogi zdały egzamin, zimowe ćwiczenia konserwujące okazały się skuteczne. Gorzej było z formą odwykłą od kilkugodzinnego wysiłku. Zwiększyłem zatem kilometraż spacerów i truchtów. Na koniec tygodnia pobiegłem "morsa" do Brzeźna, czyli na plażę + kąpiel i powrót, razem 25 km. Noga już dobrze podawała, muzyka sączyła się ze słuchawek. Na powrót włączyłem jednego z tych pozytywnych szurów z podcastu Cypriana Majchera.
Tydzień 4: Ostatni tydzień przed maratonem to głównie odpoczynek, żeby włączyła się kompensacja po ostatnim dłuższym wybieganiu. Spacery, rozciąganie, rundka z kolegami wokół stawu.
Maraton Gdański (kwiecień)
W piątek skoczyłem rowerem odebrać pakiet. Wszędzie zawodnicy, stoiska, młyn. To ta atmosfera dla której czasem warto zapisać się na publiczną imprezę.
W niedzielę Ela zawiozła mnie na start. Plan był prosty: pierwsze 21 km w tempie 6 min/km, kolejne ok. 7, żeby na mecie zameldować się po 4 i pół godzinie. To byłby niezły wynik po miesiącu trenowania. Tomek od półtora roku nie biegał, Misiek leczył kontuzję, więc wysłałem im fotkę ze stadionu:
Wymieniłem piątki z koleżankami i kolegami poznanymi w ciągu 15-letniego związku z bieganiem. W końcu spotkaliśmy się z Piotrkiem i lekko podekscytowani przesuwaliśmy się z tłumem do stadionowej bieżni, na której startuje maraton.
Po przekroczeniu linii startu życzyliśmy sobie powodzenia i każdy ruszył swoim tempem. Z trudem powstrzymywałem nogi pchane adrenaliną. Pod górkę zwalniałem, z górki nadrabiałem. Podkręciłem tempo na ok. 5:50 na km. Wiedziałem, że po 30-stym będę te sekundy oddawał. W Głównym Mieście (tzw. starówka) 5:40. Za szybko, ale w tłumie włącza się euforia biegacza.
20-sty km, czas na tajną broń: wyciągam słuchawki i puszczam listę. Koło AWFu leci Turn the Page Metalliki. Myślami przesuwam się 10 lat wstecz, kiedy biegłem tam 100 km po bieżni 400 m w ramach badań naukowych nad ultrasami. Kolejne utwory podtrzymują sentymentalny nastrój.
Koło Ergo Areny po 25 km kończy się łatwe paliwo. To ten minus biegów zorganizowanych za którym nie przepadam. Chciałoby się już finiszować, ale do mety jeszcze daleko. Biegniemy między blokowiskami Przymorza. Umysł liczy kilometry, tempo, szacuje ile jeszcze. Staram się skupiać na muzyce. Tempo spada do 6:25. Według planu mogłem zejść nawet do 7 minut, ale trochę szkoda się robi wcześniej wypracowanego marginesu. Poza tym: im wolniej będę biegł, tym dłużej będę się męczył między tymi smutnymi jak p..zda blokami. Lekko przyspieszam.
Ostatnie kilometry. Wzdłuż morza zawieszam oko na krągłym tyłeczku jakiejś Kanadyjki (sądząc po koszulce). Wujek rolnik mówił mi kiedyś, że tam w Ameryce jedzą szynkę pędzoną hormonami i dlatego im tak nieproporcjonalnie rosną tyłki.
Jeszcze tylko 5 km, jeden Parkrun. Żele z punktu odżywczego i zapach mety dodają sił. Widzę już stadion. Ostatni kilometr zaczyna się nieprzyjemnym podejściem. Biegnę. Z górki dociskam na 4:40. Do mety już nie odpuszczam. Czas całkowity 4:12:30. Tempo 5:59/km. Nie sądziłem, że jeszcze tyle pary zostało w organizmie.

















