sobota, 10 lutego 2024

Stan rynku w lutym 24

 Od ostatniego wpisu niewiele się zmieniło. Wąska grupa spółek bije rekordy i ciągnie indeks w górę, a szeroki rynek osuwa się.

W lipcu zeszłego roku cieszyłem się z czerwcowego sygnału kupna. Niestety siła szerokiego rynku potrwała tylko miesiąc, po czym większość spółek zaczęła się osuwać. Przedstawiłem wówczas najprostszy sygnał na szeroki rynek: przecięcie średnich na wykresie w skali miesięcznej. Niedawno z zaskoczeniem sprawdziłem, że w zeszłym miesiącu padł sygnał sprzedaży na szerokim rynku:


Przyczyna słabości tkwi w bardzo słabym zachowaniu NewConnect (stooqowy indeks ^_PL zawiera wszystkie spółki z GPW i NC). Cena do wartości księgowej notuje rekordy słabości.

Nadal pozostaje zatem otwarte pytanie: recesja czy euforia? Elementy euforii obserwuję od stycznia. Co jakiś czas coś odpala w kosmos. Wykorzystuję te ruchy do zamykania pozycji. Myślę, że euforia już jest, tylko wąska, ograniczona do wybranych spółek typu Budimex i lokalnych gwiazd typu DGA. Gorący kapitał spragniony jest spekulacji. W USA szaleją spółki AI. 

Odwrócenie krzywej rentowności trwa już rekordowo długo:


WIG pozostaje silny. Ale na jak długo? Po 2007 hossy kończyły się w skali najbliższych miesięcy:


Dotychczas brałem bardzo niskie wyceny szerokiego rynku za dobrą monetę: wciąż jest baza do silnej fali wzrostowej. Obecnie zaczynam się niepokoić - może jest odwrotnie - słabość szerokiego rynku i przedłużająca się inwersja krzywej rentowności wyprzedzają czarnego łabędzia?

6 lat temu opublikowałem pierwszy wpis o depresji 2025. Wtedy zakładałem kłopoty w Polsce. Dzisiaj wobec rosyjskiej inwazji, kłopotów Niemiec i Chin sytuacja rysuje się daleko bardziej poważnie. Ale to i tak nic w porównaniu z danymi klimatycznymi, które wykraczają poza alarmujące modele. 

Być może jestem obecnie mocno zbiasowany, od lat pisałem, że przełom 2023/2024 będzie ostatnim momentem na ewakuację. No właśnie - tylko gdzie? Co kupić na wypadek globalnej zawieruchy? Ciągle wydawało się, że jest jeszcze kilka lat spokoju. Ale ten czas się kończy. Na razie jestem jeszcze na rynku, bo skoro portfel rośnie, to nie będę siedział na gotówce. Chcę też skorzystać z finalnej euforii, skoro jeszcze jej nie było, a teraz widać ją tu i tam. Poza tym ostatnia bessa pokazała, że niektóre branże świetnie sobie w niej radzą.

Zapraszam do dyskusji.


środa, 7 lutego 2024

Maratony 2023 cz. 2: Memento

Wszystko płynie

i nic nie pozostaje takie samo.

Heraklit z Efezu


Maraton w ramach Ultra Małopolska


Prolog

Czasem fantazjuję, że istnieje we Wszechświecie - tym, lub nad tym - coś, co przechowuje całą historię, i jest możliwe dokładne obejrzenie każdego zdarzenia. O ile podróżowanie w przeszłość w ramach naszego świata powodowałoby kwantowe następstwa z powodu samego faktu obserwacji i wpłynęło na zmianę teraźniejszości, to nie mam problemu z wyobrażeniem systemu wyższego poziomu, który ma podgląd na stan każdego obiektu w dowolnym momencie, podobnie jak można sprawdzić stan pamięci komputera w konkretnym cyklu. Pomińmy losowość w skali atomowej i pytania o dyskretny czy ciągły charakter czasu - moje wynurzenia to tylko wycieczki umysłu, który bardzo chciałby przetrwać, choćby jako ślad w nieskończonej przestrzeni Rzeczywistości.

Wydaje nam się, że wspomnienia są zapisane gdzieś w mózgu poprzez połączenia neuronalne. Ale to nie prawda. Wspomnienia są scenką, składaną na poczekaniu przez umysł z emocji i strzępków informacji. Za każdym razem inną, po latach łączącą się z innymi wspomnieniami, opowieściami bliskich lub fragmentami filmów, które wkompilowaliśmy we własne doświadczenia. Dlatego piszę bloga. Spisana historia pozwala jeszcze raz przywołać i przeżyć sytuację z życia, przefiltrowaną przez bieżące Ja.

I tak próbując opisać wyjazd do Mszany Dolnej, musiałem sięgnąć do rozmów na messengerze, zdjęć i prześledzić trasę na mapie, żeby odtworzyć bieg, który niemal całkowicie zapomniałem. Długo przedzierałem się przez zasłony, by ostatecznie znaleźć zaskakująco dużo szczegółów i drobnych scen, z których ułożył się całościowy obraz.


Wyjazd i przyjazd

To miało być ukoronowanie sezonu biegowego. Coroczna wspólna wyprawa po przygodę. Odcięcie od bieżączki, jak podczas zeszłorocznego Grand Prix. W dodatku po 3 latach przerwy jechał z nami Tomek. Na razie jako towarzysz do kielicha, a nie na szlak. Nie mogłem mocniej napompować balona oczekiwań.

Pierwszy zgrzyt pojawił się już na trasie, gdy ni stąd, ni zowąd Tomek zapytał, czy możemy wrócić w niedzielę, a nie w poniedziałek, bo ma pracę i w sumie to bez sensu przeciągać siedzenie w górach o jeden dzień. Zapadła krępująca cisza i temat pozostał w zawieszeniu. Ostatnie o czym chcieliśmy myśleć w czwartek rano to poniedziałkowa praca.



Drugi zgrzyt pojawił się w wynajętym pokoju. Miejsce ładne, widoki piękne, śniadania wyborne, ale ściany chyba z dykty. Słyszeliśmy w nocy zwykłe rozmowy sąsiadów, więc tym bardziej oni słyszeli nas. A nic bardziej nie wkurza niż przekrzykiwanie się podpitych gości o 2 w nocy. Z tą świadomością włączył mi się tryb opiekuna kolonistów, który zamiast śmiać się pełną piersią, co chwila ucisza niesforne dzieci. Ale nic nie pomogło przy tej akustyce pomieszczeń, bo nawet gdy najspokojniejszy z całej drużyny Piotrek zwykłym głosem zaczął opowieści sercowe, zaraz ktoś łupnął pięścią zza ściany.

Wreszcie trzeci zgrzyt, to mój opór przed zaakceptowaniem faktu, że stare czasy już nie wrócą. Przez lata tworzyliśmy drużynę biegową, non stop pisaliśmy na grupie, spotykaliśmy się nawet kilka razy w tygodniu pobiegać pętelki po osiedlu albo do lasu, organizowaliśmy ultramaratony i dużo imprezowaliśmy. Ale wszystko ma swój kres, po okresie fascynacji ludzie zaczynają oddalać się ku swoim głębszym celom i relacja rozluźniła się do sporadycznych spotkań.

Tomek był zawsze mini-max, jak coś robił to na 110%. Zaczynał jako najwolniejszy grubcio (zawsze mi wypominał, że kiedy pierwszy raz spytał czy może z nami pobiegać, zmierzyłem go wzrokiem i odparłem - wiesz, ale my dość szybko biegamy), by w ciągu 10 lat dwa razy zejść do optymalnej wagi, po czym wrócić na jeszcze wyższą. W 2019 miał BMI niższe ode mnie, pobił wszystkie drużynowe rekordy na 5, 10, 21 i 42 km, po czym w trakcie covida rzucił bieganie (w tym pisanie najlepszego biegowego bloga runaroundthelake.blogspot.com ) i zajął się kolekcjonowaniem winyli i 30/50-letnich głośników. Spotykaliśmy się już rzadko, głównie wypić piwko i posłuchać szlagierów z lat 80-tych na różnych zestawach stereo.


Do Mszany jechał się napić, osiągnąć ekstremum obrażenia na bieganie i kontestować wszystkie aktywności ruchowe.

Dlatego w piątek, dzień przed biegiem, wyskoczyliśmy na rekonesans po górach we trzech: Misiek vel Joszczi, Piotrek i ja. Żonie Tomka (na jego wyraźną prośbę i kategoryczną odmowę ruszenia z nami), która mam nadzieję nie czyta tego bloga, napisaliśmy, że zabraliśmy go ze sobą.


Przepalenie alkoholu z zeszłej nocy, słońce, kwiatki skłoniły nas do podjęcia decyzji, że nie ma co trwać w zawieszeniu i przystaliśmy na powrót dzień wcześniej. Wtedy Tomcio zaczął się wycofywać, że nie chce psuć naszych planów, że to tylko propozycja, ale nikt już nie chciał w piątek myśleć o poniedziałku - decyzja została podjęta. I wtedy niewypowiedziane napięcie zeszło. 


Bieg

Początkowo mieliśmy zapisać się na 64 km. Ale Piotrek złamał obojczyk na karatach, ja się nadziałem na ścięte krzaki i pękłem żebro, a Misiek zamiast biegać robił pompki. Po 2 tygodniach, kiedy odzyskałem możliwość nabierania w pełni powietrza, zapisałem się do chłopaków na 35 km. Żeby jednak nie "zmarnować" okazji na maraton, postanowiłem przed startem potruchtać po Mszanie 7 km i w ten sprytny sposób pokonać królewski dystans.



Organizatorzy dołożyli starań, żeby impreza była udana oraz żeby nawet krótki dystans dał nam w kość. Szlaki były strome, upał nieznośny, a moja forma niedostateczna z powodu przerwy i tylko tygodnia na przygotowanie. Nie miałem sił na docenienie widoków. Podejście pod Szczebel zniszczyło mnie psychicznie i fizycznie, przeżyłem cięższy kryzys niż na niejednej setce. 



Mogę tylko kolejny raz powtórzyć to, co piszę w większości relacji z górskich ultra: góry są najlepsze do spokojnych spacerów. Bieganie długich dystansów na limit czasowy na dłuższą metę nie ma sensu. Nawet jak masz dobrą formę, to i tak biegniesz szybciej i cierpisz. Kiedy byłem w fazie przekraczania granic i sprawdzania możliwości organizmu miało to sens, ale od lat preferuję już biegową turystykę.




Epilog

Po biegu przychodzi czas świętowania. Ponownie z powodu uszatych ścian nie mogliśmy w pełni docenić uroków miejsca i czasu. Zjedliśmy porządny obiad, deser, zamówiliśmy saunę i banię. I wtedy, gdy uzupełnialiśmy zapasy elektrolitów przed nocą, Misiek zobaczył w sklepie promocję na "FIGUR ZAJAC" po 1 zł. Nie mógł oprzeć się takiej okazji i w ten sposób zyskał przyjaciela, który od tego czasu wysyła na grupę życzenia z okazji urodzin i świąt.





Wróciliśmy w niedzielę. Mój umysł zamknął otwartą pętlę TriCity Ultra i przykrył warstwami cebuli, przez które przedzierałem się kilka ostatnich tygodni, żeby opisać tę wyprawę i dać Tomkowi sygnał do startu sezonu 2024.


sobota, 13 stycznia 2024

Między recesją a euforią

Pytaliście o mój pogląd na rynek. Póki co trzymam się scenariusza ze stycznia zeszłego roku:

https://podtworca.blogspot.com/2023/01/a-co-jesli-recesja.html

Rynek zdaje się postępować według zarysowanego wtedy scenariusza. A zatem mieliśmy hossę w środowisku zwątpienia w sens wzrostów, pogarszających się fundamentów gospodarczych i oczekiwania na recesję. 


Za spadkami

I przyznam szczerze: niektóre wykresy, jak rekordowo długie odwrócenie krzywej rentowności, bezrobocie, bankructwa zaczynają mnie powoli niepokoić. Żeby się nie rozpisywać, odsyłam do kanału Game of Trades:

https://twitter.com/GameofTrades_

tu tylko kilka przykładowych wykresów:





---------


Cały czas pozostaje też w mocy ekstremum na złocie, o którym pisałem 4 lata temu:

https://podtworca.blogspot.com/2020/03/zoto-i-momenty-przeomowe-we-wspoczesnej.html

Tak jak niedoszacowałem ryzyka pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę, tak teraz z niepokojem obserwuję postępujący podział świata na dwa bloki:

1. Rosja, Iran, Korea Północna, Chiny, Wenezuela

2. USA, UE, UK, Ukraina, Izrael, Japonia, Korea Południowa

Bez względu na wewnętrzne rozbieżności i antypatie (szczególnie po izraelskich czystkach w Gazie), wewnątrz obu bloków pogłębia się współpraca polityczno-gospodarcza nastawiona na przyszłą konfrontację.

Nieuchronność starcia niepokoi mnie w kontekście gwałtownego rozwoju sztucznej inteligencji. W historii ludzkości nagłe przewroty i kataklizmy występują cyklicznie. Chwilowa przewaga uzyskana dzięki nowej technologii czy zwyczajnie wyprzedzenie drugiej strony w zbrojeniach, prowadziło do upadków cywilizacji i hekatomb ofiar.

W ciągu ostatnich 15 lat Chiny stały się hegemonem produkcji. W statystykach produkcji stali, szybkich kolei, siatek autostrad, produkcji okrętów osiągają liczby, na jakie zachód potrzebował ponad 100 lat. Tymczasem wojna na Ukrainie pokazuje jak śmiercionośne żniwo zbierają drony. Naturalny kierunek dla państwa posiadającego o rząd wielkości wyższy potencjał produkcyjny to ilość, która zaleje każdą jakość. Przyszłe pole walki to miliony dronów i robotów, sterowanych przez ludzi i AI. Żaden żołnierz nie przetrwa na froncie, na którym będą walczyć ze sobą maszyny.

Chiny rzuciły już wyzwanie Ameryce i produkują flotę wojenną. Nie są w stanie wyprodukować zaawansowanych lotniskowców, nie posiadają wyszkolonych pilotów i takich samolotów jak USA. Cóż, Ukraińcy też nie mają floty, a za pomocą pocisków sterowanych i autonomicznych łodzi przepędzili rosyjską flotę ze swoich akwenów. Ewentualne sparaliżowanie amerykańskiej floty to koniec bezpieczeństwa Europy, która nie może zebrać się do odbudowy armii.

Moje rozważania są czysto teoretyczne. Wiem tyle co obejrzę i przeczytam w internecie. Jeden analityk bagatelizuje siłę Chin, drugi wskazuje na ich przewagę. Dla mnie faktem są różnice potencjałów. Każde imperium, pomimo pełzających trudności, wydawało się niezniszczalne. A potem nagle wszystko się rozsypywało. W tej sytuacji upatruję czarnych łabędzi na lata 2024-2025.


Za wzrostami

Rynek wspina się po ścianie strachu, jak zwykle działa Drugie Prawo Rynku. Ryzyka będą się pojawiać i znikać, aż nastąpi kumulacja, która wybuchnie. Do tego czasu powinniśmy jednak trzymać się trendu. 

Tutaj wiele się nie zmienia: projekcje wskazują na szczyt na szerokim rynku między kwietniem a wrześniem. Z grubsza tak, jak przedstawiłem w grudniowym planie na 2024:


Inaczej to wygląda dla WIG/WIG20, bo duże spółki chodzą zdecydowanie bardziej nieregularnie. Tutaj np. obecna korekta mogłaby trwać do lutego (analogia do korekt w hossie, synchronizacja po lokalnych szczytach przed korektą):


za turbulencjami w pierwszym kwartale, a potem powrotem wzrostów przemawia też cykl prezydencki USA, który dobrze działał w ostatnich 2 latach:

Czwarty rok pierwszej kadencji


Rozłączne wykresy szerokiego rynku (reprezentowanego przez indeks ^_PLWS, czyli spółki z GPW bez NC) oraz WIG20 widzieliśmy przez cały ostatni rok:


Korelacja rozeszła się szczególnie w październiku, kiedy to WIG20 zaczął gwałtowne wzrosty, a szeroki rynek osuwał się do grudnia. Obecnie natomiast widzimy sytuację odwrotną - dlatego trzymam portfel w akcjach i dalej skupiam się na selekcji i akumulacji wybranych papierów.

---------

Za dalszymi wzrostami przemawiają waluacje polskich akcji. Na przykładzie WIG_POLAND kapitalizacja/wartość księgowa widać ok. 20-30% niedoszacowanie względem poprzednich szczytów:


Na rynku wciąż roi się od okazji. Dlatego właśnie w rotacji upatruję szans w tym roku. Rotacja między branżami była moim największym sukcesem w 2022. W 2023 było dobrze, choć popełniłem zasadniczy błąd: w czerwcu budując portfel ze spółek Skarbu Państwa odrzuciłem banki i skupiłem się na górnictwie, paliwach i energii. Pospieszyłem się o rok - myślę, że dopiero w tym roku ruszą okazje na PKN, JSW i KGHM po tym, jak po raz kolejny uderzy inflacja.

Nawet jeśli inflacja nie uderzy w tym roku, to i tak jesteśmy już w trendzie rosnącej inflacji i rentowności długu:


To powinno wygenerować okazje na spółkach surowcowych i przemysłowych, które znowu są tanie (ewenement to JSW, które wciąż ma więcej gotówki niż wynosi kapitalizacja). Ogólnie uważam, że najbliższe lata przyniosą renesans strategiom opartym o selekcję spółek i frustrację posiadaczom pasywnych ETFów na indeksy, bo podobnie jak w 2022, w bessie indeksy będą podlegać silniejszym przecenom, dopóki nie zmienią się wagi spółek wciąż odzwierciedlające paradygmaty rządzące poprzednią dekadą.

---------

Po stronie pozytywnych niespodzianek mamy cały czas scenariusz hossy napływowej, za którym obstaje Hedgefundowiec z Twittera. W jego scenariuszu zachęceni zwrotami z giełdy Polacy tłumnie ruszą na rynek i kupią każdą korektę. Na razie nie widać tego zjawiska na GPW, ale trzeba być przygotowanym na taki scenariusz. Co prawda w październiku 2023 padł roczny rekord napływów do funduszy akcji polskich: całe 200 miliony zł. Wciąż to jednak kropla w porównaniu z 4 miliardami napływów w rekordowym miesiącu 2007 roku.

---------

Na koniec, jako przykład, dlaczego uważam, że polski rynek wciąż jest w wielu miejscach rażąco niedowartościowany, przedstawiam spółkę, którą akumulowałem od listopada: Kino Polska.

Pisałem wcześniej w komentarzach, że nie zamierzam ujawniać swoich pozycji w portfelu. Tu robię wyjątek, żeby pokazać zjawisko i jednocześnie KPL nie jest papierem, na jaki mój wpis lub wielkość mojej pozycji może wpłynąć. Pamiętajcie: moje analizy nie są rekomendacjami. Mogę się pomylić i jeśli uznam, że dana spółka nie spełnia dłużej moich warunków trzymania lub zwyczajnie zauważę ryzyko krachu na rynku, to sprzedam ją bez zastanowienia. 


Technicznie kurs próbuje pokonać linię trendu spadkowego. Jednak to nie dla techniki kupuję akcje (prawdę mówiąc kupowanie tuż pod oporem rzadko kiedy kończyło się dla mnie pozytywnie). Spółka stabilnie rozwija się, zarabia i spłaciła całe zadłużenie. Wskaźniki ceny do wartości księgowej i ceny do zysku jak w dnie bessy:



1 grudnia spółka poinformowała, że otrzyma dywidendę 3.6 mln EUR ze spółki zależnej i uwzględni ją w wyniku za 2023. Kurs zareagował następnego dnia całym +2.14% wzrostu, po czym oddał całość w następnych dniach.

Ja szczerze nie rozumiem dlaczego ta spółka jest tak tania. Jakieś ukryte ryzyka? Przejęcie kontroli przez Canal+ i obawy przed zdjęciem z giełdy? Może ktoś sprawniejszy w AF mnie oświeci. Wiem tylko o przejściowych problemach z dostępem do kanałów z powodu zmiany standardu nadawania, ale to już się skończyło.

Podobne dylematy miałem w 2021, kiedy mimo likwidacji pozycji akcyjnych przed bessą postanowiłem zatrzymać w portfelu XTB, Azoty, Kernela i Monnari, a później w 2022 koncentrowałem pozycje na OTS, Atc Cargo i Mirbudzie. Tylko Kernel okazał się katastrofą (wojna), a Azoty straconą okazją (30 -> 55 -> 29). Pozostałe spółki zachowały się bardzo dobrze. 

---------

Tyle dzisiaj ode mnie. Zapraszam do dyskusji o krachach, dzidach i spółkach.


piątek, 5 stycznia 2024

Tożsamość Gracza - Jak zbudować system cz. 2


 


Zwycięski mindset

Czwarty rozdział książki Tożsamość Gracza - Jak przetrwać na rynku zatytułowany Dlaczego przegrywać trzeba umieć poświęciłem nauce przegrywania, wyciągania wniosków, rozróżnieniu postępu w środowisku niepewnym a gradacyjnym i zakończyłem zdaniem:

Jesteśmy zaprogramowani żeby wygrywać, dlatego przegrywamy w grze przegrywającego, jaką jest giełda. 

Nie podniesiemy się jednak po porażkach, jeżeli nie będziemy łaknąć zwycięstwa. Jak definiować zwycięstwo, omówię w rozdziałach poświęconych celowi i strategii. Na razie roboczo przyjmiemy, że jasno sprecyzowaliśmy kryteria zwycięstwa i że wynikają one z naszych autentycznych pragnień. Tylko wtedy uwierzymy w sens zwycięstwa i poświęcimy mu swój wysiłek. Wiara pozwoli nam uzyskać odpowiednie nastawienie, zwycięski mindset, dzięki któremu porażki i problemy będziemy traktować jak przystanki i lekcje w drodze do celu.

Jako ilustracją niezłomnej woli zwycięstwa, posłużę się sylwetką Winstona Churchilla z pierwszych lat II wojny światowej. Czerwiec 1940 roku był najcięższym okresem w jego życiu i zapewne całego wolnego świata. Ważyły się losy ludzkości. W niespełna miesiąc armia Hitlera podbiła Holandię, Belgię i Francję, głównego sojusznika Wielkiej Brytanii. Stany Zjednoczone zachowywały neutralność, a Związek Radziecki dzielił łupy z III Rzeszą we Wschodniej Europie. Jedynym sukcesem aliantów była ewakuacja wojsk z Dunkierki. Wojsk, które nie miałyby szans w starciu z Wehrmachtem, gdyby Wielka Brytania nie była wyspą. Poza tym incydentem, porażka goniła porażkę od Norwegii po Afrykę Północną.

Dla wszystkich było jasne, że Hitler zwyciężył. Żaden racjonalny polityk nie widział sensu w stawianiu dalszego oporu. Winston stał na straconej pozycji. Oprócz wojny z Niemcami musiał zmagać się z wewnętrzną opozycją kierowaną przez poprzedniego premiera Chamberlaina i lorda Halifaxa, którzy zarzucali mu fanatyzm i poświęcanie Imperium w imię osobistych uprzedzeń. Wytrawni politycy chcieli widzieć w Hitlerze człowieka rozsądnego, z którym można się dogadać i podpisać pokój, żeby uratować państwowość. Nie chcieli przyjąć do świadomości, że Hitler jest autentyczny w swojej pogardzie wobec słabości, praw człowieka i demokracji. Uważali, że to tylko hasła rzucane na wewnętrzny użytek, ale w polityce zagranicznej wódz III Rzeszy okaże łagodność, bo takie właśnie sygnały wysyłał im kanałami dyplomatycznymi. Za to w Churchillu, który od początku traktował poważnie hitlerowskie zagrożenie i nienawidził nazizmu, widzieli tępy, irracjonalny upór na rzecz przegranej sprawy.

Hitler dokonał serii niemożliwych osiągnięć dzięki sile woli i ryzykanctwu: zdobył władzę nad Niemcami, podporządkował Europę Środkowo-Wschodnią, rzucił wyzwanie największym mocarstwom kolonialnym obalając jedno z nich, a drugie spychając do głębokiej defensywy. Wierzył w brutalną siłę. Zahipnotyzował masy swoją wiarą i propagandą. Parł do przodu uznając, że cel: świetlana przyszłość narodu niemieckiego - uświęca środki: łamanie niezdecydowanych, likwidowanie opornych i mniejszości narodowe. Churchilla natomiast przygniatały wątpliwości i odpowiedzialność za społeczeństwo i osiągnięcia cywilizacji. Dzisiaj, z perspektywy obecnych standardów moralnych zarzuca mu się, że także był rasistą i krwawo rozprawiał się z buntami w koloniach, jednakże w zestawieniu z Hitlerem był orędownikiem wolności i humanizmu. Nie łudźmy się, także nasze dzisiejsze wybory konsumpcyjne: zjadanie zwierząt czy korzystanie z niewolniczej pracy w fabrykach trzeciego świata, będą kiedyś surowo oceniane. Droga Churchilla do władzy była przerywana politycznymi porażkami, zrywami i katastrofami. I właśnie dlatego w najcięższej chwili, to ten zaprawiony w zmaganiach z niepewnością charyzmatyczny polityk, a nie dyplomatyczny lord Halifax, decydował o biegu dziejów.

4 czerwca 1940 roku Churchill postawił wszystko na jedną kartę. W przemowie jednoznacznie określił co sądzi o “pokojowych” propozycjach Hitlera i naciskach ugodowych brytyjskich polityków:

Chociaż wielkie obszary Europy i wiele starych i sławnych państw wpadło lub może wpaść w ręce gestapo i całego ohydnego aparatu rządów nazistowskich, my nie osłabniemy, ani nie ulegniemy. Wytrzymamy do końca, będziemy walczyć we Francji, będziemy walczyć na morzach i oceanach, będziemy walczyć z coraz większą pewnością i coraz większą siłą w powietrzu, będziemy bronić naszej Wyspy bez względu na cenę, będziemy walczyć na plażach, będziemy walczyć na lądowiskach, będziemy walczyć na polach i na ulicach, będziemy walczyć na wzgórzach; nigdy się nie poddamy, a jeśli, w co nie wierzę nawet przez chwilę, Wyspa ta lub duża jej część zostałaby podbita i głodowałaby, to wówczas nasze zamorskie Imperium, uzbrojone i strzeżone przez Flotę Brytyjską, walczyć będzie dalej, dopóki, we właściwym dla Boga czasie, Nowy Świat, z całą swoją potęgą i mocą, ruszy na ratunek, by uratować i wyzwolić Stary.

Kiedy wypowiadał te słowa, nie istniało państwo, któremu udało się zatrzymać niemiecki walec. Wszyscy dotychczasowi przeciwnicy Hitlera przegrali. Gdyby Churchill przegrał Bitwę o Anglię, zostałby uznany za szaleńca, jakim wówczas widzieli go umiarkowani politycy. Tylko szaleniec lub idiota mógł w ich oczach dalej prowadzić wojnę przeciwko najsilniejszej armii jaką znała historia. Ale Anglia przetrwała najtrudniejszy okres, odbudowała się i wraz z sojusznikami wygrała wojnę a Churchilla uznaje się dzisiaj za najwybitniejszego Brytyjczyka wszech czasów.

Przedstawiona powyżej historia niesie cenne lekcje dla graczy rynkowych, ponieważ zarówno polityka, jak i rynki należą do kategorii wysoce niepewnych zjawisk. Postępowanie Winstona Churchilla nie było szalone, mimo że tak widzieli to politycy w czerwcu 1940 roku. Z punktu widzenia teorii gier wybrał optymalne rozwiązanie. Wielka Brytania była wyspą, której strzegła najsilniejsza flota świata. Posiadała najrozleglejsze kolonie i przychylność największej potęgi gospodarczej: Stanów Zjednoczonych. Churchill, zaprawiony porażkami i zwrotami akcji, wiedział, że trzymając się swojej wiary w cywilizację, będzie miał w długim terminie przewagę nad chwilowym zauroczeniem nieludzkim nazizmem, jaki okazywały niektóre narody. Wiedział również, że nie może ufać Hitlerowi, bo ten nigdy nie dotrzymywał umów. Wódz III Rzeszy zawsze na początku kusił i zwodził pozorną łagodnością, ale jeśli nie otrzymywał czego pragnął, brutalnie to egzekwował. Nie inaczej stałoby się z Wielką Brytanią. Opór za wszelką cenę był rozsądniejszym rozwiązaniem, niż dać się rozbroić, a potem będąc już bezbronnym, całkowicie podporządkować woli Hitlera.

Dlaczego zatem tylu brytyjskich polityków parło do rozejmu? Wynika to z naturalnej tendencji ludzkiego umysłu do unikania straty. Na giełdzie znamy to zjawisko pod postacią brania małych zysków i trzymania strat. Awersja do straty prowadzi do unikania ryzyka lub podążania za konsensusem. Politycy pochodzili zazwyczaj z bogatych, wpływowych rodzin, pięli się w hierarchii, poczynając od słynnych uniwersytetów poprzez kolejne szczeble kariery partyjnej, byli przyzwyczajeni do gry zwycięzców. Zgodzili się na wojnę, gdy ta toczyła się na kontynencie, kiedy jednak wizja zbombardowanych miast zajrzała im w oczy, pragnęli ocalić co się da. Gdyby połączone siły francusko-angielskie pokonały Niemców, uznaliby to za swój sukces. Kiedy jednak Blitzkrieg zmiażdżył armie aliantów, winy szukali na zewnątrz. Analogicznie gracz, który kupuje akcje pod wpływem pozytywnych analiz gospodarczych i zarabia, widzi w tym oznakę swojej błyskotliwości. Kiedy natomiast traci, uważa, że miał pecha. W końcu postąpił racjonalnie, zgodnie z konsensusem.

Inaczej sytuacja przedstawia się, kiedy ktoś występuje przeciwko konsensusowi, gra niestandardowo. Jeżeli mu się uda, zostaje uznany za geniusza. Jeśli poniesie porażkę - zostaje uznany za idiotę. Zazwyczaj konsensus jest rozsądnym rozwiązaniem. Trend trwa dłużej niż wszystkim się wydaje, zatem grają przeciwko niemu głównie zuchwalcy i hazardziści. Czasem udaje im się trafić w jakąś korektę i dla mniej rozgarniętych graczy stają się giełdowymi guru. Ale przychodzi czas, kiedy faktycznie rzeczywistość przeczy konsensusowi i tylko jednostki zahartowane w licznych bojach są w stanie dostrzec zmianę.

Nauka dla nas: kultywuj zwycięski mindset, kontempluj sukcesy i porażki, żeby wyciągać z nich lekcje, nie przejmuj się tym, jak ocenią cię inni. Zachowując się jak oni, uzyskasz aprobatę i w sukcesie, i w porażce. Ale nie o aprobatę chodzi w tej grze.


Dziękuję za wysłuchanie kolejnego odcinka Tożsamości Gracza. Jeżeli podoba ci się ta seria, zachęcam do zakupu ebooka lub audiobooka Tożsamość Gracza - Jak przetrwać na rynku, który dostępny jest pod adresem:

https://tozsamosc-gracza.pl/

Do przygotowania tekstu korzystałem z książki Anthony’ego McCartena Czas mroku.


Część 1: