poniedziałek, 10 czerwca 2019

Jak mogło do tego dojść

Na początek obrazek poglądowy:


Jeśli zastanawiacie się jak PiS zaorał polską energetykę, ten obrazek daje odpowiedź i nie ma tu nic więcej do dodania.

Jeśli zastanawiacie się dlaczego czeski CEZ jest wart więcej, niż cała polska energetyka razem wzięta, skoczcie na weekend do Czech. Nawet na Litwie, gdzie ludzi nie stać na otynkowanie domów, na dachach widać solary. Wszędzie, tylko nie w skorumpowanej dziadowskiej Polsce.

A teraz coś z innej beczki - najnowsza bańka rodem z USA, Beyond Meat, producent incredible burger, czyli roślinnego kotleta:



 Wkrótce cały świat będzie zajadał się roślinnymi odpowiednikami mięsa. Unia Europejska zacznie wprowadzać limity na zużywanie zasobów wody, terenów leśnych itd. I tylko jeden kraj będzie walczył o mięso, lanie gnojówki do wód gruntowych i utrzymanie powierzchni pól uprawnych. A potem z dumą będzie obnosił się swoją nieugiętościa i z uniesionym czołem płacił kary jak za certyfikaty na CO2.

Spójrzcie na ten obrazek:



Po lewej stronie jest to, co mamy, po prawej to co wyszydzamy. Po lewej jest świat, który w 2025 roku będzie bankrutował i obwiniał cały świat wokół za swój los. Po prawej jest świat do którego dąży "lewacka" Europa, "masońska" Unia, WHO i inne "skorumpowane" elity żądające ograniczenia konsumpcji, zużycia wód, zahamowania emisji gazów cieplarnianych.

Mamy wszystko co potrzeba, żeby uczestniczyć w wytyczaniu zmiany cywilizacyjnej. Przyrodę, rolnictwo. Nie mamy tyle odhumanizowanych fabryk mięsa, co zachód czy Chiny, ale to z USA przyjdzie jak zwykle rewolucja i zaora naszych producentów. My będziemy bronić węgla i mięsa, jak kiedyś pańszczyzny, aż ktoś z zewnątrz przyniesie nam wreszcie cywilizację.


piątek, 7 czerwca 2019

Kontekst czasowy

Wiemy, że jest tanio, czasem bardzo, i wiemy również, że kiedyś będzie drożej - być może znacznie drożej. Nie wiemy tylko kiedy i z jakiego poziomu zacznie rosnąć, a jak wiadomo na giełdzie "timing is everything".

Ryzykowne jest posiadanie papierów przed kolejną falą przeceny, ryzykowne jest również nie posiadanie akcji, które zaczynają rosnąć. Dlatego graczowi zawsze towarzyszy lęk przed stratą kapitału lub okazji.

Zatem krótko: jestem długoterminowym bykiem (do 2023-2024?) na rynki wschodzące. Nie będę powtarzał argumentów, powtarzam je już od 2015 :) Dlaczego tak długo? Najlepiej pokażą to wykresy WIG20USD/S&P500 (indeksy cenowe w dolarze) oraz WIGEUR/DAX (indeksy dochodowe w euro):



Od 2008 rynki rozwinięte rosły, od końca 2015 obserwujemy konsolidację, która dla mnie jest ubijaniem dna w cyklu rotacji kapitału między rynkami rozwijającymi się i rozwiniętymi.

Dopóki nie zobaczę negacji, zakładam że wykres pokazuje akumulację polskich akcji lub brak sił do dalszych spadków.

Spójrzmy na stopy zwrotu.
Rok do roku:


Cykl wyraźny i nie da się zaprzeczyć, że byliśmy na dole i idziemy do góry :)

10 letnia stopa zwrotu:



Chwała bessie 2007-2009, gdyby nie ona, nigdy już nie wyszlibyśmy na plus :)

Uśrednione roczne zachowanie WIG i obecny przebieg:


Zazwyczaj sell in may rozkręca się w czerwcu. Jestem przygotowany na kontynuację obecnej fali wzrostowej, jak i powrót spadków. Niech się dzieje wola nieba.

I na koniec SWIG80 na tle growing countries z makrosfera.net :


Armagiedon już był.

środa, 29 maja 2019

Krok od rekordu

Jeśli dołek z grudnia zeszłego roku na indeksie szerokiego rynku zostanie w czerwcu pogłębiony, będziemy mieli do czynienia z najdłuższą bessą w historii GPW:


Widzimy, że indeks porusza się w granicach dołków z 2009 i 2012 roku, a pierwszy raz z obecnymi poziomami zetknął się na początku 2006 roku.

I to w sumie tyle co mogę napisać o polskiej giełdzie :) Nie ma kapitału, nie ma wzrostów. Akcje leżą, dywidendy płacą, ale nie ma komu tego podnieść. A do depresji 2025 coraz bliżej, zostało 6 lat żeby upchnąć 2 cykliczne hossy :)

czwartek, 23 maja 2019

Zostały nam tylko dywidendy

Ponieważ polska giełda już nigdy nie urośnie, jedyna kasa na którą możemy liczyć, to ta wypłacana przez spółki :) Małe:


i duże:


wypłacają baardzo tłuste dywidendy.

Co polecacie z tej stronki?
https://strefainwestorow.pl/dane/dywidendy/lista-dywidend/2019




piątek, 17 maja 2019

PKO aktualizacja

Wykres sprzed miesiąca:


sytuacja obecna:


Kto ma jaja, żeby kupować? :)

Dorzucam WIG_BANKI wykres long term:


środa, 24 kwietnia 2019

Bolesna akumulacja

Pierwszy kwartał 2019 roku przyniósł wiele nadziei posiadaczom małych spółek. Niestety wszystko co dobre szybko na GPW się kończy i ostatnie tygodnie to już osuwanie się szerokiego rynku, połączone z krachami na spółkach raportujących odpisy.

Polski rynek można z grubsza podzielić na rozgrywany przez zagranicę (WIG20, część MWIG40) i lokalny grajdołek. Reprezentantem zagranicy będzie dla mnie WIG20USD, a lokalsi to SWIG80. W 2011 kapitał zagraniczny opuścił rynki rozwijające się i popłynął do USA. Porzucony polski rynek osuwał się aż do kulminacji słabości w styczniu 2016. W latach 2015-2016 fundamenty nie miały znaczenia, pozbawiony płynności WIG20USD stworzył wielką okazję dla inwestorów liczących na powrót poważnego kapitału. Nie była to chwilowa okazja jak na początku 2009, ale cały rok mielenia na niskich poziomach. Każdy miał szansę załapać się na hossę 2017.

Podobna sytuacja występuje moim zdaniem obecnie na SWIG80. 2017-2018 bessa płynnościowa, brak kapitału, który mógłby powstrzymać spadki. W 2019 wyceny są już tak niskie, że akcje nie bardzo mają gdzie spadać, ale też nikt większy nie robi dużych zakupów. Czyżby zatem 2019 był okresem akumulacji na SWIG80 analogicznym do akumulacji WIG20USD w 2016?

Zajrzyjmy na zsynchronizowane dołki obu indeksów w omawianych okresach:


Jeśli analogia zostanie zachowane, należy przygotować się na:

- ok. 2 miesiące osuwania się małych spółek,
- ok. czerwca-lipca super promocje,
- późną jesienią odlot.

Osobiście nie zamierzam spieszyć się z kolejnymi zakupami małych spółek, liczę natomiast na większe ruchy na mułkach z WIG20 i tam rekompensowanie strat na MiŚSiach.

czwartek, 18 kwietnia 2019

Dwa sezony z chłodem

Kończy się drugi rok mojej przygody z zimnem. Przyczyny decyzji i oczekiwane efekty opisałem rok temu:
Od 2 lat nie ubrałem kurtki ani więcej niż jednej warstwy ubrania na krótki rękawek (sweter lub zwykła bluzka).

Sezon 2018/2019 przyniósł kilka nowych doświadczeń. 

Ponieważ we wrześniu zmieniłem pracę i do nowego miejsca mam 7.5 km, do końca października jeździłem rowerem, a gdy temperatura zeszła do okolic 0 przerzuciłem się na bieganie i chodzenie. Miałem zatem codzienny ok. 1-2 godzinny kontakt z zewnętrzną temperaturą w zależności czy wybrałem rower, czy nogi. Minusem był brak okazji do morsowania. Gdy pracowałem w Gdyni miałem 2.7 km do plaży, zatem co tydzień biegałem popluskać się w wodzie. Teraz z pracy do plaży mam 6 km, więc okazja do zaliczenia morsowania w tygodniu roboczym odpada. Sporadycznie biegałem lub dojeżdżałem w weekendy nad kaszubskie jeziora czy nad morze.

Po upalnym lecie podchodziłem bardzo entuzjastycznie do nadchodzącej zimy. Wydawało mi się, że sezon zimowy 2017/2018 upłynął bez większych zmagań. Po tygodniach męki z temperaturami bliskimi 30 stopni nie mogłem doczekać się spacerów po śniegu. Wierzyłem, że uodporniłem ciało na mrozy, podobnie jak przyzwyczaiłem je do biegania maratonów. Niestety nie jest to takie proste.

Przez wrzesień i październik bardzo polubiłem rower, ale gdy temperatura spadła w okolice 0 nad ranem musiałem z niego zrezygnować. Po drodze mam bardzo stromy zjazd (ul. Łostowicka) i raz, że bałem się poślizgnąć na lodzie, a dwa, marzły mi palce trzymane na hamulcach mimo zimowych rękawic. 

Truchtając upiekłem dwie pieczenie na jednym ogniu: szybko się ogrzewałem i podciągałem formę biegową robiąc 75 kilometrów tygodniowo. 



Najtrudniejszy był pierwszy kilometr (a właściwie moment przed nim), ponieważ odprowadzałem młodszą córkę do szkoły i nie mogłem rozgrzać się biegnąc. Wychodziłem w stroju sportowym tj. krótkie spodenki, krótki rękawek i plecak, który przy okazji zapewniał pewną ochronę plecom. Wtedy teoretycznie powinienem marznąć, ale zgodnie z procesami opisywanymi w "co nas nie zabije" mięśnie szybko się napinały i odgradzały od zewnętrznego zimna. Nie odczuwałem prawie dyskomfortu, a jednak stres przed zetknięciem z nim był tak nieprzyjemny, że pragnąłem odwlec wyjście z domu. Pamiętam codzienny rytuał oceny pogody przez okno: ile szronu/śniegu, czy wieje (nad Bałtykiem prawie zawsze wieje), czy niebo mocno zachmurzone, czy są jakieś szanse na słońce, gdy nadejdzie świt.

Tych kilka minut przed każdym wyjściem było najgorsze. Gdy już znajdowałem się na zewnątrz momentalnie adaptowałem się do pogody. Nie chodzi o to, że przestawało być zimno, ale dyskomfort z nim związany okazywał się łatwy do ogarnięcia. Po pożegnaniu z córką przechodziłem w tryb biegowy: zakładałem słuchawki, włączałem mp3 z audiobookiem i zasklepiałem się w swojej skorupie. Wokół było ciemno gdy biegłem do pracy, ciemno było gdy wracałem. Pierwszy kilometr na pełnym gazie i nie ważne czy 0, czy -10 stopni, przyjemne ciepło rozprowadza się ciele.

Najbardziej z okresu grudzień-luty zapamiętałem tę atmosferę odcięcia od świata realnego i wejścia w świat "Przebudzenia" Kinga a później "Bez skrupułów" Clancy'ego. Nie są to wybitni pisarze, ale u Kinga bardzo lubię klimat prowincjonalnej Ameryki (horrory mnie nudzą), natomiast historia Johna "mściciela" Clarka opowiedziana została niesamowicie plastycznie. Nie miałem żadnych problemów z wyobrażeniem sobie jak wychłodził się w delcie Mekongu kiedy biegłem w czapce z nawianego śniegu.

30 grudnia - maraton z Tomkiem 

Od lutego zaczęło jednak nawarstwiać się zmęczenie i znużenie. Problemem nie było zimno, tylko jednostajność "treningu". 2 godziny truchtania od poniedziałku do piątku zabrały czas innym formom aktywności. Miałem też dość tego niepokoju przed wyjściem, na szczęście rano było już widno i mogłem zacząć proces przyzwyczajania córki do samodzielnego wychodzenia. Doganiałem ją w pół drogi, dzięki czemu miałem czas na rozgrzanie się. O ile rano prawie całą trasę biegłem, to po południu byłem już psycho-fizycznie zmęczony i połowę trasy szedłem przechodząc w trucht głównie, żeby się rozgrzać. 

Wreszcie zaczęło pojawiać się słońce. Bezchmurne niebo, brak wiatru i słońce to luksus nawet przy -5 stopniach. O wiele gorzej znoszę silny wiatr z deszczem przy +2. Ponieważ od poniedziałku wróciłem na rower i zdążyłem kilka razy zgrzać się od słońca mogę uznać już sezon "krio" 2018/2019 za zamknięty. Kilka dodatkowych spostrzeżeń:

- w 2017/2018 nosiłem czapkę i rękawiczki; w 2018/2019 zrezygnowałem z nich i o ile w przypadku dłoni odczułem niedogodności (łatwo eliminowane wsadzeniem ich do kieszeni gdy nie biegłem), to w przypadku głowy poszło nadspodziewanie łatwo; całe życie wierzyłem, że trzeba chronić zatoki itp. ale ani razu ich nie zaziębiłem (mimo że kilka razy wiało tak, że potrafiło mnie zatrzymać i musiałem zakryć czoło ręką);

- miałem 2 czy 3 "grypy-jednodniówki" oraz przedłużający się katar wtedy gdy ktoś z rodziny chorował; o ile jednak taka grypa potrafiła rozłożyć innych na kilka dni, u mnie kończyło się na jednej cięższej nocy, a po drzemce w dzień szybko przechodziło;

- odporność na zimno nie wchodzi w krew; można wytrenować odporność na łagodny chłód tj. czujesz się neutralnie przy +5 stopniach lub nawet -2 stopniach gdy jest słońce i nie wieje, jednak w reszcie sytuacji trzeba pomagać sobie różnymi technikami; np. szybki chód, chowanie rąk do kieszeni, trzymanie ramion przy ciele czy bieganie w kółko gdy ciało się wychłodzi; 

- wiatr i wilgoć to "killerzy", powtarzam to już po raz n-ty, ale muszę znaleźć na nich sposób w sezonie 2019/2020;

- choć dobieganie do pracy było bardziej uklepywaniem nóg, niż budowaniem formy, pozwoliło mi uzyskać w ostatnią niedzielę czas 3:27:39 w maratonie; w przyszłym sezonie zamierzam wykorzystać zdobyte doświadczenia by stworzyć system, który pozwoli złamać 3 godziny w maratonie; system to nie trening pod jeden cel, ale zestaw aktywności, które łączą pożyteczne (dotarcie do pracy), rozrywkę (słuchanie powieści) z budowaniem formy pod biegowe życiówki.

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails