środa, 8 kwietnia 2020

Czarny Łabędź Taleba czyli jak przewidzę kryzys w Polsce

Jetem świeżo po lekturze Czarnego Łabędzia Nassima Taleba. Stare wygi giełdowe nie znajdą w tej książce zbyt wiele nowości. Raz, że zawartość książki przeniknęła już do mediów lata temu i zostały przetrawione na niezliczone sposoby. A dwa, to że sama koncepcja jest na tyle bliska rzeczywistości, że każdy kto przetrwał na giełdzie, musiał przynajmniej intuicyjnie ją przyswoić. Książka ubiera te koncepcje w trafne słowa, które pozwalają zrozumieć to, co intuicyjnie wiemy.

Główna teza książki jest taka, że wszystkie dziedziny życia możemy podzielić na 'Przeciętnostan' i 'Ekstremistan'. W Przeciętnostanie obowiązuje rozkład normalny, czyli prawdopodobieństwo wystąpienia odchylenia od średniej spada wykładniczo. Przeciętny jest wzrost człowieka (możemy z grubsza oszacować, że 99% dorosłych ludzi mieści się w jakimś przedziale typu 1.50-2.10 metra), ludzie w rozwiniętym kraju żyją przeciętnie 80 lat i dla każdego wieku można oszacować ile lat jeszcze człowiek pożyje (i tutaj już robimy niebezpieczne założenie, które później wyjaśnię).

Ekstremistan z kolei to środowisko nieprzewidywalne. W praktyce prawie wszystko co nas otacza. Weźmy taką giełdę. Czy coś nam mówi średnia cena akcji? Weźmy taki Lotos - stabilna spółka Skarbu Państwa. Od dekad produkuje paliwa. Tymczasem w ciągu 13 lat cena waha się między 6 a 100 zł. Każda spółka prędzej czy później zbankrutuje, zostanie przejęta lub w inny sposób opuści giełdę. Spółka chodzi według jakiegoś schematu (wyceny przepływów) po czym następuje "czarny łabędź" - jakiś trup z szafy czy super kontrakt i cena diametralnie się zmienia. Tymczasem powszechnie używane do prognoz i ocen narzędzia opierają się o statystykę bazującą na liniowych zależnościach.

Do zobrazowania Ekstremistanu Taleb używa wykres "zadowolenia z życia indyka". Indyk sobie żyje, dostaje jedzenie, zdobywa jakąś wiedzę o świecie zewnętrznym i nabiera przekonań o tym, jak wygląda życie. Jego "projekcje" przyszłości zakładają kontynuację trendu wzrostowego. Aż pewnego dnia przychodzi farmer, ścina indykowi łeb i robi pieczeń na Święto Dziękczynienia. Czy indyk miał jakąkolwiek szansę przewidzieć swój los? Nie.



I tak samo jest z naszymi projekcjami. Myślimy liniowo w nieliniowym świecie. Taleb unaocznia nam jak bardzo myślenie liniowe i rozkład normalny są wżarte w system. Po każdym kryzysie naukowcy, ekonomiści, analitycy mówią "tego nie dało się przewidzieć", "nasze modele tego nie przewidywały", ale teraz już będziemy przygotowani. Modele zbudowane w oparciu o przeszłe zdarzenia tworzą nowe reguły, do których dostosowują się gracze i w ten sposób generują podstawy do kolejnej awarii systemu. Próba wygładzania naturalnej zmienności koncentruje ryzyko i kończy się jeszcze gorszym wybuchem.

To nie jest nowa koncepcja, znam ją od lat, kiedyś fajnie zobrazował mi to artykuł o wielkich pożarach w Kaliforni. Natura od tysięcy lat 'generowała' pożary w lasach, które wypalały małe gałęzie, a nawet umożliwiały uwolnienie nasion z szyszek, które pękały pod wpływem temperatury. Starym grubym drzewom te pożary nic nie robiły. Kiedy jednak straż pożarna zaczęła gasić te pożary, suche drewno zaczęło zalegać w lasach. Brak naturalnych pożarów, koncentracja paliwa - to musiało i doprowadziło do pożaru, który pochłonął kilkusetletni drzewostan.

Inna cenna uwaga Taleba - to co bierzemy za losowość, czyli np. gry hazardowe w kasynie czy mechanikę kwantową w rzeczywistości jest nieistotną przypadkowością z dziedziny Przeciętnostanu. Taką losowość bez problemu obliczamy i kontrolujemy. Prawdziwym czynnikiem ryzyka w kasynie nie są wcale odchylenia w wartościach oczekiwanych gier losowych, ale zdarzenia nie brane pod uwagę takie jak oszustwa, napaści, pożar czy oszukujący pracownicy.

Kolejne genialne spostrzeżenie: nie tylko nie potrafimy przewidywać przeszłości. Nie potrafimy też odczytać poprawnie przeszłości. To co bierzemy za przeszłość jest tylko narracją, którą stworzyliśmy na podstawie dostępnych danych. Taleb obrazuje to rozpuszczoną bryłką lodu - nie jesteśmy w stanie odtworzyć jej pierwotnej formy z rozlanej wody. Tymczasem zdecydowana większość naukowców wyciąga wynioski z historii i buduje na ich bazie teorie.

Innym popełnianym przez naukowców błędem jest wnioskowanie pozytywne typu: jesteś zdrowy, ponieważ test wypadł negatywnie. W rzeczywistości możemy tylko stwierdzić, że test nie wykazał choroby. Nie zdajemy sobie sprawy jak wiele państwowych przepisów jest opartych o takie założenia. Np. kiedyś naukowcy stwierdzili, że sztuczne mleko jest odpowiednikiem kobiecego, ponieważ ma te same składniki odżywcze. Przez całe dekady przedwcześnie karmiono niemowlaki sztucznym mlekiem, nim okazało się, że w mleku ludzkim są naturalne przeciwciała i niezliczone ilości innych niezbędnych składników, których nie posiada sztuczne. Nie zapominając o bardzo ważnym aspekcie psychologicznym karmienia dziecka piersią.

I tu mam zarzut do Taleba, który najpierw błyskotliwie opisuje te wszystkie idee, po czym głosi własne teorie, które bez problemu można obalić. Np. stwierdza, że człowiek nie jest stworzony do monotonnego życia - jedzenia w tych samych porach, monotonnego wysiłku, że myśliwi wychodzili na polowanie na czczo, gonili ofiarę, a potem dopiero jedli. I wyciąga z tego wniosek, że jego metoda: chodzenie na długie spacery bez męczenia się i czasami szybkie zrywy jest metodą idealną, natomiast bieganie maratonów jest wbrew naturze. W swoim stylu obśmiewa sportowców i pławi w dygresjach.

Tymczasem ja jako biegacz maratonów znam zupełnie inne story: myśliwi prehistoryczni i niektóre plemiona afrykańskie do teraz stosują metodę polowania, polegającą na zabieganiu zwierzęcia na śmierć. Tylko ludzie mogą oddychać niezależnie od stawiania kroków (zwierzęta nabierają powietrze wraz ze skokiem), tylko ludzie oddają ciepło z potem (zwierzęta muszą się zatrzymać i wydychać ciepło przez pysk). To pozwala nam wytrwale gonić zwierzynę przez np. 2 doby, aż zwierzę padnie ze zmęczenia i przegrzania. Jesteśmy urodzonymi biegaczami i łatwość (przy odpowiednim treningu) zaliczenia maratonu jest tego dowodem. Rozpisałem się tyle, żeby pokazać, że prawdopodobnie cała książka jest przetykana niesprawdzonymi i fałszywymi przekonaniami Taleba. Nie przeczą one jednak podstawowym założeniom o chaotycznej naturze zdarzeń i błędach we wnioskowaniu.

Fragmenty dokumentu BBC Persistence hunting

Taleb proponuje naśladowanie natury, czyli różnorodność, unikanie koncentracji. Podejrzewam, że opisał te koncepcje w książce Antykruchość. Jest to zgodne z ideami, które sam promuję i wdrażam w swoim życiu (testowanie różnych form pracy - biznes, etat, wprowadzanie ciała w stany ekstremalne jak posty, ekspozycja na mróz, bieganie ultramaratonów).

I tu dochodzę do drugiej części tytułu, czyli "jak przewidzę kryzys w Polsce". W Polsce widzimy dwa zasadnicze czynniki ryzyka:

1. Polacy inwestują powszechnie w nieruchomości, które nie wytwarzają bogactwa, a wymagają środków na konserwację. W efekcie zabezpieczeniem ok. 40% kredytów dla sektora niefinansowego (ludzie i firmy) (źródło) są mury, które mają wartość tylko wtedy, jeśli do Polski będzie napływać ludność do pracy.

2. Polski rząd koncentruje własność pod szyldem państwowym. Wyrzuca z rynku prywatną konkurencję dla swoich monopoli, przesuwa środki ze zdrowych firm do pasożytniczych struktur. W efekcie wszyscy: państwo, chore i zdrowe firmy jadą na tym samym wózku. Kryzys państwa uderzy hurtem we wszystkich, ponieważ Skarb Państwa jest 'too big to fail' i wciąż się rozrasta.

Z obu powodów przewiduję wielki kryzys w Polsce ok. 2025 roku (mam nadzieję, że nie szybciej). Na pewno się mylę co do czasu, ale szanse, że unikniemy katastrofy są niewielkie. Rządzący nie wyciągają wniosków, nie widzą ryzyka, dopóki nie jest już za późno. Są jak ekonomiczni nobliści: robią to, co działa liniowo od lat, a potem mówią: nikt nie mógł tego przewidzieć.

Receptą na oba problemy jest naśladowanie natury: rozproszenie własności, dywersyfikacja inwestycji. Nic nie może rozrastać się w sposób niekontrolowany. Im jest większe, tym bardziej kruche i tym bardziej spektakularnie upada.

Recepta nr 2 to porzucenie większości narzędzi statystycznych, które opisują Przeciętnostan, a nie Ekstremistan. Należy rozważać potencjalne Czarne Łabędzie i przygotowywać na nie scenariusze reakcji. Posiadać margines bezpieczeństwa, nie przeoptymalizować systemu. Zbyt dopracowany system jest nadwrażliwy i szybko zostanie ugodzony przez chaotyczną rzeczywistość - my gracze giełdowi znamy to wszystko bardzo dobrze.

czwartek, 2 kwietnia 2020

Odzyskanie zdolności operacyjnej

Jak wiecie krach z przełomu lutego i marca złapał mnie na zbudowanej pozycji akcyjnej. Wszystkie moje projekcje hossy i trzymania akcji dobrych spółek wzięły w łeb. W połowie marca ruszyło odbicie, na razie dość niemrawe, ale wystarczyło do odbudowania zdolności operacyjnej. Trochę się zlewarowałem w dołku i oddałem na korekcie, zmieniłem też podejście na papierach, które doświadczają nagłych wystrzałów z buy&hold na BIS (bierz i sp..laj). Skorzystałem z przyspawanej ceny Energi, wystrzałów na Libecie, PCC Exol i kilku mocniejszych korektach na innych papierach do uwolnienia gotówki. Została mi jeszcze pozycja spekulacyjna na Mercatorze, która wciąż daje nadzieje na wyższe zyski. Akcje stanowią nadal większość portfela, ale mam już kapitał do aktywnej gry na wypadek pogłębienia dołków.

Co dalej? W krótkim terminie będzie raczej bujać, i zamierzam to wykorzystać do aktywnego tradingu. Brać co rynek daje, bo na drugi dzień wszystko zabierze. Na średni termin nie mam planu poza czekaniem na koniec lockoutu w Polsce. Na długi termin stosuję receptę Andre'go Kostolany'ego:

Buy shares, take some sleeping pills and stop reading the papers. Many years later, you'll see that you're rich.

Na dłuższą metę jednoczesny spadek cen akcji i wartości waluty jest nie do utrzymania. W krajach, w których waluta zaczęła się sypać (Argentyna, Rosja, Turcja) akcje stały się miejscem przechowania kapitału i lokalne indeksy zaczynały rosnąć. Za to w krajach strefy euro przyspawanych do zbyt silnej na ich możliwości waluty (Grecja, Portugalia) posypały się i giełdy, i nieruchomości.

sobota, 28 marca 2020

Wodospad kolorowych potraw

Od 9 lat jestem wegetarianinem i entuzjazmem do zdrowych, roślinnych potraw zaraziłem wiele osób. Większość z nich nie przeszła na wegetarianizm, po prostu wzbogacili swoją dietę o zdrowsze składniki. Z czasem kolorowe roślinne potrawy zajmują na ich stołach coraz więcej miejsca. Ale na początku zawsze zadają mi pytanie: co my będziemy jeść? Albo: nie można jeść tyle soi, tak jakby wegetarianizm polegał na zastąpieniu mięsa soją. Pora zatem na serię zdjęć potraw, które na co dzień jemy w domu.

Baza



To mój standardowy koszyk zakupów. Widzicie tu jakąś soję? Albo tu:


Do tego kasze, ryż, ziemniaki, pieczarki. Z tej mieszanki powstanie wszystko.


Polska klasyka


Prawie każda polska zupa: fasolowa, grochowa, jarzynowa, żurek, kapuśniak, barszcz itd. itp. smakuje rewelacyjnie także bez mięsa. To tylko kwestia przyzwyczajenia.

Kilka dni temu mieliśmy barszcz ukraiński, gęsty aż łyżka stoi. Lubię dorzucać do niego chleb i orzechy.



Niestety nie przyszło mi do głowy, żeby trzaskać zdjęcia zupom mix typu "meksykańska" (warzywny podkład z czerwoną fasolą, kukurydzą i chili), "po marokańsku" (warzywny podkład z cieciorką, pomidorami i harissą). Zresztą moja ulubiona to klasyczna fasolówka z fasolą Jaś.

Najczęściej


Najczęściej żona robi leczo. Podstawową cechą leczo jest to, że wrzucasz do gara wszystkie warzywa, jakie masz pod ręką. Do tego sos pomidorowy i mieszanka przypraw, jaka w danym momencie przychodzi ci do głowy: zioła, curry, po chińsku, indyjsku, polsku, afrykańsku.



Do leczo można wrzucić czerwoną fasolę z puszki, pieczarki, cieciorkę ze słoika.

Z potraw na mleku kokosowym znalazłem bardzo fajną odmianę "leczo" z batatami:



Podawana z kaszą jaglaną i klasycznym kiszonym



Pieczone warzywa w naczyniu żaroodpornym. Nie mam jeszcze zdjęcia gotowej potrawy, ale to jest przykład z dziś:


To jest wersja z pomidorami z puszki i soczewicą, ale ja np. robię wersję "dużo pyr i przyprawiam jak udka z kurczaka".

Z kolei moje potrawy popisowe to dal z soczewicy, curry z cieciorki (niestety nie zrobiłem żadnych zdjęć :/ ) a ostatnio smażone tofu z warzywami. Jest to mega prosta i uwielbiana przez nas potrawa. Przepis:

1. Kupujesz mrożonkę warzywną. Może być chińska, azjatycka, indyjska, czasem ma ochotę nawet na mrożone zupy typu wiosenna, polska:



2. Smażysz tofu pokrojone w kostki. Tutaj z cebulą i sosem sojowym, ale ostatnio smażę tylko na oleju:


3. Dorzucasz warzywa i doprawiasz. Ja bardzo lubię sos Tom Yum (chili z trawą cytrynową, bardzo ostry, kwaśny i słony), kikkoman, sos słodko-kwaśny i pastę curry. Jak dodam wszystkiego w odpowiedniej proporcji, to w ogóle nie solę potrawy.



4. Do podania z ryżem, makaronem sojowym, ryżowym.

To jest jedyne danie na bazie soi, jakie w ogóle jemy.

Znalazłem jeszcze jedno zdjęcie, nie jest to zachęcająca potrawa, ale pokazuje jak łatwo zrobić obiad takiej nodze kulinarnej jak ja:



Czasami żona robi dla reszty rodziny ziemniaki z jakimś mięsem. Wtedy gotuję jakąś tanią mrożonkę w stylu "zupa buraczkowa", dodaję zielony groszek, przyprawy i zalewam tym ziemniaki. Jak się uzależnicie od zdrowego jedzenia, to zrozumiecie :)

Domowa uczta


Gdybym miał, wstawiłbym tu zdjęcie zwykłego spaghetti. Sos pomidorowy i makaron. Dzieciaki tak uwielbiają, że muszę ograniczać, choć to najprostsza potrawa do wykonania na świecie.

Nie ma też miesiąca bez domowej pizzy:


Pizza zagościła na naszych stołach wraz z pojawieniem się przepisów na cienkie ciasto oraz robota do mieszania ciasta:



To nie jest żadna kryptoreklama czy coś. Po prostu blendery, roboty kuchenne i miksery bardzo przyspieszają przygotowanie wegetariańskich potraw. Weźmy np. takie burgery z soczewicy i pestek słonecznika:



Tę masę trzeba zmielić i dzięki sprzętowi kuchennemu mamy kolejną prostą w przygotowaniu potrawę, którą dzieciaki wolą od klasycznej, mięsnej wersji.

Dzień meksykański:



Czyli pity lub burrito, sałatki, sosy i chili sin carne (ryż, czerwona fasola, pomidory, kukurydza i chili). O ile dzień pizzowy robimy najczęściej w piątek, to meksykański wypada zazwyczaj w sobotę.

Falafele w naszej wersji. Pieczone kotleciki z cieciorki lub grochu, kaszy jaglanej i cebuli. W wersji smażonej byłyby smaczniejsze, za to pieczone o wiele zdrowsze i nie ciążą na żołądku. Te kotleciki używamy jako samodzielnej potrawy z dodatkami, jako wsadu do szybkich burgerów i wielu innych wariacji:



Jak widzicie - robiąc tylko raz w miesiącu jedną z tych potraw, wychodzi nam uczta w każdym tygodniu.


Codzienne jedzenie


A co z kanapkami, śniadaniami itp?

Oto pasztet z fasoli (nazywany też "smalcem" z fasoli, co działa na mięsożerców jak płachta na byka):


i hummus z ciecierzycy:


Rano jaglanka dla trzech kobietek stygnie na parapecie:


Na kolację często lubimy z żoną sałatkę grecką, ale czasem ponosi ją fantazja i pichci coś bardziej złożonego. Na zdjęciu sałatka z awokado, granatem i pieczonymi batatami:



Inspiracje


Zacznę trochę nostalgicznie. Jednym z najbardziej doświadczonych miast przez pandemię Covid-19 jest Bergamo. Bardzo mi żal mieszkańców. Uwielbiam to miasto, starą dzielnicę na wzgórzu i przepiękne alpejskie okolice. Bergamo jest dla Gdańszczan oknem na Włochy ze względu na tanie loty. Pierwszy raz polecieliśmy tam z Tomkiem, żeby obiec jezioro d'Iseo. Długo snuliśmy się poszukując najlepszego miejsca na posiłek. I znaleźliśmy je - mały bar w przejściu, serwujący tradycyjną lombardzką kaszę kukurydzianą: polentę.





Polenta z serem i sosem warzywnym (wyczuwalny ocet winny) + lampka czerwonego wina. Zestaw smakował jak bajka.
Kiedy wróciłem do tego baru już z żoną, był to pewien moment przełomowy - Ela zaczęła eksperymentować z kaszami, warzywami i przyprawami i tak narodziły się potrawy, które jemy obecnie.

Zrazy jaglane z bloga Vegenerata Biegowego:


Czasem się chce podjeść tradycyjnie. Kolejne blogowe inspiracje to różne nadziewane cukinie, papryki:



No i byłbym zapomniał - fasolka po bretońsku. Robisz klasycznie, tylko bez mięsa. Uwielbiamy. Ale najlepszą fasolę w wersji wege jadłem w Rumunii. I to nie była jakaś ekstrawagancja, tylko zwykła, tania lokalna potrawa (mięso biedaków):



Na koniec lokalna trójmiejska atrakcja-inspiracja (mam nadzieję, że przetrwają kwarantannę). Feed My Soul to restauracja, w której gotują bez mięsa, mleka, jaj, cukru i glutenu. Standardowa reakcja: buhahaha to co tam jecie, wodę? Buhahaha. W zestawie jest zupa, drugie danie i ciasto. Na obrazku drugie danie (krakers jaglany, majonez z cieciorki i frytki z buraka):


Ilość inspiracji i smaków z Feed My Soul jest przeogromna. Udowodnili, że za bardzo niewielkie pieniądze można przygotować kompletny posiłek.

Podsumowanie


Wodospad kolorowych potraw to tylko ułamek potraw, które jemy regularnie. Przez lata tym codziennym przysmakom nie zrobiliśmy żadnej fotografii. Czasami mam ochotę zjeść po prostu ziemniaki z kiszoną kapustą i np. łyżką pasztetu z fasoli czy kaszę z sosem pomidorowym, czerwoną fasolą i chili. Albo klasyczny polski bigos, do którego zamiast mięsa dajemy wędzone śliwki.

We wpisie umieściłem potrawy, które jemy regularnie, brakuje tu całej gamy potraw eksperymentalnych. Wchodząc w świat kuchni roślinnej odkryjecie bogactwo o jakim wam się nie śniło. Tysiące potraw, które można przerabiać na bazie tanich, lokalnych składników. Np. falafele - oryginalnie powstają z surowej, długo moczonej cieciorki, którą się blenduje i smaży w głębokim oleju. Są przepyszne, ale ciężkostrawne. Wychodząc od tego przepisu dotarliśmy do lekkostrawnych, pieczonych kotlecików z grochu.

Bawcie się roślinami, przyzwyczajajcie do ich smaku, to ważne szczególnie dla dzieciaków, które szybko adaptują się do smaków. Moje na początku były przymuszane do jedzenia wielu z tych potraw, a teraz je lubią i kręcą nosem na tłuste smażeniny. Z czasem flora bakteryjna układu trawiennego się zmienia i okazuje się, że lubienie określonych smaków wcale nie było częścią naszej genetycznej tożsamości, tylko zamieszkujących jelita bakterii i grzybów. Lekkostrawna kuchnia roślinna jest fundamentem zdrowia, szczupłej sylwetki i lekiem na schorzenia cywilizacyjne. I wcale nie wyklucza jedzenia mięsa. Wróćmy do proporcji z całkiem niedawnych czasów, gdy mięso było cennym dodatkiem do diety, a nie jej głównym składnikiem.

czwartek, 26 marca 2020

Raport z rynku

Mamy największy krach w dziejach III RP. Tak niskie wyceny mieliśmy tylko przez chwilę w 2009 roku:


Jednak wtedy bessa trwała 20 miesięcy i rynki szybko się pozbierały. Obecnie spadki trwają już 3 lata i biorąc pod uwagę turbulencje związane z lockdownem świata jakiekolwiek prognozowanie w przód nie ma sensu.

Rynki wschodzące są już tanie jak w 2003:

źródło: https://www.linkedin.com/pulse/global-equities-generational-buying-opportunity-emerging-thomas/

Wydaje się, że powoli spełniają się warunki do odwrócenia trendu na USA vs reszta świata oraz growth vs value:

Wysoka zmienność na ETF Asia ex Japan vs ETF S&P500
Niestety nie widać oznak poprawy na PL vs US:


Słabość polskiej giełdy martwi tym bardziej, że zaczynają materializować się ryzyka z Depresji 2025 . Chodzi dokładniej o podrozdział "Systemowo zła alokacja aktywów". Zakładałem, że rynek nieruchomości położy polskie banki dopiero za kilka lat. Niestety według ostatniego raportu NBP już ponad 40% nieruchomości kupowanych w Warszawie było przeznaczonych pod inwestycje. Lockdown zabija rynek wynajmu krótkoterminowego i wkrótce zobaczymy upadłości firm zorientowanych na turystów. Przez kredyty w CHF rząd nie może bailoutować w sposób nieograniczony banków i mieszkaniowych inwestorów, bo zatopi dziesiątki tysięcy kredytobiorców frankowych.

Pozytyw całej sytuacji jest taki, że rynek wycenia już zapaść państwa. Kiedy gorzej być nie może, wypatrujemy sygnałów siły.

Na koniec wrzutka indeksu brytyjskiego z lat 70-tych:


i Rosja 1998:


Jak widać z największego szamba da się wyjść.

sobota, 21 marca 2020

Pandemia w czasach Nowej Transformacji

Bardzo wiele komentarzy pod moimi wpisami zdradza kompletnie inne pojmowanie treści, od tej, którą chcę przekazać. To normalne - tak działamy wszyscy. Żeby zrozumieć czyjś przekaz trzeba znać argumentację, która doprowadziła go do takiego rozumowania.

Credo moich wpisów jest proste:
- dodać cegiełkę dla rozwoju ludzkości poprzez uczynienie jej zdrowszej i bardziej świadomej,
- dodać cegiełkę dla rozwoju ludzkości poprzez promowanie rozwoju wiedzy i technologii (reagowanie na czarne łabędzie),
- dodać cegiełkę dla rozwoju Polski, by stała się liderem w 2 powyższych dziedzinach.

Moje narzekania na poczynania władzy wyrwane bez tego kontekstu działają na wielu jak płachta na byka. Poniższy wpis wprowadzi jeszcze większy mętlik. Choć od 9 lat jestem wegetarianinem, nie odczytujcie tego co napiszę jak programu wyborczego nawiedzonego roślinożercy. To nie wynika z moich przekonań - po prostu pewne procesy są tak oczywiste, jak zniesienie niewolnictwa w XIX wieku i odbędą się bez względu czy je popieramy, czy nie.

Wstęp:  https://podtworca.blogspot.com/2019/09/nowa-transformacja.html

W ostatnim tygodniu lutego, kiedy informacje o koronawirusie dopiero przedostawały się do naszej świadomości zadałem Wam pytanie:



Czuliśmy dopiero początki niepokoju, a mimo to już 2/3 użytkowników wybrałaby żywność roślinną za spokój od przyszłych pandemii. Podejrzewam, że po wybuchu powszechnej paniki Opcja 2 zwyciężyłaby druzgocąco w całym społeczeństwie.

Kiedy w zeszłym roku władze UE i USA wypuszczały balony próbne o ograniczeniu produkcji mięsa ze względu na jej wpływ na ocieplenie klimatu, farmerzy w kilku krajach wyjechali na ulice:

Sparaliżowana Holandia

Dzisiaj obrazy przepełnionych kostnic i ludzi konających pod respiratorami przemawiają silniej do wyobraźni. Jeśli moje podejrzenia są prawdziwe, wkrótce politycy w ramach walki z pandemią zaczną ogłaszać przepisy ograniczające hodowlę zwierząt. Z wiadomości, faktów i wydarzeń dowiemy się, że co kilka lat w zamkniętych klatkach mutują śmiertelne wirusy i bakterie odporne na antybiotyki. W 2019 te informacje by przez nas przepłynęły, w 2020 staną się palącym problemem, na który trzeba szybko coś zaradzić.

We wpisie Jaka Polska?  ( http://podtworca.blogspot.com/2020/02/jaka-polska.html )
martwiłem się, że Polska może zostać kozłem ofiarnym dla apologetów lepszej przyszłości. Po koronakryzysie ludzie będą bardzo sfrustrowani i rozpocznie się sezon polowań na czarownice. Tym bardziej, że skończył się 11-letni trend spadku bezrobocia:


Mamy zatem strach przed zarazą, wkrótce upadki firm i bezrobocie. Trzeba bardzo czujnie wsłuchiwać się w nastroje globalnego tłumu. Za wszelką cenę Polska musi zejść z celownika, jeśli na świecie wybuchnie narracja "to wszystko przez zjadaczy nietoperzy i hodowców świń, a ptasia grypa będzie jeszcze gorsza od covid-19". W takich warunkach kozaczenie, żeby przypodobać się elektoratowi to strategia samobójcza.

Widzicie pierwszy szczyt bezrobocia na wykresie? To okres zamachów na wieże World Trade Center w 2001 roku. Wtedy Zachód przeżył szok, zmobilizował się do walki z terroryzmem i najechał Afganistan i Irak. W poprzednim wpisie pokazywałem wykres złoto vs srebro, który zwiastuje rychłe globalne przetasowania.
Pandemia + bezrobocie = strach o byt.
To zrodzi mieszankę wybuchową. Pytanie czy uwolniona energia pójdzie w konflikt globalny, czy w Nową Transformację? Jedno jest pewne: świat jaki znamy się kończy. Społeczeństwa zostaną zmobilizowane do walki z pandemią i zgodzą się na wiele, by oddalić strach. A kozioł ofiarny zbierze ostre bęcki.

Liderzy świata zachodniego mówią o tym od dawna. Weźmy takiego Billa Gatesa. Gość sobie siedzi w pałacu, żyje z odsetek i widzi jak liczba ludzi rośnie wykładniczo. I każde bogacące się społeczeństwo przechodzi przez podobne stadia: dużo kupuje, dużo truje, śmieci, mocno zwiększa konsumpcję kopalin i mięsa. Bill wyciąga jedyny logiczny wniosek: hej, jeśli wszyscy będą chcieli żyć tak jak my, to czeka nas globalne załamanie. Dopóki kilka procent ludzkości konsumowało połowę zasobów a reszta żyła w lepiance za miskę ryżu, jakoś to się kulało. Jeśli teraz się nie ograniczymy, wkrótce skoczymy sobie do gardeł.

W dodatku symulacje i eksperymenty z niekontrolowanym wzrostem populacji zwierząt pokazują, że po osiągnięciu punktu krytycznego następuje załamanie i nawet całkowite wyginięcie w układach zamkniętych. Oglądałem bardzo ciekawy program o jakichś łosiach czy reniferach, które trafiły na pustą wyspę. Rozwijały się wykładniczo, aż zajęły całą wyspę, a po iluś latach kompletnie wyginęły. Wytrzebił je wirus, do zera. Niszcząc biologiczną różnorodność zachowujemy się jak te łosie.  Dotychczas byliśmy głusi na wymieranie gatunków, pustynnienie krajów. Dopóki Natura nie uderzyła w naszą strefę komfortu, można było zbyć biadolenie Billa, że łatwo się poucza ze złotego pałacu, albo dorobić jakąś spiskową teoryjkę o depopulacji.

Nowa Transformacja: pełen recykling surowców, bez-emisyjne pozyskiwanie energii i produkcja żywności na bazie roślin, wykorzystując 20% obecnych zasobów, jest pokojową odpowiedzią na obecną kumulację strachu i frustracji. Jest powszechnie nienawidzona przez społeczeństwa dobrobytu, głównie z powodu działalności lewicowych środowisk, pragnących przejąć kontrolę nad projektem. Ideolodzy, akademicy (głównie filozofowie, humaniści) są zainteresowani przekierowaniem środków na działania pozorowane, które nie rozwiązują realnych problemów, za to pozwalają wygodnie ustawić się w systemie. Dobrze opłacane ciepłe kluchy wymagają zza biurka poświęceń od farmerów. Nie lepiej zachowuje się prawica, żerująca na strachu rolników czy górników, niezdolna przedstawić jakikolwiek twórczy program.

A jaką mamy alternatywę? Szukanie kozłów ofiarnych i wojna to odpowiedź tradycyjna, przerabiana od pokoleń. Do tego dochodzi wojna hegemoniczna między USA i Chinami, niepewna przyszłość UE. Niewątpliwie wojna, bieda i związane z nimi kataklizmy (w tym epidemie) rozwiążą problemy przeludnienia. Tylko czy chcemy iść tą drogą?

W układzie chaotycznym dochodzimy do tzw. bifurkacji - przyzwyczailiśmy się do wielu liniowych zależności: "jak robisz X, otrzymujesz Y". Relacja działała od lat i zakładamy, że będzie działać dalej. Tymczasem drobna zmiana w układzie prowadzi do powstania nowych, nieznanych jeszcze zależności. Drobny wybór zdecyduje czy pójdziemy ścieżką rozwoju, czy konfliktu. Nie zdajemy sobie sprawy, jak istotne jest okno czasowe w bliskości punktu bifurkacji: jeden głupi incydent, jedna wypowiedź polityka, może zdecydować o losie ludzkości:



wtorek, 17 marca 2020

Złoto i momenty przełomowe we współczesnej historii

Czasy zawsze są wyjątkowe, ale czasami są wyjątkowe bardziej. Nam się trafiły właśnie te drugie. Nadchodzi czas wielkich zmian, które wywrócą świat jaki znamy.

Złoto vs srebro:



Założenie:
- destrukcja zdrowego (tworzącego wartość) długu - złoto rośnie,
- zwiększanie zdrowego długu - srebro rośnie.

Złoto jest najdroższe względem srebra w dostępnej nam bazie cen, sięgającej XVIII wieku.
Punkty szczytowe wypadały w okresach:
- koniec Wojny Secesyjnej (pierwszy nowoczesny konflikt),
- początek I Wojny Światowej - początek końca większości imperiów europejskich,
- początek II Wojny Światowej - początek końca imperium brytyjskiego,
- upadek imperium ZSRR.

Lokalne ekstrema w XXI wieku:
- 2003 - początek przewagi rynków wschodzących względem rozwiniętych,
- 2008 - wielki kryzys 2008.

Co pokazuje 2020?
CZYM JEST KORONAGEDDON?
Czy to już szczyt AU vs AG, czy wstęp do czegoś jeszcze większego?

Spójrzmy na wybicia z konsolidacji, które wcześniej były szczytami:



Widzimy wyraźnie, że postępujące ceny złota prowadziły w punkcie kulminacyjnym do wielkiego globalnego wydarzenia. Dotychczas większość analityków uważała za najbardziej realny Chinageddon. Wzrosty spółek technologicznych uśpiły nas, wprowadziły w stan samozadowolenia. Dzisiaj nie pozostał po nim ślad.

Ktoś wielki się przewróci. Chiny? UE? USA? Dwa ostatnie to dla nas dramat. Jeśli złoto osiąga ekstremum, stanie się to lada moment. Jeśli to preludium (widoczne podobieństwo 2018 z 1929 rokiem), mamy jeszcze czas na przygotowania.

Jak radziliśmy sobie w 3 poprzednich punktach ekstremum?

1914 - spustoszenie ziem polskich, ale później odzyskanie niepodległości,
1941 - wyniszczenie narodu i gospodarki, likwidacja feudalizmu, okupacja rosyjska,
1991 - wprowadzenie zachodniego modelu kapitalistycznego, wielki skok gospodarczy.

Pomimo gigantycznych dodruków dług państwowy bloku Zachodniego jest historycznie drogi:



Dodruki nie wystarczają do wygenerowania tzw. zdrowej inflacji, ponieważ natychmiast trafiają na obsługę długu, który rozrasta się jeszcze szybciej. Chore podmioty nie bankrutują, trwają dzięki kolejnym transzom dodruków. Ich toksyczny dług zatruwa kolejne podmioty. Potrzebują wciąż więcej i więcej, by trwać. W efekcie mówi się o deflacji, ponieważ ubywa wartości.

Wielki krach 2008 pozwolił Ameryce dokonać wielki skok. Zamiast pakować miliardy w podtrzymanie nierentownego przemysłu samochodowego, zresetowali jego długi. Dług nie znika bez konsekwencji - stracili wierzyciele, fundusze emerytalne, pracownicy związani z firmami od dziesiątek lat. Następnie rząd taki uwolniony potencjał długu zaczął pakować w projekty ludzi pokroju Muska. Tak powstały najbardziej innowacyjne przedsiębiorstwa świata.

Jak to przełożyć na język polski? Wyobraźmy sobie, że w Polsce ktoś myśli o przyszłości w ramie dłuższej niż do wyborów, i nie jest to stary PRL-owski planista od szacowania produkcji papieru toaletowego w 2033. Ten ktoś zaczyna wybierać najbardziej patologiczne przechowalnie etatów, wyszukuje polskich Musków i daje im propozycję: słuchaj Edward, w tę kopalnię pakujemy co roku 200 milionów. Niestety, poza kosztami bezpośrednimi są też koszty społeczne: zatrucie środowiska, marnowanie inżynierów za biurkami (jak w każdej kopalni, większość personelu pracuje na powierzchni). Będziemy ci dawkować te 200 baniek rocznie, jeśli zorganizujesz z tymi ludźmi rozwiązanie naszego problemu. Zelektryfikuj Sosnowiec solarami z kropek kwantowych. Nie wiem jak to zrobisz, ale masz ludzi, masz kapitał. Just do it.

W takim scenariuszu pompowanie kapitału zaczyna przynosić efekty. Wcześniej dodruk wpadał w próżnię, teraz za dodrukiem pojawiają się aktywa. Przedsiębiorca tworzy coś z niczego. Pojawia się zdrowa inflacja (zwiększenie ilości pieniądza w obiegu, za którym stoi zwiększone bogactwo).

Z tą podbudową będziemy mogli wrócić do eseju o miejscu Polski w Nowej Transformacji.

niedziela, 15 marca 2020

Wojna w czasach pandemii

Próba wytłumaczenia sobie zjawisk zachodzących wokół jest codziennym zajęciem prawie każdego człowieka. W tym artykule przedstawię jedną z koncepcji, które warto rozważyć pomiędzy setnym i sto pierwszym poradnikiem jak przetrwać koronazagładę.

Armie

Zapoczątkowana w 2018 roku Wojna Handlowa (Trade War), nazywana też przez niektórych wojną hegemoniczną pomiędzy USA (hegemon) i Chinami (pretendent) weszła w dynamiczną fazę. W przeciwieństwie do poprzednich wojen, w tej (póki co) główne skrzypce nie gra armia, tylko (na szczęście) gospodarki.

Dotychczas wygrywały USA (Shanghai Composite vs S&P500):


od lutego szala przechyla się na stronę Chin:


W polskim internecie panuje powszechne zdziwienie lekkomyślną postawą USA, Wielkiej Brytanii,  Niemiec i Rosji wobec zagrożenia pandemią. Polski rząd działa szybko i kategorycznie, czym zdobywa przychylność obywateli. Przeraża nas wizja zmarłych bliskich, może nas samych, w końcu schorzenia cywilizacyjne są powszechne w społeczeństwie. Tymczasem rządy mocarstw zdają się bardziej martwić gospodarką, niż życiem własnych obywateli. Nie to co polski rząd:



Polskie firmy tracą możliwość zaciągania długu. Kapitał będzie im niezbędny na przetrwanie narodowej kwarantanny, ale nie wiadomo o żadnym planie ratowania gospodarki. W końcu jesteśmy państwem chrześcijańskim i żadne pieniądze nie są warte ludzkiego życia.

Fed, BOE, ECB wydrukują biliony dolarów, funtów i euro, żeby podtrzymać swoje korporacje. Za ułamek tych kwot przejmą padnięte gospodarki państw peryferyjnych. Do której grupy będzie należała Polska?

Rząd polski nie ma umocowania w żadnej sile poza wolą ludu, dlatego skupia się na sondażach. Rządy mocarstw mają ofiary własne, a tym bardziej aliantów kompletnie gdzieś. W czasie I Wojny rząd angielski ukrywał przed społeczeństwem epidemię grypy, która siała spustoszenie w kilku miastach i wśród żołnierzy na froncie. Informacja wydostała się na świat dopiero, gdy grypa przekroczyła granice i opisały ją gazety hiszpańskie (kraj nie uczestniczył w wojnie i nie obowiązywała cenzura). Media Ententy szybko nadały odpowiednią nazwę nowej epidemii (hiszpanka), żeby uniknąć paniki w społeczeństwie.

Postawa Rosji jest tym bardziej zrozumiała. W czasie II Wojny wysyłali młodych mężczyzn milionami na rzeź. Śmierć kilkuset tys. schorowanych emerytów zostanie łatwo przykryta odpowiednią narracją. Jak dowodzi historia, władza się wyżywi i wyleczy. W 1944 USA m.in. dzięki polskiemu wywiadowi znały dokładną skalę ludobójstw dokonywanych przez Niemców, ale nie miały żadnego interesu w przerywaniu horroru. Nie przeszkodziło im to wysunąć żądań względem Polski 75 lat później.

Inżynieria społeczna

Sposób przedstawiania tej samej informacji potrafi jedną grupę porwać do działania, a inną przerazić. Pierwsza grupa zorganizuje się, stawi czoło problemom, druga wręcz przeciwnie, spanikuje i będzie wyczekiwać końca świata. Polska nie ma kontroli nad swoim przekazem medialnym, ponieważ nie stworzyła żadnego sensownego programu, który mógłby skonsolidować społeczeństwo do budowy lepszej przyszłości. Problem ten przedstawiłem we wpisie:
 http://podtworca.blogspot.com/2020/02/jaka-polska.html

Ogarnął nas powszechny strach, dlatego oczekujemy tylko jednego rodzaju działań: totalnej prewencji. Czujemy, że szpitale nie są przygotowane, że władza nie poradzi sobie z dostarczeniem sprzętu, lekarstw, pierdziady w TVPiS mówią, że nie da się zdobyć testów. Dlatego niech już odgrodzą nas od świata, kupimy zapasy, zadekujemy się i przetrwamy koronę jak poprzednie plagi, wojny i zabory.

W mniejszej skali pamiętam podobny stan gorączki w 1999 roku. Przez tygodnie Wiadomości serwowały dramatyczne relacje z Kosowa. Serbowie mieli przeprowadzać czystki etniczne, pokazywano uciekające baby, które płakały jak to wszystkich mężczyzn wystrzelano i przysypano wapnem. Ofiary szacowano na dziesiątki tysięcy Albańczyków. Cały cywilizowany świat modlił się, żeby wreszcie wkroczyli Amerykanie i zatrzymali ludobójstwo. No i wkroczyli. Na Belgrad spadły bomby, NATO oderwało Kosowo od Jugosławii, strach odszedł, a my mogliśmy zapomnieć o sprawie. Kilka lat później do mediów zaczęły przenikać informacje, że żadnych czystek ze strony wojsk Jugosławii nie było, zginęli głównie walczący z nimi bojownicy albańscy, a najwięcej ofiar padło po stronie serbskich cywili.

Dziś jesteśmy tak zafiksowani koronawirusem, że dotychczasowi analitycy nie piszą już o przyszłości, tylko przetrwaniu tu i teraz, jak gdyby dotknęła nas największa plaga w historii. Nie analizujemy dalekosiężnych konsekwencji posunięć, liczy się tylko ograniczenie rozprzestrzeniania wirusa. Nie analizujemy konsekwencji ewentualnej zapaści gospodarczej i związanych z tym ryzyk: upadku służby zdrowia, fali przestępczości, bezrobocia i samobójstw, które mogą przynieść znacznie więcej cierpienia i śmierci.

Odpowiedź państwa

Silne państwa muszą przygotować silną odpowiedź, żeby obywatele czuli, że to tylko stan przejściowy, a z pandemii wyjdą silniejsi. Rząd Wielkiej Brytanii przyjął strategię: zostawić wirusa młodym, odizolować grupy ryzyka. Nikt nie potrafi ocenić skuteczności tej strategii, choć pewnie przeprowadzili mnóstwo analiz i symulacji. Z tego co czytam, ludzie w UK na razie niezbyt przejmują się pandemią. Stoi to w ogromnym kontraście do paniki w Polsce. Przecież wiemy, że na 2 tygodniach kwarantanny się nie skończy. Będą kolejne. Czy emocjonowanie się każdą ofiarą daje nam nadzieję na lepsze jutro?

Od Państwa Polskiego oczekuję jasnej strategii wyjścia z sytuacji:

- zorganizowania dostaw testów na koronawirusa, masek, leków osłabiających powikłania (zapalenie płuc), systemu odtwarzania historii zarażonego na podstawie danych komórkowych w celu wczesnego zdiagnozowania nosicieli wirusa,

- określenia planów awaryjnych na wypadek masowych zachorowań w każdym województwie (np. przygotowanie wybranych szkół na szpitale polowe, uzupełnienie zapasów leków, gwarancji zapewnienia dostępu do wody, elektryczności),

- podtrzymania płynności w systemie bankowym; totalna odpowiedź rządu na ryzyko rozprzestrzeniania wirusa oznacza w obecnej formie śmierć polskich firm typu CCC, które jeszcze niedawno konkurowały z zachodnimi gigantami i rozpychały się po Europie.

Strategia małpy z brzytwą działała dopóki był tani kredyt. Dotychczas padały małe podmioty typu stadnina w Janowie. Rynek już pokazał jak ocenia efekty rządów narodowej "twardej ręki": polska giełda nigdy nie była tak tania, a spółki Skarbu Państwa wyceniane są na nieinwestowalne śmieci. Chciałbym się mylić w pesymistycznej ocenie polskiego planu - może stoi za nim jakaś ukryta logika, która okaże się optymalna dla Narodu. Może ktoś z góry czyta tego bloga i na dniach usłyszymy, że jednak wszyscy nie zginiemy, poznamy plan podtrzymania gospodarki i zagrzewkę działania. Wolałbym, żeby ktoś z jajami wyszedł obiecać krew, pot i łzy, aż do ostatecznego zwycięstwa, niż uspokajał i prosił o nie uleganie panice.

-----

W kolejnym wpisie przeanalizujemy koncepcję opartą o Nową Transformację.

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails