poniedziałek, 19 maja 2014

Dieta cz.1 - system wierzeń

Po wpisie poświęconym pierwszemu biegowi ultra otrzymałem kilka maili z pytaniami odnośnie diety. Napisałem wtedy, że czerpię siłę i wytrzymałość z lekkiej diety wegetariańskiej, która coraz silniej zbliża się do wegańskiej. Prawie wszyscy piszący zwracali uwagę, że próbowali warzywek, ale po kilku dniach tracili moc i musieli wracać do mięsa. Niektórzy podobnie mają np. z cukrem, inni z nabiałem, jajkami itd. W pierwszym wpisie o diecie zajmę się tym zagadnieniem oraz ogólnymi wnioskami, do których doszedłem po blisko 20-stu latach eksperymentowania z różnymi pokarmami i teoriami. Gwoli ścisłości - dietę pojmuję tutaj jako kompleksowy system odżywiania, a nie jeden ze sposobów na odchudzanie.

Zacznę od definicji - wg mnie dieta to bardziej system wierzeń, niż nauka. Nauka dostarcza nam niezliczone informacje na temat użyteczności i szkodliwości różnych pokarmów, natomiast nie istnieje jeden obiektywny system odżywiania, który pasowałby do jednego człowieka. Wiele zależy jakie cele stawiamy przed dietą, ale jeszcze więcej od tego, w co wierzymy. Tak jest ze mną - zdefiniowałem pewne kryteria, które mój sposób odżywiania powinien spełniać i dryfuję w kierunku diety, która według zgromadzonych informacji i doświadczeń powinna je realizować. W latach młodzieńczych zależało mi na muskulaturze, więc objadałem się mięsem i nabiałem, zgodnie z licznymi wskazówkami publikowanymi w książkach i czasopismach kulturystycznych. Dziś zależy mi na braku schorzeń, trwałym dobrym samopoczuciu, mocnej kondycji i szybkiej regeneracji po długich biegach i moja dieta jest zupełnie inna. Ale jest masa lekarzy, którzy pod te same kryteria polecają zupełnie inną dietę, np. mięsną, bo taka odpowiada ich wierzeniom i kulinarnym upodobaniom, podobnie jak znajdą się lekarze dowodzący, że wcale nie trzeba pochłaniać kilogramów białka, żeby zbudować masę mięśniową (ostatnio jest ich coraz więcej).

Pokażę kilka przykładów, jak nasze przekonania wpływają na dietę. Weźmy np. alkohol - wszędzie czytamy, że jest szkodliwy w nadmiarze (a ten nadmiar to np. wszystko powyżej lampki wina dziennie, czyli problem dotyczy większości ludzi), a jednak ciężko znaleźć artystę, który nie stymuluje się wielokrotnie wyższymi dawkami. Często gdy taki człowiek postanowi świadomie odżywiać się zdrowo, znajdzie takie zasady, które mu przypasują (winko do obiadu na serce, piwo na nerki, setka na trawienie). Z kolei miłośnicy mięsa często przechodzą na dietę paleo, która ma zapewniać optymalny, bo potwierdzony ewolucyjnie zestaw substancji odżywczych (co ciekawe podobnych argumentów używają weganie dowodząc, że wcześniej byliśmy roślinożercami).

Jeszcze inne stanowisko prezentują lekarze utożsamiający zdrowie z długim życiem. Najczęściej usłyszysz od nich, że możesz jeść wszystko, byle w umiarze i często się badać. Jeśli wykryją jakąś nieprawidłowość w wynikach, dostaniesz konkretny lek. Jeśli po latach lek przestanie pomagać, przejdziesz zabieg, operację. W ten sposób możesz dożyć sędziwego wieku jedząc w nadmiarze słodycze, pijąc alkohol i grillując codziennie w wakacje. Lekarze zdążą w porę wykryć raka, zmiany w sercu, kolejne zabiegi odłożą problemy o kilka lat i nie musisz w ogóle przejmować się tym co jesz. To przekonanie pasuje większości lekarzy i korzystających z ich porad pacjentów, niesie jednak ryzyko, że będziesz przez lata podtruwał się np. lekami zbijającymi cholesterol i zajadał margarynę, bo twój lekarz zatwardziale wyznaje poglądy sprzed 20 lat, choć na zachodzie obalili już dawno temu teorie o wpływie spożywanego w jajkach czy maśle cholesterolu na zawały. Aktualnie częściej natrafisz na publikacje o szkodliwości cukrów prostych oraz olejów roślinnych, szczególnie tych utwardzanych i zawierających za dużo kwasów omega-6 (słonecznikowy).

Jest wreszcie liczna grupa ludzi wierzących w głębszy wymiar odżywiania i traktujących je jako bramę do zdrowia lub duchowych przeżyć. Czasami przyjmuje to komiczną formę, np. gość je byle co, ale popija kwiatkami bratka albo płucze usta olejem i wierzy, że ten rytuał oczyszcza go z toksyn. Zazwyczaj do takich praktyk dołączona jest sugestywna, logicznie brzmiąca opowieść, jak to złe moce przyklejają się do oleju/soku/ziół i opuszczają ciało. Wpływ pokarmu na doznania w ciele jest oczywisty, jednak bez podbudowy naukowej skazani jesteśmy na fantazje.

W kolejnym wpisie opiszę jak ewoluował mój sposób odżywiania, dlaczego zrezygnowałem z mięsa, choć jestem świadom jego wpływu na ewolucję homo sapiens, powiększenie mózgu i wierzę, że pozytywnie wpływa na zdolności umysłowe.

Na koniec tego artykułu opiszę jedną z idei, w którą uwierzyłem pod wpływem książki Richa Rolla (sportowiec ultra) i która może odpowiadać na pytanie zadawane przez czytelników. Nie wiem na ile jest poparta badaniami naukowymi, ale brzmi całkiem rozsądnie i pasuje do moich doświadczeń. Otóż Rich twierdzi, że powiedzenie "jesteś tym, co jesz" może odnosić się również do bakterii układu pokarmowego, których jest więcej niż komórek naszego organizmu w tym układzie. Kiedy regularnie spożywamy jakiś pokarm, bakterie rozkładające go dominują nad innymi. Jeśli spożyjemy substancję, z którą bakterie nie mają styczności, to mamy problemy z trawieniem. Stąd np. większość Polaków bez problemu trawi różne rodzaje mięs, ale ma wzdęcia po roślinach strączkowych. Wystarczy jednak progresywnie powiększać udział strączków w diecie kosztem mięsa, by wykształciły się niezbędne do trawienia szczepy bakterii i nagle okaże się, że fasolę i groch też można jeść.

Co więcej, jeśli dane bakterie dominują w układzie trawiennym, to brak substancji którą rozkładają, powoduje silne łaknienie - "muszę zjeść coś słodkiego" lub "muszę zjeść mięso, bo mi słabo". Źródłem tych głosów mogą być właśnie substancje wydzielane do organizmu przez wygłodniałe bakterie.

To rozumowanie przekonało mnie, ponieważ kiedyś jadłem niemal wyłącznie nabiał i mięso, a posiłkiem warzywnym nie mogłem się nasycić. Tymczasem gdy w początkach przygody z wegetarianizmem po kilku miesiącach niejedzenia mięsa zjadłem kawałek ryby, dopadły mnie mdłości. Kiedyś uwielbiałem ryby, wcinałem je kilogramami, a teraz było mi niedobrze - przecież niemożliwe, żeby "genetyczny" mięsożerca zmienił swoje DNA i nagle nie mógł ich strawić! Sposób odżywiania nie jest wdrukowany w nasze geny, tylko jest konsekwencją przyjmowanych regularnie pokarmów - jeśli chcemy go zmienić, wystarczy metodycznie zmieniać nawyki żywieniowe. Kiedy dziś biorę w ręce gazetkę z marketu, poza kilkoma promocjami owoców i jakiegoś kefiru naturalnego nie jestem w stanie znaleźć żadnego pożywienia, które by mnie interesowało - w większości są tam wędliny, mięsa, wysoko przetworzone słodycze i słodzone produkty mleczne; pokarmy, których nie spożywam nie dlatego, że szkodzą organizmowi, ale dlatego, że się od nich odzwyczaiłem, bo w przewodzie dominują bakterie trawiące warzywa, owoce, kasze, orzechy i pieczywo razowe i na takie jedzenie mam łaknienie. A na pytanie dlaczego wybrałem ten rodzaj pożywienia odpowiem w kolejnych częściach cyklu.

2 komentarze:

  1. wow! super wstep :) dajesz wiecej :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Fajna filozofia na życie.

    Gratuluję i pozdrawiam
    Artur

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za komentarz. Ze względu na ataki spamerskie musiałem wprowadzić moderację, ale postaram się przeczytać go i odpisać jak najszybciej.

Pozdrawiam,
podtworca

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails