sobota, 22 września 2018

Raport z rynku

Rynek jaki jest, każdy widzi. Małe spółki tąpnęły we wrześniu i wszyscy zastanawiamy się jak długo i głęboko będą jeszcze spadać. Przeanalizujmy obecną bessę na szerokim rynku na tle wcześniejszych rynków niedźwiedzia:

Widzimy, że rynek spadał dłużej tylko w latach 2000-2002.

Świat:


Najbardziej interesuje mnie indeks rynków wschodzących, czyli tych, które ominęła hossa w ostatnich 10 latach. Zakładałem ruch korekcyjny znoszący ok. 50% hossy 2017, jak widać kurs ETFa spadł blisko, ale nie idealnie. Czy jeszcze przetestuje poziomy poniżej 40$ nie mam pojęcia - w skali miesięcznej to tylko kilka świeczek, które nie mają znaczenia gdy ogląda się dekady, natomiast dla ludzkiej psychiki to ciężkie dni i tygodnie.

Jak napisałem ostatnio: zmieniłem pracę i nie mam czasu na giełdę. Czasem zerknę na sesję giełdową, coś dobiorę, ale główna pozycja została już zbudowana. Pozostała amunicja czeka na start hossy.

Najbardziej pasowałby mi scenariusz wielomiesięcznej akumulacji/ubijania dna, wtedy można na spokojnie dokładać akcje do pozycji (tzw. odbicie U). Wariant szybkiego odbicia V jak w 2009 oznacza, że większość nie zdąży kupić akcji w dobrych cenach - na ten scenariusz mam wystarczająco rozbudowaną pozycję.

Jest jeszcze wariant negatywny L - brak odbicia i wieloletnie kiszenie po minimach. Coś jak akcje greckie czy portugalskie w ostatniej dekadzie. Na ten wariant pozostaje mi tylko selekcja spółek pod kątem wypłacanych dywidend i aktywne pogrywanie na krótkie ruchy. Bessa typu L oznaczałaby, że problemy prognozowane przeze mnie na rok ok. 2025 ujawnią się szybciej.

Póki co zakładam, że akcje polskie są bardzo niedowartościowane względem innych klas aktywów i w skali kilku lat powinny rosnąć. Spójrzmy np. na wysokość dywidend spółek z WIG vs lokaty:


Dywidendy WIG vs obligacje 10-letnie:


I sentyment do akcji na GPW:

Odkąd istnieją te wykresy, polskie spółki jeszcze nigdy nie były tak nisko wyceniane. W rozwiniętym państwie kapitalistycznym obecne wyceny potraktowałbym jak okazję życia, w Polsce niestety nie jest to oczywiste: państwo nie chroni akcjonariuszy mniejszościowych przed przekrętami "grubasów", ba, samo działa na szkodę kontrolowanych przez siebie zdrowych spółek, żeby realizować partyjne interesy. Po przeprowadzeniu wywiadów na temat PPK jestem pewien, że ten program będzie kompletną klapą. Nikt nie chce w nim uczestniczyć, wpadną tam tylko ci, którzy kładą lachę na wszystko i nie będzie im się chciało zanieść papierka z wypisem.

Dostałem kilka maili z zarzutami, że tak surowo oceniam obecne władze, pojawiły się nawet sugestie, że jestem z peło, czy innego kodu. Odkąd sięgam pamięcią krytykowałem posunięcia każdej władzy, choć po latach często pozytywnie patrzę na tego czy innego polityka. Jestem pro-państwowcem, zależy mi na sprawnej i silnej Polsce, w której moje dzieci będą miały przyszłość. To że wyciągam wnioski z nieudolności i ciemnoty PiS, nie znaczy że popieram polityków z opozycji, którym wciąż wydaje się, że jedyne czego pragną Polacy to przyjacielskiego poklepania po plecach przez zachodnich cool Europejczyków.

Mniejsza o to, szkoda strzępić języka, miało być o rynku. Mój główny plan się nie zmienia:

- 2018 rok miał być rokiem turbulencji i okazji do zakupów na lata; na razie pierwsza część przepowiedni się spełnia;

- do ok. 2024 liczę na ostatnią hossę na GPW przed wieloletnim strukturalnym kryzysem w Polsce;

- polskie akcje są rekordowo tanie do lokat i obligacji państwowych;

- w czasie gwałtownych ruchów cen akcji nie czytam newsów i nie patrzę w notowania; wolę zajrzeć na wykresy ze świecami miesięcznymi i szacunkowymi stopami zwrotu na następne 10 lat - tutaj stosunek ryzyko-nagroda jest bardzo korzystny; jak to mawiają Amerykanie: short term pain, long term gain :)

niedziela, 9 września 2018

Holistyczna teoria rozwoju cz. 2: modlitwa i post



W pierwszym wpisie o holistycznej teorii rozwoju człowieka zarysowałem motywy przyświecające cyklowi. Po latach eksperymentowania z różnymi teoriami rozwojowymi, duchowymi i śledzenia na bieżąco badań naukowych z dziedzin psychologicznych, socjologicznych, dietetycznych etc. postanowiłem uporządkować koncepcje, które przez lata pojawiają się na blogu.

Pojęcie rozwoju w tym cyklu należy rozumieć nie jako osiąganie mistrzostwa w jakiejś dziedzinie, tylko dążenie do stanu w którym osiągamy pełnię potencjału: zdrowie, tężyznę fizyczną, jasność umysłu, poczucie spełnienia, sprawczości i sensu w życiu.

Aby osiągnąć ten potencjał praktykuję od lat:
1. dietę roślinną,
2. ćwiczenia fizyczne (w szczególności bieganie),
3. ćwiczenie układu odpornościowego (hartowanie, morsowanie),

rozpocząłem w tym roku:
4. post,

planuję rozpocząć:
5. ćwiczenia oddechowe,
6. medytację/kontemplację.


Dlaczego akurat takie punkty? Po pierwsze często większość z nich przewija się w książkach o zdrowiu, rozwoju, duchowości. Ponadto część z nich znajduje się w inspirującej mnie koncepcji tzw. Blue Zones, czyli miejsc na świecie, w których żyje najwięcej długowiecznych:
https://en.wikipedia.org/wiki/Blue_Zone
Powołując się na ten artykuł wymienię część wspólną społeczności żyjących od Japonii, poprzez Grecję, Sardynię po USA i Kostarykę:
1. rodzina
2. niepalenie papierosów
3. prawie wegetarianizm
4. regularna zrównoważona aktywność fizyczna
5. zaangażowanie społeczne
6. rośliny strączkowe w kuchni.

O rodzinie i zaangażowaniu społecznym nie planuję pisać w najbliższej przyszłości, natomiast pozostałe punkty zawierają się w moim zestawieniu. Poszerzyłem je jednak o inne aktywności, o których dobroczynności donoszą książki i filmy z youtube ;)


Metodą osiągania kolejnych kroków jest projektowanie nawyków i wdrażanie ich w życie, żeby zmiana przychodziła naturalnie z czasem.

Przy okazji wpisu o zimnie zapowiadałem, że zajmę się oddechem, jednakże na razie musiałem odłożyć temat na później, gdyż ćwiczenia bokserskie, które rozpocząłem w styczniu wymagają ode mnie za dużo samozaparcia. Wraz z końcem roku planuję przejść na mniej regularny trening i wtedy zajmę się oddechem na poważnie. Zaprojektuję codzienne krótkie ćwiczenia i co jakiś czas dłuższe treningi, które będę powtarzał przez ok. rok.

Modlitwa i post

Modlitwa i post przewijają się we wszystkich systemach religijnych jako droga do oświecenia, oczyszczenia wewnętrznego i spotkania Boga. Podobno słowiańskie słowo "bóg" pochodzi od indo-europejskiego słowa "bhog" i oznacza stan błogości.. 

Zacznijmy od zdefiniowania terminów:

Modlitwa - dla jednego może to być klasyczna rozmowa z Bogiem jako inteligentną siłą wyższą, dla innego uważność (skupienie na tu i teraz, odbieranie rzeczywistości zmysłami, a nie intepretowanie jej myślami), dla jeszcze innego jakiś inny rodzaj medytacji czy kontemplacji polegający na duchowym doświadczaniu świata.

Post - powstrzymanie się całkowite lub częściowe od jedzenia i/lub picia. Post to nie głodówka! Na poście całkowitym (tj. picie tylko wody) głodowałem 1 dzień z 7, później głód minął i zmagałem się z zupełnie innymi przeciwnościami.

Do medytacji/uważności poczyniłem w ostatnich kilkunastu latach wiele podejść, ale dotąd nie udało mi się zaszczepić jej jako trwałej życiowej praktyki. Jednakże ostatnie poznanie postu zmieniło moje postrzeganie. Do modlitwy potrzebne jest przygotowanie.

Zwróćcie uwagę w jak przewrotnych czasach żyjemy - dawniej ludzkość regularnie cierpiała głód, dzisiaj cierpimy głównie z przejedzenia; modlitwa była odskocznią od codziennej rutyny, dzisiaj naciskasz guzik laptopa, telewizora czy telefonu i bombardują cię nieskończone ciągi bodźców i informacji. Praktykowanie modlitwy i postu jest zaprzeczeniem konsumpcjonizmu, modelu w którym człowiek żyje by jeść, przetwarzać medialną papkę i używać przyjemności.

A jednak to właśnie w poście odnalazłem połączenie ze stanem błogości. Satysfakcji z życia takiego, jakim jest. Dokładniej to nie podczas postu, ale w następujących po nim dniach, kiedy dostarczyłem już organizmowi odżywcze składniki. Pierwsze dni wychodzenia z postu były przepełnione spokojem i stanem, który określałem jako "chillout". Dopiero po przeżyciu tego doświadczenia mogłem w pełni odczytać niektóre teksty religijne.

Piewcy postów obiecują liczne korzyści zdrowotne. Ja nie posiadam kompetencji, żeby polecać Wam odstawienie pokarmu. Powtarzałem już przy okazji pierwszego podejścia do postu, że należy być przygotowanym fizycznie i przez lata zdrowo się odżywiać.

Od mojego postu minęły ponad 2 tygodnie, opiszę zatem co "obiecywano" a co zauważyłem u siebie:

1. Sen miał się uregulować już od drugiego dnia postu; nie zauważyłem u siebie: było wręcz odwrotnie, co opisywałem w dzienniku postu - doświadczałem w nocy ataków energii, które wykręcały mi nogi i nie pozwalały spać całymi godzinami; po wyjściu z postu przez pierwszy tydzień spałem jak dziecko i miałem bardzo intensywne sny, ale potem wróciło do normy, czyli jak zbyt długo śpię, to w kolejnych dniach budzę się w środku nocy i mogę oglądać filmy na lapku.

2. Post ma leczyć różne przewlekłe problemy skórne, katary, bóle i tym podobne; w moim przypadku w czasie postu zniknął łupież i wysychająca skóra za uszami (podejrzewam efekt nadużywania słuchawek); 2 tygodnie później: po kilku dniach od umycia włosów łupież nawraca, a skóra schnie przy jednym uchu (przy drugim jest OK). Muszę zaznaczyć, że zdrowotne efekty obiecywane są dopiero po przejściu min. 10-dniowego postu, a w moim przypadku było 7 dni, ale i tak pewien efekt się na razie utrzymał. Zauważyłem też poprawę jeśli chodzi o katar, z którym zmagam się przez całe życie. Jesienią zaatakował wielu znajomych, a u mnie lepiej niż w wakacje przed postem.

3. Jelita - tu zauważyłem największy efekt. Na początku odwiedzałem toaletę kilka razy dziennie i odnosiłem wrażenie, że więcej ze mnie wychodzi, niż zjadam :) Teraz muszę korzystać już tylko 2 razy dziennie ale uwierzcie mi, jak głowa dostaje sygnał, że trzeba siadać, to mam sekundy na zorganizowanie miejscówki (szczęśliwie są to stałe godziny rano i po południu). I bez ściemy - do podtarcia wystarcza mi jeden symboliczny listek, układ po prostu pracuje jak wyregulowana niemiecka maszyna.

4. Waga - ważę 2kg mniej niż przed postem. Obecnie intensywnie przygotowuję się do biegu na 100km, więc skupiam się raczej na ćwiczeniach aerobowych a nie siłowych, co może blokować odbudowę masy. Wizualnie odzyskałem praktycznie całą muskulaturę.

5. Osiągi sportowe - ciężko mi ocenić. Minęło zbyt mało czasu, bym wcisnął jakieś zawody czy test. Tydzień temu w piątek pobiegłem maraton, o którym napomknę na koniec wpisu. Prawdziwym sprawdzianem będzie Kaszubska Poniewierka w przyszłą sobotę. Biorąc pod uwagę, że na ostatnich ultra umierałem przy słabym tempie, poprzeczka nie jest zawieszona wysoko :)

6. Zdrowe odżywianie - kolejny silny efekt. Organizm chce zdrowego pożywienia, owszem, zdarzyło się objadanie ciastami na weselu czy chrzcie, ale na co dzień poszukuję świeżych warzyw i owoców, kasz, potraw strączkowych, zup itp. Co więcej - zupełnie przeszła mi ochota na alkohol. Pierwsze piwo po poście wmusiłem w siebie, bo szkoda było wylać po paru łykach.


Co dalej?

Post był dla mnie ważnym życiowym krokiem. Wyrwał mnie z przekonania, że muszę jeść, żeby żyć. Jadłem głównie dla przyjemności i samo doświadczenie wolności od tego pragnienia było uwalniającym doświadczeniem. Wiem, że w jakiejś formie będę post powtarzał. Będzie potrzebny do medytacji. Jeśli zdecyduję się jeszcze na post o samej wodzie, to prędzej w wakacje na łonie przyrody, a nie w czasie pracy. Na początek przyszłego roku planuję test jakiegoś postu na lekkich warzywach i powiem szczerze, nie mogę się doczekać.

Wprowadziłem natomiast ścisłe przestrzeganie ograniczonego czasu na jedzenie i picie nie-wody: minimum 12-godzinna przerwa, a najlepiej 14-16 godzin odpoczynku od trawienia. Jak pisałem - ze względu na przygotowania do biegu podskoczył mi metabolizm i obecnie ostatni posiłek jem ok. 20.30 a pierwszy posiłek (owoce i kawa) ok. 10 rano, co daje 13 i pół godziny przerwy.

Pożegnanie z Gdynią

Zdjęcie, które widzicie u góry artykułu zrobiłem po przejściu na drugą stronę klifu orłowskiego. Po blisko 3 i pół roku pracy w Gdyni zmieniłem firmę na gdańską. W ostatni piątek sierpnia pożegnałem się z przyjaciółmi z pracy i ruszyłem na sentymentalny maraton do domu. Za wzgórzem widocznym na zdjęciu zostawiłem moje ukochane klify w Redłowie. Ruszałem z głową pełną niepokoju i myślotoku, a kończyłem fizycznie zresetowany i pozytywnie otwarty na przyszłość.

Na razie ze względu na dużą ilość materiału do nauki w nowej pracy  ograniczę trochę aktywność na blogu.

poniedziałek, 3 września 2018

Jak przetrwać rzeź na GPW

To już moja 4-rta bessa na GPW na przestrzeni 10 lat. Właściwie mógłbym napisać, że odkąd gram na giełdzie, w Polsce trwa permanentna bessa. Najlepiej ukazuje ją wykres szerokiego rynku:


Uśrednione kursy wszystkich spółek notowane są mniej więcej na poziomach z końca największej bessy w historii Polski z lat 2007-2009. Nie widać tu bessy z przełomu 2015/2016, która dotknęła głównie duże spółki z WIG20.


Niestety jeśli spojrzymy na cenę do wartości księgowej dla indeksu WIG:

która wynosi obecnie 1.055 widzimy, że może być znacznie gorzej (0.85 w 2012 i 0.7 na dnie bessy w 2009). Odpowiadałoby to dalszym spadkom o 15 lub nawet 30%.

W 3 poprzednich przypadkach akumulowałem akcje podczas dojrzałej bessy, objęło to okresy:
- 10.2008-03.2009 - ok. 5 miesięcy przebywania na stracie względem maksymalnej wartości portfela,
- 05.2012-04.2013 - od stycznia 2013 portfel poprawił szczyt, czyli ok. 7 miesięcy na stracie względem ATH (all time high portfela),
- 01.2015-10.2016 (w pierwszej fazie SWIG80, WIG20 od jesieni, gdy zszedł poniżej 2000) - od kwietnia 2015 do listopada 2016 razem ok. 18 miesięcy na stracie względem ATH.

We wszystkich przypadkach zarobiłem kiedy przyszła hossa. Procentowo najlepiej w 2013, kwotowo w 2017. Ale jak widzicie nie było lekko - szczególnie bolały straty na początku 2016. Rąbnąłem się w przewidywaniach startu hossy o rok (taki był rozstrzał między dołkiem na małych i dużych spółkach). Wiedziałem jednak, że posiadam bardzo cenne i bardzo korzystnie kupione aktywa (m.in. PKO, PZU, GPW) i prędzej czy później zostaną one wycenione uczciwie. Tak też się stało - początek 2017 był jak bajka - portfel codziennie osiągał nowy szczyt. Ale potem pojawił się zgrzyt - to jeszcze nie była prawdziwa hossa. To było tylko odreagowanie w wielkiej bessie, zaledwie ząbek wzrostów na wykresie straconej dekady. Zamknąłem prawie całą pozycję (ok. 5 miesięcy po szczycie na SWIG80 i 5 miesięcy przed szczytem WIG20) i zacząłem czekać na rozwój bessy i szukać jej dołka.

Od czerwca 2018 intensywnie odbudowuję pozycję w akcjach. Tym razem to małe spółki pikują. Taki scenariusz zakładałem na początku roku (zagranica spuściła WIG20 w 2015, ale już trzyma pod przyszłą hossę na emerging markets), jednak jak zwykle dynamika bessy mnie zaskakuje. Niektóre spółki spadają poniżej poziomu wypłacanych jeszcze kilka lat temu dywidend.

Moje obecne zaangażowanie w akcje to ok. 60% z czego jakieś 2/3 przypada na małe spółki. Na dużych pozycja notuje wzrosty (zasługa głównie PZU i ETFWIG20L), ale małe systematycznie się osuwają. Spróbujmy oszacować najgorszy możliwy scenariusz:
- akcje ponownie osiągną najniższe w historii wyceny (c/wk 0.7)
- będę przebywał znowu 18 miesięcy na stracie względem szczytu, który mój portfel osiągnął w styczniu 2018.

Dawałoby to maksymalną stratę 30% z 60% pozycji akcyjnej, czyli aż 18% na portfelu i przebywanie na minusie aż do czerwca przyszłego roku. Dotychczas udawało mi się łagodzić spadki:

- rajdami na papierach, które w hossie miały zarobić założony poziom, ale znacząco zbliżyły się do niego już w bessie, więc je sprzedałem,
- S-kami na akcje z WIG20,
- kupowaniu panik na mułkach z WIG20 pod "5% i w nogi",
- kupowaniu śmieciowych opcji call na panikach,
- zgarnianiu dywidend,
- uśrednianiu na spadkach i oddawaniu na odbiciu, żeby obniżyć cenę żelaznego pakietu pod hossę.

Zakładam, że aktywne granie jest w stanie ograniczyć straty o połowę, czyli potencjał strat spada do ok. 9%. Wciąż bardzo dużo, ale ten scenariusz wydaje mi się mimo wszystko mało realny.

Niektóre spółki z portfela długoterminowego potrafią odreagować 100% w górę, a potem oddać cały zysk. Często kusi by je sprzedać, ale powiem wam, że za każdym razem w 3 poprzednich bessach kiedy tak robiłem, traciłem wielką okazję. Miałem JSW w 2016 po 14.xx, oddałem po 15 z groszem, bo przecież to bankrut (wcześniej był dołek po 8.xx), a potem kurs doszedł do ponad 100zł. Miałem w 2009 Ambrę po średnio 1.55, dołek był (bez skorygowania o dywidendy) po 1.17, zarobiłem 100% obracając papierem w trakcie hossy. Tymczasem spółka niedawno kosztowała 15 zł i przez lata wypłaciła kilka zł dywidend. Miałem wreszcie Monnari w 2013, kupowane poniżej 1zł, uśredniane po 1.1, 1.2, wywalone po 1.7 i 2.4. To było odpowiednio +70% i 100% zysku. Fajnie, ale potem kurs dobił do 20zł.

Spadki na szerokim rynku trwają już 19-sty miesiąc. Rekord spadków był w latach 2000-2002 - aż 25 miesięcy spadków:



Wszystkie bessy trwały odpowiednio: 13, 18, 25, 20, 22 i póki co 19 miesięcy. 

Kupiłem za ułamek wartości dziesiątki dobrych spółek. Wśród nich mogą być perełki, które odrobią straty i w ciągu kilku lat urosną jeszcze setki procent. Te spółki nie spadają z powodu słabych wyników czy zagrożenia utratą płynności finansowej. Na rynku jest panika, kolejne fundusze wyprzedają spółki PKC, bo klienci umarzają jednostki na wyścigi. W skali kilku miesięcy nic nie zapowiada zmiany - nastawiam się na dalsze miesiące spadków, na które mam jeszcze 40% amunicji. Zwiastunem lepszych czasów będzie mniejsza dynamika spadków i ucieczka najlepszych spółek. Zobaczymy ile jeszcze fundy mają do wysypania.


wtorek, 28 sierpnia 2018

Polowanie na trend

WIG20USD technicznie, jak go widzi świat:


Po 11 latach bessy i konsolidacji marzy mi się wreszcie trend wzrostowy. Kilka lat hossy, takiej prawdziwej, której jeszcze nie miałem okazji przeżyć na parkiecie. Zaczynałem grę na giełdzie we wrześniu 2008, krach z października był niesamowitym doświadczeniem, które uformowało mnie na lata i pozwoliło zarabiać na bardzo trudnym rynku. Ale prawdziwe pieniądze robi się kiedy kapitał płynie na rynki, a naszym zadaniem jest siedzieć, nie kombinować i utrzymywać pozycję.

Na dziś technika pokazuje zmianę trendu. Dla porównania przypominam sobie NIKKEI z 2012 roku:



Może nie ta skala czasowa, ale tamto wybicie uświadomiło mi, jak zmienne są rynki. Mogą bujać w miejscu 4 lata, a później iść w jednym kierunku jak po sznurku i odstawiać wszystkie wskaźniki fundamentalne, makro i cykle. Czasem nie ma co kombinować, czasem najważniejsza jest zwykła analiza techniczna.

piątek, 24 sierpnia 2018

Polska: Depresja 2025

Sygnalizowałem, że od dawna przygotowuję się do tego wpisu. Najpierw chciałem podzielić go na części i solidnie uzasadnić każdy punkt analizy. Ostatecznie uznałem, że "dzieło" mnie przerasta i po prostu wymienię wszystkie punkty, załaduję do każdego odpowieni wykres i krótką notkę, a głębsze analizy zostawię na dyskusję, jeśli taka nastąpi.

Oto mój bazowy scenariusz dla Polski: zbankrutujemy w okolicach 2025. Nie twierdzę, że będziemy chodzić po śmietnikach czy coś takiego, ale jako społeczeństwo dostaniemy solidnie po tyłku, nasze oszczędności zostaną zdewaluowane lub w jakiś inny sposób utracimy majątki (albo jeszcze gorzej - porządek społeczny).

Skupiam się tylko na argumentach wewnętrznych, nie mam pojęcia jak potoczy się polityka zagraniczna, która może kompletnie wywrócić przedstawione wnioski.

Demografia

źródło: Michał Stopka
http://www.michalstopka.pl/

Największy wyż w historii Polski przypada na lata 50-te. Blisko 800 tys. urodzeń co roku.

Zakładając średni rok narodzin dla tego pokolenia jako 1955, w 2025 będą mieli 70 lat. Zakładając średni wiek emerytalny w Polsce 62.5, będą już 7.5 roku na emeryturze.

Średnia długość życia w Polsce ok. 78 lat.

W tym czasie na rynek będzie wchodzić pokolenie 2000, dołek urodzeń to 2003 ok. 350 tys. dzieci.

Rynek zostanie zalany mieszkaniami po odchodzących dziadkach, których nie będzie komu przekazać. Aktywa banków staną się toksyczne.

Co robi rząd, żeby przeciwdziałać problemowi?

PO: 6 latki do szkół, żeby dorosłe konie szybciej kończyły naukę i stały się odpowiedzialne, 67 lat wiek emerytalny.

PiS: Uwalenie obu reform. Przyznam, że po tym bezmyślnym przekreśleniu szans Polski straciłem wiarę w rozsądek Polaków i zacząłem przygotowywać scenariusz ratunkowy.


Systemowo zła alokacja aktywów

Czego się Polak nauczył przez ostatnie dziesięciolecia? Forsa to tylko papier, giełda to oszustwo, prawdziwą wartość mają nieruchomości i ziemia. Cena może na kilka lat spaść, ale w końcu i tak odbiją. Jeśli Niemiec czy Rusek nie zburzy,  przetrwają każdy krach. I to po części prawda, ale...

Ale jeśli wszyscy robią to samo, wszyscy "inwestują" w mury, to mamy do czynienia z systemowym ryzykiem. Mury nic nie produkują, co gorsza wymagają co jakiś czas doinwestowania. Wiem, można wynająć, można w najgorszym wypadku sprzedać, tylko kto to kupi w 2025 roku?

Szansa była w giełdzie, niestety Państwo Polskie i GPW zawiodły. Nie stworzyły warunków do uczciwego obrotu, wspierania prywatnego biznesu i ochrony akcjonariuszy mniejszościowych.


Co robi rząd?

Wiem, że NBP, RPP itp. to nie rząd, ale powiedzmy sobie szczerze, w komunie państwo to PARTIA, a jak partia każe grzać koniunkturę, to się grzeje, nawet jeśli to konsumpcja na kredyt. Niskie stopy procentowe, brak alternatyw dla murów, które "zawsze przechowują wartość".

A - rząd w ramach przeciwdziałania przygotowuje ustawę opodatkowującą ucieczkę kapitału za granicę. ONI już wiedzą, co będzie.

Neokomuniści aka PRL bis

Mentalność ludzi rządzących Polską nieświadomie ujawnił niedawno prof. Łon z Rady Polityki Pieniężnej:

Dynamiczne, nacechowane bardzo wysokim poziomem dumy narodowej wypowiedzi prezydenta R. T. Erdogana przyczyniły się do ukształtowania się kursu liry tureckiej na poziomie korzystnym dla tureckiego eksportu oraz tureckiej turystyki.


5 lat temu dolar kosztował 2 liry, 3 lata temu 3.5 liry, dzisiaj 6 lir. Rozumiecie przekaz? Na co chłopom pańszczyźnianym oszczędności, ważne że znowu są tani i mają dla kogo robić.

Co jest celem komunistów, kiedy przejmują kopalnie, nacjonalizują molochy energetyczne, zbrojeniówkę i banki? Zysk? Nie, zysk to zło! Przedsiębiorstwa państwowe nie muszą zarabiać jak to powiedział minister Tchórzewski. Każdy moloch ma 3 podstawowe cele:

- utrzymać koncesjonowany monopol państwowy,
- utrzymać zatrudnienie i zapewnić spokój społeczny,
- zapewnić strumień pieniędzy dla rządzącego stada.

Dzisiaj prawie cała polska energetyka: PGE, Tauron, Energa i Enea są wyceniane 30% wyżej niż producent gier CD Projekt. Wiem, to śmieszne, ale na dziś to fakt. Żeby nie rozpisywać dlaczego, opowiem wam krótką historyjkę:

Przychodzi inżynier Waciak do towarzysza ministra energetyki i mówi: 
- Panie ministrze! Wymyśliłem tanie panele słoneczne, które można montować na szybach, samochodach, dachach, nawet na głowie nosić.
- O to bardzo ciekawe - mówi minister. 
- To jeszcze nic towarzyszu! Wykonałem też baterie, które przechowają nadwyżki mocy bez większych strat przez wiele dni. Polska może rozpocząć proces przechodzenia z trujących, drogich i banowanych przez cały świat rozwinięty paliw kopalnych do energii, która da nam niezależność od sąsiadów, grup nacisku a w naszych miastach nie będzie trujących oparów siarki. Co wy na to panie ministrze?
Minister oparł brodę na dłoni, zamyślił się głęboko i rzekł: - wypierdalaj do Ameryki.

Cha, cha. Spodziewaliście się wyrafinowanej riposty? Logika tych ludzi jest prosta jak budowa cepa. Inwestowanie w myśl ludzką, prywatne projekty naukowo-badawcze są niepatriotyczne.


Co robi rząd?

Obejrzyjcie Dziennik TVP, autentycznie, poziom żenady i propagandy jak w kronikach PRL z lat 50-tych. Nawet zwykli Rosjanie się śmieją, że ich Pravda jest bardziej wyrafinowana.


17 lat za Grecją, Portugalią i Hiszpanią

Teza wysunięta przez Wojtka Białka 5 lat temu, którą pewnie już zapomniał, ale mi utkwiła, bo już wtedy wyliczyłem okolice 2025 jako krach na nieruchomościach. W skrócie: dyktaktury, które przechodzą do demokracji notują przez ok. 17 lat (pół pokolenia) dynamiczny wzrost, po czym dotyka je silny kryzys. Zostawiam wykresy:





Co robi rząd?

Widzi ścianę i dociska pedał gazu.


Czy można temu zapobiec?

Tak. Należy:

- natychmiast przywrócić reformę 6-latki do szkół i emerytury od 67 lat dopóki budżet się nie zawalił;

- zatrudniać na najwyższe stanowiska najlepszych, wyselekcjonowanych kandydatów; i nie za 6000, bo jak powiedziała kiedyś Bieńkowska za tyle w ministerstwie będzie pracował złodziej, albo idiota (wybaczcie ci z wyższych państwowych stanowisk, którzy to czytacie; znam urzędników i wiem ile szkoleń musieli przejść, jak się wkurzają na partyjniaków na górze; to tylko przenośnia, jak przyjdzie do was rekruter z korpo i powie daję 20 tysi, to nie będziecie się zastanawiać, nie?);

- traktować ludzi poważnie, przywrócić pluralizm mediów, traktować obywatela jako człowieka, którego chcemy przekonać, a nie tępaka, któremu trzeba wbić do głowy partyjną wykładnię;

- postawić na kapitalizm; stworzyć spółki publiczno-prywatne z naukowcami, inżynierami które realizowałyby konkretne cele, jak zwiększenie udziału OZE w energetyce najniższym kosztem, utworzyć banki wody na wydrenowanych terenach itp.; państwo musi otaczać ochroną takie spółki i dostarczać zleceń, żeby wyhodować polską krzemową dolinę;

- znieść nadinterpretacje ochrony danych osobowych, ktore od początku służą ukrywaniu przed opinią publiczną przestępstw gospodarczych i dzięki temu wykorzystać społeczną kontrolę nad nieprawidłowościami w kraju (ludzie sami namierzaliby oszustwa i przyspieszali interwencje służb);

Pomysłów mógłbym pisać jeszcze wiele, ale w sumie po co. Już za późno..

PS
To jest scenariusz na kolejny cykl rotacji kapitału między rynkami wschodzącymi a rozwiniętymi. Do tego czasu bal na Tytaniku trwa! Kupujemy akcje, pompujemy balony i czekamy aż się dolar zesra na 1 z przodu. Mamy jeszcze jakieś 6 lat ;)

PS2
Będę uradowany, jeśli ta prognoza się nie wypełni. Będę wracał do niej każdego roku i zobaczymy, które punkty tracą moc. Z pewnością możemy spodziewać się niespodziewanego.

PS3
Właśnie mi Linkwithin podpowiedział, że rozważałem już podobne scenariusze pod koniec zeszłego roku i nawet zarysowałem potencjalne środki zaradcze:
http://podtworca.blogspot.com/2017/12/scenariusze-na-ktore-kazdy-polak-musi.html


niedziela, 19 sierpnia 2018

Analiza szerokiego rynku

Nie samym głodem żyje człowiek, pora więc na analizę giełdową. Na tapetę biorę wykres szerokiego rynku (wszystkie spółki z GPW), który wielokrotnie wskazywał mi kiedy redukować, a kiedy powiększać pozycję. Odwoływałem się od jakiegoś czasu do pewnej analogii, którą dzisiaj przedstawię bardziej szczegółowo.


Rozpatrzmy 3 bessy od 2007 roku.

1. Ok. roczny silny trend spadkowy.
2. Korekta, która daje nadzieję, że to już koniec spadków. W obecnej bessie ta korekta wystąpiła w styczniu, i był jedyny miesiąc w tym roku, kiedy fundusze akcyjne zanotowały dodatnie saldo wpłat.
3. Wyprzedaż akcji po przebiciu poprzedniego dołka.
4. Faza uspokojenia, w której szeroki rynek się osuwa, ale najlepsze spółki są już w trendach wzrostowych lub konsolidują się przed hossą.

Według tej analizy możemy być już w fazie uspakajania bessy. Zaznaczam, że na tym wykresie taką samą wagę posiada wydmuszka z Necwonnecta wyceniana na 2 miliony, jak i moloch z WIG20 za kilkadziesiąt miliardów.

Dla mnie jest to okres budowania pozycji przed przyszłą hossą. Wyszukuję mocno przecenione w czasie bessy spółki, które wytwarzają realne towary/usługi, zarabiają pieniądze, wypłacają dywidendy (które przy niskiej wycenie biją lokaty na głowę). Niektóre pozycje muszę ucinać krótko po kupnie - zazwyczaj to spółki, które posiadały świetne wskaźniki w czasach taniego pieniądza, ale odkąd Fed przykręca kurek z dolarem, kapitał na świecie się kurczy i spółki te tracą płynność. W ten sposób płacę za odstępstwo od zasady, żeby kupować spółki z niskim zadłużeniem i sporą ilością gotówki na koncie - czasem łapanie noża po mocnym spadku zbyt bardzo kusi (ostatnio taka sytuacja PCM).

Moja strategia akumulacji zakłada, że nie dojdzie do głębszego krachu. Muszę być jednak ubezpieczony również na wypadek wywindowania dolara w celu rozłożenia na kolana słabszych gospodarek. Do tego dobrze nadają się spółki z WIG20 - rządzi tam zagranica; w tym roku całkiem dobrze wychodzą mi krótkoterminowe zagrania (głównie kupowanie panik i wywalanie na odbiciu, ale też kilka razy przyszorciłem).

Większość analiz z którymi się zetknąłem, przewiduje koniec bessy na mniej więcej wiosnę 2019. Z tej analizy wynika, że dołek może być szybciej i warto nie spóźnić się na zakupy. Powoli dochodzę do 50% wypełnienia portfela akcjami (plus ok. 10% w ETFach). Jest jeszcze amuniacja na reakcję.


czwartek, 16 sierpnia 2018

Dziennik postu

Nim zacznę, kilka słów wyjaśnienia. Post-głodówka nie wziął się spontanicznie. Od lat wiedziałem, że kiedyś to zrobię, jednak nie byłem jeszcze gotowy. Uzależnienie od jedzenia, lęk przed spaleniem mięśni, potrzeba utrzymywania formy pozwalającej w każdej chwili przebiec 100km blokowały mnie przed rozpoczęciem postu. Nie posiadałem też wystarczającej wiedzy o skutkach i zagrożeniach.

Pojawiały się jednak kolejne publikacje, które potwierdzały pozytywne aspekty postów. Dlatego zacząłem wprowadzać niewielkie zmiany do stylu życia np.:

- pieczenie i gotowanie zamiast smażenia,
- zastępowanie roślinami produktów mlecznych i jaj,
- unikanie wysokoenergetycznej żywności,
- min. 12 godzin przerwy od jedzenia w ciągu doby.

Jestem wielkim zwolennikiem małych zmian. Te przygotowania trwały lata i nie wymagały wyrzeczeń - wręcz przeciwnie, im dłużej pozostawałem w mocy zdrowych nawyków, tym bardziej chciałem je poszerzać. Nic na siłę. Przystępując do postu jestem w świetnej formie, mam organizm wytrenowany biegami ultra do kilkutysięcznych deficytów kalorycznych, mogę zaczynać :)

Przygotowanie

Przygotowania powinny trwać dwa dni, w moim przypadku były to wtorek i środa, jednak wtorek nie należał do zbyt wzorcowych. Małżonka przygotowała zapiekankę ziemniaczaną ze szpinakiem, fetą i parmezanem. Nie żałowałem sobie ani wypieku, ani proseco. W środę zjadłem 4 talerze zupy burakowej (buraki, włoszczyzna, ziemniaki, cebula) i kilka jabłek oraz nektarynek. Dokuczał mi głód, który ustępował po wypiciu kawy (wypiłem 3 czarne). W nocy głód o dziwo ustąpił, ale długo nie mogłem zasnąć - mózg pracował na zbyt wysokich obrotach.

Dzień 1

Rano. Wstałem wyspany, nie czuję głodu. Sączę kranówkę.
Południe. Wciąż bez głodu. Poszło już z litr kranówy, trzeba było czymś zastąpić kawę :)

Godzinny spacer nastroił mnie pozytywnie. Poczucia głodu nie ma, jest natomiast ogromne pragnienie by coś zjeść, wypić dla przyjemności. Odstawienie jedzenia, kawy, soków jest jak odstawienie narkotyku. Pragnę się najeść pysznymi potrawami, żeby pławić się w przyjemnym poczuciu sytości i czuć wydychany aromat potrawy.

Pojawiła się sugestia, że zamiast głodować, należy ćwiczyć. Rozumiem, że ktoś myśli, że postanowiłem schudnąć czy coś takiego. Obecnie wyglądam tak i nie zamierzam tracić kilogramów:



Po spacerze zdrzemnąłem się. Ciepła kąpiel bardzo relaksująca, przed snem czuję się świetnie. Obejrzę odcinek "Narcos" i do spania.

Dzień 2

W nocy dość słabo spałem - najpierw nie mogłem zasnąć z powodu jakiegoś pobudzenia, pospałem ok. 3 godziny i obudziłem się o 3.30. Nie mogłem spać, więc obejrzałem kolejny odcinek serialu, poczytałem coś, ale byłem zmęczony i trochę słabo się czułem po wypiciu wody. Raz mi się cofnęły kwasy żołądkowe. W końcu przed 6 zasnąłem na prawie 3 godziny. Obudziłem się osłabiony, czułem się jak po rotawirusie, chciało mi się wymiotować. Podejrzewam, że to od przełykanej śliny. Ciągle spływa mi śluz z zatoków. Kiedyś o tym pisałem, że moja przygoda z dietami zaczęła się, kiedy zawiodło kilkuletnie laryngologiczne:
http://podtworca.blogspot.com/2009/05/ksiazki-cz-2.html
Z tego co tam właśnie przeczytałem, to robiłem już raz tygodniową głodówkę, ale na sokach :)

Ok. godz. 10 byłem tak osłabiony, że musiałem się położyć. Zacząłem się pocić, serce szybko biło. Po jakimś czasie wszystko przeszło i czuję się normalnie - jedynie lekko pobolewa mnie głowa. Czytałem, że ból utrzymuje się przez pierwsze 3 dni. Podgrzałem dzieciom obiad i w ogóle mnie do niego nie ciągnęło. Nie tylko nie ma głodu, ale zniknęło też pragnienie jedzenia aromatycznych potraw, które wczoraj mnie męczyło przez cały dzień.

Potrzebowałem natomiast spaceru, więc o 12.30 wyszedłem na pół godziny do parku wykorzystując przerwę obiadową :) Kiedy wracałem po schodach znowu wzięły mnie poty, ale bez zmęczenia. Jestem pod wrażeniem, jak szybko zniknął głód i pragnienie przyjemności z jedzenia. Jest tylko ćmienie w głowie.

Kolejne godziny pracy przy komputerze potęgowały zmęczenie i ból głowy. Po 16 byłem już tak padnięty, że zasnąłem. Sen mnie nie wzmocnił, ból głowy przeszkadzał, czułem się jak na kacu. Dopiero gdy rodziną poszliśmy na spacer wróciły mi siły i zanikł ból. Po powrocie czuję się dobrze, ale podejrzewam, że noc będzie ciężka.

Przed spaniem. Wszystkie dolegliwości zniknęły, w czasie kąpieli czułem przypływ lekkiej euforii. Umysł pracował jasno, zmysły się wyostrzają. Flegma wciąż spływa do gardła, ale wygląda już jak ślina. Jestem podekscytowany i nie ma jeszcze mowy o spaniu, zarzucę kolejny odcinek Narcos i coś poczytam. Acha - zważyłem się i od początku postu straciłem 4 kg (74.5->70.5), to o 2 kg za dużo, ale mam nadzieję, że w następnych dniach spadek wyhamuje. Zakładałem, że poniżej 68 nie zejdę.

Dzień 3

Jak na razie najlepsza noc - wyspałem się i rano czułem się dobrze. Dopiero po wypiciu szklanki wody wróciły słabości. Chciało mi się wymiotować, ale na szczęście jakieś resztki wyszły drugą stroną ;)  Pojechaliśmy do marketu i tam dalej byłem dość słaby. Nie działały na mnie zapachy z pobocznych barów (poza pizzą), natomiast jak zobaczyłem świeżutkie śliweczki po 1.85 za kilo, stoiska z nektarynkami i arbuzy odezwała się potrzeba czerpania przyjemności z jedzenia.

Czułem się coraz lepiej, więc postanowiłem w czasie obiadu przejść się na spacer. Jak dużo czasu jest do zagospodarowania, kiedy się pije tylko wodę. Normalnie człowiek zawsze coś zje, spije kawkę, zrobi jakiś deser. Przygotowywanie i spożywanie jedzenia zajmuje całe godziny w ciągu dnia. I to jest fajne, okazja do wspólnego spędzania czasu.

Podczas spaceru czułem spokój, dostrzegałem niezliczone odcienie zieleni w krzakach i drzewach. Ale gdy słońce wychodziło zza chmur robił się upał, a ja od rana nic nie wypiłem (miałem lekki wodowstręt), więc zacząłem się odwadniać. Po 6.7 km wróciłem, wypiłem szklankę wody i przysnąłem. Potem leżałem, rozmawialiśmy, czułem się OK, nagle wstałem zbyt gwałtownie, żeby iść do łazienki i przez chwilę mnie zamroczyło. Potem nie wiem, czy skoczyła adrenalina, czy późnym popołudniem robi się lepiej, znowu jak poprzedniego dnia całe zmęczenie odpłynęło.

Pojechałem na spotkanie z kolegami i przez 4 godziny nie czułem żadnego osłabienia. Wręcz mnie czasem nosiło. Było przyjemnie chłodno, chłopaki pili piwo a ja sączyłem wodę i nawet mnie nie ciągnęło do piwa.

Czy taki stan jest fajniejszy niż normalny? Nie - choć czuję lekki chillout, to nie wyobrażam sobie życia bez tych małych przyjemności ze zjadania roślinnych posiłków, owoców, orzechów, picia kawy, czasem piwa, wina; wspólnych spotkań przy stole itd.

Waga przed spaniem 69.9, 0.6 kg mniej niż wczoraj, więc tempo wyhamowało i jest nadzieja, że nie spadnie poniżej 68.

Dzień 4

Od czwartego dnia miałem oczekiwać jasności umysłu, euforii itp. To chyba zaczęło się wczoraj wieczorem, ale nie jest jakimś intensywnym stanem. Nie odczuwam lęków, niepokojów ani zmartwień. Zapewne im dłużej się nie je, tym bardziej ten stan zmienia się w apatię, ale na razie mam mnóstwo przemyśleń i z łatwością się koncentruję.

Przez pierwsze dwa dni wyczekiwałem nocy, żeby to się już skończyło, zastanawiałem się jak wytrzymam do środy. Obecnie się przyzwyczaiłem, w takim stanie mógłbym trwać i trwać (oczywiście to tylko stan przejściowy).

W nocy długo nie mogłem zasnąć, byłem zbyt nakręcony. Pierwszy sen był intensywny i kiedy obudziłem się po 3 godzinach, mógłbym zaczynać dzień. Przeczytałem całego neta i nad ranem ponownie zasnąłem. Schemat się powtórzył - po drugim śnie obudziłem się słabszy. Ładowałem się do południa, aż zaczęło mnie nosić na spacer. Początek był zmysłowy, znacznie więcej słyszałem, widziałem i czułem niż normalnie. Kiedy chodzę wokół stawów zwykle jestem zamknięty w klatce myśli, dzisiaj mimo rozmyślań aż musiałem się zatrzymać, by posłuchać szum trzcin:


Nie miałem jednak tylu sił co wczoraj. Wejście w słońcu pod górę zmęczyło mnie i postanowiłem skończyć po ok. 2.5km. Po powrocie oczekiwałem słabości i drzemki, ale tym razem nie nadeszły - i dobrze, może lepiej prześpię noc :)

Resztę dnia spędziłem w domu czytając, oglądając filmy, zrobiłem analizę i napisałem artykuł o giełdzie, poleżałem w ciepłej kąpieli, chyba nic nowego do nocy nie zajdzie.

Odnotowuję dwa pierwsze namacalne dowody skuteczności postu:
- zniknął mi łupież, który pojawiał się 3-4 dni po myciu włosów (nawet szamponem przeciwłupieżowym),
- za uchem miałem suchą skórę, którą zdrapywałem i nawracała - po niej też nie ma śladu.

Waga: 68.9 kg, ajć :/

Dzień 5

Powtarza się scenariusz - w nocy jakaś ekscytacja, która nie daje mi zasnąć (odpłynąłem dopiero ok. 2 w nocy), a rano jestem słabszy. Pojechałem do pracy i nawet sporo zrobiłem. No bo co innego miałem do roboty - na kawę nie wychodzę, obiad odpuszczam i nagle okazuje się, że 8 godzin to strasznie długo. Zagrałem też w ping ponga, pogadałem, wróciłem do domu.

Cały dzień popijałem wodę, nawet mnie ok. 21 trochę przeczyściło. Stanąłem na wadze z obawą, że zobaczę 68 na liczniku, a tymczasem pokazało: 69.3 kg :) Nawodniłem się i przybrałem 0.4 kg.

Dziś bez większych przemyśleń. Dzień mnie nużył, planuję już wyjście z głodówki. Na początku soki warzywne, później zupki przecierowe itd. No i trening od samego początku, bo we wrześniu biegniemy z Tomkiem setkę.

Zostały mi dwa dni postu. W ostatnim zamierzam wygospodarować więcej czasu na spacery, kontemplację przyrody, może uda się zajrzeć głębiej w swoje wnętrze. Póki co wszystko przebiega dość normalnie: myślę o swoich przyziemnych celach, analizuję, śledzę blogi, twittera, giełdę.

Dzień 6

Zasypiałem koło północy z radością, że w końcu nie ma fazy ekscytacji, tylko zwykła senność. Niestety już 2 godziny później zbudziła mnie "inwacja mocy". Nie byłem w stanie leżeć, musiałem wyjść do innego pokoju, robić pompki, przysiady, spacerować po balkonie, żeby rozprowadzić tę energię. Ok. 5 nad ranem odpuściło na tyle, że mogłem zasnąć ponownie. O 8 musiałem już wstawać do pracy, więc przespałem ok. 5 godzin łącznie.

Kolejna doba z deficytem snu wpłynęła na resztę dnia. Praca szła jako-tako, niestety siedzenie przed komputerem w czasie postu działa dodatkowo deprymująco na psychikę. W przerwie obiadowej wyszedłem na spacer i odbiłem się trochę. Po pracy znowu wyszedłem, przy okazji przytargałem parę kilo warzyw i owoców na fazę wychodzenia z postu.

Wieczorem udało mi się pożądnie zdrzemnąć, potem ciepła kąpiel i czuję się bardzo dobrze. Chrzanię fazę nocnej eksplozji - przygotowałem ubrania i po prostu wyjdę wtedy na spacer. To już ostatnia noc postu, a jutro zostaję z dzieciakami, więc mam cały dzień na drzemkę, spacery i przygotowanie soków.

Waga 67.8, nie byłem w stanie pić tyle co wczoraj. Trudno, jutro wieczorem rozpoczniemy odbudowę.

Dzień 7

Noc standardowa: 2 godziny snu i pobudka na atak mocy wykręcający nogi. Pomyślałem, że to może z powodu nietrenowania, w końcu od lat są przyzwyczajone do biegania i ćwiczeń. Poradziłem sobie w ten sposób, że w drugim pokoju ułożyłem stos z poduszek, położyłem na nie nogi i leżałem w pozycji U. Atak trwał krócej, więc zasnąłem szybciej i spałem dłużej.

Przed południem ruszyłem na ostatni spacer. Skłamałbym, gdybym powiedział, że przeżyłem jakieś oświecenie, wyostrzenie zmysłów czy tym podobne rzeczy. Nadal potok myśli zalewał głowę. Czułem się też wyraźnie słabszy, niż podczas spaceru z dnia 3. Natomiast przyroda nadal działa kojąco, gdy szedłem wśród drzew banan nie schodził mi z twarzy.

Nie pisałem o tym wcześniej, ale największą dolegliwością podczas całego postu jest nieustający niesmak w ustach. Podobno to od wątroby, która przetwarza tłuszcz z ciała. Czucie tego kwasu nieustannie przypominało mi, że coś jest nie tak.



Po południu rozpocząłem fazę wychodzenia z postu. Po wysączeniu 2 szklanek rozcieńczonego soku z grapefruita uderzył we mnie cukrowy haj. Drugiego owoca już nie chciałem, za to wypiłem powoli sok z całego słoika ogórków kiszonych. Co to był za aromat. Później wycisnąłem sok z buraka, marchwii i papryki. Pycha! Czułem się fantastycznie. Jakbym nigdy nie był na poście. Wszystko funkcjonuje jak tydzień temu. Na koniec zjadłem dwa talerze zupy przecierowej przygotowanej na jutrzejszy dzień z takiego zestawu (papryki były upieczone przed zmiksowaniem):


Post odbił się na sylwetce, jednak z tego co czytałem zeszła ze mnie głównie woda:


To na razie tyle. Odczekam teraz jakiś czas. Zobaczę jak dalej będzie się zachowywać ciało, jak będzie przebiegał powrót do formy, czy ten post zmieni coś w moim życiu i wtedy napiszę wnioski wraz z odnośnikami do zewnętrznych źródeł. Co mogę potwierdzić, to że po dłuższym poście przechodzi ochota na jakiekolwiek niezdrowe jedzenie. Organizm pragnie witamin, mdły przecier z warzyw smakuje tak fantastycznie jak wtedy, gdy miałem 7 miesięcy.



LinkWithin

Related Posts with Thumbnails