niedziela, 22 listopada 2020

Przeżyjmy to jeszcze raz - krach 2020

 Krach z przełomu lutego i marca stanowi swoistą cezurę. Po latach zawodu i powolnego osuwania, rynki wschodzące i spółki value zadały ostateczny cios umęczonym akcjonariuszom. Wielu weteranów GPW straciło złudzenia i zakończyło przygodę z giełdą. Rynek zachował się jak wyjątkowy skurwiel. 3 lata bessy, rok ubijania dna, śmiesznie niskie ceny zapomnianych spółek, a mimo to zrzucił je o 30% w 3 tygodnie.

Jest też druga strona medalu: kuriozalne wyceny przyciągnęły masę świeżych graczy. I natychmiast zostali wynagrodzeni kilkudziesięcio-procentowymi wzrostami. Coś podobnego przeżyłem, kiedy wchodziłem na rynek w październiku 2008 roku. Prawie wszystko co kupowałem wkrótce odbijało, a ja w swojej naiwności wierzyłem, że zarobię na każdej transakcji. Jednocześnie popełniałem wszystkie możliwe błędy nowicjusza: uśredniałem straty i natychmiast zamykałem pozycję, jak tylko wchodziła w niewielki zysk. Podobnie gra większość nowego narybku: wyczekują kolejnego krachu za rogiem lub ładują się na szczycie w spółki covidowe/fotowoltaikę/newconnect/gaming czy co tam ostatnio jest w modzie. Potem papier wchodzi w gwałtowną korektę i zamiast liczyć zyski, błagają los o powrót ceny, przy której wyjdą na zero. Krach jeszcze przez lata będzie się rzucał cieniem na ich grę.

Przez lata po 2008 roku marzyłem o powtórce krachu. Opowieści o wielkich fortunach zbitych na obstawianiu gwałtownych spadków rozpalały wyobraźnię. Ciągle szukałem okazji do zajęcia krótkiej pozycji, aż zostałem wywieziony podczas silnych wzrostów na początku 2012 roku. W końcu straciłem złudzenia, że szybko pomnożę na giełdzie majątek. Krach 2020 również dał zarobić jakiejś grupce, ale nieporównywalnie więcej graczy i inwestorów poległo. Łącznie z mitycznym traderem Rafałem Zaorskim. Choć byłem zniechęcony mocnym zjazdem portfela, dzięki unikaniu dźwigni i stosowaniu kryteriów fundamentalnych przy selekcji spółek zaskakująco szybko odrobiłem straty, zacząłem zarabiać i póki co zaliczam najlepszy rok w swojej historii na giełdzie. Krach 2020, choć pobił kilka historycznych rekordów jeśli chodzi o szybkość i zakres, właściwie niespecjalnie zapadł mi w pamięć.


Kilka wybranych wpisów z mediów społecznościowych z tych intensywnych dni
(kliknij, żeby powiększyć).


A jaki jest 2020 w waszej giełdowej ścieżce? Jak długo gracie/inwestujecie na rynkach?

czwartek, 19 listopada 2020

BTC is the BOSS

 Bitcoin zmierza ku historycznym szczytom:



Na wykresie zaznaczyłem daty szczytów oraz daty zbliżenia się do all time high.

Nanieśmy te daty na WIG:


W 2013 i w 2017 roku WIG rósł 10-12 miesięcy po sygnale.

Nieco gorzej sprawował się SWIG80:


W 2013 fajny wzrost, ale w 2017 rósł tylko 3 miesiące i zaczął bessę. Pamiętam tamtą bessę na szerokim rynku wbrew WIG20 i światowym indeksom. Rok 2017 pokazał, że nie ma nic pewnego na giełdzie. Cykl 40-miesięczny, na którym opierałem analizy, całkowicie się rozsynchronizował. Potem wydawało się, że od grudnia 2018 zaczęła się hossa, ale krach marcowy sprowadził indeks na nowe dołki. Niezależnie od kiedy powinniśmy liczyć cykl wzrostowy na SWIG80, dopóki BTCUSD będzie rósł, mamy sygnał Risk On i utrzymuję wysoką pozycję w akcjach.

niedziela, 15 listopada 2020

O czym myślę, kiedy myślę o bieganiu



 Dwa tygodnie temu przebiegłem część zielonego szlaku między Skarszewami a Przywidzem. W sobotę 14 listopada zaplanowałem pokonanie kolejnego odcinka: Przywidz-Otomin-Jasień. Wraz z powrotem do domu wyszedł idealnie maraton. W dzisiejszej relacji postaram się umieścić kilka przydatnych przemyśleń, które kłębiły mi się podczas godzin samotności na tym pięknym, leśnym szlaku.


O planowaniu

Wyspałem się, zjedliśmy rodzinne śniadanie i tym razem nie zaniedbałem pakowania: wrzuciłem do plecaka 2 soki (prawie litr picia), chałwę i wafelka. Latarkę czołówkę, na wypadek gdyby złapał mnie zmierzch, trochę pieniędzy, chusteczki, mp3 playera, pobrałem na telefon mapkę zielonego szlaku. Przed 11 żona zawiozła mnie do Przywidza.

Zadanie nr 1: zlokalizować zielony szlak. Okazało się bardzo proste, Przywidz jest miasteczkiem turystycznym, natychmiast znalazłem wzdłuż jeziora znaki kierujące na szlak.


Późnojesienne widoki nie są już tak kolorowe jak w październiku, ale widok jeziora zasnutego mgłą był niesamowity.

Zadanie nr 2: rozgrzać się. W praktyce oznacza to szybszy trucht na początkowych kilometrach. Serce gwałtownie pompuje krew, mięśnie pracują, ciepło rozchodzi się po ciele. Wtedy trzeba zwolnić, uspokoić tętno, żeby nie zacząć się pocić. Mokre ciuchy szybko wychładzają ciało, kiedy przestajesz się ruszać. Kiedyś podczas zimowych biegów ultra wielokrotnie łapałem lekką hipotermię, bo nosiłem kilka warstw ubrań i spodnie warstwy działały jak trwały kompres. Odkąd biegam tylko w koszulce wychładzają się co najwyżej dłonie, ale i na to mam sposoby (np. gdy jest mróz wystarczy skrzyżować ręce i włożyć dłonie pod pachy :).

Na pierwszych kilometrach dużo się myśli. Częściowo podziwiam widoki, ale wkrótce odpływam w myślenie. Akceptuję to. Wiele blogowych wpisów powstało w czasie rutynowych przebieżek. Wtedy w sobotę przypomniałem sobie jak biegałem do Intela zimą 2018/2019. Przesłuchałem wówczas kilka audiobooków, wśród nich "Przesuń Granicę" - wywiad z Markiem Kamińskim i Leszkiem Cichym. 

Utkwiła mi szczególnie jedna z opowieści Marka o planowaniu wyprawy na biegun południowy. Kiedy słuchamy o podobnych wyprawach, skupiamy się na wysiłku, samotności, przekraczaniu ograniczeń. Nie zdajemy sobie jednak sprawy, że ważniejsza i dłuższa jest faza przygotowań. Trzeba zaplanować każdy dzień, sporządzić harmonogram, spakować żywność, opisać ją datą i godziną do spożycia, Marek planował nawet moment, w którym przeczyta fragment książki. To w fazie przygotowań musi myśleć o wszystkim, żeby w trakcie wyprawy mógł skupić się wyłącznie na głównym celu. Kiedy był sam na lodowej pustyni, musiał mieć kompletne zaufanie, że wcześniej dopilnował każdego szczegółu, ponieważ drobny błąd czy przeoczenie mogły kosztować go życie. Musiał odciąć bezmiar zagrożeń na zewnątrz i skupić się na swoim drobnym mikroświecie, realizować przygotowany plan krok po kroku i nie myśleć, bo od myślenia mógłby zwariować.

Ta lekcja planowania rozciąga się na wiele życiowych aktywności: zdrowie, relacje, biznes, inwestowanie.

O treningu

Na 6-stym kilometrze szlak skręca z jeziora na Szklaną Górę. Choć pomorskie "góry" rzadko kiedy kwalifikują się do oficjalnej definicji góry, przez kilometr miałem całkiem fajnie nachylone podejście. Przypomniało mi jak nienawidziłem górskich ultra, by kochać je zaraz po przekroczeniu mety.

Moje myśli przeszły na ulotność ludzkich osiągnięć. Kiedy pierwszy raz przebiegliśmy 100 km, myślałem, że zostało nam to dane na zawsze. Już zawsze będę w stanie przebiec 100 km w dowolnym momencie. Wielu z nas, którzy pokonali trudne biegi typu Łemkowyna 150 km zaczynało wierzyć, że to tylko kwestia woli, że wystarczy pokonać zmęczenie i ból, i dołożymy kolejne trofea. Ale czas brutalnie weryfikował nasze wyobrażenia: kolejni towarzysze odpadali z wyścigów. Jeden zebrał punkty i dostał się na kultowy Ultra Trail du Mont Blanc, 160 km wokół szczytu. Poddał się ok. setnego kilometra. Potem zaliczył jeszcze kilka porażek z rzędu i odpuścił ultra. Inny po drugiej porażce napisał: poddawanie się wchodzi w krew. Kto raz zszedł z trasy, przełamał pewną granicę, po której znacznie łatwiej zdecydować się na przerwanie cierpienia.

Najlepsi przechodzili podobne kryzysy. Przez lata wyznaczali coraz wyższe cele, by w finale zawieść i napisać: "nie muszę sobie nic udowadniać". Potem czasem szukali równowagi w krótszych dystansach, czasem przerzucali się na inne dyscypliny, a czasem zwyczajnie obrażali na bieganie. Ja obrałem inną ścieżkę: w pewnym momencie uznałem, że osiągnąłem już lokalny szczyt możliwości. Nie chciałem sięgać po więcej, wiedziałem ile pracy i czasu by mnie to kosztowało. Chciałem utrzymać możliwość przebiegnięcia 100 km i wykorzystać ją do zwiedzania Europy. Dlatego co miesiąc biegnę przynajmniej maraton, żeby trzymać mięśnie, ścięgna i kości w bazowej formie. Mam gdzieś z tyłu głowy ambitne plany, ale nie czas teraz na nie. Trzymam się maksymy operatorów SEALS:

Under pressure, you don't rise to the occasion, you sink to the level of your training. That's why we train so hard.

Jak mawia Mjoszczu: "trening, trening, trening". We wszystkim, na czym Ci zależy.


O fantazjowaniu

Przyroda była piękna, pogoda dopisywała, szlak w przeciwieństwie do trasy skarszewskiej świetnie oznaczony, przepaliłem już trochę glikogenu, więc z rozmyślania przeszedłem na fantazjowanie. Nauczony doświadczeniem zgarnąłem jakiś kij, żeby się opędzać od spuszczonych z łańcucha burków lub innej zwierzyny leśnej. Kij był zakrzywiony, zacząłem więc próbować na nim technik walki polską szablą, które widziałem na filmikach z Youtube'a. I wróciłem do planu filmu, który wizualizuje mi się w głowie od wielu miesięcy, może już od lat. Dopracowywałem kolejne fragmenty starcia Polaków i Szwedów. Nigdy go oczywiście nie nakręcę, ale to nie szkodzi: kiedyś przyjdzie projekt, do którego będę miał już gotowe sceny i rozwiązania fabularne.

Przepracowanie scenariuszy w głowie jest równie ważne co planowanie. Obie czynności się uzupełniają. Im pełniej wyobrazisz sobie kontekst, w którym zostaniesz postawiony i puścisz wodze fantazji, by dopisać nieoczekiwane zwroty akcji, tym mniej będzie w realnej sytuacji chaosu i zaskoczeń.

Szlak przez kolejne kilometry prowadzi lasami i wzgórzami. Co jakiś czas mijam gospodarstwa, czasem gdzieś w oddali słychać ruch drogowy. W pewnym momencie trafiam na nowoczesne osiedla domków. Zbliżam się do Pręgowa. Za chwilę szlak prowadzi na mostek na Raduni, który przekraczaliśmy z Tomkiem wiele razy.


Za nim znów stroma górka i za chwilę widzę Kolbudy. Przegryzając wafla kończę pierwszą połowę trasy.



O zapominaniu

Przebyłem nieznany mi odcinek zielonego szlaku i zacząłem trasę, którą przemierzyłem już kilka razy w ciągu ostatnich lat. Pamiętam, że będzie fajny bieg zboczem nad jeziorem. Kiedy już tam docieram, okazuje się, że najpierw jest elektrownia wodna Łapino, a jezioro to sztucznie spiętrzony zbiornik.


Do licha, biegłem tu na Kaszubskiej Poniewierce 2 lata temu, i zapomniałem o tej elektrowni. Ostatnio mam problem z pamięcią. To ostatnio rozciąga się na kilka lat. Za dużo informacji każdego dnia. Odciąłem szum medialny, politykę, rozmowy na fejsach, wykopie, ale co z tego, skoro zastąpiłem je wartościowymi blogami i witrynami. Czytam świetne dogłębne analizy, oglądam serwisy naukowe i streszczenia wartościowych książek. Tylko co z tego zostaje? Zamieniam się w przekaźnik treści, nie przyswajam jej. Dopiero długie wybieganie przynosi otrzeźwienie i refleksję. Kiedyś też dużo czytałem, ale miałem czas na jałowe siedzenie i oglądanie teledysków. Muzyka przechodziła przeze mnie i dotykała czułych strun. Delektowałem się tymi chwilami.

Wreszcie zaczyna się odcinek na zboczu, który dobrze pamiętam. Od kilku kilometrów już nie rozmyślam, umysł się uspokoił. Słucham jak na poprzednim maratonie audiobooka Szantaram. Chwilami jestem na Kaszubach, chwilami w mroźnym Afganistanie i gorących Indiach. Raz na wąskiej leśnej ścieżce, raz w bombajskim pałacu.



O dziwnych zbiegach okoliczności

Odcinek zielonego szlaku Kolbudy-Otomin ma 12.5 km. Nad jeziorem otomińskim krzyżuje się wiele szlaków i nie będę się nad nim rozwodził, ani wrzucał fotek, bo robiłem to wcześniej wielokrotnie i tylko w tym roku biegłem tędy już dwa inne maratony. Mógłbym zatem zakończyć opowieść, gdyby nie dziwny zbieg okoliczności. Zaczęło się 2 tygodnie temu - startowałem ze Skarszew, rodzinnego miasta męża siostry mojej żony. Jadąc tam wspomnieliśmy ich, minęło sporo czasu odkąd ostatni raz się widzieliśmy. Kiedy żona odbierała mnie z Przywidza jechał za nami samochód - a jechali nim ta siostra z mężem (mieszkają w Gdyni). Po kilku dniach zgadaliśmy się i nasze podejrzenia, że podążaliśmy tą samą drogą w tym samym czasie się potwierdziły.

I drugi przypadek. Przy okazji rozmów o obróbce danych kilka dni temu, przypomniałem sobie o koledze matematyku, z którym pracowałem w Advie i potem obaj przeszliśmy do Intela. Mieszka daleko ode mnie, w Oliwie, odkąd odszedłem z pracy nie widzieliśmy się i nie zanosiło się, byśmy się jeszcze zetknęli. Jest jednym z tych inspirujących ludzi, od których mogę się wiele nauczyć, dlatego chętnie toczyłem z nim dysputy i nawzajem poszerzaliśmy horyzonty. No i zbliżam się do tego Otomina, został kilometr do jeziora, wyciągam chałwę, wpycham duże kęsy, mijam trzech turystów na szlaku i nagle jeden uśmiecha się do mnie. Rozpoznaję w nim kumpla, z którym chciałem jeszcze w tym życiu pogadać :) Na całej trasie minąłem poza miasteczkami i Gdańskiem może kilkanaście osób.

Morał z historii? Nie wiem, może: choćbyś wszystko zaplanował, przepracował w wyobraźni i wytrwale trenował, życie cię zawsze zaskoczy. Dwa maratony w samotności, dwa bardzo mało prawdopodobne zetknięcia z ludźmi, o których krótko wcześniej myślałem.

czwartek, 5 listopada 2020

Czas na kontynuację hossy?

 Emerging markets new year high:


Niestety wzrosty robi Daleki Wschód Azji. Polska cieniuje, ale jeśli świat wejdzie w Risk On, nie powinniśmy już tak odstawać.

Polska, szeroki rynek:



Trzy silne czarne świece z 30 lipca, 8 września i 28 października wyznaczają istotne poziomy do pokonania. Po każdej wyprzedaży rynek powoli się wspinał do szczytu świecy, po czym odpadał i wybijał nowe dno. Jesteśmy już blisko górnego korpusu ostatniej świecy wyprzedaży. Czy i tym razem po kilkutygodniowej konsolidacji rynek odpadnie, czy wreszcie wrócą wzrosty?

Na razie zakładam, że znajdujemy się w korekcie hossy. Podobne korekty widzieliśmy wielokrotnie na SWIG80:


Ale rynek musi pokazać moc, bo okienko czasowe się kurczy. Idealnie byłoby zobaczyć wzrosty do wiosny, ale rynek polski już od dawna daleki jest od ideału.



niedziela, 1 listopada 2020

Maraton Skarszewy-Przywidz

Szlak zielony jest jednym z ciekawszych i chyba najtrudniejszym szlakiem w Trójmiejskim Parku Krajobrazowym. Mierzyłem się z nim wielokrotnie na zawodach, biegach z kolegami i przygotowaniach do biegów górskich.

III edycja TriCity Ultra, wspinaczka na morenę


Skarszewy

W sobotę, ostatniego dnia października postanowiłem poznać źródła szlaku, czyli odcinek od Skarszew. Żona zawiozła mnie na start o 10.30 ok. 40 km od Gdańska i zacząłem szukać oznaczenia szlaku. Kręciłem się po rynku:



Stara część miasteczka usytuowana jest na wzgórzu, co dodaje mu uroku. Brakuje mi gór w tym roku, kilka lat biegania ultramaratonów górskich zaszczepiło tęsknotę za przestrzenią i majestatycznymi widokami. W końcu dzięki internetowej mapce i pomocy miejscowych namierzyłem szlak, i szybko opuściłem teren zurbanizowany. Na horyzoncie pojawiły się wzgórza, niestety mój aparat z telefonu robi słabe zdjęcia widoków.


W Wolnym Dworze jest rozwidlenie, na którym nie ma żadnego oznaczenia. Biegałem wzdłuż dróg poszukując jakiegokolwiek śladu szlaku. W końcu skręciłem w drogę przez pole, która rokowała największe szanse na bycie szlakiem. 



Jesień

Jesień i wiosna to moje ulubione pory roku. Nie jest ani za gorąco, ani za zimno, przyroda jest najpiękniejsza. Gęba sama się uśmiecha na słońcu, a jako bonus głośno przelatują gęsi.


Wreszcie po ponad kilometrze samotna brzoza potwierdza, że znajduję się na zielonym szlaku. Monotonne pola powoli się kończą, trafiam na więcej łąk i drzew w skrajni. Między nimi mnóstwo pajęczyn, po chwili mam nimi oblepione ręce, włosy i koszulkę.

Na jednym ze wzgórz jakieś ruiny, nie wiem czego, ale fajnie to wygląda. Szlak kieruje na Górę Zamkową.


Wreszcie zakręcam w las i szlak zielony zaczyna przypominać ten z TPK - strome zbocza, zbiegi i podbiegi. Pojawia się też komplikacja - liście kompletnie przykryły ścieżki i bardzo łatwo zgubić dość oszczędnie stawiane oznaczenia szlaku.

To był piękny widok z góry, ale aparat ujął tylko drzewa :)

Czuję się jak w Bieszczadach czy ziemi łemkowskiej. Z konstatacją stwierdzam, że szlak jest znacznie dłuższy niż trasa Skarszewy-Gdańsk, a mój telefon stracił już 30% baterii po ledwie 8 km biegu. Strava zjada więcej prądu od Endomondo. Decyzje o rozłożeniu trasy odkładam na później, ale muszę zrezygnować z robienia zdjęć. Włączanie aparatu bardzo szybko rozładowuje telefon w jesiennym chłodzie. Szkoda, trasa wzdłuż rzeki Wietcisy zasługuje na odrębny album.


Szlak zielony istnieje tylko teoretycznie

W pagórkowatym lesie kilka razy szlak znika, jakby ktoś zatarł po nim ślady. Na niektórych drzewach oznaczenia są ledwie widoczne, innym razem w poprzek ktoś postawił paliki z napisem "Zakaz wstępu. Teren prywatny" albo wychodzę z lasu na zaorane pole i mogę tylko zgadywać w którym miejscu za 100 m mam wrócić na trasę. Dlatego staram się trzymać rzeki.

W końcu znajduję ostatni znak: skręt w lewo (odbicie od rzeki na górę). Wchodzę tam i żegnam się ze szlakiem na 9 kilometrów. Gdzieś tam powinienem się kierować na bród przez rzekę, ale na mapce Stravy nie widać żadnego oprócz oficjalnego mostu. Lecę zatem lasami, polami, mokradłami. Buty kompletnie przemoczone, ale to nie problem, bieganie po górskich potokach i błotach nauczyło mnie, że stopa później wyschnie (choć w norweskich fiordach przypłaciłem tę pewność bólami przemoczonych stóp). 

Ostatnie zdjęcie, dowód działalności bobrów

Ok. 15-stego km muszę uzupełnić płyny. Na trasę zabrałem tylko awaryjną puszkę 0.2l energetyka Verva ze stacji benzynowej i 2 cukierki. Założyłem, że jak zawsze będę kupował prowiant na trasie. Słodki napój daje energię i w końcu przekraczam rzekę i kieruję się przez Stary Wiec -  Szczodrowski Młyn na Szczodrowo, gdzie wrócę na zielony szlak.


Powrót na zielony szlak

W Szczodrowie rzeczywiście odnajduję oznaczenia; zamiast 12 zrobiłem 19km. Zbliża się połowa maratonu, a jestem prawie tak samo daleko od Gdańska, co ze Skarszew. Nie ma opcji, żebym dotarł pieszo do domu, szczególnie, że po 16 będzie się już ściemniać, a nie wziąłem latarki czołówki. Postanawiam, że dotrę do Przywidza i zadzwonię do żony, żeby mnie zgarnęła.

Teraz priorytet to znalezienie sklepu. Jeszcze nie odczuwam pragnienia, ale wraz z odwodnieniem organizm będzie słabł. Kolejny przystanek: Nowy Wiec. Sklep jest, niestety czynny 8-11, 15-18, a jest dopiero przed 14. Trudno, będą kolejne wsie. O naiwności - kolejne "wsie" to luźne skupiska kilku domów/gospodarstw bez żadnych spożywczaków.

Trasa prowadzi głównie lasami i malowniczymi wzgórzami. Zakładam słuchawki i włączam audiobooka Shantaram, historię Australijczyka, który uciekł z więzienia do Bombaju i przeszedł duchową przemianę. Powieść bardzo długa, 800 stron, zapewne nie dałbym rady jej przeczytać, ale słuchana podczas codziennych spacerów i biegów stanowi doskonałą odskocznię od kilku tygodni. Jest flow, przebywam jednocześnie w Kaszubach, Indiach, wyzwalam się z czasu.

Za Drzewinką po 29 kilometrach znowu zonk. Dobrze oznaczony szlak przecina ogrodzone karczowisko. Obchodzę je, ale po drugiej stronie nie odnajduję żadnych oznaczeń. Postanawiam przeciąć las najkrótszą trasą (bateria już poniżej 30%). 


Przywidz

Przeciskam się przez chaszcze, omijam grzęzawiska, odnajduję jakieś ścieżki, które wkrótce naturalnie zanikają. W końcu wychodzę na pola, z których kieruję się bezpośrednio do drogi utwardzonej. Jestem już dość zmęczony, chce mi się pić. Wyłączam audiobooka, dyskomfort nie pozwala już się skupić na akcji i kontynuuję bieg ulicą. Do celu zostało 5 km. Daremnie wypatruję sklepów spożywczych.

Do Przywidza zbiegam z góry, wraca mi radość biegowa, smakuję ostatnią godzinę przed zmierzchem. Wreszcie trafiam do miasteczka, kupuję sok gruszkowy i piwo. Dzwonię do żony, żeby mnie zgarnęła (odległość do Gdańska taka jak ze Skarszew - 40 km :D). Czekając na nią dokręcam 2 kilometry, zwiedzam okolicę. Zaczyna się ściemniać, muszę się ruszać, żeby nie marznąć.



Epilog

To był zdecydowanie jeden z najfajniejszych maratonów w tym roku. Dotychczas zawsze startowałem z domu, więc siłą rzeczy pierwsza część trasy prowadziła przez znane mi tereny. Maraton ze Skarszew od początku do końca prowadził nowymi trasami. Poznałem mniej uczęszczaną i słabiej zaludnioną część Kaszub. Prawie nie spotykałem ludzi, mijałem opuszczone domy i ruiny młyna, czasem musiałem opędzać się kijem od spuszczonych luzem psów.


czwartek, 29 października 2020

Niespodziewany zwrot akcji

 Jedno trzeba Jarosławowi Kaczyńskiemu przyznać - potrafi jechać po bandzie va banque. Był kiedyś podobny wódz, któremu przez lata podobna gra wychodziła. Aż wreszcie wypowiedział o jedną wojnę za dużo i doprowadził naród do ruiny. Im bliżej do katastrofy, tym silniej był przekonany o swoim geniuszu oraz niekompetencji i zdradzie generałów.

Mamy koniec października. W połowie miesiąca było już jasne, że epidemia wyrwała się spod kontroli. Patrząc na stan przygotowań rząd liczył, że przejdzie bokiem jak na wiosnę. Niestety zawiodły nadzieje, że dysponujemy jakąś tajemniczą odpornością na koronawirusa i zaczęły materializować się zapowiedzi przepełnionych szpitali i ludzi umierających samotnie w domach. Wódz wiedział, że walka medialna jest już przegrana, ludzie znienawidzą jego partię za przegraną kampanię po miesiącach tłoczenia propagandy jak to świetnie jesteśmy przygotowani na zwycięstwo.

Musiał działać szybko. Ok. 1% Polaków spisał na straty, trudno, bywały cięższe lata. Trzeba zorganizować jakiś pożar, który przyćmi obrazki ze szpitali i dotrwać do uzyskania odporności stadnej. Neron spalił Rzym, Putin wysadzał bloki i szpitale, junta generałów zaatakowała Falklandy, niestety u nas to nie przejdzie. Ale już stara dobra wojenka o pryncypia niezawodnie rozpali umysły ludu. No to pach, zaostrzamy aborcję, ferment gotowy, ludzie wyszli na ulice. Teraz trzeba przygotować drugą stronę konfliktu, bo wiadomo, że za partię nikt nie będzie ginął. Wódz w wystąpieniu zapowiada obronę Kościoła. Przekaz dla narodu jest jasny - to nie z nami się lejcie, tylko z Kościołem, my tylko realizujemy jego misję.

Sytuacja zatem wygląda tak: toczy się w kraju wojna jakichś hugenotów z katolikami o prawa człowiecze lub boskie. Jeśli ci pierwsi nie zaczną palić kościołów i zjadać płodów, trzeba będzie wysłać swoich od brudnej roboty. W odwodzie trzymany jest TikTok, żeby uspokoić sytuację, jak tylko wirus zacznie odpuszczać. Wtedy nawet zwykły kryzys przyniesie ulgę. Tak skończyło się 30 lat rozwoju RP.

czwartek, 22 października 2020

WIG20 - spółki na p

 PZU (na wykresie FPZU, żeby pokazać realne zachowanie ceny bez uwzględnienia dywidend):


Dzisiaj podwoiłem pozycję na ubezpieczycielu. Nie rozumiem dlaczego spada i nie bardzo wnikam. Jeśli kiedyś wróci na 40 zł nazwę każdego, kto sprzedawał głupcem. A jeśli na 20 osiągnie permanentne plateau, pochylę pokornie głowę przed tym co sprzedawali.


PKO (FPKO):


Zawsze kończyli spadki podwójnym dnem. Raz niższym (2009), dwa razy wyższym (2012, 2016). Nie zgaduję, kupuję, zerknę ponownie za rok lub dwa.


PKN (FPKN):


Chyba pierwszy raz kupiłem. Na razie niewiele, bo 34 straszy (albo kusi). 


LinkWithin

Related Posts with Thumbnails