piątek, 15 października 2021

Ultra Bieszczady cz. 3: Bieg

 VI

Noc

Próba przespania przynajmniej godziny, pół godziny, chociaż 15 minut, spełzła na niczym. Medytowałem, rozluźniałem ciało, liczyłem oddechy, odpływałem w myśli i nic. Przeleżałem do północy i zrezygnowany wstałem ubrać się na bieg.


Podstawowy ekwipunek ultrasa liczy całkiem sporo ważnych pozycji. Przede wszystkim plecak biegowy, taki który nie podskakuje przy biegu, wypłaszcza się na plecach, że można narzucić nań bluzę, przeciwdeszczówka i folia NRC (w razie wypadku trzeba się szybko okryć nieprzemakalnymi izolatorami, żeby nie wyziębić organizmu), latarka czołówka + zapasowa i komplet baterii, kubek przenośny, softlaski (ostatecznie ich nie użyłem, bo zabrałem dwa kubusie w plastikowych butelkach). Do tego paczka słodyczy, na których nie połamię zębów jak wymarzną, a zatem czekolada nadziewana,  chałwa, kasztanki, tiki-taki i michałki. Z bukłaka musiałem zrezygnować, bo kilkuletnie gumowe rurki zapleśniały, zresztą na trasie miało być 5 punktów odżywczych, więc w niskiej temperaturze nie potrzebowałem zabierać jednorazowo więcej niż 0.5 litra napoju na etap.

Od wiosny 2017 trenuję metody Wima Hofa, nie ubrałem ani razu kurtki, w największe mrozy zakładam sweter na krótki rękawek. Biegam tylko w krótkim rękawku bez względu na temperaturę. Bardziej obawiałem się słońca i 10 stopni w południe, niż nocnego przymrozka. Słońce nie raz mnie rozłożyło na trasie, prawie wszystkie kryzysy wynikały z przegrzania. Natomiast hipotermię miałem tylko w pierwszych lata biegania ultra zimowych, gdy zakładałem kilka grubych warstw ubrań aż się pociłem. Kilkugodzinny kompres z wilgotnej koszulki wychładza silniej niż bieganie bez koszulki.

Za 25 pierwsza wyszliśmy na start. Mieliśmy kilkaset metrów do zbiórki, ale pierwszego ultrasa spotkaliśmy tuż po opuszczeniu pensjonatu. Leżał sobie na chodniku w kufajce, skulony w pozycji embrionalnej, wyraźnie po spożyciu.

- Wstawaj! Zamarzniesz! - powiedział Piotr.

- Spierdalaj! Jestem stąd!

Pozostało nam spierdalać, ale zawiadomiliśmy organizatorów o nieoczekiwanym spotkaniu i jak później biegliśmy tą samą trasą lokalsa już nie było.

Wystartowaliśmy z 5 minutowym opóźnieniem, bo organizator jeszcze tłumaczył szczegóły trasy. Dla mnie mógł mówić po chińsku i tak założyłem, że jak zawsze będę biegł za innymi. Błąd. Ze względu na małą liczbę uczestników biegu na 90 km (78) nie było wielu taśm, a rodzaj oznaczeń zmieniał się w zależności od etapu. Większość trasy każdy spędzał samotnie.

Wszyscy truchtem opuściliśmy Cisną i ruszyliśmy na górę Małe Jasło. Widząc, że trasa nachyla się w górę przestałem biec. Mówię do Michała i Piotra, że pod górę przecież nie biegamy, ale pognali z peletonem. Zostałem sam na końcu stawki. Ostatni w ciemności. Dziwne uczucie. Zawsze na ultra było tylu uczestników, że przemieszczałem się za światełkami ich czołówek. Na szczęście trasa nocna była całkiem dobrze oznaczona namalowanymi odblaskiem kwadracikami, które odbijały światło latarki. Postanowiłem nie gonić pod górę, wiedziałem z doświadczenia, że na zbiegu przesunę się do przodu.

Pierwsze kilometry nie wnoszą wiele do życia. Widzisz przed sobą tylko niewielkie kółko oświetlone latarką i koncentrujesz, żeby nie potknąć się na kamieniu. Co jakiś czas rzut latarką w przód, żeby upewnić się, że oznaczenia odblaskują i jesteś na szlaku. W pewnym momencie zerwał się wiatr, przenikliwe zimno przeszywające do kości. To znak, że wszedłem na szczyt. Przez myśl przemknęło, żeby jednak ubrać wiatrówkę, ale pomyślałem, że przecież biegałem maratony przy -8 stopniach i takie warunki nie są niczym nadzwyczajnym. Uniosłem nawet plecak, żeby wiatr osuszył mokre plecy.

Gdy przez chwilę uniosłem głowę zobaczyłem mieniące się tysiącami gwiazd niebo. Co za widok! Nie mogłem powstrzymać się, by co chwilę nie odrzucić głowy i nie zerknąć na ten cud natury. Jak światła kosmicznego miasta.

Małe Jasło, Szczawnik i Duże Jasło to szczyty pierwszego masywu. Wybaczcie jeśli używam niefachowego słownictwa; chodzi o takie lokalne szczyty na większej górze, na którą się długo wchodzi i zbiega. Przeklejam profil trasy:




Na górze między poszczególnymi szczytami pojawiły się wreszcie pierwsze zbiegi i mogłem podkręcić tempo. Zacząłem wyprzedzać kolejnych zawodników. Wreszcie zbiegłem do pierwszego punktu w Roztokach (15-sty km). Zjadłem garść orzechów i herbatników, poprosiłem o napełnienie herbatą butelki po kubusiu i pognałem w dół za światłami, które w moim wyobrażeniu były biegaczami startującymi do kolejnego etapu. Okazało się jednak, że to samochód. Musiałem wrócić pod górę i skręcić w prawidłową ścieżkę. Nie ma jednak tego złego co by na dobre nie wyszło: w punkcie spotkałem Piotra. Okazało się, że na zbiegu wyprzedziłem jego i Michała. Postanowiliśmy w dalszy etap ruszyć razem.

Trasa zasadniczo nie odbiegała od poprzedniej. W pewnym momencie zacząłem jednak coraz słabiej widzieć. Czy to moja kurza ślepota, czy baterie w latarce wysiadały? Biegłem za Piotrem, żeby korzystać z jego światła. Postanowiliśmy, że baterię zmienię dopiero w punkcie odżywczym w Solince na 28-mym kilometrze. Za wiele z tego etapu nie pamiętam. Wciąż ciemno, wciąż wieje, wciąż dużo sił i skupienie na pokonywaniu trasy. Wbiegamy kolejno na Rybi Wierch, Sinkową, Strop, Czerenin.

Wreszcie dobiegamy do punktu odżywczego. Piotr wymienia baterie gdy uzupełniam zapasy, tym razem muszę więcej zjeść i wypić. Znowu proszę o herbatę do butelki, tym razem samą gorącą, bo w tej temperaturze bardzo szybko się wychładza i ręce marzną nawet przez rękawiczki. Zapalam latarkę i snop światła potwierdza: nie jestem ślepy! Biegniemy ze 2 km, potem długie strome podejście na Hyrlatą, Rosochę i mocny zbieg. Zaczyna świtać, wreszcie można zobaczyć góry, po których biegamy.


Za kilka km będzie trzeci punkt odżywczy. Przyłącza się do nas jeden z biegaczy, dyskutujemy, szybciej mija czas. Przy podejściu na Roztoki II mówię im, żeby szli beze mnie, bo tempo pod górę jest dla mnie za szybkie i później to się zemści. Znowu zostaję sam, ale jak jest jasno, to wszystko wygląda lepiej niż w nocy.

Fotografie gór wykonane przez Piotra



VII

Samotne zmagania


W trzecim punkcie odżywczym delektuję się zupą pomidorową. Mamy już maraton w nogach! Zostało 50 km do końca. Trasa wiedzie innym szlakiem na Okrąglik, na którym już byliśmy. Z naprzeciwka biegną zawodnicy z dystansu 52 km. Cześć, hej, pozdrowienie ręką - jak wyczerpujące może być takie pozdrawianie co kilka sekund. Najchętniej wbiłbym wzrok przed nogi, nie myślał o niczym, tylko skupiał się na kolejnym i kolejnym kroku. Wchodzenie się dłuży. Nie widzę nikogo z mojego dystansu - ani z przodu, ani z tyłu. Ale ci z naprzeciwka potwierdzają, że widzieli "moich" biegaczy i jestem na szlaku.

Kiedy podejście staje się najbardziej strome, łapie mnie skurcz mięśnia tuż nad lewym kolanem. Każdy krok boli. Nie wiem co robić, nigdy czegoś takiego nie doświadczyłem. Nigdy nie zszedłem z trasy, nawet nie wiem czy dałbym radę zawrócić z takim skurczem. Postanawiam iść, dopóki mogę stawiać kroki. Wreszcie docieram na szczyt, zmienia się ułożenie nóg i skurcz magicznie znika. So far, so good.

Teraz patrzę na mapkę i widzę, że mam skręcić na szlak czerwony. Tylko gdzie? Czerwony prowadzi w kilku kierunkach. W tym miejscu część zawodników pobiegło w złym kierunku. Mnie uratowało poczekanie na zawodnika ze swojego biegu, który miał trasę wgraną do zegarka. Zegarek zaalarmował, że zeszliśmy z trasy, gdy skręciliśmy w złym miejscu i skierował nas na poprawny szlak. To był jeden z ładniejszych fragmentów trasy. Rozległe połoniny, cały szereg szczytów z finałem na Rabiej Skale.

Pitekantrop wyruszył ze swojej jaskini w poszukiwaniu niedźwiedzi








Co kilka km zasilam się nadziewanymi czekoladkami, ale powoli cukier zaczyna mnie odrzucać. Zjadłbym coś warzywnego, zupę, ziemniaki. Za kilka km punkt odżywczy w Wetlinie. Nie ma tam niestety zupy, są za to arbuzy, którymi się opycham i bardzo miłe panie, które oferują nawet nalewkę wiśniową. Proponują też, że zdejmą mi latarkę czołówkę, muszę w niej debilnie wyglądać w środku dnia, jednak dobrze wiem jak to jest biegać bez opaski z rozwianymi włosami. Kiedyś biegłem jak wiało centralnie z tyłu i włosy wciskały mi się do oczu, połamałbym się na pierwszym kamieniu wystającym ze ścieżki. Nie, dziękuję.


VIII

Smerek



W tym miejscu góry już mnie nie kręcą. W nogach 60 km i jeszcze 30 do mety. Niby bliżej, niż dalej, ale wciąż wiele godzin męczarni przede mną. Wejście na Smerek jest strome, różni się tylko tym, że na trasie nagle zrobiło się pełno turystów. No nic, trzeba się skupić na postawieniu kolejnego kroku po każdym wcześniejszym i wymijać. Nie liczę czasu, to nie ma sensu na ultra, można się tylko zdołować. Kiedy jednak wychodzę z lasu, widok robi wrażenie. Szczyt jest oświetlony promieniami słońca, skalisty. Przepełnia mnie jakiś rodzaj euforii, że mogłem zobaczyć tę górę.

Jak tylko trasa się wypłaszcza zrywam się do biegu. I kiedy tak sobie skaczę ze skałki na skałkę ktoś mnie woła. Misiek? Skąd się tu wziął? Okazuje się, że należał do grupki, która skręciła w "zły" czerwony szlak na Okrągliku i zbiegli Fereczatą do Wetliny. Gdyby nie kolega z zegarkiem, też bym tak pobiegł. Gadamy chwilę i żegnamy się, bo Michał musi iść wolniej ze względu na ból w stopie, którą rok wcześniej złamał. Zapewnia, że spokojnie zmieści się w limicie.

Zbieg trwa długo. Spotykam na trasie biegacza, z którym fajnie się rozmawia. Kiedy docieramy do ostatniego punktu odżywczego (Smerek na 72 km) dochodzi do zabawnej sytuacji. Ponieważ już nie mogę jeść słodyczy, a potrzebuję wściekle kalorii, zapijam arbuza bulionem. 

- A kolega nie chce? Aaa: vege runner - mówi wolontariuszka, spoglądając na koszulkę mojego towarzysza.

No proszę, wierny idei. A ja po 10 latach wege się złamałem i wypiłem rosołek. Uśmiechnęliśmy się, że jednak w takich warunkach można takie odstępstwo wybaczyć.


IX

Kryzys na Fereczacie

Truchtamy i idziemy pod łagodne wzniesienie razem jeszcze jakieś 2 km. Zegarek kolegi szacuje na podstawie dotychczasowego tempa, że dotrze po ok. 15 godz. 45 minutach (limit 17 godzin). Ukończenie biegu jest niezagrożone. Jednak słońce świeci mi zbyt mocno i wiem, że jeśli nie uzupełnię cukru, w ciągu ostatnich 16 km skończy mi się glikogen w mięśniach. Biję się z myślami czy nie zjeść chałwy, jednak zbyt mnie odrzuca od słodkiego. Mówię zatem towarzyszowi, żeby szedł dalej sam, bo muszę zwolnić tempo i spokojnie wczłapać na ostatni duży szczyt: Fereczatę.

O ile pierwsze szczyty z tego biegu po prostu się pojawiły, drugie wejście na Okrąglik odbiło się na mięśniu przy kolanie a Smerek długo trwał, to Fereczata ciągnęła się w nieskończoność. Mentalnie to jedno podejście i reszta trasy do mety trwały połowę całego biegu. Długo przyjmowałem to w spokoju; gdy zobaczyłem promienie słońca na ścieżce myślałem, że już prawie jestem na szczycie. Ale wtedy szlak zakręcał i kolejne minuty wchodziłem i wchodziłem. W końcu spokój zmienił się w irytację. Ile to k..wa jeszcze może trwać??? Wieczność. A gdy już wreszcie dotarłem na szczyt, to każde podejście na pomniejsze szczyty trwało tak samo długo. Czekało mnie pokonanie 7 km na masywie.



Ale nie to było najgorsze - tradycyjnie po wejściu na szczyt rzuciłem się do biegu, żeby nadrobić czas. I wtedy uderzył mnie ból (dla odmiany) prawego kolana. Coś wysiadło. Próbowałem przez chwilę rozbiegać, ale ból narastał. Natychmiast przeszedłem do chodu - jeśli ból narasta, to rozbieganie go jest proszeniem się o kontuzję. Zapomnij o czasie, i tak dojdziesz - teraz najważniejsze, to dotrzeć w jednym kawałku.

Pierwsza oznaka kończenia się kalorii to chłód. Organizm przestaje grzać. Popołudniowe słońce dalej świeci, ale silny wiatr na szczycie nie ustaje i marznę jakby była zima. Gdybym mógł pobiec, ogrzałbym się. Ale przez kolano nie mogę. Wreszcie po raz ostatni skrzyżowanie Okrąglik - do mety 7 km. Mentalnie jestem już na mecie, ale co chwila pojawia się wzgórze, którego nie potrafię dostrzec na mapie. Ktoś mnie wyprzedza. Po godzinach samotności pojawia się zawodniczka, potem biegacz. Gdy mnie mija pękam - staję na podejściu wyczerpany i sięgam do plecaka po cukierka Michałka. Rozpływa się w ustach, mija dosłownie kilka sekund i czuję jak życiodajny cukier rozchodzi się we krwi. Jedna margarynka z cukrem i kakao wyciąga mnie z kryzysu.

Chcę biec. Szukam sposobu na truchtanie bez bólu w kolanie - i znajduję go! Stare dobre "chi running", czyli technika biegu na prawie prostych kolanach. Ledwie szurasz stopami do przodu na śródstopiu, opierając ciężar ciała na łydkach. Jakby bieganie tip-topami. Trzeba tylko wymijać wszystkie wystające kamienie i korzenie. Wreszcie zbieg. Czuję moc, czuję metę! Jest to wolniejszy zbieg od szerokiego rozstawiania nóg, ale i tak szybszy niż schodzenie pieszo. Jest mi już ciepło, myślami jem już zupę wariankę w karczmie łemkowskiej.


X

Kim jesteś? Jesteś zwycięzcą!

Gdy zbiegam do Cisnej wracają wspomnienia z Rzeźnika, którego biegliśmy z Tomkiem dwa lata temu. Wtedy też przed metą pędziliśmy w dół, aż uda paliły. Teraz z racji techniki tempo mam wolniejsze, ale cel ten sam. Skończyć bieg, zgarnąć medal i wskoczyć pod gorący prysznic. Nie ma błota, nie powinienem się wywalić jak wtedy.

Wreszcie po 16 godzinach i 9 minutach mijam linię mety. Medal na szyję i do pensjonatu. W drodze spotykam Piotra (czas 14:57) - wyszedł, bo zapomniał oddać czipa na mecie. O, ja też zapomniałem - weź proszę mój. Piotrek zaczeka na Michała, ja w tym czasie się wykąpię. Tak też robię, siadam na podłodze i delektuję się gorącą wodą smagającą ciało. Nie wiem jak długo trwa ten stan, ale w końcu trzeba się wygramolić. Brudne ciuchy i buty wrzucam do reklamówki Biedronki "Biohazard". To jeszcze nie koniec - brakuje mi kalorii, więc zaraz będzie zimno. Gramolę się pod kołdrę i ogrzewam.

Wracają chłopacy - Michał jako ostatni ukończył bieg w limicie, stopa wytrzymała!


Proszę, żeby dali mi czas na drzemkę nim Michał się wykąpie. Zamykam oczy i już mnie budzą. Spałem może 15 minut, ale wzmocniłem się. Idziemy coś zjeść. Kiedy wychodzimy jest ciemno i telepie mną, idzie przymrozek, a mam krótkie spodenki, bluzę i 0 kalorii. Jeść, jeść. Niestety we wszystkich barach i restauracjach zajęte miejsca. W restauracji hotelowej, w której w piątek jedliśmy śniadanie udaje się zdobyć stolik. Zamawiamy zupy, piwo, drugie danie.



Jest przyjemnie ciepło, smacznie i można na gorąco podzielić się wrażeniami. Kiedy wychodzimy na zewnątrz uderza zimno, ale żołądek pracuje, ciało zaczyna grzać - odzyskuję kontrolę. Przede mną pierwsza od dawna noc, którą prześpię jak niemowlak.


czwartek, 14 października 2021

Ultra Bieszczady 90 cz. 2: Przed startem

 IV

Kierunek Bieszczady


Okres przygotowań do wymagającego biegu wprowadza w życie pewien porządek. Nagle więcej uwagi zwracasz na celowość codziennych aktywności. Koncentrujesz się na wykonaniu treningu, pracujesz na lekko podwyższonych obrotach, nie rozpraszasz energii na pustą rozrywkę czy internetowe dyskusje. Droga jest celem - bieg ultra zaczyna się miesiące wcześniej. 

Wreszcie przychodzi dzień wyjazdu. Ponieważ ruszaliśmy z drugiego końca Polski (Gdańsk), wybraliśmy pociąg nocny z kuszetką do Krakowa w środę w nocy, a z Krakowa bus do Cisnej. Start biegu wypadał o 1 w nocy z piątku na sobotę, mieliśmy zatem czwartek i piątek na aklimatyzację. Długie biegi ultra z reguły zaczynają się nocą z piątku na sobotę bądź latem we wczesnych godzinach sobotnich. Zazwyczaj wyjeżdżaliśmy na nie w piątek i z marszu szliśmy na start, często zmęczeni podróżą.





Decyzja o włączeniu noclegu i dodatkowego dnia w długą podróż była bardzo sensowna. Nie zarwaliśmy nocki i mieliśmy dodatkowy dzień na odpoczynek. Jeszcze w czwartek każdy musiał powisieć na telefonie, żeby zamykać sprawy zawodowe. Powoli jednak odcinaliśmy się od codziennego życia i ulegaliśmy magii Bieszczad. Zakwaterowaliśmy się w uroczym pensjonacie nad rzeką (Sielski Zakątek) w pokoju 3-osobowym. Jeszcze w czwartek chłopacy wyskoczyli na 10-km rekonesans, ja musiałem rozwiązać jedną sprawę przy telefonie. Spacerowałem wzdłuż rzeki i nabierających koloru jesiennych drzew.

Stołowaliśmy się w Karczmie Łemkowyna, gdzie znalazłem zaskakująco dużo wegetariańskich potraw. Były to tradycyjne dania dawnych mieszkańców tych ziem, którzy z biedy zastępowali mięso zbożami, warzywami i serem. Każdy wybrał sobie jakieś danie, które do końca pobytu było żelaznym punktem posiłku. Piotrek upodobał sobie barszcz z uszkami, Michał zupę czosnkową a ja Wariankę: zupę na zakwasie kapusty z beczki podawaną z ziemniakami.


Najzabawniejsze w całym wyjeździe jest to, że wypiliśmy więcej kawy niż piwa, nie mówiąc o mocnych alkoholach. Kiedyś wyprawy na ultra były okazją do imprezy i zdarzało się leczyć kaca jeszcze na pierwszych kilometrach. Tym razem sączyliśmy małe czarne, Michał przywiózł nawet ręczny młynek i ziarna, żeby parzyć kawę do termosów.

Noce w górach są już zimne, dlatego zamknęliśmy okno. Po kilku godzinach obudziłem się zgrzany, więc wyszedłem na taras się schłodzić. Widok gwieździstego nieba był hipnotyzujący, poczułem spokój, delektowałem się rześkim powietrzem i skupiałem na powolnych oddechach.




V

Piątek

Dzień przed startem spędziliśmy aktywnie. Rano śniadanie w hotelowej restauracji, potem wycieczka na platformę widokową na Jelenim Skoku.



Pogoda idealna: słonecznie, bezchmurnie, 10-12 stopni. Zeszliśmy na obiad w Karczmie Łemkowyna i odebraliśmy pakiety startowe.



Posnuliśmy się jeszcze tu i tam do wieczora, spakowaliśmy plecaki na start i od 21 próbowaliśmy się zdrzemnąć do północy.


środa, 13 października 2021

Ultra Bieszczady 90 cz. 1: Motywacje i trening

I

Decyzja


1 sierpnia przyszła wiadomość od Michała z naszego starego teamu TriCity Ultra:

Michał

Hallllloooooo

Jedziemy z Piotrem na początku października na ultramaraton do Cisnej, 90 km w Bieszczadach, może chcesz na przygodę się zapisać?

Ja

Chcę, choć nie wiem czy podołam 😃

Ale jeszcze czas, żeby się przygotować

Michał

To się zapisz a myśleć będziesz podczas biegu 😃


16 sierpnia dalej myślałem, więc Michał ponowił pytanie. Trzeba było podjąć decyzję. Zrobiłem szybki bilans:

- ostatni raz biegłem ultramaraton w 2019 z Tomkiem (również w Bieszczadach),

- tydzień wcześniej przebiegłem dopiero pierwszy maraton w 2021,

- od listopada zeszłego roku biegam rekreacyjnie, poniżej 20 km tygodniowo,

- do ultra zostało niespełna 3 miesiące (tu się autentycznie pomyliłem, bo zostało niecałe 2).

Dam radę - zapisuję się! Dopiero tydzień później Michał uświadomił mnie, że dodałem 1 miesiąc. I wtedy zacząłem odczuwać respekt przed biegiem.


II

Motywacje

Do ultra trzeba być porządnie przygotowanym, inaczej na trasie będzie cierpienie i walka o limit czasowy. Szczerze to nie przepadam za zorganizowanymi górskimi ultra - robisz 90 km po pięknych górach, wchodzisz na kilkanaście szczytów, a przez większość czasu koncentrujesz się na ścieżce pod nogami, żeby nie połamać nóg na wystających kamieniach, nie poślizgnąć się na błocie czy nie kopnąć w wystający korzeń. Do tego zmęczenie i ból nóg. Zdecydowanie wolę ultra turystyczne organizowane w wąskim gronie kolegów - dystans do pokonania podobny, ale wejście na górę jest punktem kulminacyjnym wyprawy. Jest też czas na odpoczynek, podziwianie widoków i bezpośrednie doświadczenie nowej krainy.

Są też plusy zorganizowanych biegów: ktoś zadbał o atrakcje na trasie, punkty odżywcze a w dobie koronawirusa łatwiej pojechać gdzieś w Polskę, niż latać po Europie. Ponadto człowiek lubi się sprawdzić, "znaleźć w elicie", bo w końcu nie każdego stać na taki wysiłek. Kiedyś mi to imponowało, znalezienie się w statystykach, punkty ITRA itp. Porównywaliśmy się z kolegami, ścigaliśmy, chcieliśmy zaskakiwać coraz bardziej wyśrubowanymi wynikami. Już mnie to od dawna nie kręci, najbardziej lubię po prostu wspólną męską wyprawę, podczas której przez kilka dni możemy odciąć się od bieżącej rzeczywistości. A Bieszczady nadają się do tego idealnie :)


III

Trening

Bieganie ultra jak każdy sport ekstremalny jest proste, ale nie łatwe. Musisz po prostu dużo i mądrze trenować, a wyniki przychodzą same. Wyniki są funkcją uczciwej pracy. Gdyby życie było takie proste! W biznesie, sztuce czy na giełdzie możesz poświęcić tysiące godzin i litrów potu na naukę i pracę, a rezultat będzie zbliżony do tego, jakbyś przeleżał cały ten czas. Sport jest z grubsza liniowy (z grubsza, bo z gry mogą cię wykluczyć np. kontuzje), biznes natomiast jest nieliniowy: ilość czynników jest zbyt wielka, żeby znaleźć sposób na sukces. Możesz tylko koncentrować się na działaniach zwiększających szansę i liczyć na szczęście lub być przygotowanym na sprzyjające okoliczności. Dlatego tak wielu ludzi wciąga się w sporty ekstremalne: robią rzeczy które kiedyś wydawały się nieosiągalne i budują na tym swoją tożsamość.

Do ultra trafiłem trochę z przypadku. Początkowo bieganie traktowałem rekreacyjnie i nie zamierzałem wychodzić poza strefę komfortu. Dopiero gdy zacząłem biegać z Tomkiem zobaczyłem, że można pokonywać dystanse zarezerwowane wcześniej w świadomości dla zawodowców. Do przodu zaczęła pchać mnie ciekawość: jak to jest przebiec maraton, dwa maratony, 100 km, 150. Potem zacząłem realizować marzenia z dzieciństwa o przygodowych wyprawach do innych krajów. Tanie loty i podróżowanie na nogach pozwalały zwiedzić fiordy czy jezioro alpejskie taniej niż spędzić weekend nad polskim morzem.

Nigdy jednak bieganie nie stało się wiodącą częścią mojej tożsamości. Zbyt wiele spraw jest ważnych, by miały ucierpieć na skutek jednej aktywności. Bieganie musi mi więcej dawać, niż odbierać. Dlatego opracowałem bardzo efektywny trening. Chłopacy się zawsze ze mnie śmiali, gdy zamiast wydeptywać kilometry robiłem kilka serii pompek i przysiadów. Owszem - potem mieli na biegu czas lepszy ode mnie, z drugiej strony prezentuję najbardziej równy poziom. Ukończyłem wszystkie ultra, nawet jak zaliczałem zgon na mecie, to z powodu upału a nie braku sił. Nie miałem spektakularnych zrywów, po których przychodziły miesiące odchorowywania, że trzeba było zejść z trasy. Te pompki i przysiady mają swój głębszy cel: konserwują formę, gdy mało biegam i przyspieszają jej wzrost gdy przygotowuję się do startu. Nie inaczej było przed Ultra Bieszczadami.

Wiedziałem, że nie mogę zbyt szybko i dużo biegać, bo nabawię się kontuzji. Nie miałem też czasu na długie treningi, bo jest jeszcze rodzina, biznes i giełda. Tradycyjną 5 km pętelkę po parkach wymieniłem na 8 km pętlę "5 wzgórz" do Parku Oruńskiego, która dobrze nadaje się do trenowania podbiegów. Biegałem ją co drugi dzień przy okazji jak zwykle słuchając audiobooki. W weekendy robiłem dłuższe biegi 15-25 km nad morze lub jezioro otomińskie, gdzie przy okazji popływałem.


W dni, w które nie biegałem, robiłem w południe spacery (ok. 5 km), żeby odetchnąć świeżym powietrzem i oczywiście słuchać audiobooki. Przy okazji zacząłem wykonywać ćwiczenia na rozstawionych wzdłuż ścieżek stepperach, drążkach i innych atlasach. Do tego wieczorem tabaty na balkonie (pompki i przysiady :) , co się fajnie łączyło z treningiem wytrzymałości na chłód.

Spacer do biblioteki połączony z treningiem

Wprowadziłem też różne zasady typu wszędzie chodzę pieszo, nie używam windy, rozciąganie po kąpieli itd. Użyłem wiedzy o projektowaniu nawyków, żeby aktywności dnia powszedniego pracowały na zwiększenie formy. 

Na miesiąc przed startem zrobiliśmy z Miśkiem i Piotrem maraton po Trójmiejskim Parku Krajobrazowym (TPK). Forma była wyraźnie lepsza niż w Krasnopolu, nogi nie bolały na finiszu. Uwierzyłem wtedy, że dam radę w Bieszczadach.

Klasyczna fotka na punkcie widokowym Pachołek

Nagroda na mecie

Na tydzień przed startem miałem jeszcze zaplanowane 30 km wolnym tempem, żeby osiągnąć tzw. kompensację. Niestety z powodu obowiązków biznesowych bieg wyleciał z kalendarza, ale i tak uważam, że przez te dwa miesiące wykonałem optymalny trening.

C.D.N.



sobota, 18 września 2021

Let's get ready to rumble!

 Jeden z moich systemów wygenerował po piątkowej sesji sygnał sprzedaży na szerokim rynku:


Interpretacja prosta: jak czerwona linia jest na 1, to można kupować/pogrywać na akcjach, jak czerwona jest na -1, spodziewam się spadków. Żółty wykres wskazuje zmienność sygnału, której często towarzyszy ruch boczny lub zmiana trendu.

Szeroki rynek na wykresie Stooq pozostaje w konsolidacji od kwietnia. Zwraca uwagę podwyższona zmienność. Zauważyłem, że ostatnio z wielu spółek ewakuował się fundusz Quercus. Chcą być sprytniejsi niż w 2017, kiedy to zostali w papierach i rynek wyciskał ich przez 2 lata. Tylko czy tym razem będzie tak samo jak wtedy? Czas pokaże. Póki co skłaniam się do wersji płaskiej bessy do wiosny-lata 2022.




piątek, 10 września 2021

Analizer S&P500 2021

Dawno temu (ponad 10 lat) napisałem proste narzędzie analizer do porównywania wykresów. Nie ma tam żadnej filozofii, podobnych programów na świecie są tysiące. Liczy się interpretacja. Co kilka miesięcy uruchamiam program i patrzę czy widać jakieś historyczne prawidłowości do obecnego układu na jakimś wykresie. S&P500 świetnie się nadaje do analizy z 2 powodów:

- najlepsze wyniki osiąga się analizując wieloletnie zachowanie,

- dane zawierają historię sięgającą XVIII wieku.


Ok, poszukajmy zatem 19 najbardziej podobnych wykresów do ostatnich 250 tygodni:




















Wrzuciłem aż tyle wykresów, ponieważ ich wymowa robi się dość jednoznaczna. Praktycznie wszystkie analogie wskazują na końcówkę hossy. Jedynie analogie do 1929 i 1987 wskazują na możliwość rakiety w górę przed krachem.

Kontynuuję zatem taktykę RR (redukcja ryzyka).


niedziela, 22 sierpnia 2021

Postawa RR

 Chciałem dziś zrobić analizy, żeby uzasadnić moją defensywną postawę wobec rynku. Nie jestem jednak w stanie przedstawić wykresów, które byłyby jednoznacznie pro-spadkowe. Wszystko wygląda jak "na dwoje babka wróżyła". Swoją postawę zdefiniuję zatem jako RR - redukcja ryzyka.

Mogę łatwo wskazać, że na szerokim rynku zrobiło się drogo (wig poland cena do wartości księgowej):


W latach 2018/2019 gdy wskaźnik przebywał w okolicach 1 kupowałem akcje bez stresu. Nawet krach z marca 2020 nie zachwiał mojej wiary, że akcje odbiją. Statystyka przemawiała za powrotem do poziomu 1.4-1.6. I ten powrót tradycyjnie nastąpił.

Pytanie: co dalej? Nadal wiele spółek jest wycenianych poniżej wartości godziwej. Z drugiej strony sporo spółek technologicznych z wysokim c/wk zawyża wskaźnik. Szeroki rynek nie jest tak drogi jak wskazywałby indeks.

W praktyce moja strategia RR polega teraz na sprzedawaniu akcji, które mocniej wybiły i akumulowaniu gotówki. Lepsza strata okazji niż strata kapitału. Ponadto musiałem zredukować o ponad połowę XTB, na którym miałem zbyt skoncentrowaną pozycję. Po fatalnych wynikach z Q2 pogodziłem się mentalnie z rzezią, jednak kurs pokazał siłę wspinając się na 15 zł. Wykorzystałem ten ruch, żeby zejść z pozycją do poziomów, które nie zmasakrują portfela w razie kolejnego 30-50% zjazdu.

Nadal pozycja akcyjna jest bardzo wysoka - ponad 50%. Po obecnych cenach nie widzę powodów, żeby sprzedać PZU, Azoty czy Monnari. Zgodnie z opisaną wcześniej strategią czekam na tąpnięcia na rynku z elementami paniki, żeby wykorzystywać je do grania pod odbicia. Natomiast od 2022 zamierzam znowu kupować akcje long term.


wtorek, 10 sierpnia 2021

Samotność długodystansowca

 W noworocznym postanowieniu na 2019 założyłem, że do końca roku będę pisał pamiętnik. Do grudnia w każdy wieczór spisywałem myśli i wydarzenia minionego dnia. Czasem zdarzało mi się zapomnieć o pamiętniku i wtedy z trudem odtwarzałem wydarzenia sprzed 2-3 dni. Niewiarygodne jak łatwo przychodzi nam zapominanie przeciętnych dni. Nie wierzysz? Spróbuj sobie przypomnieć co robiłeś wczoraj, przedwczoraj czy tydzień temu.

Niedawno przeczytałem pamiętnik z 2019. Uderzyło mnie jak wiele spraw straciło w tym czasie znaczenie. Niespełna 2 lata po eksperymencie jestem innym człowiekiem. Potrafię sobie odtworzyć co i dlaczego wtedy myślałem, ale nie towarzyszą temu emocje. Sprawy człowieka z tamtych lat są mi obojętne.

Taką refleksję miałem na początku pierwszego w tym roku maratonu. Natłok spraw związanych z zarządzaniem firmą i zespołem wymusił na mnie w 2021 porzucenie tożsamości biegacza długodystansowego. Poświęcenie jednego dnia w miesiącu na maraton lub ultra (tu często wypadał cały weekend) okazało się po 7 intensywnych latach nie do utrzymania. W tym czasie zaliczyłem ok. 80  biegów 40-150 km. Wydawało się, że to droga na całe życie. A jednak zaprzestałem wypraw i im dłużej trwała przerwa, tym trudniej było wrócić na szlak.

Decyzja o maratonie przyszła dość spontanicznie po rowerowej wycieczce dookoła Wigier, którą odbyliśmy niedawno z żoną. 70 km, 5 i pół godziny, klimatyczne widoki, lasy, trochę niewygód gdy złapał nas deszcz. 








W podróży można się zatracić. Szczególnie na urlopie, gdy nie musisz wracać do obowiązków. Podobnie miałem z biegami ultra - jechaliśmy gdzieś w Polskę lub lecieliśmy w Europę i jutro nie istniało. Droga była celem. Maraton daje namiastkę wyprawy - co prawda musisz wrócić do codziennej rzeczywistości, ale spędzasz ze sobą wystarczająco dużo godzin, żeby nabrać dystansu.

Start zaplanowałem na poniedziałek. Miałem sporo oczekiwań - odwiedzić gościniec Kukle, w którym mieliśmy wesele, wpaść na jakieś błyskotliwe myśli, doznać katharsis.

Ledwo wybiegłem, zaczęło padać. Po kilku minutach, kompletnie przemoczony, zacząłem rozważać powrót. Wiedziałem, że tego nie zrobię, nie poddawanie się jest częścią mojej tożsamości, ale dałem myślom płynąć. "Moja tożsamość" jest tą ulotną częścią bytu, która ginie wraz z ciałem. Właściwie to regularnie kolejne tożsamości giną wraz z trwaniem życia. Ale kurczowo się ich trzymamy. Dopóki ich nie zapomnimy, o czym przypomniał mi pamiętnik z 2019.

Pierwsze kilometry upływają na myśleniu, bo ciało ma dużo energii a nogi nie bolą. Potem się rozpogodziło, więc założyłem słuchawki i wkroczyłem w świat audiobooka o zarządzaniu zespołem. Przestawienie umysłu z aktywnego myślenia na słuchanie i wyciąganie wniosków przy jednoczesnym rejestrowaniu widoków i kolejnych miejsc w pełni angażuje biegnące ciało. Jestem w stanie przepływu i akceptacji rzeczywistości. 

Obrałem trasę lokalnymi drogami przez Giby. Samochodów prawie nie spotykałem, minęło mnie kilku turystów na rowerach, gdzieniegdzie rolnicy. Zbliżając się do Kukli zauważyłem zagęszczenie turystycznych atrakcji: stadniny koni, wypożyczalnie kajaków, ośrodki wypoczynkowe, nawet gliniane domki na wynajem. Na liczniku 19 km, prawie półmetek.






Audiobook się skończył wraz z lekkim etapem biegu. Chmury całkowicie zniknęły, słońce prażyło. Miałem buteleczkę 0.2l wody, ale jeszcze nie czułem pragnienia. Jak zawsze po skończonej książce poleciało Happy Up Here zaczynające płytę Junior Röyksopp. Od zawsze biegam z tym samym MP3 playerem z prawie tą samą listą utworów. Jest tego kilka giga, więc nigdy się nie nudzi. Co jakiś czas dorzucam kilka piosenek. Regularnie zmieniam tylko audiobooki. Tworzy to fajną mieszankę - po kilkunastu godzinach słuchania powieści (na raty) mam czas na refleksję, odreagowanie i zatopienie się w muzyce. Prawie każdy utwór na tej liście wiąże się z jakimiś emocjami przeżytymi w trakcie tysięcy biegów i wycieczek rowerowych.

Kiedy leci muzyka, wpadam w lekki trans. Nagle widzę dziką jabłoń. Przypomniał mi się natychmiast zeszłoroczny sierpniowy maraton do Żukowa, kiedy po drodze znalazłem mirabelki. Kwaśne, soczyste jabłko jest jak ambrozja.


Po 25 km jestem znowu w Gibach i postanawiam wrócić przez Sejny głównymi drogami. Zły wybór. Na trasie Augustów-Wilno dużo samochodów, nie lepiej po skręcie na Sejny. Pobocze prawie nie istnieje. Zaczyna boleć prawe kolano. Lata biegania po lewej skrajni jezdni źle wpływają na stawy. Poziom asfaltu obniża się po bokach, żeby spływała woda, więc prawa noga zawsze stąpa powyżej lewej i przyjmuje większe obciążenie. Próbuję radzić sobie z tym na różne sposoby (najlepiej unikać dróg publicznych, na lokalnych biegnę prawą stroną), ale na "czerwonych" nie ma wyjścia. Męczące i dłużące się 7 km.

Wreszcie docieram do Sejn. 32 km w nogach. W litewskim sklepie przystanek na punkt odżywczy - uzupełniam kalorie i płyny batonikiem twarogowym i kwasem chlebowym.


Powrót ścieżką rowerową, przynajmniej nogi równomiernie obciążone. Nie ma katharsis, nie ma już przemyśleń, bateria w starym MP3 rozładowana, na słońcu pobolewa głowa przypominając, że jak zwykle po długim biegu będę słabo spał. Trzeba doczłapać do mety. Na koniec jeszcze kręcenie kółek po polach, żeby dobić do równych 42.2 km.  Za dużo sobie obiecywałem po tym biegu. Maraton to nie przejażdżka na rowerze. Zapomniałem, że długi bieg boli. 

Dopiero w wannie, gdy popijam zimne piwko przychodzi chill out i satysfakcja, że zrobiłem coś trudnego i kompletnie niepotrzebnego. Kolejna batalia między potrzebą pozostawienia czegoś istotnego po sobie a byciem spełnionym bez żadnych warunków kończy się bez rozstrzygnięcia.

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails