sobota, 28 października 2023

Inwestorzy umierają na kolejnym paradygmacie

 Ci, którzy są na rynku przynajmniej od kilkunastu lat, pamiętają zapewne atmosferę wokół metali szlachetnych z początku zeszłej dekady. Roiło się od blogów i grup dyskusyjnych o złocie, na Youtubie pojawiło się zjawisko tzw. "silver porn", czyli prezentowania swoich kolekcji oraz zakupów srebrnych monet, sztabek i medali.

Moda na kruszce hulała także w Polsce. I nic dziwnego - trwający od 10 lat trend wzrostowy trwał wzniósł ceny złota o oszałamiające 480%. Szczególne zainteresowanie wybuchło po krachu na giełdzie w 2008 roku. O ile akcje nie zdołały odrobić strat, złoto regularnie biło kolejne rekordy aż do 2011 roku:


Ale nawet wtedy, mimo wyraźnego załamania na srebrze, wiara w siłę nabywczą kruszców nie zginęła. Przez kolejny rok kurs złota i srebra próbował wrócić na szczyt z 2011, a rzesze drobnych inwestorów kupowały co miesiąc nowe partie monet. Pojawiły się teorie, że cenę hamują krótkie pozycje bez pokrycia z JP Morgan i wspólnymi siłami drobni spekulanci wysqueezują znienawidzony bank.

Czy czegoś wam ta sytuacja nie przypomina? Dokładnie 10 lat później ławica nowego narybku kupowała spółki memowe, żeby wysadzić hedge fundy z krótkich pozycji. Rolę świecących monet i sztabek pełnią dziś amerykańskie spółki z fajnymi logami. Każdy chce mieć kolekcję ładnych święcących logo technologicznych spółek, które zawojują świat.

Po prawej stronie powinna się pojawić kolekcja altcoinów, ale za kilka lat nikt już nie będzie większości z nich kojarzył

Krucjata drobnych spekulantów przeciwko hedge fundom skończyła się podobnie jak 10 lat wcześniej krucjata goldbugów: kompletną dewastacją portfeli. W ciągu kolejnych 10 lat od szczytu z 2011 roku złoto przegrało z inflacją, a srebro dalej handlowane jest poniżej szczytów. Uważam, że to samo spotka większość spółek z indeksu NASDAQ. Wystarczy zresztą stworzyć nieważony indeks ze wszystkich jego spółek, żeby zobaczyć podobieństwa szczytu bańki na kruszcach z 2011 z techami 2021:


Amerykańskie spółki są sexy i każdy spadek na nowy dołek PayPala, Intela czy Disneya kusi jak pudełko czekoladek. Tyle, że nie tam dzisiaj płynie kapitał. Dekada pompowania płynności przyniosła twórcom tych biznesów krocie, a nam całkiem fajne darmowe serwisy. Niestety ten czas się skończył, choć większość tego nie widzi i gra w stary paradygmat. W środowisku wysokich stóp procentowych cash is king a dług to pieniądz niewolników.

Kilka lat temu wykształcony finansista tłumaczył mi, że z dwóch spółek zarabiających tyle samo, lepsza jest ta, która ma zadłużenie, ponieważ lepiej wykorzystuje kapitał od tej, która kisi gotówkę. Poczułem się przy nim jak leszcz, bo wykresy potwierdzały co mówił. Tylko, że dzisiaj jest już odwrotnie: dług zjadł pierwszej spółce rentowność, a siedząca na gotówce dokłada zyski z przychodów finansowych. I kurs to także uwzględnia.

Zamiast zatem tracić kapitał na uśrednianie fajnych logo, warto odkurzyć stare wskaźniki płynności, przepływy finansowe i bilans, bo w kolejnych latach może być zupełnie inaczej. Najgorzej mają ci, którzy wyspecjalizowali się w analizie wishlist czy recenzji, bo takie miary są typowe dla schyłkowych faz określonych trendów. W długim terminie liczą się zyski, a nie ich projekcje. Tu historia także nauczycielką życia, to co widać na WIG_GRY od 2020 przypomina mi zachowanie WIG_BUDOWNICTWO po pęknięciu w 2007:



Konkluzja.

Mogę się mylić, ale nie mogę zapomnieć. Prowadźcie swoje zapiski, opisujcie stan w jakim jesteście i jak odbieracie otoczenie rynkowe. Pamięć to klucz. Daje kontekst do analizy danych. A tym, którzy posiadają moją książkę, polecam odświeżyć rozdział:

10. Jak trend zabija graczy z krótką pamięcią?


piątek, 20 października 2023

Odkrycie przyczyny zjazdów energetycznych

 Dobrze raz na rok spisywać co się działo, dzięki temu można zobaczyć kiedy zaczęły się pewne zjawiska, których konsekwencje dopadły nas później.

Odkryłem wreszcie przyczynę zjazdów energetycznych!

W 2020 kiedy zaczęła się pandemia, znacząco ograniczyłem spożycie alkoholu. Zaczęło się od promocji Biedronki na piwa 13+13 gratis. Jak już przyszedłem do sklepu, okazało się, że zostały same 0%. Przytargałem zatem 26 niebieskich do domu i w kolejnych dniach z zaskoczeniem odkryłem, że piwa bezalkoholowe działają na mnie odprężająco jak kiedyś piwko po pracy. Zacząłem kombinować i wyszło mi, że prawdopodobnie bywałem lekko odwodniony, więc pół litra złocistego płynu skutecznie stawiało mnie na nogi.

Po kilku miesiącach zacząłem odczuwać wyraźną poprawę stałego samopoczucia w związku z zaprzestaniem regularnego picia alkoholu. Później jednak okresowo sięgałem po alkohol i słodycze w trakcie przygotowań do ciężkich biegów. Opisałem to dokładniej w podsumowaniu prac nad zdrowiem w 2022 ( https://podtworca.blogspot.com/2022/12/podsumowania-zdrowie.html ). Wtedy również na skutek prac o insulinooporności zdecydowałem się zredukować ilość jedzonych owoców (szczególnie kilogramowe dawki truskawek czy czereśni w sezonie).

Nie wiem czy wystrzał filmów o keto jest nową modą, czy YouTube mnie odpowiednio sprofilował, ale pod wpływem kolejnych informacji odstawiłem wszystkie napoje z cukrem. Zatem także piwo bezalkoholowe. Ograniczyłem spożycie go tylko do sytuacji przed/po cięższych treningach, podobnie jak owoce. Ponadto praktykuję post przerywany od lat, więc do godziny 10 i tak nie spożywam nic z kaloriami. Ale płyny jakoś trzeba uzupełniać. Padło zatem na kawę, którą bardzo lubię i dotychczas piłem średnio 2-3 filiżanki dziennie.

Kawa ma bardzo dobry PR: podobno można bezpiecznie pić do 5 filiżanek dziennie, wydłuża życie i z racji braku kalorii nie przerywa postu. Bez owoców i piwa 0% szybko więc dobiłem do 5 filiżanek. Ale zaczęły się problemy ze zgagą. Zszedłem więc do 4 filiżanek max do godz. 16, a potem piłem kubek melisy. Zgaga przeszła, a przynajmniej tak mi się wydawało. Nie umiałem ocenić tego obiektywnie, ponieważ odeszły męczące objawy, ale nadal często coś mi się przelewało w żołądku, co uznałem za naturalne zjawisko.

W 2023 kontynuowałem redukcje cukrów i w wakacje podciągnąłem post 16-8 (16 godzin bez jedzenia, 8 godzin okienka żywieniowego, najczęściej 9-17) do 20-4 (12-16). Ponadto zaczęło ostatnio się pojawiać mnóstwo filmów i wywiadów (znowu nie wiem czy to nowa moda, czy efekt profilowania) o wysokiej szkodliwości alkoholu. Pod ich wpływem wyeliminowałem go prawie całkowicie z diety, zostawiając furtkę na kilka okoliczności w roku.

I mimo tego - nadal miewałem zjazdy energetyczne po posiłkach! Coś mi tu nie grało. Czyżbym musiał odejść i od chleba razowego, humusu i warzyw? Czy na pewno te zjazdy były od węglowodanów? W ciągu tygodnia chodziłem średnio 100 km, wychodziłem na spacer po każdym posiłku, żeby spalić cukier, a mimo to miałem czasem w upale takie zjazdy, że zamykały mi się oczy. Jak to możliwe, że mimo wchodzenia w ketozę i spalania węgli od razu po posiłku nadal miałem objawy insulinooporności: zmęczenie, senność, 'zgon'?

Pewnie domyślacie się już prawdy, w końcu podrzuciłem w historii kilka tropów, ale mi zajęło przyjęcie tego do świadomości lata. Przyczyną tych zjazdów była... kawa. Nagle wszystko stało się takie oczywiste - piłem ją do każdego posiłku, popijałem w trakcie pracy. Delektowałem się nią w weekendy od śniadania, przez kawkę po spacerze i obiedzie. Zbudowałem sobie tożsamość kawosza, uprzyjemniającego życie rytuałem spijania zdrowego napoju.

Ale niestety w moim przypadku to nie była prawda. Kiedy świadomie prześledziłem jak zachowuje się  mój organizm po wypiciu kawy, nagle wszystkie drobne dolegliwości zbiegły się w schemat: najpierw uczucie wypełnienia brzucha, po kilkunastu minutach zmęczenie i senność, a potem przelewanie w brzuchu i często lekka zgaga. Różnicę doświadczyłem bardzo wyraźnie pierwszego dnia, w którym nie wypiłem ani jednego kubka kawy. Nie pojawiły się żadne dolegliwości. Dla testu zjadłem talerz owoców. Poczułem jak węgle uderzają do głowy, ciało pobudza się. I to wszystko. Żadnego zjazdu z powodu uderzenia insuliny. Może miałem je kiedyś, ale po roku rugowania węgli, wydłużeniu postów i utrzymaniu regularnych treningów insulinooporność odłożyłem na półkę.

To było ciężkie doświadczenie. Podobne do tego, kiedy rozpadła się nasza grupa biegowa TriCity Ultra i zrozumiałem, że kończy się epoka popijaw po ultramaratonach. Tak jak pożegnałem się z alkoholem, musiałem uznać, że kawa nie jest napojem dla mnie. Mimo tylu źródeł chwalących jej walory i tylu wspomnień związanych z jej piciem. Życie i giełda nauczyły mnie, żeby nie zakłamywać faktów. Umysł jest mistrzem samooszukiwania, musimy wierzyć w opowieści, żeby utrzymać się w kupie na tym świecie. Ale żeby naprawdę iść do przodu, trzeba zmierzyć się z faktami i uznać prawdę. 

Podsumowanie

Nie wiem co powoduje u mnie pokawowy zgon. Może kofeina? Kolega podrzucił mi inne możliwe rozwiązanie: mykotoksyny, które podobno znajdują się w prawie każdej kawie (produkt uboczny działania pleśni) i podobno aż 1/3 ludzi jest na nie uwrażliwiona. Więcej tutaj:

https://www.youtube.com/watch?v=ku9I1OWE-Ao

Wiem natomiast, że w 2023 dorzuciłem kolejny kamyczek do podniesienia zadowolenia z życia. Pozornie utraciłem chwile przyjemności wynikające z rytuału picia, w praktyce pozbyłem się znacznie dłużej trwających drobnych dolegliwości. Przyzwyczajam się do sączenia wody i odkryłem, że herbatę też da się pić (choć na razie wolę nie przekraczać 2 kubków dziennie).

Jedyne co się nie zmieniło to dalej ograniczony do 6-6.5 godz. sen złożony z dwóch faz, często oddzielonych kilkoma godzinami przerwy. Myślałem, że w bonusie za odstawienie kawy dostanę 7 godzin w jednym kawałku, ale sen się nie wydłużył. Nie jest to dla mnie problem, bo w tej przerwie od spania mam najwięcej pomysłów i efektywnie chłonę wiedzę. Zresztą w kwestii zdrowia i rozwoju to nie wszystko co w 2023 się wydarzyło, ale żeby napisać o tym, potrzebuję najpierw dokończyć te książki :)