niedziela, 21 lipca 2019

Gra funduszami

Mój główny długoterminowy plan zakłada inwestowanie w Polsce przez kolejne dwa cykle hossy. Mimo, że skupiam się głównie na akcjach, od zeszłego roku zacząłem lokować środki również w funduszach inwestycyjnych.

Podzieliłem polskie fundusze na 3 grupy:

1. ETFW20L.PL - pierwszy dostępny na GPW ETF odwzorowujący WIG20TR (total return, powiększany o dywidendy). Jest to fundusz syntetyczny, w jego składzie są spółki innych krajów europejskich i nawet nie wiem jakie kombinacje. Wykorzystuję go do aktywnej gry:
- akumulować jednostki tanio w zaawansowanej bessie podczas przedłużających się spadków,
- kupować lokalne paniki i skracać odbicia, żeby podbić wyniki,
- redukować w zaawansowanej hossie w czasie rynkowej euforii.

Plusy:
- można kupować i sprzedawać na GPW 'od ręki' (prowizja jak za akcje),
- opłata roczna za zarządzanie 0.45%.

Minusy:
- nie mam do końca zaufania, czy kiedyś fundusz się nie zwinie. GPW jest traktowana jak popychadło przez zagraniczne instytucje - był słoweński Nova Bank, który zbankrutował i akcje wyparowały, podobnie amerykański CEDC czy chińskie wałki, które po zgarnięciu kasy olewają polskich frajerów. Dlatego staram się nie przesadzić z pozycją.

2. inPzu Akcje Polskie - tani (zaledwie 0.5% opłat rocznych, brak opłat za zakup i sprzedaż jednostek) fundusz parasolowy, który z grubsza powinien odzwierciedlać WIG (na razie historia funduszu zbyt krótka, ale dywidendy powiększają aktywa funduszu).

Mam zamiar wykorzystać go do realizacji strategii aktywnej alokacji kapitału:


Obecnie trzymam 100% środków w funduszu akcji, natomiast kiedy NBP zacznie podnosić stopy procentowe i zacznę obserwować wypalanie hossy, zacznę przesuwać środki do funduszu pieniężnego. W tym czasie obligacje powinny tanieć, lokaty rosnąć, potem zobaczę panikę na obligach, NBP czy inny Fed zacznie przebąkiwać o końcu serii podwyżek, więc przesunę środki do funduszu obligacji, by czekać na panikę na akcjach. Na papierze wszystko wygląda fajnie, nie mam ciśnienia, żeby idealnie trafiać - mogę czekać miesiącami na rezultaty, a czas i statystyka niech robią swoje.

Plusy:
- brak prowizji za zakup jednostek,
- niska opłata roczna 0.5%,
- fundusz parasolowy, środki można przesuwać między funduszami przez lata bez płacenia podatku - zostanie on pobrany dopiero po wypłacie środków.

Minusy:
- ubogi wybór funduszy (2 akcyjne, 3 obligacyjne i pieniężny, brak surowcowego), ale wystarczający do realizacji strategii,
- długi czas realizacji zleceń (dni).


Zachowanie obu funduszy na tle WIG20TR:



3. PZU Małych i Średnich Spółek - jeden z najgorszych funduszy w zestawieniu Supermarketu Funduszy Inwestycyjnych mBanku. Otworzyłem niewielką pozycję z horyzontem 12-18 miesięcy w myśl zasady "ostatni będą pierwszymi" licząc, że kupuję blisko dołka:


Plusy:
- chodzi jak SWIG80, wyraźne trendy,
- w SFI brak opłat za kupno/sprzedaż.

Minusy:
- bardzo wysokie opłaty roczne (3.5%).


Podsumowanie.

Fundusze są dla mnie takimi samymi instrumentami do gry, co akcje. Staram się określić ryzyko, potencjał zysku, wyznaczyć optymalny moment kupna/sprzedaży i dostosować wielkość pozycji do ryzyka. Pojedyncza spółka może zarobić 1000% lub stracić 99% w teoretycznie dowolnym momencie, fundusz akcyjny zarobi 20-80% w hossie, a potem się ucieka, bo wszystko odda w bessie.

Mam specyficzne podejście do kupowania akcji: unikam kupowania rozgrzanych spółek w trendach wzrostowych, które ciągną indeksy w górę. Przez to omija mnie wiele okazji. Czasem to świetne firmy, które latami poprawiają wyniki, ale nie potrafię tego przewidzieć. Jeszcze częściej spółki są pchane przez fundusze, którym zależy na pokazywaniu świetnych wyników, by przyciągnąć kapitał. Oba te czynniki są bycze w hossie i dlatego kupując fundusze pośrednio mam ekspozycję na rosnące gwiazdy.

Ciekaw jestem Waszych strategii i wyborów funduszy. Czekam na debiut Beta MWIG40 ETF, bo moment do wejścia w średnie spółki jest dla mnie optymalny.

wtorek, 16 lipca 2019

Ucieczka do płynności

Rozważmy trzy wykresy (ostatnie 10 lat).

Wszystkie spółki z GPW, dla których średni obrót z ostatnich 50 sesji jest większy lub równy milion:


Wszystkie spółki z GPW, dla których średni obrót z ostatnich 50 sesji jest między 100 a 500 tys.:



Wszystkie spółki z GPW, dla których średni obrót z ostatnich 50 sesji jest między 10 a 40 tys.:


Kto ma przewagę płynnych spółek w portfelu, ma od grudnia hossę. Kto postawił na niepłynne maluchy, ma od 2 lat i 2 miesięcy bessę. Kto siedzi w średniakach widzi, że jego portfel zachowuje się średnio.

Zajrzyjmy jeszcze na stosunek wykresów płynne vs niepłynne na tle wykresu nieważonego wszystkich spółek za ostatnie 10 lat:


Trend trwa, i bije kolejne rekordy. Wypiszmy kolejne ekstrema:
2010.01.05
2012.01.12 - 24 miesiące od poprzedniego
2012.12.27 - 12 mies.
2014.12.02 - 24 mies.
2017.09.20 - 33 mies.
2019.07.?? - 22 mies.

Jakiegoś schematu czasowego nie widzę. Widać natomiast synchronizację dołków na całym rynku ze szczytami siły płynnych vs niepłynnych. Tych drugich jest znacznie więcej, dlatego mają większy wpływ na wykres nieważony całego rynku.

Wykresy pokazują starą giełdową prawdę, że najpierw rosną duże spółki, potem przychodzi czas na średnie, a dopiero na końcu startują małe. To w tej ostatniej fazie rosną giełdowe fortunki; póki co mamy kiszenie ogóra i lepiej wyskoczyć gdzieś na wakacyjny urlop, niż śledzić notowania.

środa, 10 lipca 2019

Polowanie na PEO

Odbiła Tepsa, odbiły energetyki, a coś by się jeszcze z WIG20 kupiło. Jak wiadomo WIG20 to umieralnia dla akcji, dlatego sens ma tylko kupowanie dobrych spółek na wyprzedaży i wywalanie kiedy padają sygnały kupna, które są pułapkami na byki. Powyższe stwierdzenie zostanie zanegowane, kiedy ruszy hossa na EM, ale o tym boimy się myśleć.

Dobrą spółką jest PEKAO. Co roku płaci sute dywidendy i co roku nie jest w stanie wrócić do ceny sprzed odcięcia dywidendy. Frustrująca sytuacja dla posiadaczy. Ale jest szansa jeśli nie na zmianę trendu, to na urwanie kilku procent:


Obserwowany wykres to FPEO, czyli kontrakty na PEKAO, ponieważ możemy na nim zaobserwować jak kształtowała się prawdziwa cena akcji. Widzimy, że od roku cena pozostaje w konsolidacji po 3-letnim trendzie spadkowym.

Dlaczego tak dobry bank tak kiepsko zachowuje się na giełdzie? Co nieco może nam podpowiedzieć indeks Stoxx E600 Banks:


Europejskie banki wyglądają źle, z drugiej strony każda kolejna bessa jest łagodniejsza, a potencjał czasowy obecnej przeceny zdaje się wyczerpywać.

Zerknijmy jeszcze na sezonowe zachowanie PEKAO w ciągu poprzednich 10 lat:

Widzę tu pewien schemat: dołek w maju, dołek w lipcu (odcięcie dywidendy), a potem odbicie. Dlatego zamierzam się przyczaić na dziada i urwać 5-8%. Przy okazji trzymam długoterminowy pakiet pod hossę, ale o niej boję się myśleć.

wtorek, 9 lipca 2019

Surowce: u progu inflacji

CRB Commodity index jest jak księga, z której możemy czytać historię rynków wschodzących (na wykresie zsynchronizowałem lokalne dołki CRB z indeksem WIG):





Oczywiście zarówno w przypadku WIG jak i CRB nie mamy pewności, że dołek już był. Jednakże indeks towarów jest bliski wygenerowania wczesnego sygnału kupna i to z bardzo niskich poziomów:



W drugiej połowie 2015 roku towary z hukiem przebiły wsparcie na 200 pkt i od tego czasu poziom ten ponownie - jak 22 lata temu - stał się oporem!

Obecna inflacja wynika głównie ze wzrostu cen usług. Dlatego widzimy jak co roku drożeją np. obiady w barze (wyższe koszty pensji, czynsze), ale już niekoniecznie obserwujemy wzrost cen podstawowych produktów w markecie. Kiedy zaczną drożeć surowce, inflacja uderzy również w te drugie.

Na pierwszym wykresie widzimy jednak, że ceny towarów i polskich akcji są dość mocno skorelowane, co zresztą nie jest żadną tajemnicą (drogie surowce - drogie rynki wschodzące, tanie surowce, tanie rynki).

I tak oto kończymy 320-sty odcinek sagi "czekamy na start wielkiej hossy na rynkach wschodzących".



czwartek, 4 lipca 2019

Polowanie na PGNiG

Otworzyłem dziś pozycję na PGNiG. Klasyczne warunki wejścia: spółka stabilna, zarabia kasę, mocno spadła ostatnimi czasy i wypłaci dywidendę. Prześledźmy analizę:

div yield: 0.18/5.35 = 3.36%

Lepiej, niż lokaty.


Technika (FPGN):


RSI tygodniowy odbija z rekordowo niskich poziomów. Po takim spadku kurs nie wraca od razu na maksy. Poprzednie korekty kończyły się w okolicach fibo38.2 i tam występowała 1-3 letnia konsolidacja przed ruchem na nowe szczyty. Dla naszego przypadku dawałoby to okolice:
6.10 zł
za akcję w skali kilku miesięcy (przy założeniu, że kurs osiągnął dno) i to jest mój poziom docelowy, przy którym zamknąłbym pozycję.

Zerkam na cenę gazu:


Nie widać korelacji. Raz gaz i PGN rosną razem, raz jedno rośnie, drugie spada.

Z WIG20 widać lepszą synchronizację w rysowaniu dołków:



Zakładając, że dołek na WIG20 był w czerwcu, niedługo powinien wystąpić dołek na gazie.

piątek, 28 czerwca 2019

A man provides

8 lat temu w okolicach 30-stych urodzin zaczęła się moja przygoda z bieganiem. 8 lat to kawał czasu. Na ścieżki wybiegł świeżo upieczony tato drugiego dziecka z głową wciąż pełną scenariuszy gier komputerowych, planów rozwijania biznesu i strategii inwestycyjnych. W zeszły piątek, 80-cio kilometrowy Bieg Rzeźnika w Bieszczadach pobiegła para dwóch statystycznych 40-sto latków (jeden 42, drugi 38 letni), dźwigająca na barkach swoje małe wielkie troski.

Życie jest przewrotne: osiągamy wreszcie wymarzone cele, tworzymy, budujemy, gromadzimy, ale zamiast spokoju i spełnienia odczuwamy presję niezliczonych zobowiązań. Odpowiedzialność za rodzinę, pracę, status, relacje z ludźmi pchają nas do podejmowania decyzji, od których zależy los innych osób. Jak mawiał Gus Fring: "a man provides for his family".

Wyjazd do Cisnej miał być odskocznią od prozy życia, ale przez połowę pobytu nie byliśmy w stanie się od niej wyzwolić. Większa część 9-cio godzinnej podróży "tam" zeszła nam na rozmowach o życiu, planach, rozpatrywaniu podjętych decyzji. Nie, żeby było to coś smutnego, rozmawia się fajnie, ale gdzie się podziała ta fantazja z Kwidzyna?

Na miejscu tłumy, jakich nie widzieliśmy na innych biegach ultra. Rozbijamy namiot, idziemy coś zjeść:




Jemy i pijemy kompletnie nieodpowiedzialnie, co zemści się już za kilka godzin. Jakbyśmy chcieli wykorzystać każdą godzinę do świętowania  czegoś, co kosztowało nas wiele wyrzeczeń i treningów. Bieg startuje z Komańczy o 3 w nocy, o 1.45 musimy wejść do podstawionego autobusu. Nastawiamy zatem budzik na 1 i próbujemy się przespać. Mi się udaje podrzemać niecałą godzinę, Tomkowi prawie 3. To też odciśnie ślad na trasie.

W Komańczy jest meta Ultra Łemkowyny, którą przebiegliśmy 3 razy, mamy sentyment do tego miejsca, ale na starcie Rzeźnika nie czujemy radości. Zaczynamy lekko stremowani bliżej końca stawki. Bieg rozgrywany jest parami, nie można się oddalić na więcej niż 100 metrów od partnera. Na trasę wyrusza prawie 650 par, 1282 biegaczek i biegaczy. To bardzo dużo. Uczestniczyłem w biegach, na których przez dziesiątki kilometrów przebywa się w samotności. Na Rzeźniku przez całe 80km nieustannie kogoś wyprzedzasz, lub jesteś wyprzedzany.

Z naszej dwójki Tomek ma obecnie świetną formę, moja była niezła w kwietniu, od tamtego czasu zniżkuje. Od tygodni obawiałem się, że narzuci zbyt mocne tempo, które na dalszym etapie mnie "zabije", ale  początkowo to ja przyspieszam na zbiegach. Przez pierwsze kilometry mam problemy fizjologiczne, modlę się o jak najszybsze przepalenie zgagi po przejedzeniu z poprzedniego dnia. Nie pomaga gazowana woda w bukłaku, jak tylko zaczynamy zbieg każdemu krokowi towarzyszy beknięcie. Oszczędzę opisów reakcji organizmów biegaczy ultra; podczas takiego biegu spala się jakieś 5 tys. kalorii, więc z czasem organizm przepala wszystko.

Potem następują kilometry trawienia problemów. To co we wczorajszych rozmowach było sytuacjami, w trakcie biegu, gdy uwalniane sa hormony stresu zmęczeniowego, staje się problemami. Organizm ma jeszcze mnóstwo energii, więc mózg marnotrawi ją na myślenie. Pogoda póki co sprzyja: chłodna noc i poranek, orzeźwiająca mgła. Dość sporo błota po 8 tygodniach opadów deszczu, ale płytszego niż bywało na Łemkowynie czy Chudym Wawrzyńcu, gdzie człowiek spływał podczas próby wspinaczki na Oszusta. Nie potrafimy cieszyć się z biegu. Widoków górskich brak - wszędzie las, a jak już któryś kawałek szczytu odsłonięty, to mgła. Gdzie te cholerne połoniny? Mgła jest przynajmniej piękna w lesie:



Niewiele pamiętam z pierwszych 30 km. Z mapy odczytuję, że zaliczyliśmy szczyt Chryszczatę i Wołosań na czerwonym szlaku. Ultra liczę zawsze w maratonach, plan na Rzeźnika jest prosty: zrobić pierwszy maraton tak, żeby się czuć, jakby się dopiero zaczynało biec, a potem zrobić drugi maraton. Staram się też nie schrzanić biegu, jak kiedyś bywało: regularnie piję, odżywiam się. Żołądek i flaki już nie dokuczają. Ale coś zaczyna szwankować. Wejście na kolejną górę masakruje mnie. Zaczynam mieć zawroty głowy. Niepostrzeżenie chmury się rozwiały, słońce świeci, błoto paruje. Z góry  udaje się jeszcze zbiec, ale gdy zostaje ok. 2 km do punktu odżywczego na 50-tym kilometrze, nie jestem w stanie truchtać.

Ukończenie biegu staje pod znakiem zapytania. Przypominają mi się najgorsze koszmary z Niepokornego Mnicha, gdy upał i długie strome podejścia tak mnie wykańczały, że musiałem siadać na trasie i ledwo zmieściłem się w limicie. I wtedy Tomek ratuje sytuację: pozostały litr wody zużywa na polewanie mnie po głowie. Zaczynamy truchtać, a jak tylko czuję, że znowu się przegrzewam, chlust woda w twarz, za kołnierz i na kilka minut spokój. Kolejny pozytyw w tej sytuacji, to że mamy już w dupie wszystkie swoje życiowe rozterki. Mamy tu cholernie trudny bieg do zrobienia.

Docieramy do punktu odżywczego w Smerku i trzeba mnie jakoś postawić na nogi. Na szczęście pracują tam zawodowcy; z baseniku do chłodzenia napojów wolontariusz nabiera wiaderko wody i wylewa mi na głowę. Zajadam się pomarańczami, leżę na trawie. Spotykamy Zwola, naszego kolegę z Gdańska, który jest wolontariuszem na punkcie i pokrótce objaśnia sytuację: ponad połowa drużyn już wyszła, limit czasowy bezpieczny, przed nami już tylko 30 kilometrów, ale za to połowa wszystkich przewyższeń i 3 góry. Będzie ciężko, ale wiem już że damy radę. Tomek zabiera na trasę dodatkową butelkę wody do chłodzenia mnie na podejściu.

Człapiemy w kleistym błocie w tempie 20 minut na kilometr. Komuś wciągnęło buta, ktoś się przewrócił. Zaczyna padać deszcz - jedni na niego psioczą, ja dziękuję jak za mannę z nieba. Chłodzenie to podstawa. Nie myślę o wejściu na szczyt, tylko stawianiu kolejnych kroków; robiąc to odpowiednio długo, kiedyś tam wreszcie dotrę. Tomek idzie szybciej, potem się zatrzymuje, czeka na mnie i robi fotki.



Długie strome podejście nie kończy się zbiegiem-happy endem. Na kolejnych kilometrach czeka nas seria mniejszych i większych szczycików, które roboczo nazywamy "korona", "fajfus", "pierdolony fajfus", "cyce". Kiedy wreszcie kończymy ten 19-km odcinek popełniamy szkolny błąd: nie bierzemy z punktu odżywczego wody do chłodzenia mnie. Zabieramy izotoniki, ale na ok. 13 km przed metą wydaje nam się, że już tam jesteśmy i dźwiganie "chłodzenia" jest niepotrzebne. Przed nami jeszcze 2 góry z bardzo stromymi szlakami.

Tymczasem przestaje padać, znowu przebija się słońce i powtórka z rozrywki - zaczynam spowalniać. Staję pod gałęziami i strzepuję krople wody z liści, myślę nawet nad wsadzeniem głowy w trawę na połoninach, ale słońce już je osuszyło. Odzywa się nieprzespana noc, w kamieniach i spalonych konarach co rusz widzę koty, psy, niedźwiedzie, rumaka szykującego się do skoku.


Wtedy Tomek znowu znajduje rozwiązanie: podnosi jakiegoś badyla, podaje mi drugi koniec i ciągnie mnie pod górę. Na kolejne podejście wciąga mnie za rękę. Wreszcie szczyt i podszczyt zaliczone, i znowu działa magia: wracają mi siły, jakby całej tej męczarni pod górę nie było. Puszczamy się pędem w dół. Ok. 3 kilometry stromego zbiegu po błocie. Wyprzedzamy 70 innych par, a zapewne więcej, bo pod górę sporo nas wymijało. Pod koniec czuję już palenie w udach, ale nie zwalniamy aż do ostatniego punktu przed metą.

Ostatnia góra (Liszna) wygląda jak spiczasty trójkąt równoramienny. Najbardziej stroma, ale też bez kombinacji na szczycie: wchodzisz, schodzisz. Najgorsze to jak wymęczysz szczyt, a potem przez 10 kilometrów raz góra, raz dół. Wydaje ci się, że cały czas się wspinasz, bo biegnąc np. 5 minut na km z góry i wchodząc 16 minut na km pod górę spędzasz średnio ok. 3/4 czasu wchodząc, choć na mapie oba odcinki są jednakowej długości. Tomek znowu podciąga mnie na szczyt, odzywa się w nim głód wyniku; stać go było na więcej w tym biegu, ale klasycznego Rzeźnika biega się parach, więc używał zapasy energii do wzmacniania słabszego zawodnika. Z Lisznej nie da się już szybko biec, zbyt duże nachylenie, ale i tak mijamy na tym odcinku ok. 40 par.

Kiedy już słyszę metę, kiedy witam się z gąską, zaliczam glebę na kleistym błocie. Rrrrrwa sobie krzyknąłem i pobiegłem dalej. Wpadamy na metę na pełnym gazie, medal, piwko i szukamy gdzie tu się umyć.



W planach przed biegiem miałem słońce, trawkę i 4-pak dla każdego. W praktyce spędzamy z godzinę w strumieniu na wymywaniu wyjątkowo przylepnego błota, potem zimny prysznic (do ciepłego nie chciało nam się czekać w kolejce). Dowiadujemy się, że przybiegliśmy w pierwszej połówce (poz. 227 na ok. 650 par), całkiem nieźle. Mówię Tomkowi, że idę zrobić "Lenina" (tak nazywamy odpoczynek po biegu na pamiątkę finiszu Niepokornego Mnicha, kiedy to doczołgałem się z prysznica do łóżka i zasnąłem na plecach przyjmując pozę wodza rewolucji):



Pół godziny drzemki wzmacnia. Idziemy na obiado-kolację, zamiast piwa zamawiam koktajl jagodowy. Jest fajny chillout, rozpiera nas radość z tego wszystkiego, co się wydarzyło. Rzeźnik okazał się bardzo trudnym biegiem, blisko połowa par nie zmieściła się w limicie czasowym.

Żeby nie było, że imprezy nie było, kupujemy trochę alko: Tomek małpkę z colą, ja piwo z jagodami, które stawiam na materacu w namiocie, i o dziwo się ono przewraca. Specjalnie się tym nie przejmujemy, będzie trochę waliło piwem, a już o 21.30 padamy. Budzimy się o 5 i pakujemy do odjazdu.

Dzień powrotu jest przeciwieństwem dnia wyjazdu. Nic nie musimy, czujemy się spełnieni. Rozmawiamy o bieganiu, celebrujemy widoki, kawę na stacji. Skręcamy do wegańskiego baru w Częstochowie, funduję sobie szejka w MacDonaldzie. Jesteśmy znowu jak dwa dzieciaki, które cieszą się z dobrej zabawy i nie myślą o upływającym czasie.


środa, 19 czerwca 2019

Trend w cieniu dramatów

Rozpoczęty w styczniu 2016 roku przepływ kapitału z rynków rozwiniętych do rynków rozwijających się trwa:

DM vs EM ETF

Emerging Markets ETF przetestował połowę wzrostów z 2017 i zbiera siły do wybicia z półtora-rocznej konsolidacji:


Także nasz rodzimy WIG pomimo skrajnie niskiego sentymentu inwestorów, w skali lat nie wygląda źle:


Wskazywałem jakiś czas temu na podobieństwo zachowania wskaźnika MACD w procesie formowania dołka bessy. Jeżeli analogia zostanie zachowania, mamy ostatni dzwonek na zakupy. A szeroki rynek cały czas umożliwia zakup mniejszych spółek na wieloletnich minimach:


Jeśli duży kapitał wykreuje hossę na dużych spółkach, następne w kolejce będą średnie, a na koniec przyjdą spektakularne wzrosty na małych. Nie namawiam nikogo do zakupów, to jest mój prywatny pogląd na rynek. Może nie dostrzegam prawdziwego dramatu w cieniu trendu, ale póki co pozostaję:



LinkWithin

Related Posts with Thumbnails