sobota, 19 stycznia 2019

Techniczna hossa na WIG20TR

Wig20 total return (uwzględniający wypłacone dywidendy):


Wykres tygodniowy:

- higher low / higher high, czyli dołek z października powyżej dołka z czerwca, obecny szczyt powyżej szczytu z sierpnia,

- średnia 45-tygodniowa w hossie jest często wsparciem, w bessie często oporem; obecnie została wybita górą, przetestowana a kurs wychodzi na nowe szczyty,

- MACD wychodzi na plus, wyraźna pozytywna dywergencja; zaznaczyłem liniami pionowymi kiedy taka sytuacja występowała historycznie, jak widać przez ostatnie 10 lat zawsze był to start mniejszej lub większej hossy,

- pozytywna dywergencja i rosnący "trend" na RSI,

- długoterminowo: w styczniu 2018 kurs pokonał szczyt wszech czasów z 2007 roku, nastąpiła roczna korekta i akcje szykują się do kolejnego ataku.

Wig20 rośnie w otoczeniu utrzymującego się od blisko roku rekordowo niskiego sentymentu:


i powszechnego oczekiwania na falę C bessy w USA, w trakcie której polskie akcje "nie mają prawa rosnąć". Większość prognoz końca bessy obejmuje okres od wiosny do jesieni 2019 - rynek ma idealną okazję, żeby zostawić wszystkich na peronie :)



środa, 9 stycznia 2019

Pewniaki na hossę

Wpis nie jest rekomendacją itd. itp.

S&P500 dotarł dziś do oporu:



Ameryka niespecjalnie mnie interesuje, ale:

- prawie wszyscy myślą, że w Polsce nie będzie hossy dopóki w USA jest bessa; wyznaczają dołek tej bessy na przedział marzec-październik. Prawie nikt nie pisze, że jest zapakowany w akcje. Czy ktoś wierzy, że w Polsce dołek na WIG już był?

Tymczasem na WIG widzę hossę:


Widzę hossę, zatem gram hossę: jeśli Stany spadną, to my możemy iść w bok. 3/4 czasu rynki chodzą w bok, część spółek spadnie, część urośnie. Część jest już w hossie, część w bessie, ale z każdym miesiącem tych rosnących przybywa. Z każdym dniem, tygodniem i miesiącem przybywa sygnałów kupna, które egzekwuję.

Ale największa część portfela to akcje kupione na długi termin. Z ETFami mam ich blisko sto i prawie wszystkie spełniają dość rygorystyczne kryteria fundamentalno-cenowe. Założenie jest proste:


dotychczas w najsłabszej hossie (2013) cena do wartości księgowej dla WIG urosła do 1.28. Obecnie wynosi ok. 0.99, zatem zakładam że w ciągu roku-dwóch zarobię na tych pozycjach przynajmniej 30%. To jest plan minimum, liczę na więcej, ale i 30% mnie ucieszy ;)

W portfelu siedzą dziesiątki spółek, ale największe pozycje są na dużych, bezpiecznych generatorach gotówki. Kupiłem je przy bardzo niskich wycenach, tak jak kupowałem molochy z WIG20 w 2015/2016 roku. W 2017 dzięki nim zarobiłem największe pieniądze. Teraz moje pewniaki to:

Zakłady Azotowe Puławy:

Grupa Azoty:

Zakłady Tłuszczowe Kruszwica:

Spółki te należą do jednej z kilku kategorii w moim portfelu:

Jakościowy "pewniak" z niskim ryzykiem: 2-3% portfela na pozycję. Oprócz wyżej wymienionych są tu również GPW, PZU, PEO i kilka innych. Zazwyczaj nie liczę tu na duży zysk, ale zakładam że "timing is everything" - kupiłem tanio, sprzedam 30-50% drożej. Jednak na ATT, ZAP i KSW celuję w wyższy wynik..

A jakie są wasze typy na najbliższe:
- miesiąc,
- pół roku,
- rok,
- hossę?

Chętnie pogadam o mniejszych spółkach z potencjałem na szybki rajd.


wtorek, 18 grudnia 2018

Garść prognoz na 2019

Rok temu przedstawiłem prognozy na 2018 i dalszą przyszłość:
https://podtworca.blogspot.com/2017/12/garsc-prognoz-na-2018-i-pozniej.html

Pisałem:

Akcje
2018 według moich analiz powinien być rokiem specyficznym, ponieważ cykl wzrostowy na rynkach rozwijających się, do których należy Polska, powinien zderzyć się z fazą spadkową cyklu hossa-bessa. Stąd moje przygotowania do możliwych turbulencji i wysokiej zmienności. Na GPW szukałbym podobieństwa do tego, co działo się na amerykańskim rynku w 2011/2012 roku. U nas był wtedy krach, u nich szybkie sczyszczenie rynku i powrót hossy

Prognoza sprawdziła się dla WIG/WIG20, na małych i średnich spółkach mieliśmy (mamy) regularną bessę, której głębokość zeszła znacznie poniżej moich przewidywań.

Złoty
Zakładam, że w skali najbliższych kilku lat zobaczymy kontynuację umacniania złotego. Akurat 2018 może skorygować jego siłę, ale raczej nie spodziewam się już dolara i franka powyżej 4zł czy euro blisko 5.

Na razie się sprawdziło.

Surowce - urosły zgodnie z przewidywaniami, ale potem skraszowały wbrew przewidywaniom :)

Ogólnie jestem zadowolony z prognoz, ponieważ nakreśliły mapę, która pozwoliła mi dość skutecznie alokować środki w bardzo trudnym środowisku. 2018 był wyjątkowym rokiem w całej historii, gdyż straciły prawie wszystkie klasy aktywów wyceniane w dolarach:


Wciąż nie są to głębokie spadki, więc jakaś forma paniki i pogłębienia dołków jest wysoce prawdopodobna.

Pobawmy się zatem w prognozy na 2019.

S&P500

Ameryka jest już passe, ale wtrącę tu trzy grosze, bo wszędzie czytam, że jak ich rynek zacznie spadać, to u nas będzie armegeddon. Po pierwsze - liczę, że wreszcie doczekaliśmy się zmiany trendu na Emerging Markets / Developed Markets, czyli wreszcie rynki wschodzące powinny nadrabiać zaległości względem rozwiniętych, czego przedsmak mieliśmy w 2017 roku. Tak prezentuje się uaktualniony WIG20:S&P500 :


Także wreszcie po 10 latach na GPW mogę stosować w 2019 na WIG20 strategię BUY THE FUCKING DIP!! Kupię każdą zwałę, im mocniejszą tym wyższy lewar.

A sam S&P500 interesuje mnie tylko w kresce miesięcznej w skali 100 lat:



Wykres czytamy: pod elipsą ciężkie bessy raz na pokolenie, na czerwonej średniej wsparcia raz na kilka lat. Zakładam, że wsparcie wytrzyma i przyniesie odbicie, które interesuje mnie wyłącznie jako sygnał kupna dla rynków EM (w tym polskiego); w USA przez najbliższe 5 lat nie zamierzam inwestować.

Akcje polskie

Jak już napisałem: dla WIG20 będę stosował BTFD + kilka spółek na długi termin (głównie PZU ze średnią ok. 38, PEO 11x, OPL i resztki energetyków, które zaczynam odbierać, bo nie chcą się porządnie skorekcić).

Prawdziwym hitem powinny być małe i średnie spółki, roboczo zakładam że odbiją do poziomów ze stycznia 2018. Odbicie narysowałem z 1-3 miesięcznym oddaleniem, to jest czas na zrobienie dołka przez desperatów:

Drugie najdłuższe spadki po bessie 2000-2002 i RSI niski jak w najgorszych bessach

PLN

Uważam, że 2019 będzie łaskawszy dla złotego i na koniec roku umocni się do największych walut (USD, EUR, CHF itp.). Za wykres mógłby posłużyć wykres sprzed roku :)


No i to tyle z prognoz: pozostaje nam przecierpieć jeszcze kilka fal spadkowych, może jakiś szybki krach i panikę medialną, a potem przyjdzie hossanna na wysokościach :)



sobota, 15 grudnia 2018

Podsumowanie sezonu ultra cz. 2


Ultra Wieżyca (80km)



