środa, 24 kwietnia 2019

Bolesna akumulacja

Pierwszy kwartał 2019 roku przyniósł wiele nadziei posiadaczom małych spółek. Niestety wszystko co dobre szybko na GPW się kończy i ostatnie tygodnie to już osuwanie się szerokiego rynku, połączone z krachami na spółkach raportujących odpisy.

Polski rynek można z grubsza podzielić na rozgrywany przez zagranicę (WIG20, część MWIG40) i lokalny grajdołek. Reprezentantem zagranicy będzie dla mnie WIG20USD, a lokalsi to SWIG80. W 2011 kapitał zagraniczny opuścił rynki rozwijające się i popłynął do USA. Porzucony polski rynek osuwał się aż do kulminacji słabości w styczniu 2016. W latach 2015-2016 fundamenty nie miały znaczenia, pozbawiony płynności WIG20USD stworzył wielką okazję dla inwestorów liczących na powrót poważnego kapitału. Nie była to chwilowa okazja jak na początku 2009, ale cały rok mielenia na niskich poziomach. Każdy miał szansę załapać się na hossę 2017.

Podobna sytuacja występuje moim zdaniem obecnie na SWIG80. 2017-2018 bessa płynnościowa, brak kapitału, który mógłby powstrzymać spadki. W 2019 wyceny są już tak niskie, że akcje nie bardzo mają gdzie spadać, ale też nikt większy nie robi dużych zakupów. Czyżby zatem 2019 był okresem akumulacji na SWIG80 analogicznym do akumulacji WIG20USD w 2016?

Zajrzyjmy na zsynchronizowane dołki obu indeksów w omawianych okresach:


Jeśli analogia zostanie zachowane, należy przygotować się na:

- ok. 2 miesiące osuwania się małych spółek,
- ok. czerwca-lipca super promocje,
- późną jesienią odlot.

Osobiście nie zamierzam spieszyć się z kolejnymi zakupami małych spółek, liczę natomiast na większe ruchy na mułkach z WIG20 i tam rekompensowanie strat na MiŚSiach.

czwartek, 18 kwietnia 2019

Dwa sezony z chłodem

Kończy się drugi rok mojej przygody z zimnem. Przyczyny decyzji i oczekiwane efekty opisałem rok temu:
Od 2 lat nie ubrałem kurtki ani więcej niż jednej warstwy ubrania na krótki rękawek (sweter lub zwykła bluzka).

Sezon 2018/2019 przyniósł kilka nowych doświadczeń. 

Ponieważ we wrześniu zmieniłem pracę i do nowego miejsca mam 7.5 km, do końca października jeździłem rowerem, a gdy temperatura zeszła do okolic 0 przerzuciłem się na bieganie i chodzenie. Miałem zatem codzienny ok. 1-2 godzinny kontakt z zewnętrzną temperaturą w zależności czy wybrałem rower, czy nogi. Minusem był brak okazji do morsowania. Gdy pracowałem w Gdyni miałem 2.7 km do plaży, zatem co tydzień biegałem popluskać się w wodzie. Teraz z pracy do plaży mam 6 km, więc okazja do zaliczenia morsowania w tygodniu roboczym odpada. Sporadycznie biegałem lub dojeżdżałem w weekendy nad kaszubskie jeziora czy nad morze.

Po upalnym lecie podchodziłem bardzo entuzjastycznie do nadchodzącej zimy. Wydawało mi się, że sezon zimowy 2017/2018 upłynął bez większych zmagań. Po tygodniach męki z temperaturami bliskimi 30 stopni nie mogłem doczekać się spacerów po śniegu. Wierzyłem, że uodporniłem ciało na mrozy, podobnie jak przyzwyczaiłem je do biegania maratonów. Niestety nie jest to takie proste.

Przez wrzesień i październik bardzo polubiłem rower, ale gdy temperatura spadła w okolice 0 nad ranem musiałem z niego zrezygnować. Po drodze mam bardzo stromy zjazd (ul. Łostowicka) i raz, że bałem się poślizgnąć na lodzie, a dwa, marzły mi palce trzymane na hamulcach mimo zimowych rękawic. 

Truchtając upiekłem dwie pieczenie na jednym ogniu: szybko się ogrzewałem i podciągałem formę biegową robiąc 75 kilometrów tygodniowo. 



Najtrudniejszy był pierwszy kilometr (a właściwie moment przed nim), ponieważ odprowadzałem młodszą córkę do szkoły i nie mogłem rozgrzać się biegnąc. Wychodziłem w stroju sportowym tj. krótkie spodenki, krótki rękawek i plecak, który przy okazji zapewniał pewną ochronę plecom. Wtedy teoretycznie powinienem marznąć, ale zgodnie z procesami opisywanymi w "co nas nie zabije" mięśnie szybko się napinały i odgradzały od zewnętrznego zimna. Nie odczuwałem prawie dyskomfortu, a jednak stres przed zetknięciem z nim był tak nieprzyjemny, że pragnąłem odwlec wyjście z domu. Pamiętam codzienny rytuał oceny pogody przez okno: ile szronu/śniegu, czy wieje (nad Bałtykiem prawie zawsze wieje), czy niebo mocno zachmurzone, czy są jakieś szanse na słońce, gdy nadejdzie świt.

Tych kilka minut przed każdym wyjściem było najgorsze. Gdy już znajdowałem się na zewnątrz momentalnie adaptowałem się do pogody. Nie chodzi o to, że przestawało być zimno, ale dyskomfort z nim związany okazywał się łatwy do ogarnięcia. Po pożegnaniu z córką przechodziłem w tryb biegowy: zakładałem słuchawki, włączałem mp3 z audiobookiem i zasklepiałem się w swojej skorupie. Wokół było ciemno gdy biegłem do pracy, ciemno było gdy wracałem. Pierwszy kilometr na pełnym gazie i nie ważne czy 0, czy -10 stopni, przyjemne ciepło rozprowadza się ciele.

Najbardziej z okresu grudzień-luty zapamiętałem tę atmosferę odcięcia od świata realnego i wejścia w świat "Przebudzenia" Kinga a później "Bez skrupułów" Clancy'ego. Nie są to wybitni pisarze, ale u Kinga bardzo lubię klimat prowincjonalnej Ameryki (horrory mnie nudzą), natomiast historia Johna "mściciela" Clarka opowiedziana została niesamowicie plastycznie. Nie miałem żadnych problemów z wyobrażeniem sobie jak wychłodził się w delcie Mekongu kiedy biegłem w czapce z nawianego śniegu.

30 grudnia - maraton z Tomkiem 

Od lutego zaczęło jednak nawarstwiać się zmęczenie i znużenie. Problemem nie było zimno, tylko jednostajność "treningu". 2 godziny truchtania od poniedziałku do piątku zabrały czas innym formom aktywności. Miałem też dość tego niepokoju przed wyjściem, na szczęście rano było już widno i mogłem zacząć proces przyzwyczajania córki do samodzielnego wychodzenia. Doganiałem ją w pół drogi, dzięki czemu miałem czas na rozgrzanie się. O ile rano prawie całą trasę biegłem, to po południu byłem już psycho-fizycznie zmęczony i połowę trasy szedłem przechodząc w trucht głównie, żeby się rozgrzać. 

Wreszcie zaczęło pojawiać się słońce. Bezchmurne niebo, brak wiatru i słońce to luksus nawet przy -5 stopniach. O wiele gorzej znoszę silny wiatr z deszczem przy +2. Ponieważ od poniedziałku wróciłem na rower i zdążyłem kilka razy zgrzać się od słońca mogę uznać już sezon "krio" 2018/2019 za zamknięty. Kilka dodatkowych spostrzeżeń:

- w 2017/2018 nosiłem czapkę i rękawiczki; w 2018/2019 zrezygnowałem z nich i o ile w przypadku dłoni odczułem niedogodności (łatwo eliminowane wsadzeniem ich do kieszeni gdy nie biegłem), to w przypadku głowy poszło nadspodziewanie łatwo; całe życie wierzyłem, że trzeba chronić zatoki itp. ale ani razu ich nie zaziębiłem (mimo że kilka razy wiało tak, że potrafiło mnie zatrzymać i musiałem zakryć czoło ręką);

- miałem 2 czy 3 "grypy-jednodniówki" oraz przedłużający się katar wtedy gdy ktoś z rodziny chorował; o ile jednak taka grypa potrafiła rozłożyć innych na kilka dni, u mnie kończyło się na jednej cięższej nocy, a po drzemce w dzień szybko przechodziło;

- odporność na zimno nie wchodzi w krew; można wytrenować odporność na łagodny chłód tj. czujesz się neutralnie przy +5 stopniach lub nawet -2 stopniach gdy jest słońce i nie wieje, jednak w reszcie sytuacji trzeba pomagać sobie różnymi technikami; np. szybki chód, chowanie rąk do kieszeni, trzymanie ramion przy ciele czy bieganie w kółko gdy ciało się wychłodzi; 

- wiatr i wilgoć to "killerzy", powtarzam to już po raz n-ty, ale muszę znaleźć na nich sposób w sezonie 2019/2020;

- choć dobieganie do pracy było bardziej uklepywaniem nóg, niż budowaniem formy, pozwoliło mi uzyskać w ostatnią niedzielę czas 3:27:39 w maratonie; w przyszłym sezonie zamierzam wykorzystać zdobyte doświadczenia by stworzyć system, który pozwoli złamać 3 godziny w maratonie; system to nie trening pod jeden cel, ale zestaw aktywności, które łączą pożyteczne (dotarcie do pracy), rozrywkę (słuchanie powieści) z budowaniem formy pod biegowe życiówki.

poniedziałek, 8 kwietnia 2019

PKO

Zasygnalizowałem, że zamierzam na bazie PKO przedstawić pewną koncepcję na najbliższe miesiące. Zacznijmy od rzutu technicznego:


Stosując klasyczną AT zagrałbym pod długoterminowy sygnał kupna. Kurs uwolnił się od 10-letniego ruchu bocznego i konsoliduje się blisko szczytu.

Wykres kontraktu (bez korekcji wcześniejszych cen o dywidendy) wygląda jeszcze lepiej:



I jeszcze wykres P/B (cena / wartość księgowa) :


Wykres w latach 2016-2019 rymuje z zachowaniem 2009-2012, dlatego zakładam, że pierwsze wybicie będzie fałszywym ruchem w dół (podobnie jak w 2012). Powinna wtedy powstać jakaś techniczna formacja o silnie spadkowej wymowie i dopiero wtedy mam zamiar zająć.. pozycje długie.

Na koniec wykres, którym wspieram swoją prognozę: uśrednione zachowanie roczne PKO z ostatnich 10 lat:


Sell in may and go away działa na PKO jak w zegarku. Nie oznacza to, że będę grał na spadki (choć też nie wykluczam), natomiast w czerwcu będę wypatrywał hiobowych wieści na temat przyszłości polskich banków, budżetu, Polexitu czy czegoś tam innego, co się pojawi.


czwartek, 4 kwietnia 2019

Aktualizacja

Ostatnio jestem w wirze programistycznym i niestety cierpi na tym blog. Dlatego wrzucę tylko 2 wykresy pod tytułem "nie komplikujmy rzeczy prostych":

Bessa na SWIG80 zjadła tyle, ile statystycznie lubi zjeść.

Ostatnia hossa (rozpoczęta w styczniu 2016) należała do najsłabszych na GPW. Obecna idzie jak na razie uśrednioną ścieżką. Jeśli dalej będzie średnia, to wzrosty od dołka powinny być dwucyfrowe.


środa, 20 marca 2019

Korekta?

Kilkakrotnie wcześniej pisałem, że zakładam korektę na SWIG80 od ok. 12 tys. punktów po teście połowy czarnej świecy z początku września:


Na razie spadków na indeksach jeszcze nie widać, ale wczoraj doszło do mocniejszego tąpnięcia na szerokim rynku:


Blisko 1% spadek nie zdarzył się wcześniej w tym roku. Jak widać nie wystąpił w przypadkowym miejscu (średnia 200-dniowa).

Rynek stracił moc, więc zakładam że szykują się niedługo promocje cenowe. Cykle są już pro-hossowe, dlatego zamierzam wykorzystać ewentualną lokalną panikę do zaparkowania kolejnej transzy kapitału w akcje.

PS W zeszłym tygodniu liczba byków pierwszy raz od wielu miesięcy przekroczyła liczbę niedźwiedzi w badaniu nastroju inwestorów indywidualnych..

piątek, 15 marca 2019

Paniki i euforie zsynchronizowane

Większość giełdowych graczy łączy zamiłowanie do wykresów. Próbujemy znaleźć moment w historii, w którym zachowanie rynku było podobne, aby na tej podstawie oszacować przyszłe zachowanie cen. Jedni twierdzą, że przeszłość nic nie mówi przyszłym zachowaniu cen akcji i cała ta wykresologia to zwykła szarlataneria. Ja stoję na stanowisku, że wykresy są jednym z najlepszych narzędzi pozwalających szacować szanse powodzenia scenariuszy. Nie jedynym, jednak niezbędnym do opracowania skutecznej strategii.

Jako że wciąż jestem świeżo po lekturze Wspomnień giełdowego gracza, postanowiłem obejrzeć wykres Dow Jones obejmujący czas akcji książki. I niemal natychmiast zauważyłem znajomy kształt wykresu:


Po zsynchronizowaniu dołka WIG20 z lutego 2009 do dołka na Dow Jones z listopada 1907 otrzymujemy podobieństwo obecnej sytuacji do kwietnia 1918. Potem rok hossy i wtórny dołek w 1921, a później już szaleństwo lat 20-stych aż do bańki 1929.

Następnie sprawdziłem prezentowaną niedawno analogię dołka na SWIG80 z grudnia 2018 do S&P500 w marcu 2009:


Tutaj jesteśmy w korekcie majowo-czerwcowej 2009 i bessa dopiero za 2 lata (2011).

Kolejna analogia: bańka na MWIG40 2007 vs bańka na NASDAQ 2000:


Z analogii bylibyśmy w październiku 2011. Pierwsza poważniejsze spadki za 4 lata (2015) i 7 (2018).


I ostatnia: dołek MWIG40 2009 vs dołek S&P500 1974:

Wrzesień 1984, 3 lata przed krachem 1987.

Powiecie, że to tylko zabawa, jednak ja widzę pewne cykle, które już nie raz uratowały mój portfel. Zmieniają się gospodarki, zmienia się środowisko, ale zachowanie ludzkie pozostaje bez zmian.

czwartek, 7 marca 2019

Warto wracać do mądrych książek

Słynna biografia Livermore'a "Wspomnienia gracza giełdowego" ukazała się w Polsce ok. 8 lat temu. Pamiętam jak czekałem na tą pozycję. Zamówiłem w przedsprzedaży, gdy tylko przyszła zniknąłem dla świata na 2 dni. Marzyłem wtedy o nauczeniu się gry o wysokie stawki i pomnożeniu skromnych oszczędności do milionów.

Zachłannie pochłaniałem kolejne strony lektury, ale za połową książki mój entuzjazm zaczął opadać. Lefevre opisywał w jaki sposób Livermore przeprowadza manipulacje na rynkach. W tamtym czasie byłem skupiony na psychologii gracza i te rozdziały niezbyt mnie interesowały. Mitycznego Graala szukałem we wczesnych latach działalności najsłynniejszego spekulanta w historii.

Jednak kiedy niedawno odświeżyłem "Wspomnienia gracza", to właśnie ostatnie rozdziały mnie oświeciły. Pozwoliły zdefiniować coś, co intuicyjnie wyczuwałem od kilku ostatnich lat. Ukazały mi przestrzeń rozgrywki giełdowej, której przez lata nie potrafiłem zaakceptować. Są to banalne prawdy,  dla wielu zapewne oczywiste, ale moje przeświadczenia uniemożliwiały dostrzeżenie ich.

Przejdźmy do rzeczy. W pierwszych latach gry na giełdzie największą uwagę przykładałem do wskaźników fundamentalnych oraz cykli. Niskie c/wk, odpowiednie przepływy kapitałowe i umiarkowane zadłużenie w połączeniu z wypalającą się bessą pozwalały zająć pozycję na akcjach z potencjałem na mocne odbicie. Rozumowałem prosto: jeśli solidna spółka po fazie paniki jest wyceniana na 0.5 wartości księgowej, to powrót do neutralnej wartości 1.0 wygeneruje zysk 100%. Na więcej nie ma co liczyć, bo powyżej 1 zdaję się na spekulacje rynku. W ten sposób nawet trafiając 2 na 3 spółki i realizując na nich ułamek potencjalnego zysku wychodziłem co roku (poza 2012) na plus.

Strategia gry pod regresję do średniej ma udokumentowaną skuteczność, jednak dla mnie stanowiła mocne ograniczenie zarówno w doborze spółek, jak i w terminie zamykania pozycji. Od 2015 zacząłem zmieniać podejście na rzecz trzymania akcji do fazy dojrzałej hossy i euforii. Jednak hossa 2017 na małych spółkach na dobrą sprawę szybciej się skończyła, niż zaczęła i nim zamknąłem na nich pozycję, spora część zysków wyparowała.

Zarówno w pierwszym podejściu (trzymać do ustalonego poziomu - ograniczeniem są wskaźniki fundamentalne), jak i w drugim (trzymać do oznak wypalenia hossy - ograniczeniem są cykle i makro) ignorowałem powody, dla których akcje rosną powyżej racjonalnych poziomów lub spadają, nim do tych racjonalnych poziomów dotrą. Kluczem do uświadomienia sobie tych powodów są właśnie opisy manipulacji w przytoczonej książce.

Livermore był często wynajmowany przez posiadaczy dużych pakietów akcji do "zorganizowania rynku" dla ich firm (stąd określenie "stock operator"). Jego zadaniem było zwiększyć obrót na danej spółce, następnie wygenerować trend wzrostowy i włączyć jak najwięcej ulicy do gry. Spółka stawała się modna, co zapewniało płynność i uwagę. Uwaga ulicy, która niekoniecznie kupowała akcje była bardzo potrzebna, ale o tym za chwilę.

Dopóki trwała hossa Livermore nie sprzedawał akcji pożyczonych przez spółdzielnię. Używał ich głównie do podbijania ceny. Dopiero gdy zauważał brak siły na rynku, zaczynał wyprzedawać pakiety i uwaga: sprzedawał zawsze na spadkach. Powtarza to zdanie kilkakrotnie. Sprzedawał zawsze na spadkach, ponieważ sprzedaż na wzroście zabije go i zniweczy wcześniejsze wysiłki.

Duży gracz nie może pozwolić sobie na dystrybucję akcji w czasie wzrostów. Musi czekać na słabość rynku, żeby sprzedawać akcje szerokiej publice oraz tym, którzy z uwagą śledzili wzrosty na spółce, ale bali się kupić, bo była droga. Dopiero po fali spadków włączają się do gry, ponieważ wydaje im się, że kupili tanio na korekcie i zaraz wrócą wzrosty. To oni zapewniają spekulantowi płynność niezbędną do wchłonięcia wielkich pakietów akcji. Tymczasem "gruby" nie rozgrywa już pompowania kursu, tylko sprzedaje powierzone mu akcje.

Spekulacja jest stara jak świat. Te same techniki pompowania kursów i rozprowadzania papieru wykorzystywane są na GPW od początku jej istnienia. Przyjęcie do świadomości tego prostego mechanizmu pozwoliło mi wreszcie znaleźć oparcie w utrzymywaniu pozycji w czasie hossy. Nie każda spółka będzie rosła kilkukrotnie, nie na każdej są podmioty zainteresowane upłynnieniem swoich pozycji. Ale analizując zachowanie ceny i obrotu możemy powściągnąć się przed zbyt szybką realizacją zysków lub odpowiednio wcześnie pozbyć złudzeń co do przyszłości kursu.


LinkWithin

Related Posts with Thumbnails