wtorek, 23 grudnia 2014

Zawieszenie bloga

Po 6 latach regularnego pisania bloga przychodzi czas, w którym nie daję rady pogodzić wszystkich aktywności. W pewnym momencie trzeba odciąć część zadań, choćbyśmy je lubili, żeby skoncentrować wysiłki na tym, co najważniejsze. Na jakiś czas robię przerwę od pisania. Dziękuję wszystkim, którzy czytali bloga, komentowali i pisali maile.

piątek, 19 grudnia 2014

Podsumowania roku: pamięć i byt

Dobiega końca kolejny rok. Zabawne - gdy myślę o początkach blogowania, nie widzę od tamtego czasu jakichś istotnych zmian w życiu; wciąż wydaje mi się, jakbym pisał od niedawna. Tymczasem mająca rok w 2008 r. córka chodzi już do szkoły, a druga, której wtedy nie było jeszcze w planach, do przedszkola. Odprowadzanie i przyprowadzanie ich wyznacza codzienny rytm. Jeżeli będę żył za 20 lat i ten blog przetrwa w sieci, to chyba tylko dzięki niemu dowiem się ile spraw wydarzyło się w moim życiu.

Czasami trafiam na swoje stare wpisy i dziwię się, że wiedziałem coś, czego teraz nie wiem. Że coś studiowałem i ćwiczyłem, ale już nie pamiętam i gdy przeczytam podobną rzecz w jakiejś książce rozwojowej, to jestem pełen zdumienia -  cóż za świetne rozwiązanie! gdybym wcześniej je znał i stosował... Zapominanie jest wpisane w strukturę mózgów; za każdym razem gdy coś sobie przypominamy, dokonujemy reinterpretacji i w pamięci zachowujemy zmodyfikowane wspomnienie. Mechanizm ten można wykorzystać do tworzenia fałszywych wspomnień, ale historia Sołomona Szerieszewskiego przekonuje, że zapominanie to rozsądny wynalazek ewolucyjny.

Podziwiamy ludzi, którzy dokonali wielkich rzeczy, tymczasem jeśli przez kolejne lata trwali w stagnacji, okazują się zwykłymi przeciętniakami. Aktor tworzy głęboką, chwytającą za serce kreację w filmie sprzed 30 lat, a w dzisiejszym wywiadzie słyszysz tylko "ja to, ja tamto". Jeszcze gorzej kończą mistrzowie duchowi. Kiedy interesowałem się przebudzeniem przeczytałem wiele otwierających oczy artykułów m.in. Osho, tymczasem facet skończył jako zbzikowany dziadzio z rozdętym ego.

Filary nauk o przebudzeniu opierają się o nie identyfikowanie się z koncepcjami kim jesteś. Nie jesteś myślami, uczuciami, historią człowieka. Myśli i uczucia są reakcjami w ciele, wspomnienia są strukturami w mózgu. Ego to zbiór wyobrażeń z którymi się identyfikujesz. W rzeczywistości każde takie wyobrażenie jest tylko modelem. Może uważasz siebie za czułego człowieka, ale jeśli doznasz wypadku, w którym uszkodzona zostanie struktura mózgu odpowiedzialna za empatię, staniesz się nieczułym na cierpienie innych psychopatą. Czy to nadal będziesz ty, czy już inna osoba? Będziesz odczuwał wszystko jak przed wypadkiem, ale dobro i zło zredukuje się do 'przyjemnie-nieprzyjemne dla mnie'. Trudno wyobrazić sobie, że można np. stracić pamięć i w konsekwencji nie czuć nic wobec  bliskich.

Tak bardzo boimy się, że możemy być tymczasowym układem biologicznych struktur wymieniających sygnały, że tworzymy wizje niepodzielnych, duchowych substancji, które mają wszystkie "nasze" własności (uczucia, wspomnienia, myśli). Nawet ateista uważający religijne wyobrażenia za bzdury i uznający maszynowo-komputerową wizję człowieka, postrzega swoje życie w relacji "ja i świat". To "ja" jest takim samym zbiorem przekonań co "ja" głęboko wierzącego. Czymże jest zatem prawdziwe JA, o którym nauczają duchowi przewodnicy? Odpowiedzi na to pytanie nie należy szukać w definicjach, bramą do niej ma być doświadczanie 'tu i teraz', wiecznego teraźniejszego momentu. Odpowiedź też nie daje ukojenia umysłowi, gdyż sprowadza się do akceptacji Rzeczywistości. JA JESTEM to wszystko co jest prawdziwe, reszta jest modelem, interpretacją, wierzeniem.

Według duchowych mistrzów dopiero w stanie pogodzenia możemy świadomie projektować nasze życie, inaczej sięganie po marzenia będzie tylko próbą ucieczki przed lękiem o unicestwienie. Gdy akceptujesz obecny moment na zewnątrz nic się nie zmienia: dalej planujesz, marzysz, chodzisz do pracy, spotykasz się ze znajomymi, doświadczasz radości i smutku, jednak wewnętrznie czujesz się już spełniony. Ale nawet celebrowanie Istnienia nie chroni nas przed zejściem ze ścieżki i zbzikowaniem na starość :)

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Sypią się domki z kart

Rynek zabiera w dalszą podróż tylko niewielką część tych,
którzy od początku zajęli prawidłową pozycję.
J. Livermore

W listopadzie pisałem, że najsłabsze indeksy akcji traktuję jak wskaźniki wyprzedzające. Ostatnio słabeusze zanotowali takie spadki, że poziomów wsparcia trzeba szukać w minionych dekadach:

Portugalia

Grecja

Putinkraj z hipotetycznym zasiegiem spadków na wypadek bankructwa

Najlepiej trzyma się oczywiście USA, ale i tutaj ryzyko rośnie z każdym miesiącem, tygodniem, dniem:

Aż się prosi o analogię do 1980

Ostatnie tąpnięcie na oprocentowaniu obligacji zwiększa szanse na coś więcej niż paro-procentową korektę:


V korekty nauczyły już graczy, żeby po każdym spadku zamykać krótkie lub BTFD (buy the fucking dip), więc nowy historyczny rekord w grudniu jest powszechnie spodziewany. Czy ktoś trzyma krótkie pozycje z horyzontem długoterminowym?

Przejdźmy na nasze podwórko. Zgodnie z przewidywaniami WIG20USD nie poradził sobie z linią bessy i kontynuuje łagodny trend spadkowy:


Jednocześnie sugerując się przeszłymi analogiami jest blisko (gdyby timing został zachowany, co prawie się nie zdarza) ustalenia dołka, po którym 'nigdy nie było już taniej'. Niestety, gdyby timing dalej działał, to ten dołek powinien być ubijany jeszcze przez prawie 2 lata ;)

Lider słabeuszy z naszego rynku wybija zeszłoroczne dno:


a WIG20 po raz piąty spada na wsparcie trendu bocznego:


W sierpniu obstawiłem wybicie linii trendu (na 2300) i start trendu spadkowego. Dostałem po łapach i teraz otworzyłem tylko niewielką pozycję kontaktową. To też pewien znak..

Wsparcie widać na indeksie rynków wschodzących:



Podsumujmy:
- indeksy akcji silnych gospodarek na wsparciach trendów wzrostowych,
- indeksy akcji przeciętnych gospodarek na wsparciach trendów bocznych,
- indeksy akcji słabych gospodarek pikują w dół.


czwartek, 11 grudnia 2014

Dieta cz. 5/5 Jesteś tym, co jesz

Nadchodzi koniec roku, więc czas na podsumowanie niektórych wątków - dziś biorę na tapetę cykl dietetyczny. Przyznam, że musiałem zajrzeć do pierwszej części cyklu, żeby zorientować się, dlaczego zacząłem pisać o jedzeniu :) Genezą były maile z pytaniami o dietę wegetariańską. Postanowiłem uporządkować i uzasadnić efekty swoich eksperymentów i studiów nad odżywianiem na przestrzeni 20 lat (z przerwami oczywiście).

Przez pierwsze 5 lat kierowałem się modnymi w latach 90-tych wśród kulturystów dietami wysoko-białkowymi i nisko-tłuszczowymi. Był to okres końca podstawówki (teraz gimnazjum) i szkoły średniej. Przejadanie się produktami mlecznymi i mięsem miało swoje konsekwencje zdrowotne, dlatego w wieku 20 lat bardzo silnie wpłynęła na mnie książka Tombaka. Tezy o szkodliwości mleka, mąki i cukru były na tamte czasy rewolucyjne. Zacząłem stosować diety oczyszczające, straciłem parę kg mięśni, ale odzyskałem węch i znacząco zredukowałem problemy laryngologiczne. Przemodelowanie myślenia (z dużo białka na dużo warzyw i owoców, unikać mącznych ciast, białego pieczywa itd.) przyczyniło się do zmiany nawyków żywieniowych i nawet jak przestałem zajmować się tematem odżywiania, nie groziła mi nadwaga.

Temat odżywiania wrócił w 2011 roku, kiedy zacząłem biegać. Raz że po lekkich posiłkach szybko mogłem wyskoczyć na trening, dwa że nie powodowały żadnych dolegliwości dziąseł i zębów. Włókna mięsa wchodziły w szpary między zębami i powodowały krwawienie. Pod wpływem książki duchowej jednego dnia przekroczyłem Rubikon i postanowiłem, że z mięs będę jadł tylko sporadycznie ryby. Kilka miesięcy później zrezygnowałem z każdego mięsa. 3 lata więcej potrzebowałem na odstawienie mleka i cukru.

Pisałem nie raz, że dieta jest rodzajem religii i nie chcę nikogo przekonywać do swoich racji. Chcę natomiast naświetlić motywy, interpretacje badań i własne doświadczenia, które być może okażą się dla kogoś pomocne. Zapewne część z nich jest błędna, chętnie dowiem się tego z Waszych komentarzy.

W ostatnim odcinku cyklu postanowiłem przedstawić swój punkt widzenia na przekonania i argumenty używane przez mięsożerców, wegetarian i wegan w dyskusjach.

Bez mięsa nie da się żyć.
Bzdura, szczególnie gdy jemy nabiał i jajka. Jeśli w ogóle rezygnujemy z produktów pochodzenia zwierzęcego, musimy suplementować witaminę B12. Istnieją społeczności wegańskie w Indiach i Iranie, które nie muszą jeść syntetycznej witaminy, ale dlatego, że spożywają niemyte warzywa i owoce. Z oczywistych względów jest to w naszym kręgu kulturowym niedopuszczalne.

Na naszej szerokości geograficznej jedzenie mięsa ma długą tradycję, bo zapewniało konserwację jedzenia na zimę (w postaci żywego inwentarza) i lepszą ochronę przed zimnem (tkanka tłuszczowa). Wiem coś niestety o tym, bo o ile całą pierwszą zimę przebiegałem w krótkich spodniach i zwykłej bluzie, to teraz w mrozy muszę biegać z 3 warstwami ubrań. Podjąłem w tym roku konkretną walkę z wyziębianiem organizmu (od sierpnia zimne prysznice, od października regularne morsowanie), więc jeśli będą efekty, napiszę o tym artykuł. W obecnych czasach zdobycie i przechowanie żywności nie jest żadnym problemem. W środku zimy możemy jeść świeżutkie owoce i warzywa z Afryki czy Ameryki Południowej, krajowe rośliny są przechowywane w takich warunkach, że dopiero na wiosnę tracą smak.

Człowiek jest roślinożercą.
Nie - człowiek jest wszystkożercą, ale ma więcej cech roślinożercy.

Jedzenie mięsa jest moralnie złe.
Grube nadużycie. W ogóle uważanie siebie za kogoś lepszego od innych, bo się nie je mięsa jest bardzo niebezpieczne, stąd pewnie tak wielu nawiedzonych kaznodziei wśród wegan. Z drugiej strony - jako dzieciak pod wpływem serialu Północ Południe zastanawiałem się czy wśród południowców byli dobrzy ludzie. No bo jak to, przecież tam było niewolnictwo; jak dobra, kochająca matka Orryego mogła żyć ze świadomością, że jej bogactwo jest zbudowane na wykorzystywaniu i katowaniu murzynów na plantacji? Potem w szkole odkrywałem kolejne "szokujące" fakty o eksploatowaniu ludzi w starożytnym Rzymie itd.

Dlaczego potrafimy być wobec jednych osób czuli i empatyczni, a innych traktować jak przedmiot? Wystarczy przestawić klapkę w mózgu i żołnierz nie zabija ludzi, tylko terrorystów. W czasie wojny secesyjnej znajdowano na polach bitwy karabiny z kilkunastoma ładunkami - żołnierze nie strzelali, bo nie chcieli zabijać. Tak narodziła się killologia - nauka o zabijaniu. Teraz żołnierze nie zabijają ludzi, tylko likwidują cele. Ten sam mechanizm sprawia, że nie czujemy żadnego dyskomfortu jedząc mięso. Widok cierpiących zwierząt w ubojni czy hodowli nie budzi emocji, bo to jedzenie, a nie żywe istoty. Ale już widok własnego psa, który może być głupszy od świni, to co innego - to istota z własnymi upodobaniami, przyjaciel rodziny itd.

Myślę, że kiedyś ludzie będą się dziwić, dlaczego zaawansowana cywilizacja z XXI wieku zjadała zwierzęta. Produkowali w fabrykach większość pożywienia, mięso przecież i tak pompowali chemikaliami, a mimo to nie tworzyli masowo produktów roślinnych smakujących jak mięso.

Używanie i jedzenie wszelkich produktów odzwierzęcych jest złe.
To stwierdzenie jest właśnie przykładem fanatyzmu. O ile rozumiem, że należy minimalizować cierpienie ssaków, ptaków, nawet ryb, to już wkładanie do worka z nimi owadów jest przegięciem. Największym przegięciem jest niejedzenie z tego powodu miodu. Gość się rozpisuje o stresie pszczoły w trakcie płoszenia dymem, a nie widzi problemu w tym, że sam zjada pryskane warzywa. Na każdą zestresowaną pszczółkę przypadają tysiące zagazowanych (na śmierć) owadów, które chciały podjeść liście soi, jednak miód niet, a soja tak. Kto miał drzewko owocowe na działce i go nie pryskał, ten wie, że po paru latach jakieś 80% owoców ma robale. Zgodnie z logiką nie krzywdzenia żadnego zwierzątka należałoby jeść tylko 20% zbiorów, a znalezione robaki humanitarnie eksmitować do nowych owoców.

Poza tym pszczelarze to jedna z najpożyteczniejszych grup zawodowych. W Japonii ingerencja przemysłu w środowisko jest tak duża, że pszczoły masowo wymierają i sadownicy muszą sami zapylać kwiaty. Gdyby nie pszczelarze-pasjonaci w Polsce, w niejednej gminie bezmyślni rolnicy wytruliby opryskami pszczoły.

Mięso jest smaczniejsze.
Wydaje się smaczniejsze, bo jemy je przez całe życie. Pamiętam, jak pierwszy raz po przejściu na wegetarianizm dostałem ślinotoku na zapach mięsa - w niedzielę rano, gdy żona gotowała dzieciom parówki. Zapach parówek, świeżej bułeczki i keczupu w niedzielny poranek miałem silnie zakorzeniony we wspomnieniach z dzieciństwa. Żadna wykwintna pieczeń nie pachniała tak zachęcająco. No może przypieczona skórka od kurczaka..

Teraz moje posiłki są bardzo proste. Kasze, ryż naturalny, potrawki z warzyw i surowe owoce. Wystarczy jakiś dłuższy wyjazd, w czasie którego karmię się kanapkami, pizzą i frytkami, bym marzył o furce ryżu z warzywami. Zresztą tym, co najlepiej pachnie w potrawach mięsnych są zioła i przyprawy zmieszane z tłuszczem. Spróbujcie kiedyś dobrze przyrządzone kotlety z ciecierzycy, fasoli czy soi.

Mięso daje energię.
Nie prawda. Białko jest najgorszym źródłem energii. Im bardziej mięso tłuste i spreparowane (mielone, smażone), tym więcej daje energii, ale co za problem uzyskać to z roślin. Zastanawiające, że wśród ultra-sportowców odsetek wegan i wegetarian jest wyższy, niż w reszcie populacji. Uważają, że szybciej się regenerują, mają mniej kontuzji i lepszą wytrzymałość. Ze swoich startów w biegach ultra wiem tyle, że po ok. 40-50 km nie mogę już patrzeć na cukier, nie jem żadnych żeli, izotoników, ani batonów, a pragnę jedynie pożywnego warzywnego obiadku. Choć na 80km spalam jakieś 6 tys. kalorii, kilkuset kaloryczny obiad stawia mnie na nogi. Dopiero z pełnym brzuchem mogę uzupełniać później energię słodkimi napojami lub czekoladą.

Tłuszcz zwierzęcy jest główną przyczyną chorób wieńcowych.
Prawda, choć ostatnie badania wskazują, że wydatnie pomaga mu w tym spożywanie węglowodanów prostych. Po tym jak w USA nakręcono spiralę anty-zwierzęco-tłuszczową i przemysł zaczął walić do wszystkiego margarynę i cukier (żeby jakoś smakowało) epidemia zawałów i otyłości tylko się zwiększyła. Dlatego powtarzam - wegetarianizm to nie dieta, dla zdrowia lepiej wyjdzie, jeśli będziemy jedli schabowego z ziemniakami i surówką, niż naleśniki, kluski i pierogi. Niemniej różnicę między olejem roślinnym i tłuszczem zwierzęcym dobrze widać po obiedzie - talerz po usmażonych warzywach mogę wymyć samą wodą, czego nie ma szans zrobić z talerzem pokrytym smalcem po mięsnej pieczeni. Jeśli podobnie jest w naszych tętnicach, nie dziwi, że połowa ludzi w społeczeństwach rozwiniętych umiera na choroby serca.

Uff rozpisałem się dziś. Temat odżywiania chwilowo wyczerpany, ale jeśli tylko pojawi się biedronkowa wyciskarka soków, znowu coś skrobnę. Jestem ciekaw Waszych opinii - czy ten cykl był dla Was ciekawy? Czy skorzystaliście z tego co napisałem?

Poprzednie części:
http://podtworca.blogspot.com/2014/05/dieta-cz1-system-wierzen.html
http://podtworca.blogspot.com/2014/06/dieta-cz2-wybor.html
http://podtworca.blogspot.com/2014/09/dieta-cz-3-natura-paleo-i-wege.html
http://podtworca.blogspot.com/2014/11/dieta-cz-45-sodka-smierc.html

wtorek, 9 grudnia 2014

To ile pan chcesz za ten fotoplastikon?

Od jakiegoś tygodnia reklamy karmią nas super promocją obligacji "Czternastka dla oszczędnych", które można kupić tylko w grudniu. Oprocentowanie wynosi - uwaga: 2.14% w skali roku! WTF? Ktoś się na to skusi? Może jakiś milioner, który boi się trzymać kasę w bankach (w końcu gwarancje obejmują tylko jakieś 100 tys. euro) i nie wie jak zainwestować bezpieczniej? Więcej płacą nawet na lokatach w mBanku.

Ostatni raz reklamy obligacji pamiętam chyba z czasów gdy oprocentowanie wynosiło 10% w skali roku. Za Buzka albo wczesnego Milera. Przy okazji wtedy też kopalnie bankrutowały, a cała Polska zrzucała się na wypłaty dla górników przebywających na urlopach (zrzeszonych oczywiście w Związkach Zawodowych Pracowników Przebywających na Urlopach Górniczych).

Popatrzmy zatem na 10-letnie polskie obligacje z naniesionym WIG:



Dołek ze stycznia 2009 zbiegł się z ostatnią falą wyprzedaży na akcjach, natomiast w maju 2013 akcje i obligi wspólnie ubiły dno (choć tajemnicza ręka rynku zrobiła na WIG jeszcze 2 wodospady w czerwcu i wrześniu). Czyżby kolejny element pasujący do układanki - jeszcze nie hossa, tylko tumult do co najmniej wiosny?

poniedziałek, 8 grudnia 2014

WIG a BRIC i SPX

Jako że zacząłem studiować fundamenty pod kolejną hossę, interesuje mnie jej potencjalny rozmiar. Przypomnę, że okres od listopada 2013 traktuję jako cykliczną bessę na szerokim polskim rynku. Choć w tym czasie WIG, MWIG40 czy WIG20TR nie spełniały technicznych kryteriów bessy (przez większość roku pozostawały w trendzie bocznym, a dzięki ostatniej fali wzrostowej notują nawet plusy w skali roku - w tym momencie WIG jest np. 1.18% wyżej niż rok temu :) , to dla przeciętnego inwestora bezpieczniej było spędzić miniony rok poza GPW, ponieważ cena większości akcji spadała. Indeksy były trzymane wysoko drogimi spółkami, których strach było kupić (LPP, CCC), z kolei wiele tanich spółek, śpiących na gotówce nie było komu pompować.

Oscylator EM/DM publikuje co jakiś czas W. Białek. Przypomnę, że ostatni szczyt siły rynków rozwijających się do rozwiniętych nastąpił w grudniu 2010 roku i od tamtego czasu trend się odwrócił. Kulminacja słabości Emerging Markets do Developed spodziewana wg oscylatora jest na przełomie 2016-2017 roku. Jak w tym czasie zachowa się polska giełda, skoro nasza gospodarka zaliczana jest do EM? Pewne światło może rzucić wykres z ostatnich 5 lat:


Widzimy, że WIG plasuje się pomiędzy silnymi indeksami S&P500 i DAX a Emerging Markets Index MSCI Ishares.

Nie mogłem niestety znaleźć danych historycznych dla okresów wcześniejszych niż 2004-2005 rok, dlatego postanowiłem zbudować indeks BRIC z brazylijskiej Bovespy, rosyjskiego RTS, indyjskiego SENSEX i chińskiego SSE COMP:

BRIC i SPX

Następnie podzieliłem BRIC / SPX żeby uzyskać wykres siły pierwszego, względem drugiego:


Nie jest to idealny oscylator, bo wszystkie 4 indeksy liczone są razem dopiero od 1995 roku (SENSEX od 1979, BVP 1989, SSE 1990, RTS 1995), chciałem jednak zajrzeć daleko. Wykres nie dostarcza też prostej odpowiedzi - Ameryka jest na kursie do wygenerowania 'all time high' względem BRIC. Czy będzie to powrót do trendu czy podwójne dno ciężko jest teraz wyrokować. Po stronie BRIC mamy rozpędzone Indie, startujące Chiny, schłodzoną Brazylię i zdołowaną Rosję:


A w USA akcje dochodzą do najwyższych cen w historii względem gospodarki:


Należy jednak pamiętać, że oscylator może dalej spadać, gdyby w przypadku światowej korekty Ameryka spadała wolniej, niż kraje BRIC.

A jaki wniosek dla naszego grajdołka? Dalej czekam na 'great call' na GPW, zaczyna robić się ciekawie, ale analizy wciąż pokazują, że na prawdziwe okazje trzeba jeszcze poczekać.

czwartek, 4 grudnia 2014

Grać z trendem albo spekulować na przykładzie kruszców

Kiedy zaczynałem grać na giełdzie w 2008 roku kruszce stawały się modne wśród blogerów-inwestorów. Rok-dwa później na portalach aukcyjnych wybuchła jakaś mania - wszyscy chcieli mieć sztabki z czystego złota i srebra, bo tylko w nich miało być możliwe odkładanie na emeryturę. Sam kupowałem trochę srebra, ale gdy jego cena podwoiła się w 2011, wyprzedałem kolekcję (z ciężkim sercem, bo podobały mi się medale kolejek i samochodów). Skusiła mnie zwyczajnie okazja - w swojej dotychczasowej "inwestorskiej" karierze nigdy wcześniej nie wytrzymałem z jakimś aktywem do 100% wzrostu ceny, bo ciągle gapiłem się w notowania i jak tylko moje akcje czy certyfikaty notowały zysk, to go kasowałem.

W 2011 obserwowaliśmy na kruszcach klasyczną bańkę. Max Keiser nawoływał w swoich filmikach do kupowania srebra i wystrzelenia JP Morgan z shortów. Gdy cena zaczęła wymykać się spod kontroli Chicago Mercantile Exchange podwyższyło dwukrotnie wymagany depozyt i zbiło cenę. Wychodzenie z kruszców funduszy hedge dopełniło dzieła i trend trwający 10 lat się odwrócił. Kluczowe jest ostatnie zdanie - 10 lat. Tyle czasu srebro rosło sobie 12-krotnie z poziomu nieco ponad 4 dolarów do 49. A tłum rzucił się na nie gdy cena przebiła 20$ (też należałem do tej grupy). Srebro wyrażone w złotych: 16.48 w 2001 vs 133.85 w 2011.

Od czasu pęknięcia bańki minęły 3 lata. To bardzo długo dla posiadaczy kruszców, którzy kupili drogo i nie sprzedali w porę. Wielu uśredniało lub dopiero dołączało do posiadających, bo wcześniej tylko obserwowali i bali się kupić drogo, ale gdy cena spadła o 30%, wreszcie pojawiła się super okazja... Wyłamanie bariery 1500$ za uncję złota w 2013 pogrzebało wiele nadziei, natomiast ostatnia fala spadkowa, gdy na srebrze trzasło wsparcie na 18.6$ nie została jakoś specjalnie odnotowana - blogi o kruszcach świecą pustkami. Ci, którzy jeszcze niedawno ekscytowali się złotem/srebrem pochowali zbiory i zajęli się innymi sprawami. Ostatecznie metal jeść nie musi, a kiedyś trend się odwróci.

Nanieśmy klasyczny model bańki na wykres złota (trochę go powyginałem, żeby pasował do dat) :


Raczej wątpię, czy ostatnie podejście pod linię trendu to 'Return to the mean'. Nawet jeśli, to nie liczyłbym na kontynuację trendu z takim nachyleniem jak dotychczas w ciągu najbliższych lat. Zbyt wielu ludzi zostało poparzonych. Rozciągnijmy wykres w czasie:

Uwaga: linie pokazują zasięgi czasowe, a nie cenowe

Poprzednia spektakularna hossa na kruszcach trwała również 10 lat, po czym przeszła w 20-letnią bessę. Ktoś powie, że nie była to bessa, tylko konsolidacja, inny zauważy, że w przeciągu tych lat były wielomiesięczne okresy, które można nazwać hossą. Owszem - ale w tym czasie na złocie mogli zarobić tylko spekulanci/gracze, a nie inwestorzy. Podobnie jest dzisiaj - gracze co jakiś czas ogłaszają, że kupują złoto na wsparciach, tyle że za pomocą instrumentów pochodnych i wywalają po wzroście o kilka procent.

Rozpatrzmy teraz wykres srebra w PLN:


Ten kanał obrazuje inflację polskiej waluty. I tu skłaniałbym się do umiarkowanego optymizmu wśród posiadaczy kruszców - może hossa szybko nie wróci, ale też złote aktywa nie powinny już tracić. Będą spełniały rolę zabezpieczenia przed erozją papierowego pieniądza - czyli to, co głoszono jako obowiązujący paradygmat gdy cena była 100% wyższa.

Wnioski z tego wpisu?

1. Określenie trendu na aktywie, w które inwestujesz to podstawa. Jeżeli akcje, kruszce czy obligacje rosną i jesteś po długiej stronie, utrzymuj pozycję. Gdy fundamenty mówią, że jest już drogo, bierz część zysku, a resztę zabezpiecz.

2. Jeżeli aktywo, w które inwestujesz jest w trendzie spadkowym, możesz na nim tylko spekulować w krótkim terminie. Trendy trwają dłużej niż się wszystkim wydaje, co sam mogę zaświadczyć nietrafionymi prognozami zakończenia hossy w USA w tym roku.

3. Jeżeli nie znasz się na inwestowaniu/spekulacji, ale kupiłeś coś w trendzie za 5 dwunasta (jak ja w srebro w 2009-2010) i obserwujesz wokół euforię, uciekaj z zyskiem i nie wracaj! Ilu ludzi złapało Pana Boga za nogi, gdy sprzedali w 2007 dwa razy drożej mieszkanie nabyte kilka lat wcześniej, by za chwilę wpakować się w potężny kredyt na apartament czy dom. Trendy trwają latami, a pierwszy spadek ceny o 10-30% od szczytu to zaledwie preludium urealnienia (a potem zdołowania) ceny.

Trzy oczywiste zasady, które stosuje na odwrót większość ludzi inwestujących w akcje, kruszce, nieruchomości, ziemię i inne aktywa.

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Nawyki cz. 4: nawyk a zwyczaj

W poprzedniej części cyklu opisałem dlaczego motywacja nie jest skuteczna i jak wyrugować ją z planów długotrwałej zmiany. Przypomnę: w klasycznym modelu rozwoju kluczowe czynniki to motywacja i silna wola. Jakkolwiek są one potrzebne, to nie wystarczają do osiągnięcia mistrzowskiej biegłości. A nawet jeżeli opierając się tylko na sile woli osiągniemy ponadprzeciętne rezultaty, zapłacimy za to wysoką cenę na innych polach, ponieważ zasoby sił samokontroli są ograniczone (więcej w pierwszej części cyklu). Dlatego wprowadzanie zmian od początku powinno wiązać się z budowaniem nawyków, żeby rozpoczynanie i kontynuowanie naszych pożądanych działań (bieganie, pisanie, sprzątanie itd.) odbywało się automatycznie.

Metoda, którą zaproponowałem na wprowadzenie trwałej zmiany opiera się na rozpoczęciu zmiany w sposób radykalnie prosty. Tak prosty, że przełożenie tego na później jest bardziej skomplikowane, niż wykonanie pojedynczego ćwiczenia. Jeśli chcesz np. trenować mięśnie, to zacznij od 1 pompki dziennie przez tydzień i dokładaj jedną co tydzień lub co 2, lub co miesiąc - nie ważne ile będziesz teraz ćwiczył, ważne żebyś to robił każdego dnia. Kiedy wykonasz to proste ćwiczenie jest wysoce prawdopodobne, że skusisz się na więcej i czasami wykonasz np. pół-godzinny trening, zamiast kilku pompek. Ważne jest jednak, żebyś nie nakręcał się pod wpływem adrenaliny i nie zmieniał minimalnych wymagań treningowych, bo przyjdą dni, w których będziesz wydrenowany z sił samokontroli i nie dasz rady zmusić się do podkręconego treningu.

To jednak nie wszystko. Dopóki nie wprowadzisz rytuałów (definicja w poprzednim wpisie) budujesz przyzwyczajenie, a nie nawyk. To bardzo ważna różnica, ponieważ jak pamiętamy struktura nawyku jest taka:

rytuał - działanie - nagroda

natomiast przyzwyczajenie to:

działanie - nagroda

Jednak działanie nie następuje samo z siebie - nawet jeżeli działaniem jest banalnie prosty trening, to mimo wszystko potrzeba zużyć jakąś porcję siły woli lub poczuć motywację. Dlatego prawdziwy schemat przyzwyczajenie wygląda tak:

(motywacja lub postanowienie) - działanie - nagroda

I teraz już widzimy jakie zagrożenie czyha za rogiem - jeśli tylko przyzwyczajenie stanie się wystarczająco złożone (np. 50 pompek dziennie po roku) radykalnie rośnie ryzyko, że w nim nie wytrwamy. Po prostu świadomość, że musimy wykonać danego dnia zbyt złożony czy długi trening zacznie nas stresować, będziemy odwlekać działanie, czasem nie znajdziemy motywacji do końca dnia. Każde pomyślenie o treningu i podjęcie decyzji czy ćwiczyć już, czy później, będzie zużywało porcję siły woli. Jeden opuszczony dzień nie robi problemu, dwa to już wstęp do nowego nawyku - braku działania. Dlatego nawyki są tak ważne w naszym życiu - pozwalają latami wytrwać w powtarzaniu pewnych czynności. Jeśli są to twórcze i pożyteczne powtórzenia, składają się na nasz sukces.

Rytuały są dopasowane do naszych upodobań, np. osoba lubiąca uporządkowany plan dnia może sobie ustawić trening na określoną godzinę. Rytuałem będzie nadejście godziny, sprawdzanie na zegarku i oczekiwanie na start. Dobrym sposobem jest podczepianie nawyku pod coś, co robimy zawsze np. "Kiedy się budzę, robię X pompek na początek dnia" albo "robię trening przed obiadem". Na bardziej skomplikowany trening możemy mieć cały zestaw takich aktywatorów, np. latem często biegałem ze słuchawkami i teraz gdy mam ochotę posłuchać muzyki, odzywa mi się potrzeba biegania.

Kiedy bardzo nam się nie chce zabrać za jakąś robotę, dobry jest aktywator "5 głębokich oddechów" (zaczynając te 10-15 sekundowe oddechy ustawiamy się mentalnie, że właśnie zaczęliśmy pracę).  Jeśli nadal się nie chce, robimy kolejne 5 oddechów, pozostając w trybie "pracuję". Z każdą minutą rośnie szansa na pojawienie się motywacji, bo w czasie inhalacji zaczynamy się koncentrować na pracy. O wiele łatwiej zacząć głęboko oddychać, niż pracować.

Zaletą rytuałów jest to, że sprzęgają się z czynnością, którą mają poprzedzać. Np. jeżeli przed startem treningu zawsze puszczasz jakiś utwór (aktywator), to gdy będziesz trenował w innym miejscu, poczujesz potrzebę odsłuchania utworu. Dzięki temu, gdy wypracujemy jakiś konstruktywny nawyk, możemy użyć go jako aktywatora do innej pożądanej czynności i upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Ja tak zrobiłem z ćwiczeniami wzroku, rozciąganiem, medytacją i pisaniem, co szczegółowo opiszę w kolejnej części cyklu.

Poprzednie części:
http://podtworca.blogspot.com/2014/10/nawyki-cz-1-nie-tedy-droga.html
http://podtworca.blogspot.com/2014/10/nawyki-cz-2-co-to-po-co-to-i-jak-to.html
http://podtworca.blogspot.com/2014/11/nawyki-cz-3-motywacja.html

środa, 26 listopada 2014

5 powodów dlaczego gram na giełdzie.

Do napisania całego wpisu pt. dlaczego gram na giełdzie skłoniło mnie pytanie jednego z czytelników. Pisałem o tym już nie raz, ale z czasem powody dla których zostajemy na rynku (lub rezygnujemy) zmieniają się, więc ponownie przeanalizuję swoje motywy.

Dlaczego zatem wciąż zajmuję się giełdą? (nie napiszę, że gram, bo na razie głównie czekam na okazję do zagrań, a tych brakuje w dostępnym mi instrumentarium) :

1. Bo to lubię. Przez całą szkołę podstawową i średnią zagrywałem się strategiami: Civilization 1 i 2, Panzer General 1 i 2, Warcraft 2, Heroes of Might&Magic 2 i wiele innych. Gra na giełdzie jest taką grą strategiczną, w której lawirujesz swoimi oddziałami. Najtrudniejszą ze wszystkich, bo sam musisz zdefiniować punkty zwycięstwa.

Przez długi czas wcielałem się w szeregowca, który całymi dniami pykał kontraktami w nadziei na wygranie bitwy. Jednak po latach zauważyłem, że w tej grze zwyciężają generałowie, którzy koncentrują swe siły i uderzają w najczulszy punkt przeciwnika, w najlepszym możliwym momencie. Tysiące godzin spędzonych przed notowaniami, wykresami, analizami buduje bazę niezbędną do wyznaczenia tych nielicznych okienek czasowych, gdy cena pozwala na uderzenie. Tysiące godzin odnoszenia małych zwycięstw i małych porażek buduje umiejętność przyznania się do błędu i zwiania we wczesnej fazie skazanej na klęskę bitwy lub parcia naprzód gdy padły linie obronne przeciwnika i oddziały operują na jego tyłach.

Poza tym - czy jest coś piękniejszego od obserwowania notowań w czasie rynkowej paniki? :)

2. Bo nie zarobisz, jeśli nie umiesz zarabiać. Najgorszą opcją jaką można zrobić, to wejść na giełdę bez znajomości gry z dużym majątkiem. Kapitał po sprzedaży swojej firmy, spadek, pieniądze wypracowane za granicą. Lata spędzone na budowie majątku, który nieumiejętnie ulokowany na giełdzie wyparuje w kilka miesięcy. Zapomnij o encyklopedycznych formułach, że giełda to miejsce, w którym spółki pozyskują kapitał na rozwój i w zamian dzielą się zyskiem z inwestorami. Giełda to miejsce transferu majątku. Żaden inwestor nie podzieli się z tobą swoim majątkiem! Jeśli wprowadza swoją spółkę na giełdę to albo w szczycie koniunktury, gdy może sprzedać ci złotówkę za dwie, albo chciałby być już bogaty, ale jego biznes nie przynosi spodziewanych dochodów i musi znaleźć sponsora. Pierwszy typ inwestora zazwyczaj chętnie odkupi od ciebie tę złotówkę po 50 groszy, a drugi zazwyczaj sypie akcjami do końca. A koniec ten może wydłużać w nieskończoność kolejnymi dodrukami akcji.

Żeby zarabiać na giełdzie naukę należy rozpocząć jak najwcześniej, nawet z groszowymi środkami i dopiero po latach, gdy umiemy przewidzieć swoje reakcje i rozpoznajemy prawdziwe okazje, użyć majątku do kupna złotówki po 50 groszy.

3. Bo giełda to jedna z najlepszych szkół wiedzy o sobie. Nawet jeśli za pierwszym razem uda ci się kupić spółkę generującą zysk dla akcjonariuszy i tak na 99% sprzedasz ją za szybko i będziesz skakał między spółkami, aż trafisz na taką, która nie wiedzieć czemu nieustannie spada, choć na forach piszą o jej ekspansji i rychłym odrobieniu 80-cio procentowej straty. Tej spółce pozostaniesz wierny na długo. Dlaczego? Ponieważ na giełdzie wszystkie ewolucyjnie wypracowane mechanizmy, które pozwoliły przetrwać homo sapiens w dzikim środowisku działają na twoją niekorzyść. Emocje, błędy poznawcze, sposób wnioskowania - wszędzie tam gdzie wydaje ci się, że coś wiesz, nie wiesz nic. Nawet jeśli przypadkowo masz rację, zainkasujesz 10% racji, jeśli się pomylisz zgarniesz 50% pomyłki. Im lepiej ci idzie na początku, im bardziej jesteś pewny, że umiesz grać w te klocki, tym boleśniejszy będzie upadek po zmianie trendu.

Gdy wykonasz olbrzymią pracę nad samopoznaniem, nauczysz się trzeźwo oceniać, a nie fantazjować, mierzyć zamiar podług sił, zyskasz w całym życiu, nie tylko na giełdzie. Warto jednak rozejrzeć się za innymi szkołami, by nie skończyć jak pan Jarek:




4. Bo dowiaduję się jak funkcjonuje ludzki świat. Wiedzę czerpię z blogów mądrych ludzi, książek, komentarzy i dyskusji, natomiast do popularnych mediów i blogów zaglądam, by rozpoznawać panujące narracje i nastroje tłumu. Analiza światowych indeksów i kursów walut więcej mówi o prawdziwym stanie państw, niż wiadomości w TV. Nie twierdzę, że artykuły dziennikarzy są bezwartościowe - wiele z nich jest ciekawych, poszerza horyzonty i jest pisanych w najlepszej wierze. Problem w tym, że jednej osobie, w dodatku nie rozumiejącej kluczowej roli finansjery (używam tu tego terminu bez negatywnej konotacji) w kierowaniu polityką państw niezwykle trudno dojrzeć istotne czynniki wpływające na rozwój wypadków. Dziennikarze komentują to co się wydarzyło i wyciągają wnioski, które wydają się racjonalne (albo które są im podsuwane przez 'those who make the things happen').

Żebyście mnie dobrze zrozumieli - to że jakiś bloger jest popularny i odkrywa "szokującą prawdę o Fed", nie znaczy, że ma jakąkolwiek wiedzę w temacie. Pozostawanie pod wpływem wszelakiej maści spiskowców to jedna z szybszych dróg do bankructwa. Gracz giełdowy wie, że wyciągnięcie prawidłowych wniosków często jest niemożliwe, trzeba zaakceptować to co jest i reagować, zamiast przyjmować jakiekolwiek odpowiedzi, których z braku prawdziwych łaknie umysł. Pozostawanie w mocy ekspertów daje tylko złudne przekonanie, że "wiemy jak jest, tylko oni manipulują, ale zaraz będzie tak jak my uważamy, no bo tak musi przecież być" i marną pociechę, że toniemy w grupie.

5. Bo trendy się zmieniają. Po 7 latach chudych zazwyczaj przychodzi 7 tłustych. Po pęknięciu bąbla spekulacyjnego w 2007 roku GPW nie rozpieszcza. Pęknięcie bąbla na surowcach w 2008 zapoczątkowało rozpad biednych państw opartych o eksport surowców. 7 lat po tych wydarzeniach nasilają się turbulencje, wybuchają wojny i negatywne efekty zaczynają kulminować. Nawet nie zdajemy sobie sprawy, że jesteśmy już uczestnikami wojny. Od blisko roku zorganizowane grupy rosyjskich hakerów i propagandystów szturmują portale i urabiają umysły Polaków. Rosja (a raczej rządząca nią oligarchia) walczy o przetrwanie i na razie (wbrew powszechnym opiniom o geniuszu politycznym Putina) wykresy akcji, walut i towarów wskazują na jej porażkę. Również analiza fundamentalna nie daje globalnych szans hegemonii kacapów. Wojny zajmują w mediach coraz więcej miejsca - gdy pesymizm osiągnie rozmiary optymizmu z 2007 roku, inwestowanie na giełdzie znowu stanie się tak proste jak w latach 2003-2007.

wtorek, 25 listopada 2014

Zobaczyć więcej - relacja z TriCity Ultra 80

Bieganie stało się ostatnio tak popularne, że dorobiło się już zadeklarowanych anty-biegaczy prowadzących "fanpejdże" (kiedy blogi?). Wkrótce pojawią się w Polsce pierwsze medialne analizy podważające sens poddawania organizmu ekstremalnemu wysiłkowi. Tak było w Stanach w latach 70-tych, gdy na skutek mody na maratony lekarze odnotowali zwiększoną umieralność na zawały w całej populacji (najczęściej średnio 1.2km od mety).

Dlatego choć jestem entuzjastą biegania i zachęciłem na blogu kilka osób do rozpoczęcia aktywności fizycznej, zawsze powtarzam, że to droga jest celem. Gdy zaczynałem biegać, maraton był czymś nieosiągalnym z cyklu "może kiedyś". Liczyło się by być aktywnym przez całe życie. Nim przebiegłem pierwszy kilometr, obejrzałem kilka wykładów na youtube jak stąpać, żeby nie złapać kontuzji. Przeszedłem na lekką dietę warzywno-owocową i regularnie przemierzałem 5-8 kilometrowe szlaki 3 razy w tygodniu.

Dopiero po roku zacząłem myśleć o pierwszym biegu ulicznym, a po 2 latach budowania fundamentów i wyrabiania nawyków zdecydowałem się wystartować na królewskim dystansie. Ponieważ nie kierował mną cel "zaliczyć maraton", początkowo myślałem o tak długim biegu jako o epizodzie. Ale kolejne dłuższe wypady z przyjaciółmi utwierdziły mnie, że dla wystarczająco wytrenowanego ciała i przy spokojnym tempie długie biegi są po prostu formą wycieczki. Nie twierdzę, że podnoszenie poprzeczki jest łatwe i pozbawione ryzyka - żeby się rozwijać, trzeba przyzwyczaić się do strefy dyskomfortu i mikro urazów, które po regeneracji czynią nas silniejszymi, jednak bieganie 40 i więcej kilometrów nie jest nieodpowiedzialnym szaleństwem, jak niedługo zaczną przekonywać telewizyjni eksperci powołując się na rosnącą liczbę zgonów biegaczy, którzy zbyt szybko chcieli sięgać po marzenia.

W tym duchu przystępuję do relacji jednego z najfajniejszych biegów, w jakich brałem udział. Biegu, który zawierał wszystko co lubię w takich imprezach: piękną przyrodę, zmagania z umysłem, euforię biegacza i braterstwo trudu dzielone z innymi uczestnikami.

Początek klasyczny - pobudka wcześnie rano, pakowanie plecaka, szybkie kaszetti na śniadanie i w trakcie napełniania bukłaka SMS od Jarka - nie mogę wyłączyć mojego wrednego sygnału, bo ręce zajęte, więc lekko wkurzona połowica otwiera oczy w sobotę o 6.20 rano. 3 minuty później zmykam z domu i jedziemy z Jarkiem po Tomka i Michała. Zbiórka ekipy pod Neptunem o 7:

Od lewej u góry: Tomek, ja, Jaromir, Waldek, Michał, Marta, Krzysiek
Od lewej na dole: Piotr, Jarek, Bartek


Trochę zimno, trochę pada, czyli tak jak lubimy. Zaczynamy tradycyjnie od fortów gdańskich i góry Gradowej:

fot: waldekmis.pl


Potem praktycznie cały czas w centrum miasta lecimy lasem - magia żółtego szlaku. W Trójmiejskim Parku Krajobrazowym przesiadamy się na nasz ulubiony szlak zielony i katujemy nóżki na morenach. W Oliwie tradycyjna fotka na Pachołku z "górami" w tle:



Zielonym szlakiem biegniemy do Sopotu, gdzie przesiadamy się na szlak czerwony. I znowu las, górki, korzenie, kamienie, wszystko to przykryte liśćmi, żeby łatwiej się poślizgnąć lub skręcić kostkę. Po 30 km w nogach łatwiej się rozmawia, można wyjść poza formalne gadki o bieganiu i pogodzie. Rozbieramy na czynniki pierwsze teorie o bieganiu i zastanawiamy się na jakim paliwie biegnie nadająca tempo Marta, która nie je, nie pije, nie ma w mięśniach miejsca na glikogen, a spalanie tłuszczowe nie wchodzi w rachubę ze względu na brak tegoż. Zagadkę odkładamy na półkę obok fenomenu kenijskich maratończyków.

W końcu na chwilę wbiegamy na teren miejski - to Gdynia. Planujemy pyknąć tradycyjną fotkę przy kupce gruzu, która zawsze wita nas w Gdyni:
Gdynia wita - styczeń 2014

Gdynia wita - kwiecień 2014

Niestety w miejscu pięknej polany z kupką gruzu jakiś deweloper postawił w kilka miesięcy rządek domków - kolejny przykład dewastacji terenów zielonych i braku planowania przestrzennego!

W tym miejscu od ekipy odłącza Piotr, który planował biec do Orłowa. A my ponownie zagłębiamy się w las marząc już tylko o obiedzie w Green Wayu. Z jednym wyjątkiem - uzbrojony w kilo kabanosów Waldek nie chce żadnych przestojów w myśl jednego z przesądów na ultra, że jak siądziesz, to już nie wstaniesz. Marta nadaje ostre tempo, narzekamy że tak pędzi, bo chce się w Gdyni odłączyć. Jednak gdy docieramy pod Błyskawicę, Marta postanawia wyskoczyć do domu po szosówki i biec z nami do końca.


Wreszcie upragniony posiłek w Greenie, robi się ciepło i familijnie, tylko Waldek krzyczy, że nas nienawidzi za ten postój. 50km za nami, do mety tylko 30, z jednym pofałdowanym odcinkiem na klifach. Z pełnymi brzuchami zbiegamy ku morzu, na klifach zastaje nas noc i gdy schodzimy na bulwar zaczyna się ultra - grupa się rozciąga, pojawiają się pierwsze bóle nóg, każdy szuka swojego optymalnego tempa. Pierwszy punkt zborny na molo w Sopocie - jak zobaczycie na filmie, marsowe miny ukazują stan wewnętrzny podmiotów lirycznych.

Gdy ruszamy z mola po kilkuset metrach dopada mnie trzeci raz w życiu biegowa euforia po 60-tym kilometrze. Dotychczas myślałem, że jej przyczyną był cukier, jednak tym razem euforia obala teorię - ostatni posiłek jadłem ponad półtora godziny wcześniej w Green Wayu i były to kotlety gryczane z ziemniakami. Jeszcze na molo dokuczał mi ból kostki, ale gdy biegniemy opada na mnie jakaś błogość i czuję przypływ nowych pokładów energii. Krzyczę do Jarka "naprzód bracie k..!" i puszczam się do przodu. Pierwsze 100 metrów muszę wybiegać na pełnym gazie, taka rozpiera mnie moc. Na szpicy naszej ekipy zastaję Jaromira, z którym rozmawiamy o wegetarianizmie (nie je mięsa od 20 lat) i bieganiu. Co za gość - biega od lutego tego roku a już zdążył złamać 40 minut na dychę (mi to zajęło ponad 3 lata!).

W Brzeźnie odwiedzamy (tradycyjnie) sklepik spożywczy i tankujemy po puszce pepsi. Bartek lub Krzysiek wyłamuje się pijąc Coca Colę. Taki tam epizod z biegu, który wzbudza wesołe komentarze.

Od momentu euforii czuję się rewelacyjnie, ten stan utrzymuje się do samego końca i chyba każdy uczestnik biegu czuje coś podobnego (poza Waldkiem, który z przymrużeniem oka nie może nam wybaczyć postoju w GW), bo na twarze wracają uśmiechy. Widać to zresztą przy PGE Arena, jakieś 8km od mety:

Uczestnikom kultowego biegu TriCity Ultra 80 zapewniamy posiadówkę
na schodach legendarnego stadionu
Przedostatni punkt przy krzyżach obok Stoczni i ECS i bieg na metę. Mijamy znowu Neptuna, by zakończyć wyprawę pod Złotą Bramą:



Nie rozchodzimy się od razu. Po 12 i pół godzinie na trasie chcemy jeszcze chwilę pobyć i poczuć wspólnie radość jaką czujemy po tym biegu. Dzięki ekipo!



Jeśli interesują was kwiatki z trasy, zapraszam do obejrzenia teledysku Tomka:


piątek, 21 listopada 2014

Giełda: aż wszyscy zwątpią

Kolejny raz generał hossy zmaga się z poziomem 300:



Konsolidacja dobrze widoczna w skali ostatniego miesiąca:


W chwili gdy piszę post chiński bank centralny obniżył stopę proc. czym wprowadził rynki w euforię. Pytanie czy to grunt pod dalsze zwyżki, czy ostatnia faza short-squeeze przed osiągnięciem oporów, które np. dla DAX biegną w przedziale 9700-9800:


Na DAX dobrze widać trzeci szczyt oraz czwarty na RSI - zarówno 7 jak i 3 lata temu było to optymalne miejsce do wyjścia z niemieckich akcji, choć w przypadku czwartego szczytu na RSI w 2011 mieliśmy do czynienia tylko z silniejszą korektą.

Powiem tak: strasznie mnie świerzbi, żeby już podkupić parę spółek, szczególnie że niektóre wystartowały do trendu wzrostowego z dobrych poziomów (Colian?). Niestety zbyt wiele analiz sugeruje dalsze spadki do wiosny 2015. Kluczowy dla małego spekulanta indeks - WIG250 jest w bessie i na oko brakuje mu przynajmniej fali C do zwieńczenia spadków (o ile te się nie wydłużą jak w latach 2000-2003).

Sentyment w Stanach osiągnął stany ekstremalnie bycze, niedźwiedzie są tam wyśmiewane. W takich momentach zadaję sobie pytanie: what you think? Moje odpowiedzi są takie:

- NASDAQ bez większej korekty poprawi szczyt wszechczasów z 2000 roku,
- 2100 na S&P500 to kwestia dni,
- dobre mniejsze spółki z GPW wystrzeliły do góry i nie zrobią nowych dołków, nawet gdy szerokie indeksy będą spadać,
- giełda w Polsce została zapomniana, duzi gracze akumulują akcje lub wycofują spółki z giełdy, żeby powrócić przy szczytach,
- rajd św. Mikołaja, mega bycze seasonal charts (zapomniałem polski odpowiednik) dla końca roku, prezydentury w USA itd.

Stąd ciśnienie na powrót na rynek. Ale w natłoku tych byczych informacji zapala mi się lampka i zwracam się ku "what you see?".

- wskaźnik cykliczny dla S&P500 pokazuje, że choć wzrosty mogą potrwać jeszcze miesiące, należy trzymać się z dala od amerykańskich akcji, chyba że spekulujemy w krótkim terminie:


- wspomniany wyżej DAX blisko istotnych oporów i trend spadkowy na tygodniowym RSI,
- bessa na WIG250, trend boczny na pozostałych indeksach,
- WIG20_PE, skorelowany z WIG20 zakręca w dół:



Długoterminowe symptomy bessy, dywergencje na indeksach, nieliczne spółki poprawiające szczyty i peleton idący w bok lub w dół, a ja myślę, że będzie rosło, podobnie jak większość polskich inwestorów indywidualnych - czy to nie symptomy fali B?

środa, 19 listopada 2014

Nawyki cz. 3: motywacja

W pierwszej części cyklu dowiedzieliśmy się dlaczego nie udaje się nam wprowadzać trwałych zmian. W drugim wpisie przedstawiłem strukturę nawykowego zachowania. Nim zabiorę się za opis wdrażania konkretnych nawyków, zajmę się drugim kluczowym obok siły woli czynnikiem utożsamianym z podejmowaniem zmiany w życiu: motywacją.

Klasycznie ujęte postanowienie np. wykonywania ćwiczeń 3 razy w tygodniu wiąże się mniej więcej z takim przebiegiem:
1. Tworzymy ambitny plan treningowy.
2. Na początku ćwiczymy dzięki motywacji.
3. Kiedy motywacja mija wykorzystujemy siłę woli, żeby zmuszać się do działania.
4. Zdarzają się przerwy w treningach, usprawiedliwienia przed sobą, wyrzuty sumienia etc.
5. Zarzucamy postanowienie/przesuwamy na kiedyś tam.

Prawie zawsze jako powód zarzucenia treningu pojawią się dwa wyjaśnienia:
1. Zabrakło motywacji.
2. Zabrakło silnej woli.

Tymczasem wiemy już, że potrafimy wykonywać ciężkie ćwiczenia bez zużywania zapasów siły woli. Mój organizm biegacza jest tak przyzwyczajony do wysiłku, że pragnie go - jeśli nie wykonam ćwiczeń przez 2-3 dni, to dosłownie roznosi mnie energia i nie jestem w stanie spać. Podobnie mój umysł programisty - jeśli tylko wejdzie w stan koncentracji, czas przestaje się liczyć, a intensywne wymyślanie sprawia frajdę zamiast męczyć.

Nie potrzebuję motywacji, żeby doprowadzić się do tych stanów - motywacja pojawia się dopiero po jakimś czasie od rozpoczęcia wykonywania danej czynności! Znacie przysłowie: zacząć to połowa sukcesu? Właśnie tak jest - jeśli pokonasz początkowy opór i zaczniesz wykonywać ćwiczenia, po kilku minutach czujesz się komfortowo, a po treningu satysfakcję z wykonanej pracy. Zasadnicza kwestia sprowadza się zatem do pokonania początkowego oporu. I tu właśnie wkracza potęga nawyku. Jak pamiętamy z poprzedniego wpisu nawykowe zachowania są krótkie, ale składają się często na cały ciąg czynności, które wykonujemy automatycznie. Możemy zatem jakąś bardzo prostą czynnością sprawić, że po kilkunastu sekundach bez żadnego oporu wkładamy buty biegowe i wychodzimy pobiegać. Tę nawykową czynność będę zamiennie nazywał rytuałem.

Jeden ze sposobów na pokonanie oporu przedstawiłem już ponad rok temu. Po roku rozwinąłem temat. Jak widać nie od razu Kraków zbudowano - pracuję nad zmianą i wdrażaniem nawyków od lat. Przykłady projektowania nawyków opiszę w kolejnej części cyklu, a teraz wrócę do treningu '3 razy w tygodniu'.

Harmonogram obojętny na samozaparcie i motywację dla osoby nigdy nie uprawiającej sportu:

1. Tworzymy plan treningowy leżący całkowicie w strefie komfortu - tak prosty, że nie da się go nie wykonać. Np. wtorek-czwartek-sobota 5 pompek. Jeśli i tyle jest zbyt dużo, to 1 pompka, albo przysiad. Rodzaj wysiłku jest bez znaczenia, gdyż celem nie jest jeszcze ćwiczenie ciała, tylko stworzenie nawyku rozpoczynania treningu.

2. Wprowadzamy rytuał przed każdym treningiem, np. zamykamy swój pokój, włączamy ulubioną muzykę, ubieramy specjalny strój. Ten rytuał będzie aktywatorem treningu - ilekroć usłyszysz swój startowy utwór organizm sam będzie chciał przejść do ćwiczeń.

3. Czas jest kompletnie nieistotny. Powtarzamy nasze "treningi" tak długo, aż staną się nieodłącznym elementem naszego życia.

4. Po jakimś czasie (np. po miesiącu) powoli zwiększamy dawkę, ale nie na tyle, żeby wyjść poza strefę komfortu. Np. co tydzień dokładamy 1 dodatkowe powtórzenie, po X tygodniach kolejną serię lub nowe ćwiczenie.

Dokładając tylko 1 pompkę na tydzień po roku wykonujemy ponad 50 pompek w trakcie jednego treningu! Przestrzegam jednak przed nakręcaniem się i zwiększaniem dawek. Powyższy plan może się nie powieść wtedy, gdy zaczniemy stawiać sobie cele - odchudzić się, zbudować atletyczną sylwetkę. Wtedy zaczniemy podkręcać tempo, żeby zbliżyć się do zwizualizowanego ideału, wrócimy do klasycznego harmonogramu i szanse na wytrwanie dramatycznie spadną. W przypadku ćwiczeń cel powinien być bezterminowy - ćwiczymy całe życie, żeby być zdrowym i sprawnym. Smukłe i wysportowane ciało będzie efektem ubocznym przestrzegania treningu i zdrowych nawyków żywieniowych.

Nie chcę was odwodzić od stawiania sobie ambitnych celów, ale nim zaczniemy o nich myśleć, należy zbudować solidną bazę. Musisz wiedzieć, że bez względu na okoliczności wytrwasz w swoich postanowieniach, inaczej cele pozostaną tylko nieuchwytnymi marzeniami.

poniedziałek, 17 listopada 2014

GPW - jak nas widzą

W czwartkowym komentarzu napisałem, że czekam na piątkowe zamknięcie tygodnia, po którym mogą paść istotne sygnały średnioterminowe. Rynek chyba o tym wiedział, bo w ostatnich godzinach notowań kursy kilku spółek z WIG20 poszybowały w górę i zanegowały sygnały spadkowe.

W dłuższym ujęciu słabość polskich akcji widziana oczami zagranicy utrzymuje się, ale pamiętamy że jesteśmy w trendzie bocznym i przez ostatnie 3 lata istotne wsparcia były zawsze trampoliną do wzrostów. Przeanalizujmy sytuację WIG20USD:
na minus:
- odbił od linii bessy, zatem pozostaje w 7-letnim trendzie spadkowym,
- wyszedł dołem z formacji,
- średnie zakręciły w dół,
na plus:
- opadł na wsparcie linii trendu na RSI i silnego wsparcia w okolicach 40pkt,
- jest zatem na wsparciu w 3-letnim trendzie bocznym.



3:2 dla niedźwiedzia to za mało, żeby aktywnie obstawiać spadki.

A tak prezentuje się Poland ETF Market Vectors:


Naniosłem na wykres numerki. To nie są żadne fale Elliotta, tylko punkty informacyjne do analizy:

1 - połowa krachowej świecy z sierpnia 2011, której nie udało się sforsować bykom - istotny opór,

2 - po wybiciu zielonej linii trendu wzrostowego nastąpiła 8-tygodniowa konsolidacja pod linią oraz pod średnimi, która zakończyła się kontynuacją spadków na początku października,

3 - kurs opadł na istotny poziom ~20.8,  który przez ostatnie lata wiele razy był wsparciem lub oporem, aktualnie biegnie tam 135-tygodniowa średnia krocząca,

4 - kurs walczy pod poziomem 40pkt na RSI (przebywanie pod tym poziomem na wykresie tygodniowym wiąże się zazwyczaj z rynkiem niedźwiedzia),

5 - gdyby doszło do kontynuacji spadków, kolejny ważny poziom obok 1 i 3 przebiega w okolicy 18.3.

----------

Reasumując:

Technicznie nie widzę żadnych przesłanek, żeby z punktu widzenia inwestora zagranicznego kupić długoterminowo polskie akcje, ponieważ:

- pokazują długoterminową słabość, więc nie można podłączyć się do trendu wzrostowego,

- nie są mocno przecenione po fazie paniki, więc nie ma okazji inwestycyjnych.

Nie oznacza to jednak, że mam zamiar skracać polski rynek. Gdyby piątek zakończył się czarną świecą, powstałyby sygnały spadkowe i szansa na paniczną wyprzedaż w bliższej przyszłości. Byki jednak zanegowały wymowę świecy tygodniowej, pozostaje więc bezpiecznie stać z boku i obserwować czy wcześniej nie pokaże czegoś "wielka trójca":



środa, 12 listopada 2014

Dieta cz. 4/5: słodka śmierć

Dobiegamy do końca z cyklem o diecie. Przypomnę poprzednie części:

http://podtworca.blogspot.com/2014/05/dieta-cz1-system-wierzen.html
http://podtworca.blogspot.com/2014/06/dieta-cz2-wybor.html
http://podtworca.blogspot.com/2014/09/dieta-cz-3-natura-paleo-i-wege.html

W skrócie: poszukuję najlepszej diety dla homo sapiens i próbuję zastosować ją w swoim życiu.

Dziś o najpopularniejszym narkotyku świata, czyli cukrze. Uzależnienie od cukru nie różni się specjalnie od uzależnienia od tytoniu, alkoholu czy narkotyków. Pobudza te same rejony mózgu odpowiedzialne za odczuwanie szczęścia, podobnie jak w przypadku używek osoba uzależniona musi z czasem zwiększać dawkę, żeby osiągnąć podobny efekt. Cukier rafinowany jest główną przyczyną otyłości w społeczeństwach rozwiniętych i w konsekwencji chorób pośrednich (cukrzyca, zawały). Próba zastąpienia go sztucznymi słodzikami czy syropami glukozowo-fruktozowymi tylko pogarsza sprawę. Można uznać, że powikłania zdrowotne spowodowane nadużywaniem cukru w diecie są główną przyczyną śmiertelności w społeczeństwach zachodnich. Wiadomo, że nie ma tu prostej zależności jak w przypadku twardych narkotyków, że nim szkodliwe działanie cukru doprowadzi kogoś do śmierci może minąć 50 lat i wymagać wsparcia braku ruchu i palenia.

Proponuję poświęcić czas na przeszukiwanie zasobów sieci i zaznajomienie się, co lekarze mają do powiedzenia na ten temat. Moim celem nie jest opisywanie jaki to zły jest cukier, tylko:

- wyjaśnienie dlaczego uzależniamy się od cukru,
- wskazanie dlaczego warto go rzucić,
- pokazanie, że prawie nic nie tracimy, gdy rzucamy cukier, a zyskujemy bardzo dużo,
- opisać jak sobie z nim poradziłem.

Zacznijmy od teorii spiskowej - producenci żywności specjalnie wszystko słodzą, żebyśmy byli uzależnieni od cukru od najmłodszych lat i coraz więcej konsumowali. Prawda jest taka, że producenci walą cukier do wszystkiego od słodyczy po surówki, przyprawy i wędliny, bo ludziom tak lepiej smakuje. Zamiast owoców, warzyw czy ziół dodajesz parę łyżek cukru i sos do makaronu kosztuje 20% mniej - smacznie i tanio. Klient wybiera to co tańsze, więc nie kupisz już keczupu czy musztardy bez cukru. Walą go nawet do pieprzonego majonezu. To nie przemysł nam narzucił cukier, sami go wybraliśmy sięgając po tańsze produkty, które "lepiej" smakują. Dlaczego my klienci tak robimy?

W pamięci utkwił mi odcinek Cejrowskiego Boso przez świat, w którym pokazywał szczerbatych indian z lizakami w ustach. Żyjąc w dżungli nie mogli zdobywać owoców w prosty sposób, bo drzewa muszą rosnąć w walce o promienie słoneczne. Tymczasem ich organizmy potrzebowały witamin. Dlatego wyewoluowało łaknienie słodyczy - cukrowy strzał endorfin skłaniał indian do ryzykownej wspinaczki po słodkie owoce. Odkąd pojawiły się tanie cukierki indianie nie są w stanie im się oprzeć. Niestety cukierek daje tylko pusty cukier, bez witamin, błonnika i innych składników odżywczych, a społeczności indiańskie cierpią na otyłość i próchnicę.

Czy nie inaczej jest z dziećmi? Po każdej akcji szkolnej jabłko/kiwi/marchewka/rzodkiewka dla każdego dziecka kubły na śmieci pełne są warzyw i owoców. Gdyby dać dzieciom cukierka o smaku jabłka czy kiwi w kubłach byłyby tylko papierki. Owoce są fuu kwaśne! Nie znam dziecka, które w dzisiejszych czasach z chęcią je porzeczki albo wiśnie. Ja swoje zmuszałem do jedzenia owoców (jak nie to nie ma bajki), jeśli mogą zjeść coś słodkiego, to najpierw "czyścimy brzuszek" warzywami/owocami. Przyzwyczaiły się już i bardzo lubią jabłka, śliwki, marchewki. Ale jeszcze bardziej pragną czekoladek i lizaków, które im reglamentuję.

Dlatego to nie jest nasza wina, że spożywamy tyle cukru. Nie jest to też wina przemysłu, bo "niewidzialna ręka rynku" ma zarabiać, a nie leczyć. Jesteśmy ewolucyjnie zaprogramowani, żeby jeść cukier w warunkach wielkiego niedoboru, a obecnie przemysł może dostarczyć go bez limitu. Dlatego rynek nie-słodki ruszy dopiero wtedy, gdy państwa odgórnie nagłośnią niebezpieczeństwo spożywania cukru i zaczną programy profilaktyczne na wzór antynikotynowych czy antyalkoholowych.

Dlaczego warto rzucić cukier rafinowany (i wszelkie inne słodziki, cukry proste, które wg dostępnych mi artykułów wyrządzają więcej szkód, szczególnie syrop glukozowo-fruktozowy).

Jak najczęściej reklamowane są słodycze? Chwila przyjemności. To jest kwintesencja tego, co dają słodycze - chwilowe pobudzenie ośrodka przyjemności. Potem przychodzi senność (insulina wiąże cukier w tkankę tłuszczową), otępienie, przy nadmiarze ból głowy. Długoterminowo schorzenia, otyłość, ostatnio nawet pisze się o demencji i alzheimerze. Jedząc słodycze robisz to co indianin - organizm prosi cię o witaminy i mieszankę cukrów, a ty dajesz mu śmieci i dużo jednego związku chemicznego. Powtarzaj to przez lata i masz przepis na choroby.

Cukier otępia zmysł powonienia. Odkąd rzuciłem cukier* rozróżniam składniki w potrawach.

* nie rzuciłem całkowicie, wyjaśnię pod koniec dlaczego

Cukier to nie zło, potrzebujesz go, ale dostarczaj go jak chciała natura - w świeżych warzywach i owocach. Kilogram ciasta kosztuje ok. 30zł (tyle co orzechy), a kilogram owoców średnio 5zł. Awokado, które wydaje się drogie na półce z owocami to wydatek rzędu kilkunastu zł za kilogram.

Cukier to turbo-doładowanie. Dopuszczam jedzenie cukru gdy biegam maratony lub ultra-maratony, zjem trochę czekolady nawet gdy biegniemy z kolegami 20-30km. Ale jedzenie cukru bez ciężkiego wysiłku to jak gazowanie na biegu jałowym.

Coś co daje ci przyjemność w krótkim terminie, odbiera ci szczęście w życiu. Tak działa każda nadużywana substancja. Polecam artykuły prof. Vetulaniego o ośrodku nagrody.

Odkąd rzuciłem cukier 0 jakichkolwiek dolegliwości z dziąsłami lub zębami. Chrupię codziennie orzechy, warzywa i owoce i jedyny ból w jamie ustnej jaki pamiętam w przeciągu ostatnich miesięcy to poparzone kawą podniebienie.

Jeszcze w czerwcu pisałem o swoich nieudanych próbach uwolnienia się od cukru. W końcu postanowiłem, że przez jakiś czas nie będę tykał nic co ma cukier. Nie wiem na ile prawdziwa jest teoria o florze jelit, która na bieżąco determinuje co zjadamy, ale uznałem, że moim łaknieniem cukru sterują grzyby candida i że jeśli wystarczająco długo nie dam im cukru, większość pozdycha z głodu, a na ich miejsce wejdą wzmocnione oddziały strawiaczy orzechów, owoców, warzyw i kasz. Nie pamiętam czy pisałem, ale odstawiłem też mleko (nadal piję naturalne kefiry czy maślanki).

I tu mała uwaga: o szkodliwości cukru wiedziałem od lat (z artykułów typu 3 białe śmierci: cukier, mleko i mąka ;) , wiele razy ograniczałem go i odrzucałem najgorsze słodycze typu nadziewane czekoladki na rzecz np. deserowych. W czerwcu minęło 8 miesięcy odkąd postanowiłem na dobre z nim skończyć, zatem miałem już bagaż doświadczeń.

W sierpniu byłem czysty. Łaknienie na słodkie prawie całkiem wygasło, gdy atakowało jadłem głównie orzechy lub kaszę jaglaną. Ulubione keczupy zastąpiłem własnymi mieszankami przecierów pomidorowych z ziołami i oliwą. Nieocenionym sprzymierzeńcem było wzięte z buddyzmu świadome przeżywanie emocji. Gdy nadchodził "atak", skupiałem się na słuchaniu organizmu i pozwalałem pragnieniu zjedzenia słodkiego, aby się wyszumiało i odeszło. Jedzenie słodyczy często wiąże się z potrzebą poprawienia humoru (endorfinowy strzał), ale wystarczy przejść w tryb medytacyjny i doświadczać ciała, by zrozumieć, że np. jestem zmęczony i muszę się na chwilę położyć lub wybiegać stres z pracy.

Nie jem nic co ma cukier w składzie (wyjątkiem są sporadycznie pomidory z bazylią/oliwą i czosnkiem podravki, na które nie mam zastępnika), raz na tydzień robię dyspensę i mogę zjeść w gościnie jakieś ciasto. Odpadło mi wiele produktów żywnościowych, ale dzięki temu przerzuciłem się na proste potrawy, doceniam ich aromat. Najlepsze jest to, że nie czuję potrzeby jedzenia słodkiego. Nawet jak na maratonie zjem czekoladę (z wielkim smakiem), po wysiłku wracam do trybu "bez cukru".

sobota, 8 listopada 2014

Zaproszenie na bieg koleżeński

W sobotę 22 listopada o 7 rano biegniemy z zaprzyjaźnionymi biegaczami jesienną edycję TriCity Ultra 80 km :



Jeżeli jesteś biegaczem z kilkoma maratonami na koncie lub zaliczyłeś ultra i wiesz z czym to się je, zapraszamy do udziału w biegu. Planowane lekkie tempo z przerwą na obiad w Green Wayu w Gdyni ok. 45-50 km (pojawiła się też opcja odwiedzenia grillujących w tym czasie innych biegaczy). Trasa nie należy do najprostszych ze względu na morenowe wzniesienia trójmiejskiego parku, gdyńskie klify (łącznie ok. 1 km przewyższeń) i prawdopodobnie błoto w lesie. Relacja z wiosennej edycji pod tym linkiem.

Bieg jest bezpłatny, ma charakter wspólnego wyjścia do klubu, każdy bierze odpowiedzialność za swój start (z powodów prawnych trzeba będzie podpisać się pod takim tekstem). Charakter trasy (ze strony TriCityUltra.pl) :

Trasa biegu zawiera w sobie to co w Trójmieście najbardziej reprezentatywne: ulica Długa i Neptun - symbol Gdańska, Europejskie Centrum Solidarności, PGE Arena - stadion goszczący mecze Euro 2012, nadmorska promenada od molo w Brzeźnie poprzez molo w Sopocie, aż po molo w Orłowie, słynny Orłowski klif, promenada w Gdyni, skwer Kościuszki z Błyskawicą i Darem Pomorza oraz dłuugi dłuugi fragment leśnych ścieżek po Trójmiejskim Parku Krajobrazowym.

Ze względu na późno-jesienną pogodę i szybki zmrok sugerujemy zaopatrzenie się w:
- ciepłe odzienie (grunt to się nie wyziębić),
- płaszcz/kurtkę nieprzemakalną (j.w.),
- latarkę czołówkę (zmrok prawdopodobnie zastanie nas na klifach),
- prowiant, bukłak z piciem,
- ok. 20 zł na obiad, napoje, cukier.

Planowany powrót pod Neptuna ok. 21. Informacje będziemy przekazywać przez stronę:
https://www.facebook.com/tricityultra


czwartek, 6 listopada 2014

Wegetarianizm dla nielubiących gotować (przepisy)

W mailach od Was często pojawiają się pytania o wegetariańskie jedzenie. Część spraw (kwestia przyzwyczajenia do konkretnego typu żywności) już omówiłem w cyklu o diecie, część pojawi się w 2 ostatnich artykułach. W tym wpisie przedstawię przepisy na najprostsze dania, które może wykonać nawet mieszkający w akademiku, nie mający dziewczyny student politechniki.

Założenia wyjściowe:
- nie lubię gotować (choć w ostatnich latach to się zmienia),
- potrawa musi powstać bardzo szybko,
- potrawa musi zapewnić niezbędną dawkę składników odżywczych dla sportowca amatora,
- potrawa musi być zdrowa, lekkostrawna, żeby być gotowym lecieć maraton zaraz po obiedzie,
- zmycie naczyń po obiedzie nie może sprawiać żadnych problemów.

Pamiętamy jednocześnie z poprzednich części, że:
- do każdego jedzenia można się przyzwyczaić i po jakimś czasie "nie da się bez niego żyć",
- diety długowiecznych składają się z prostych, nieprzetworzonych potraw, dużej ilości warzyw, ryżu brązowego i niewielkiej ilości mięsa/owoców morza (w tym wypadku mięso oczywiście odpada).

Jako jedyny wegetarianin w rodzinie muszę gotować sobie czasem obiadki (co ciekawe dzieci coraz częściej wolą te potrawy od mięsnych) i przepisy na nie zamieszczam poniżej. Oczywiście jem też inne obiady, moja żona jest mistrzynią zup i kiedy jakąś ugotuje, nie odchodzę od stołu dopóki nie wciągnę połowy garnka. Robimy też wspólne potrawy np. wege-leczo, ale przepis na nie nie spełnia wymogów prostoty (wk..wia mnie obieranie pieczarek :) .

1. Kaszetti/rizetti.

To tradycyjne wege spaghetti, tyle że zamiast mącznego makaronu gotuję worek brązowego ryżu (wtedy jest rizetti), kaszy gryczanej, jęczmiennej lub jaglanej (kaszetti). Sposób przygotowania:

1.1 wersja baaardzo szybka:
kartonik podravka pomidory z bazylią lub pomidory z czosnkiem i pietruszką podgrzać w garnku, dorzucić pół puszki czerwonej fasoli lub zielonego groszku (lepiej mrożonego) i papryczkę chili. I voila - super potrawa gotowa :) Można posypać serem, czasem wrzucam oliwki, mixy sałat, jak kto lubi.

1.2 wersja smaczniejsza, sezonowa:
podsmażyć w garnku cebulkę i czosnek na oliwie/oleju rzepakowym tłoczonym na zimno, wrzucić 2-4 pokrojone pomidory (bez żadnego kombinowania z obieraniem ze skórki), poczekać aż się rozpadną, dorzucić te same składniki co w 1.1, doprawić solą i pieprzem (czasem też bazylią i oregano) i na koniec można dodać pół słoiczka koncentratu pomidorowego, żeby całość ładnie się ścięła. Porcja sosu na całą rodzinę.

Potrawa spełnia wszystkie wymogi, jest bardzo prosta i szybka w przygotowaniu, do mycia jest tylko garnek po sosie i kaszy/ryżu, brak tłustych naczyń. Kiedy biegniemy jakiś maraton lub ultra wcinam taki posiłek przed startem - przygotowanie i zjedzenie zajmuje 30 minut.

Kiedyś jadłem jeszcze z makaronem lub białym ryżem, ale ich własności odżywcze w zestawieniu z kaszami lub ryżem brązowym są znacznie niższe.

2. Papka soczewicowa.

Mój autorski wynalazek, z którego jestem bardzo dumny.

Składniki:
- włoszczyzna (marchew, por, seler, pietruszka),
- szklanka czerwonej soczewicy,
- oliwa,
- czosnek,
- sól (niecała płaska łyżka),
- mały słoiczek koncentratu pomidorowego,
- zioła prowansalskie,
opcjonalnie:
- curry lub garam masala

Na oliwie podsmażyć w garnku por, czosnek i posypać ziołami prowansalskimi, żeby wydzielił się bardzo miły aromat. Dorzucić pokrojone warzywa (ja kroje na dość duże talarki, bo lubię jak są lekko twardawe) i poddusić pod przykryciem.

Wlać 2 szklanki wody i wsypać szklankę soczewicy. Po ok. 10-15 minutach całość powinna być miękka, a soczewica wchłania wodę i się rozpada. Posolić, dodać koncentrat pomidorowy i przyprawić:

- wersja kanoniczna: ziołami prowansalskimi,
- wersja smaczniejsza: curry lub garam masalą.

Kolejna banalna potrawa, którą oczywiście można zrobić na wiele sposobów - dodać czerwoną fasolę, paprykę, chili. Eksperymentowałem też z różnymi soczewicami (zieloną, brązową), ale czerwona najbardziej pasuje, bo najlepiej mięknie nadając potrawie specyficzną strukturę i "ziemniaczany" posmak. Uwaga: na drugi dzień przeczyszcza :)

3. Warzywa na patelnię gotowane na parze.

Standardowa potrawa zimą i na przednówku. Organizm łaknie witamin i zielska, tymczasem w sklepach lodówki pełne mieszanek warzywnych - szukam takich bez oleju palmowego, glukozy i innych syfów, i fru na parnik. Ulubione to meksykańska i włoska. Czasem gotuję do nich ryż/kaszę.

4. Sałatka grecka.

Nie ma tygodnia, żebym nie zjadł przynajmniej 3 porcji. Odkąd w biedronkach zadomowiły się miksy sałat, zimą jem częściej niż latem. Wrzucam garść sałaty na głęboki talerz, pół cebulki, 1-2 pomidory, trochę fety, oliwki, posypuję ziołami, polewam olejem i gotowe. Staram się zawsze mieć pod ręką olej lniany tłoczony na zimno, jeśli go nie mam to rzepakowy na zimno lub oliwę. Można zamiast oleju posypać zmielonym siemieniem lnianym. Do tego koniecznie razowiec własnego wypieku.

5. Orzechy, awokado, banany, jabłka, kiełki, jaglanka.

Owoce i orzechy to moje standardowe śniadanie oraz przekąski. Czas przygotowania liczony w sekundach, wartość odżywcza wyższa niż kanapek. Naprawdę nie potrzeba niczego więcej, by poczuć energię, delektować się aromatem i z radością rozpoczynać dzień. Odkąd nie jem cukru rafinowanego, jabłko z miodem, kasza jaglana (na wodzie) z rodzynkami lub banan smakują jak najlepszy deser. Wieczorem lubię przysiąść z grzybkiem do orzechów i talerzem orzechów laskowych. Po pierwszym trzasku przybiega młodsza córcia i asystuje mi w jedzeniu.

I tu ciekawostka - kiedy jeszcze jadłem produkty z cukrem, zdarzało się, że od częstego jedzenia owoców i orzechów pobolewały mnie zęby (nadwrażliwość na kwas lub ćmienie gdzieś pod plombą). Wtedy używałem blendera do robienia koktajli z orzechów, owoców i warzyw. Od kilku miesięcy nie miałem ani razu takiego problemu. No, ale o cukrze będzie kolejny odcinek o diecie, więc wtedy się naprodukuję.

--

Zdaję sobie sprawę, że przedstawione tutaj przepisy odstraszają większość smakoszy. Sam kiedyś uwielbiałem dobrze przyrządzone potrawy, mięsne pieczenie, smażeniny. Nigdy nie przepadałem za kluchami, plackami, naleśnikami i pierogami (chyba, że z kapustą i grzybami), które standardowo kojarzy się w Polsce z dietą bezmięsną. Powyższe przepisy mogą się wydawać zbyt proste i nie tak pełnowartościowe jak powinny być posiłki, ale podkreślam jeszcze raz: nie jest to moje jedyne wegetariańskie pożywienie, tylko spis potraw, które sam przygotowuję i jem najczęściej w ciągu tygodnia. Jeżeli zatem na obiad jem rizetti, to na kolację zjem kanapki z serem (i furą warzyw) lub jajko, czasem wypiję kefir naturalny, bo organizm będzie się domagał czegoś bardziej białkowego.

Miałem podejście do diety wegańskiej, ale za dużo było roboty ze strączkami - a to zapominałem namoczyć fasolę, a to nie chciało mi się robić kotlecików, obierać pieczarek. Niezbyt dobrze znosiłem kanapki z pasztetami sojowymi, miałem po nich zgagi. Kiedyś, jak rynek produktów wegańskich będzie w Polsce bardziej rozwinięty, a ceny sensowne przejdę na weganizm. Po latach jedzenia warzyw nie ma po prostu nic smaczniejszego od kolorowych niskoenergetycznych jarskich potraw.

Suplementuję sporadycznie B12 (gdy nie jem jajek lub nabiału), bo to powinien robić każdy wegetarianin i przede wszystkim weganin. Choć trenuję regularnie i co miesiąc zaliczam jakiś maraton lub bieg ultra, nie biorę żadnych sztucznych magnezów, izotoników, żeli i innych chemikaliów. Kompot teściowej, 2 czekolady z bakaliami (na długich biegach cukier jest dozwolony, a nawet wskazany) i jest paliwo na maraton. Nikt mi nie wmówi, że na warzywkach nie można żyć. Odkąd kupiłem kettle nabrałem 2kg masy i moje BMI skoczyło z poziomu Afganistan na Namibia.

wtorek, 4 listopada 2014

Wciąż w polu rażenia

Od kilku miesięcy jestem praktycznie poza rynkiem. Do połowy roku grałem aktywnie kontraktami, ale w XTB zamknęli rachunek Sidoma i nie znalazłem żadnej podobnej platformy pod Linuxa. Ponadto wyniki z day-tradingu nie zachęcały do kontynuowania tej formy gry. Na mnożniku x20 koszty prowizji nie były już tak uciążliwe, ale nie miałem komfortu przeczekiwania korekt jaki był na x10, więc za szybko zamykałem mało tracące pozycje i wyniki wciąż bujały wokół zera. Teraz co jakiś czas pogrywam opcjami w poszukiwaniu szansy na mocny ruch.

Grę na pochodnych traktuję marginalnie, czekając na hossę. Patrząc na WIG czy MWIG40 trudno dopatrzyć się innej fazy rynku niż hossa:


ale mnie interesuje faza rynku, w której rośnie prawie wszystko. Wiodącym wskaźnikiem szerokości jest indeks całego rynku:


Jeśli twoje wyniki za 2014 bujają wokół 0, to nie jesteś gorszy od rynku :) Konsolidacja jednak wiecznie trwać nie będzie i spodziewamy się wybicia. Zaczynam się niecierpliwić, bo widzę coraz więcej spółek wchodzących w trendy wzrostowe. Taki np. Tesgas przez lata ubijał dno i wyrywa się do góry, znajdując oparcie w średnich:


Odnoszę też wrażenie, że ostatnio więcej spółek niż zwykle jest wycofywanych z giełdy. Odwrotność sytuacji ze szczytów hossy, gdy duzi inwestorzy chętnie dzielą się z tłumem akcjami swoich drogich perełek.

Rodzi się zatem pokusa, żeby kupować. Ale powstrzymują mnie ciągle długoterminowe sygnały sprzedaży, które obowiązują na WIG250 oraz cykle dla polskiej giełdy. Wciąż brakuje te 5-7 miesięcy do uklepania bazy pod nową hossę szerokiego rynku:


czwartek, 30 października 2014

Łemkowyna Ultra Trail 70

Aloha góry!

Rekonesans przed pierwszym górskim ultra spełnił dwie ważne funkcje: dostarczył cennych informacji jak nie tracić energii na trasie i potwierdził formę odpowiednią do biegu. Pozostało tylko czekanie na piątkowy poranek 24 października. Punkt 6 zajechał Tomek po mnie i Staszka. Na koncie tylko 5 godzin snu. Kilkanaście minut później zgarniamy Michała i ekipa TriCity Ultra w komplecie obiera kurs na południe.

Prawdziwi ultrasi są przygotowani nawet na uderzenie nuklearne.

Podróż w towarzystwie kolegów nie różni się specjalnie od siedzenia w klubie, poza tym, że gdy kieruje Tomek, nie pijemy. Mimo to czas szybko upływa na rozmowach i udowadnianiu swoich racji.

Zajęliśmy 4-os. pokój na samej górze.
Polska zmieniła się. W czasach gdy jeździłem w góry na kolonie, podróż potrafiła zająć prawie dobę. Tymczasem po autostradach i całkiem niezłych lokalnych drogach dotarliśmy z drugiego krańca Polski (Gdańsk) do Chyrowej w nieco ponad 8 godzin. Oburzało to każdego napotkanego Warszawiaka, który w podróży spędził ledwie godzinę mniej.

Zakwaterowaliśmy się w stacji Chyrowa Ski, która była jednocześnie punktem startowym ŁUT70. Mając kilkanaście godzin do startu, perspektywę wygodnego noclegu i bar pod nosem przystąpiliśmy do uzupełniania minerałów i glikogenu w mięśniach:

Inni goście jeszcze w drodze, więc pizza i pilot do TV nasze.

Potem rejestracja u organizatora, pakowanie plecaków i hulaj dusza - piekła nie ma! Mogę wcinać cukier, jutro i tak wszystko przepalę z nawiązką.

Naprawdę nie wiem po kiego grzyba zapuściliśmy
 z Tomkiem te brody.

Już wkrótce przedostatnia część cyklu o diecie:
cukier - słodka śmierć!


3... 2... 1... 0... START!

Kolejna kiepsko przespana noc, kolejna pobudka przed 5, ale też sporo ekscytacji. Przed biegiem na dyszkę, pół czy maratonem denerwowałbym się, bo tam walczę o wynik. Przed ultra nastawiam się na przygodę. Zasada jest prosta - po dystansie ok. jednego maratonu należy dużo zjeść, wypocząć i czuć się tak, jakby bieg dopiero się zaczynał. Przede mną cały dzień w przepięknym otoczeniu! Ranek jest zimny, lekkie zachmurzenie zwiastuje słoneczko. W ekipie różne nastroje, Staszek powtarza, że trzeba nap...lać, Tomek pełen rezerwy jak to będzie, a Michał wygląda jakby wybrał się zapolować na niedźwiedzia, o którym ostatnio głośno.

Założyłem 2 koszulki i kurtkę, w pogotowiu kurtka przeciwdeszczowa, więc nie powinienem się wyziębić. W tym samym zestawie latałem zimą; dopóki się ruszasz i krąży krew, nie marzniesz. Wreszcie odliczanie i start. Spokojnym truchtem podążam w peletonie.

fot. Organizator

Mijamy klimatyczną cerkiew, niestety czas mam tylko na odwrócenie głowy w jej stronę. Uzbrojony w baterię batonów i żeli Staszek wyrwał do przodu i tyle go widzieli, Tomek ustawił się z tyłu i buszuje w płytach, a my z Michałem co rusz się mijamy. Rzucam do niego: "jak obstawiasz? na którym kilometrze odetnie Stasia od tlenu? Stawiam na 25-ty!" Michał typuje 40-sty. Tempo Michała jest dla mnie zbyt szybkie jak na początek biegu, więc w trakcie podejścia pod Chyrową znika mi z horyzontu. Chodzenie w ultra jest moją piętą achillesową, szybko odstaję, więc wolę truchtać do przodu, a potem czekać na chłopaków. W górach truchtanie na szczyt na razie nie przejdzie, więc po prostu wolno wchodzę i daję się wyprzedzać. Na zbiegach za to pędzę jak lawina i szybko odrabiam straty. W ten sposób często mijamy się z Michałem, który trzyma równiejsze tempo.

Magia gór.

Beskid niski rzeczywiście jest niski. Jadąc tu spodziewałem się czegoś w stylu Karkonoszy, a zobaczyłem porośnięte lasami szczyty, niewiele tylko większe od parowów w rodzinnej pradolinie Wisły. Co z tego, że szczyt ma 700 metrów n.p.m, skoro podłoże jest na 350-400 metrach. Gdańskie moreny mają średnio 120 metrów wysokości, w Gdyni 150, ale patrząc z poziomu morza to tylko 2-3 razy mniej. Tak sobie dywagując wspiąłem się na górę Cergową i pojąłem, dlaczego kocha się góry.


Najpierw dosłownie granica między jesienią a zimą, a potem widok jeszcze piękniejszy, który skłonił mnie do przystanięcia - panorama okolicy. Wciąż nie byłem w pełni świadomy, że jestem na szczycie góry (niestety bieg ultra ma więcej wspólnego z walką i wysiłkiem, niż turystycznym podziwianiem widoków), a nie jakiegoś dłuższego masywu. Dopiero gdy zbiegłem i odwróciłem się, ujrzałem górę w pełnej krasie i uważam ją za najpiękniejszą z całej wyprawy.

Przy okazji zdążyłem już przyzwyczaić się do obłoconych szlaków. Dopóki błoto było po kostki, nie martwiłem się w nieprzemakalnych trailowych lidlerkach. Niektórzy przechrzcili ten bieg na Błotowyna Ultra Trail.

Biegowa rzeczywistość.

Ok. 23 km pierwszy punkt odżywczy w Iwoniczu-Zdrój. Piękne zabudowania uzdrowiskowe, pijalnia wód, architektonicznie skojarzyły mi się z klasycystycznymi Suwałkami. O Staszku nikt nie słyszał, za to spotkałem ponownie Michała. Kawuńcia, orzeszki, izo i w drogę. Tempo Michała nadal zbyt szybkie dla mnie, więc tracimy kontakt na kolejne 20 km.

Zaczyna się etap, za którym niezbyt przepadam - ciało ma jeszcze dużo energii, ale odczuwa zmęczenie; wypala się glikogen w mięśniach. Jednocześnie umysł pracuje na pełnych obrotach, więc myśli biegają głównie wokół wyścigu. Jak przebiec ten, a ten odcinek, czy już wyprzedzać. Bardzo silnie umysłowo angażuje zbieganie po kamieniach, korzeniach i błocie z góry. Kiedy wreszcie trafia się płaski odcinek, oddaję się na chwilę rozmyślaniom i zaraz ląduję w błocie po raz pierwszy. Nie ma lekko, trzeba się cały czas koncentrować.

Do punktu odżywczego na ok. 40-stym km w Puławach docieram po ok. 5 i pół godzinie. Spotykam tam oczywiście Michała :) Po Staszku ani widu, ani słychu. Wreszcie wege zupka dyniowa i wege pieczone ziemniaczki! Rozsiadam się na murku, delektuję obiadkiem, jeden z wolontariuszy uzupełnia bukłak. Załoga punktu spisuje się na medal. Kiedy opuszczamy stację narciarską, zapominamy o maratonie w nogach, zaczyna się prawdziwe ultra!

Przed nami najdłuższy odcinek pod górę. Kilka kilometrów chodzenia. Michał wtedy odchodzi do przodu, a na równiejszych odcinkach podbiegam do niego. Chodzenie nie męczy, więc jest przyjemnie, podziwiam od czasu do czasu widoki. Innych zawodników prawie nie widać. Z przodu majaczy szczyt Skibce, za którym wreszcie będziemy mogli biec. Osiągamy go i strzelamy selfie ku pamięci:

Muzyka w tle: "Don't cry tonight" Savage

Słońce nam sprzyja, jest ciepełko. I tak mógłbym już przejść do finału biegu, gdyby nie małe zamieszanie. Po jakimś kilometrze biegu poczułem głód. Zgodnie z zasadami wyniesionymi z rekonesansu oznajmiłem Michałowi, że muszę się zatrzymać, żeby na spokojnie przełknąć czekoladę, i że później go dogonię. Usiadłem na pieńku, delektuję się czekoladą. W przeciągu kilku minut przebiegają 4 dziewczyny i tylko 1 chłopak. Każdy pyta się czy wszystko OK, oczywiście potwierdzam i proponuję czekoladkę, z której korzysta tylko jedna zawodniczka. Po konsumpcji rzucam się w pościg. Mijając 2 koleżanki schodzę na metr od szlaku na trawkę, która okazuje się sprytnie zamaskowaną kałużą. Ładuję się po kolana w wodę i wszystkie atuty nieprzemakalnych butów grają teraz na moją niekorzyść. Zimna woda chlupocze w prawym bucie i nie ma szans, żeby ją stamtąd wydostać. Mógłbym z 10 razy wyżymać skarpetkę, ale szkoda mi czasu, więc lecę dalej i myślę co z tym fantem zrobić. Na szczęście z czasem woda się ociepla i chyba jakoś wydostaje przez dziurki od sznurowadeł.

Zbieg do ostatniego punktu odżywczego przed metą to najbardziej zakręcony odcinek. 3/4 członków naszej ekipy zaliczyło glebę (dwóch w tym ja ryknęło soczyste k..wa!) na stromej błotnistej ślizgawicy. Udało mi się zejść tylko dzięki skakaniu od drzewa do drzewa. W Przybyszowie nie czuję głodu, więc opijam się colą (której na co dzień nie tykam) i wodą. Oczywiście czeka tam już na mnie Michał :) Tradycyjnie ruszamy razem, tradycyjnie zaczyna się pod górę i tradycyjnie wkrótce zostaję sam z tyłu.

Let's the party begin!

Wchodzę w stan upojenia cukrowo-odległościowego, które pojawia się ok. 60-tego km. Podobnie jak na Tricity Ultra 80 zalewa mnie poczucie mocy. Ale tu kurna tylko w górę i w górę! Ciągłe podchodzenie zaczyna mnie irytować. Przebiegniesz 100 metrów, a tu znowu 100 metrów w górę, które trwa kilka razy dłużej. Wreszcie zaczyna się ostatnie 10km, które biegnie prawie cały czas w dół do Komańczy. Umysł nie zajmuje się już pierdołami typu myślenie, wreszcie rozpoczyna się bieg. Wchodzę w skórę prehistorycznego myśliwego, który ma w głowie tylko jeden cel: dorwać Staszka! Biegnę już cały czas, nawet pod mniejsze górki.

Mijam Michała i grupkę biegaczy, z którymi ruszyliśmy z Przybyszowa. Euforia biegacza zamienia się w obojętność, biegnę już tylko po to, żeby dobiec. Ciało biegnie samo jak idealnie nakręcony mechanizm, a umysł skupia się tylko na poprawnym postawieniu stopy w morzu błota, żeby nic nie skręcić i względnie nie zamoczyć. Wkrótce obojętność przeradza się w amok. Właśnie to słowo przychodzi mi do głowy, gdy próbuję określić stan, w jakim się znajduję. Do mety jakieś 3-4 km, które wydają się dystansem maratońskim, a z drugiej strony czuję się jakbym już ukończył bieg. Przeliczam je na okrążenia wokół stawu, przy którym biegam zimą. Wybiegłem na trening i zaraz wracam do domu, hej!

W tym amoku trafiam na zakręt, za którym umysł nie znajduje w błocie stabilnego punktu oparcia pod stopę. Za chwilę leżę w rowie z nogami w górze i głową w dół. Jedyny obraz jaki podsuwa mi umysł, to pijany brodaty żulik, który wylądował w rowie, więc zamiast przekleństwa jak przy poprzednich obu wypadkach z moich ust wydobywa się śmiech. Wstaję i lecę dalej. Wreszcie widzę w dole za drzewami skrawki ulicy - chodzą słuchy, że od ulicy do mety są już tylko 2 kilometry!

Wybiegam na asfalt, widzę jakichś ludzi, którzy dopingują zawodników. Nie jestem oryginalny, więc zadaję im to samo pytanie, co wszyscy: ile jeszcze do mety?? Jeden przezornie milczy, drugi kłamie mi w żywe oczy: "jeszcze 600 metrów, jesteś prawie na mecie." Wiadomo, że kłamie, tylko jak bardzo kłamie? 600, 1600, 2600? Człapię teraz główną ulicą Komańczy, dobiegam 2 idących zawodników i zagaduję cienkim głosikiem: "chłopaki, podobno za tamtym zakrętem jest meta, dawajcie!" Uśmiechają się i mówią, że zbierają siły na ostatnią prostą. Za zakrętem naprawdę jest już ostatnia prosta! Widzę finisz, podnoszę dłoń, coś krzyczę, wpadam na metę (czas 10:04:38), dostaję medal i let's the party begin!

A taki był ładny bucik, amerykański, szkoda 
Wreszcie dopadłem Staszka - czekał na mecie od pół godziny :) 10 minut później przybiega Michał, a pół godziny po nim Tomek.

When the music's over.

Rozpisałem się okrutnie, ciekawe czy dotarł do tego momentu ktoś więcej poza kolegami z TriCity Ultra :) Wróciliśmy do stacji Chyrowa w świetnych humorach. Jedni marzyli o piwie, inni o schabowym z frytkami, ja o gorącym prysznicu i goleniu. Wreszcie uwolniłem się od postanowienia rzuconego bezmyślnie w sierpniu "chodźcie się nie golimy do łemko" i znowu wyglądałem jak człowiek, a nie ultras. Kiedy następnego dnia wróciłem do domu starsza córka popłakała się, "bo tata jest jakiś inny". Muszę się częściej golić, bo podobno córki wybierają facetów podobnych do ojców, a nie chcę, żeby się zadawała z jakimś wagabundą.

Powrót taty. Od prawej: miszcz, Benny Andersson, Michał i ja



LinkWithin

Related Posts with Thumbnails