Po 80 km w Stavanger w kolejnym miesiącu planowałem przetruchtać coś lżejszego, szczególnie że był już maj i konkretne upały, które źle znoszę na długich trasach. Ponadto nie miałem czasu na treningi biegowe (co trenowałem opiszę w innym artykule) i biegałem tylko 1-2 razy w tygodniu. Zaproponowałem zatem chłopakom (Tomkowi, który wkręcił się już w codzienne mocne treningi i Michałowi oraz Piotrowi, którzy za miesiąc mieli startować na 240 km) turystyczny maraton po Kaszubach. Moja propozycja spotkała się z pozytywnym przyjęciem - do tego stopnia, że chłopacy rozwinęli ją do zdobycia najwyższego szczytu północnej Polski - oddalonej 40km od Gdańska Wieżycy. Problem w tym, że ja kompletnie nie zarejestrowałem tej rozmowy.

Kiedy zatem w środowy ranek ruszyliśmy ku kaszubskim lasom i jeziorom ja biegłem mentalnie maraton, a chłopacy dwa razy dłuższe ultra. Między moją formą a ich rozciągała się przepaść, gdy więc dotarło do mnie na co się zapisałem, pozostało już tylko cierpieć. To był jeden z najgorszych biegów jakie pamiętam. Niemiłosierny upał, zmęczenie i brak motywacji dręczyły mnie przez niekończące się godziny.


Po zdobyciu szczytu "góry" czułem jedynie zniechęcenie, że przede mną jeszcze 40 km drogi powrotnej:
Dobrze, że nie postanowili biec k..wa do Malborka
O, mam jednak jedno miłe wspomnienie. Do domu było już tylko kilka km. Tomek czekał na mnie na ławeczce przy wysypisku śmieci w Szadółkach. Posiedzieliśmy chwilę, zjadłem wafelka, popiłem wodą; cukier uderzył do krwi, woda wsiąkła we flaki i zacząłem odzyskiwać chęć do życia. A potem zaczęliśmy zbiegać i wszystko co złe odeszło. Nadal od domu dzieliło mnie jakieś 25 minut, ale mentalnie już odpoczywałem.


Maraton Verrucole



W czerwcu spędziliśmy w dwie rodziny (Tomka i moja) tydzień w górzystej (i uboższej) części Toskanii - Garfagnagnie. Mieszkaliśmy w zapomnianym przez Boga i turystów miasteczku-twierdzy Castiglione di Garfagnana. W jedynym sklepie z opcją baru przesiadywali podstarzali Włosi i uśmiechali się do naszych żon i bambini. Zakurzone widokówki, które zajmowały jedną gablotkę pochodziły z lat 80-tych. Jedni lubią atrakcje turystyczne, inni morze, a ja stare zamki i katedry na wzgórzach, dlatego czułem się tam jak ryba w wodzie.

Widok na ruiny zamku

Jowitka na moście


Słońce przygrzewało, atrakcji w promieniu 100km mnóstwo i do tego dzieciaki domagające się atencji, dlatego trudno było przekonać Tomka do maratonu. Poranna piątka to co innego, może w jakiś dzień półmaraton, ale zniknąć na prawie cały dzień to jednak zbyt mocno trąci egoizmem. W sukurs przyszła nam pogoda: na środę prognozy zapowiadały deszcz. Dzieciaki i tak świetnie będą bawić się razem w domu, a my będziemy mieć chłodzenie na trasie.

Za cel maratonu obraliśmy położoną na wzgórzu twierdzę Verrucole, którą wypatrzyłem na ulotce reklamującej atrakcje regionu.

Zaczęliśmy lokalnym szlakiem turystycznym, ale spuszczony luzem pies szybko nas z niego pogonił i musieliśmy kontynuować ulicą. Niebawem dotarliśmy do zwykłych terenów mieszkalno-przemysłowych i przez pierwsze kilkanaście kilometrów przedzieraliśmy się przez hałaśliwe zatłoczone drogi. Nawet po wbiegnięciu na zbocze łańcucha górskiego sytuacja się nie poprawiła - ruch był nadal spory, a piesi na tamtych ulicach najwyraźniej nie występują, bo auta jechały jakby nie chciały nas ominąć i dopiero w ostatnim momencie gwałtownie odbijały. Kierowcy najwyraźniej potrzebowali czas na dostosowanie się do nietypowej sytuacji.

Milczeliśmy. Tomek miał chyba wyrzuty sumienia, że zostawił rodzinę, a ja miałem wyrzuty, że on ma wyrzuty. Deszcz kropił, potem się bardziej rozkręcił. Okolica powoli zaczęła się przerzedzać, napotykaliśmy coraz więcej domków turystycznych i uroczych miejscowości. Biegliśmy zboczem górskim, z którego rozciągał się widok na zieloną dolinę.

Zdjęcie z drugiej strony doliny, kiedy przestało już padać.

Każda wyprawa ma swój punkt przełomowy, po którym w głowie zamienia się w przygodę. Nawet jak biegliśmy na tą cholerną Wieżycę, prawie na samym końcu poczułem że jestem w drodze, cel jest nieistotny, ponieważ liczy się to, że jestem. Ten maraton stał się przygodą, gdy zbiegliśmy na dno doliny i zaczęliśmy podejście na przeciwne zbocze. Deszcz osiągał apogeum, mieliśmy w nogach dopiero połowę trasy, ale rozmowy nagle zaczęły się kleić.

Przemoknięci i trochę wychłodzeni wyszliśmy z przełęczy i wtedy ją zobaczyliśmy. Gdzieś daleko na szczycie przez chmury burzowe przenikał zarys twierdzy Verrucole. Widok był mistyczny, w całej tej górsko-burzowej otoczce budziła grozę i majestat. Poczuliśmy rozpierającą radość, że za jakiś czas tam będziemy, i że pogoda jest właśnie taka, nie inna.

Wkrótce deszcz zaczął odpuszczać, a sama twierdza z bliska nie robi wielkiego wrażenia, ale to już nie było istotne. Smakowaliśmy wszystko co oferowała nam trasa.




Maraton opisał również Tomek:
http://runaroundthelake.blogspot.com/2018/06/maraton-di-garfagnana.html


Maraton 3 x Tryton



W maju doszło do nieplanowanej zmiany w moim życiu. Przyjąłem ciekawą ofertę pracy i od września wiele miało się zmienić. Przede wszystkim moja droga dojazdowa do biura. Pracowałem w Gdyni, ponad 30 km od domu, dlatego poza epizodycznymi wypadami rowerem dojeżdżałem tam samochodem. Teraz miałem pracować w centrum Gdańska w biurowcu Tryton. Miałem już serdecznie dość uzależnienia od samochodu i postanowiłem, że do nowej pracy będę jeździł rowerem i biegał.

W lipcu przetestowałem różne warianty tras z i do Trytona. Głównie zależało mi na odkryciu ścieżek, które pozwalają uniknąć spalin i hałasu. No i se tak pobiegałem.


To byłoby na tyle jeśli chodzi o drugą z trzech części podsumowujących biegowy 2018 rok. Praktycznie do października spisałem go treningowo na straty. Zmiana pracy, trenowanie odporności na zimno i trening bokserski za bardzo mnie angażowały. Żeby się zmobilizować zapisałem się na Kaszubską Poniewierkę (100km) i Ultramaraton Puszczy Bydgoskiej (67km), ale ten etap opiszę w ostatniej części podsumowań.

C.D.N.

niedziela, 9 grudnia 2018

Podsumowanie giełdowe 2018 i plany na 2019

Kiedy rok temu snułem plany giełdowe na 2018 byłem w dobrym humorze. 2017 dobrze zapłacił, w dodatku zdążyłem ewakuować się przed falą wyprzedaży. Dzisiaj też jestem w dobrym humorze, choć przyjąłem kilka ciosów i prawdopodobnie rynek mnie jeszcze poturbuje. O tym, dlaczego patrzę pozytywnie w przyszłość przeczytacie poniżej.

Tak pisałem rok temu:

Zakładam, że 2018 może być podobny do 2012 roku. Początek roku powinien przynieść przyspieszenie wzrostów na małych spółkach i wiarę w hossę, po czym cykliczna bessa przypomni o sobie i zobaczymy wtórne dno na SWIG80.

Gdybym nie napisał "wtórne dno", tylko "dalsze spadki" byłaby to prognoza idealna :) Miałem dwa silne założenia:

- po słabej hossie będzie słaba bessa, bo wyceny nie są wyśrubowane - sprawdziło się dla WIG, ale nie małych spółek, które zanurkowały daleko poniżej wartości księgowych,

- bessa uderzy mocniej w MWIG40 i SWIG80, a oszczędzi WIG20, bo ten przeszedł silną bessę w 2015/2016 roku - to się sprawdziło.

"Nie nastawiam się na duże zyski, spróbuję uniknąć odczuwalnych strat. Najbardziej obawiałbym się.. hossy takiej jak w 2006-2007 roku. Nie lubię gonić rynku, a moja pozycja jest jeszcze zbyt mała. Polskie akcje są tanie, płacą solidne dywidendy i zasługują na kilkuletni rynek byka. Nie widzę obecnie też podstaw do silnej bessy na GPW."

Wtórne dno wypadało mi gdzieś na kwiecień i do tego czasu prowadziłem portfel wzorcowo. W styczniu mój portfel osiągnął szczyt, skróciłem pozycje podebrane w czasie listopadowej paniki i trzymałem kciuki za powrót spadków, żeby odbudować pozycję.

Przyszedł kwiecień, ale coś mi nie grało. Nie było jeszcze synchronicznych spadków wszystkich branż. Akcje wielu dobrych spółek spadły, ale wzrosty na game-devach trwały w najlepsze. Dlatego kupowałem głównie spółki z WIG20 na panikach, co później uratowało wyniki portfela.

Wreszcie pod koniec czerwca przyszła upragniona fala wyprzedaży. Wszystko spadało równo na techniczne wsparcia, zabrałem się do odbudowywania pozycji. Przytoczę mój plan sprzed roku:

"Moja strategia na 2018 będzie zatem następująca:
1. Przez cały rok będę akumulował małe i średnie spółki doświadczające spadków, jeśli staną się bardzo tanie względem swoich przychodów, gotówki na koncie, wartości księgowej itd.

2. Spróbuję ustrzelić ewentualny wiosenny szczyt, jeżeli zobaczę mocne wzrosty na SWIG80 i euforię inwestorów indywidualnych, ponieważ wg moich analiz w 2018 powinna trwać cykliczna bessa.

3. Będę dalej wyszukiwał ETFy do zainwestowania na długi termin. Niestety Bossa zagranica radykalnie ograniczyła liczbę dostępnych ETFów i muszę znaleźć jakiegoś innego brokera.

4. Zamierzam czysto technicznie pogrywać na spółkach z WIG20 w obie strony. Tanio już było, drogo jeszcze nie jest, gdyby indeks wszedł w ruch horyzontalny lub jakiś szerszy kanał trendowy, pojawią się moje ulubione setupy.

5. Rozejrzę się za alternatywnymi sposobami inwestowania.
"

Akcje kupowane w czerwcu i lipcu szybko rosły i w sierpniu wydawało się, że lada moment portfel wejdzie na nowy szczyt. Spójrzcie na wykres, który opublikowałem pod koniec sierpnia:


To nie był odosobniony indeks, podobne wybicia z wieloletnich formacji zostały wyrysowane na wielu rynkach.

Wrześniowe tąpnięcie

Pierwszy tydzień września kompletnie mnie zaskoczył. Jestem na GPW 10 lat, ale pierwszy raz przeżyłem krach z portfelem wypchanym akcjami (ok. 60% kapitału). To doświadczenie wprowadziło zamęt w mój długoterminowy plan, ponieważ zacząłem szukać na siłę sposobów zabezpieczenia pozycji oraz odrobienia strat. Zacząłem zamykać zyskowne pozycje albo zamieniać pozycje długoterminowe na średnioterminowe. Potem byłem zmuszony czekać na korektę, żeby na nie wrócić.

Na swoją obronę mogę dodać, że nie miałem wtedy głowy do giełdy - akurat zacząłem nową pracę, zmieniłem auto, biegałem po urzędach i dopiero później, gdy oglądałem wykresy, dotarło do mnie co się wydarzyło.

Okazało się, że niedostatecznie przygotowałem czwarty punkt swojego planu na 2018. Miałem wiele okazji, żeby zarobić na technicznych zagraniach, ale rozproszyłem je na zbyt wiele kont i przestałem kontrolować egzekucje. Np. taki Tauron siedział na dwóch kontach jako długoterminowa inwestycja pod hossę, na jednym koncie na średni termin, a kiedy zobaczyłem na nim formację techniczną szukałem czwartego konta, żeby zagrać na szybko lub kupowałem kontrakty, żeby nie mieszać ich z akcjami. Kiedy w końcu przyszły mocne wzrosty na energetykach byłem już tak skołowany, że pozamykałem prawie wszystkie pozycje na TPE i PGE z niewielkimi zyskami, a teraz nie mogę doczekać się korekty, żeby na nie wrócić.

Odzyskanie równowagi

W końcu zrobiłem to, co powinienem był zrobić dawno temu - wyodrębniłem jedno konto do zagrań krótko i średnioterminowych, a pozostałe konta zostawiłem do akumulowania i trzymania długoterminowych pozycji. Pozwoliłem sobie na skracanie na nich pozycji tylko wtedy, gdy dany walor urósł zbyt mocno i zbyt szybko, np. oceniałem potencjał zysku na 100% w skali 2 lat, ale urósł 50% w tydzień, a jednocześnie nie wychwyciłem tego ruchu na koncie pod zagrania techniczne.

Nowa taktyka przyniosła efekty - portfel zaczął odrabiać wrześniowe straty i można powiedzieć, że dzisiaj, 9 grudnia 2018 zrealizowałem punkt 1 zeszłorocznego planu: zapakowałem się w akcje i fundusze po dobrych i bardzo dobrych cenach. Jestem gotowy na hossę, ale mam też odwody do obrony przed uderzeniami bessy.

Plan 2019

1. Zamierzam dalej akumulować solidne, mocno przecenione spółki, szczególnie te pikujące w dół, bo ludzie umarzają jednostki i fundusze sypią PKC. Jeśli ruszy hossa, będę trzymał akcje bez względu na korekty i sentyment. To bardzo trudne, bo powszechne oczekiwanie jest, że rynek może urośnie na początku roku, ale dno zrobi między wiosną a jesienią. Nie ma nic bardziej bolesnego na giełdzie, niż zamiana zysku w stratę, dlatego pokusa by sprzedać pozycję, która weszła na plus i wszyscy uważają, że zaraz znowu spadnie jest taka silna. Ja pamiętam jednak hossę 2009, kiedy to spółki rosły miesiącami i przynosiły setki procent zysku na samym odrabianiu strat z 2008.

Reasumując: siedzę na tyłku, kupiłem tanio i sprzedam kiedyś drogo.

2. W 2018 wiele akcji kupowałem na dołkach paniki, ale nie miałem planu na sprzedawanie ich na odbiciach. Tym razem mam specjalnie wydzielone konto na takie zagrania. Nie będzie mnie bolało, że skasowałem 20% zysku, choć po X latach byłoby z tego 2000%. Pod takie oczekiwania są konta do realizacji punktu 1 z planu.


Bessa na małych spółkach trwa już 21 miesięcy. Dotychczas najdłuższa bessa 2000-2002 trwała 25 miesięcy. W którym miejscu możemy być? Zwykły powrót indeksu w okolice szczytu z 2017 roku to już wysoki zysk, a co dopiero prawdziwa hossa, która też kiedyś wróci na GPW...




wtorek, 4 grudnia 2018

Podsumowanie sezonu ultra cz. 1

Grudzień, miesiąc podsumowań, planów i prognoz na nowy rok. Zaczynam od tradycyjnego opisu długich biegów z mijającego roku.

Maraton arktyczny



W kwietniu 2017 rozpocząłem przygodę z "krio", ćwiczeniami układu odpornościowego opartymi o chłód. Siedziałem wieczorami w gatkach na balkonie, brałem zimne prysznice, do zimy nosiłem tylko t-shirty i krótkie spodenki, po czym dołożyłem sweterek a spodenki zamieniłem na jeansy. Pogoda jednak nie rozpieszczała - temperatura rzadko spadało poniżej zera i musiałem czekać aż do lutego na dwucyfrowy wynik na minusie.

Odbyłem wcześniej sporo 5-10 kilometrowych biegów na mrozie w krótkich spodenkach i t-shircie (lub bez), jednak niewiele mówiły one o formie na 40 kilometrów. Moje doświadczenia z poprzednich lat na długich dystansach były dość jednoznaczne: zazwyczaj na mecie dostawałem drgawek z zimna. Paradoksalnie wywoływało je zakładanie zbyt wielu ciepłych warstw ubrań, co doprowadzało do wygrzania organizmu i biegnięcia w wilgotnym stroju. Po kilkudziesięciu kilometrach ciało emitowało mniej ciepła i wystarczyło się zatrzymać lub nawet mocniej spowolnić, by wilgotny kompres działał jak chłodziarka.

Wraz z treningiem krio zmieniłem taktykę: w październiku pobiegłem Łemkowynę w krótkim rękawku i nie doświadczyłem żadnego wychłodzenia na mecie. Podobnie było w grudniu (maraton 3 mola) w temperaturze ok. 0-2 stopnie. Maraton "arktyczny" przebiegłem w ok. -8 stopniach i pamiętam z niego głównie nieustanne zmagania z kostniejącymi dłoniami. Kiedy w połowie trasy zatrzymałem się na pączka męczyłem się z wyciągnięciem pieniędzy. W mrozie palce funkcjonują w kilkukrotnie zwolnionym tempie.


Po wyjściu z piekarni pokonałem kolejny kilometr w tempie poniżej 5 minut na km co rzadko zdarza mi się na maratonach wycieczkowych, ale w końcu się rozgrzałem. Skłamałbym, gdybym napisał, że był to maraton w którym nawiązałem kontakt ze sobą i czułem harmonię ze światem. Wielokrotnie balansowałem na granicy tego dziwnego stresu, który czuje się przed kontaktem z zimnem. Jeszcze o nim napiszę przy okazji wpisu o moich doświadczeniach z treningiem krio.

Maraton marcowy z Michałem i Piotrem

Michał i Piotr przygotowywali się do 240-kilometrowego górskiego ultra. W ramach treningów często biegli z pracy do domu. Umówiłem się z nimi w centrum na 16 w czwarty czwartek marca. Pogoda była optymalna, żadnych mrozów ani upałów, jeden z tych fajnych biegów, które upływają na rozmowach.



Fiordy Stavanger (80 km)



Dla takich wypraw zamierzam całe życie utrzymywać formę biegową. Do Norwegii polecieliśmy z Piotrkiem, z którym wcześniej biegałem już w Bergen i Atenach oraz Tomkiem, który kończył pierwszą fazę swojej epickiej drogi ze 123 do 85 kg.

Trasę zaprojektowałem według klasycznego schematu: znaleźć jakiś ciekawy punkt na mapie, zahaczyć o kilka innych ciekawych punktów i jakoś to będzie. Trafiło na szczyt Selvigstakken w parku Foreknuten. Zapuściłem nawet brodę, żeby nie wyróżniać się w kraju wikingów:



Po wyjściu z samolotu uderzył nas zapach gnojówki, który towarzyszył nam przez całą drogę przez zamieszkane tereny.

Tak było na ostatnich kilkuset metrach podejścia i samym szczycie:



Wcześniejsze wzgórza nim zaczęły się skały


Taka mała anegdotka: byliśmy drugi raz w Norwegii i kolejny raz spotkaliśmy się z życzliwością rodaków. Podczas wyprawy do Bergen w jakimś zapadłym Manger przypadkowo spotkany w markecie Polak podwiózł nas do wynajętego domku, a tutaj kiedy skończyły nam się zapasy wody spotkaliśmy schodzące szlakiem 3 dziewczyny z Polski, które odstąpiły nam swoje zapasy.

Schodząc ze szczytu zgubiliśmy szlak. Punkty namalowane na kamieniach zakrywał śnieg, szliśmy na czuja i skręciliśmy nie w ten wąwóz co trzeba. Potem już nie było jak się wycofać, zaczęliśmy zatem powoli schodzić po kamieniach, które zsunęły się ze szczeliny między górami. To był najtrudniejszy moment, ponieważ nie wiedzieliśmy czy zejście nie zwieńczy jakaś przepaść czy jeziorko, których wszędzie było pełno. W końcu jednak zbocze się wypłaszczyło i zobaczyliśmy "las" oddzielający nas od jeziora, którym mogliśmy wrócić na szlak:


Po zejściu cyknąłem fotkę naszej trasy ze szczytu, z tej perspektywy nie uwierzyłbym, że da się tamtędy zejść:


Wyprawę ze szczegółami opisał Tomek:
https://runaroundthelake.blogspot.com/2018/04/wyprawa-nad-fiordy-stavanger.html

Ja zakończę jeszcze jedną anegdotką. W trakcie biegów ultra do butów często wpadają różne kamyczki, patyczki i inne igliwia. Z reguły towarzyszą mi do końca trasy, tak bardzo nie chce mi się zatrzymywać, żeby je wyciągnąć. Czasem jednak coś kłuje tak mocno i nie chce się ułożyć, że w końcu trzeba zdjąć buta i wysypać dziadostwo. Tak też było kiedy już zeszliśmy z górskiego szlaku i biegliśmy drogą na Stavanger. Zdjąłem buta, przemoczoną skarpetkę (kilka razy przechodziliśmy przez strumienie i podtopione trawy), starannie wygarnąłem wszystko co wyglądało jak substancje obce, nałożyłem zestaw z powrotem, ale nieznośne kłucie nie przeszło. Co jest myślę, zdejmuję i przeczyszczam znowu ale dalej boli, aż nie da się iść. W końcu patrzę na stopę, a tam siny kalafior. Cha cha cha tak było!

C.D.N.


sobota, 1 grudnia 2018

Czwarty raz w ciągu 10 lat


Spójrzcie na wskaźnik MACD dający sygnał kupna z lokalnego kilkuletniego dołka. W ciągu ostatniej dekady taki sygnał padł trzykrotnie i za każdym razem oznaczał lokalną górkę, po której nastąpiło finalne 2-3 miesiące spadków, które kończyły bessę. Nie mam pojęcia jak będzie tym razem, ale jeśli zobaczę oznaki euforii czy mocniejszą białą świecę (rajd św. Mikołaja?), kupuję tanie opcje PUT na marzec.

Nieco inaczej przedstawia się sytuacja na WIGu:


Dołek na MACD został wyznaczony już w lipcu, a kolejna fala wyprzedaży nie spowodowała jego pogłębienia. Stosując analogię do trzech poprzednich dołków na MACD i kolejnego wyższego dołka mielibyśmy obecnie odpowiednik:
- startu hossy 2009 z niewielką korektą w czerwcu 2009,
- rajdu z początku 2012, który został całkowicie skasowany w czerwcu 2012,
- odbicia po referendum Brexitowym w czerwcu 2016, po którym rynek wszedł w konsolidację (akumulację) do listopada.

Mój plan:

- fundamentalnie kupionych akcji już nie oddam - nie mogę ryzykować zostania bez pozycji w scenariuszu V odbicia jak w 2009,

- wydzieliłem jedno konto na zagrania krótko/średnio-terminowe pod podwyższoną zmienność (akcje, opcje, kontrakty, certyfikaty), żeby zabezpieczyć się na scenariusz kolejnej fali wyprzedaży jak w 2012,

- mam wystarczająco dużo akcji, żeby partycypować w starcie hossy, jak i wystarczająco dużo środków, by kupić kolejne perełki na wypadek pogłębienia bessy.

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails