poniedziałek, 10 czerwca 2019

Jak mogło do tego dojść

Na początek obrazek poglądowy:


Jeśli zastanawiacie się jak PiS zaorał polską energetykę, ten obrazek daje odpowiedź i nie ma tu nic więcej do dodania.

Jeśli zastanawiacie się dlaczego czeski CEZ jest wart więcej, niż cała polska energetyka razem wzięta, skoczcie na weekend do Czech. Nawet na Litwie, gdzie ludzi nie stać na otynkowanie domów, na dachach widać solary. Wszędzie, tylko nie w skorumpowanej dziadowskiej Polsce.

A teraz coś z innej beczki - najnowsza bańka rodem z USA, Beyond Meat, producent incredible burger, czyli roślinnego kotleta:



 Wkrótce cały świat będzie zajadał się roślinnymi odpowiednikami mięsa. Unia Europejska zacznie wprowadzać limity na zużywanie zasobów wody, terenów leśnych itd. I tylko jeden kraj będzie walczył o mięso, lanie gnojówki do wód gruntowych i utrzymanie powierzchni pól uprawnych. A potem z dumą będzie obnosił się swoją nieugiętościa i z uniesionym czołem płacił kary jak za certyfikaty na CO2.

Spójrzcie na ten obrazek:



Po lewej stronie jest to, co mamy, po prawej to co wyszydzamy. Po lewej jest świat, który w 2025 roku będzie bankrutował i obwiniał cały świat wokół za swój los. Po prawej jest świat do którego dąży "lewacka" Europa, "masońska" Unia, WHO i inne "skorumpowane" elity żądające ograniczenia konsumpcji, zużycia wód, zahamowania emisji gazów cieplarnianych.

Mamy wszystko co potrzeba, żeby uczestniczyć w wytyczaniu zmiany cywilizacyjnej. Przyrodę, rolnictwo. Nie mamy tyle odhumanizowanych fabryk mięsa, co zachód czy Chiny, ale to z USA przyjdzie jak zwykle rewolucja i zaora naszych producentów. My będziemy bronić węgla i mięsa, jak kiedyś pańszczyzny, aż ktoś z zewnątrz przyniesie nam wreszcie cywilizację.


piątek, 7 czerwca 2019

Kontekst czasowy

Wiemy, że jest tanio, czasem bardzo, i wiemy również, że kiedyś będzie drożej - być może znacznie drożej. Nie wiemy tylko kiedy i z jakiego poziomu zacznie rosnąć, a jak wiadomo na giełdzie "timing is everything".

Ryzykowne jest posiadanie papierów przed kolejną falą przeceny, ryzykowne jest również nie posiadanie akcji, które zaczynają rosnąć. Dlatego graczowi zawsze towarzyszy lęk przed stratą kapitału lub okazji.

Zatem krótko: jestem długoterminowym bykiem (do 2023-2024?) na rynki wschodzące. Nie będę powtarzał argumentów, powtarzam je już od 2015 :) Dlaczego tak długo? Najlepiej pokażą to wykresy WIG20USD/S&P500 (indeksy cenowe w dolarze) oraz WIGEUR/DAX (indeksy dochodowe w euro):



Od 2008 rynki rozwinięte rosły, od końca 2015 obserwujemy konsolidację, która dla mnie jest ubijaniem dna w cyklu rotacji kapitału między rynkami rozwijającymi się i rozwiniętymi.

Dopóki nie zobaczę negacji, zakładam że wykres pokazuje akumulację polskich akcji lub brak sił do dalszych spadków.

Spójrzmy na stopy zwrotu.
Rok do roku:


Cykl wyraźny i nie da się zaprzeczyć, że byliśmy na dole i idziemy do góry :)

10 letnia stopa zwrotu:



Chwała bessie 2007-2009, gdyby nie ona, nigdy już nie wyszlibyśmy na plus :)

Uśrednione roczne zachowanie WIG i obecny przebieg:


Zazwyczaj sell in may rozkręca się w czerwcu. Jestem przygotowany na kontynuację obecnej fali wzrostowej, jak i powrót spadków. Niech się dzieje wola nieba.

I na koniec SWIG80 na tle growing countries z makrosfera.net :


Armagiedon już był.

środa, 29 maja 2019

Krok od rekordu

Jeśli dołek z grudnia zeszłego roku na indeksie szerokiego rynku zostanie w czerwcu pogłębiony, będziemy mieli do czynienia z najdłuższą bessą w historii GPW:


Widzimy, że indeks porusza się w granicach dołków z 2009 i 2012 roku, a pierwszy raz z obecnymi poziomami zetknął się na początku 2006 roku.

I to w sumie tyle co mogę napisać o polskiej giełdzie :) Nie ma kapitału, nie ma wzrostów. Akcje leżą, dywidendy płacą, ale nie ma komu tego podnieść. A do depresji 2025 coraz bliżej, zostało 6 lat żeby upchnąć 2 cykliczne hossy :)

czwartek, 23 maja 2019

Zostały nam tylko dywidendy

Ponieważ polska giełda już nigdy nie urośnie, jedyna kasa na którą możemy liczyć, to ta wypłacana przez spółki :) Małe:


i duże:


wypłacają baardzo tłuste dywidendy.

Co polecacie z tej stronki?
https://strefainwestorow.pl/dane/dywidendy/lista-dywidend/2019




piątek, 17 maja 2019

PKO aktualizacja

Wykres sprzed miesiąca:


sytuacja obecna:


Kto ma jaja, żeby kupować? :)

Dorzucam WIG_BANKI wykres long term:


środa, 24 kwietnia 2019

Bolesna akumulacja

Pierwszy kwartał 2019 roku przyniósł wiele nadziei posiadaczom małych spółek. Niestety wszystko co dobre szybko na GPW się kończy i ostatnie tygodnie to już osuwanie się szerokiego rynku, połączone z krachami na spółkach raportujących odpisy.

Polski rynek można z grubsza podzielić na rozgrywany przez zagranicę (WIG20, część MWIG40) i lokalny grajdołek. Reprezentantem zagranicy będzie dla mnie WIG20USD, a lokalsi to SWIG80. W 2011 kapitał zagraniczny opuścił rynki rozwijające się i popłynął do USA. Porzucony polski rynek osuwał się aż do kulminacji słabości w styczniu 2016. W latach 2015-2016 fundamenty nie miały znaczenia, pozbawiony płynności WIG20USD stworzył wielką okazję dla inwestorów liczących na powrót poważnego kapitału. Nie była to chwilowa okazja jak na początku 2009, ale cały rok mielenia na niskich poziomach. Każdy miał szansę załapać się na hossę 2017.

Podobna sytuacja występuje moim zdaniem obecnie na SWIG80. 2017-2018 bessa płynnościowa, brak kapitału, który mógłby powstrzymać spadki. W 2019 wyceny są już tak niskie, że akcje nie bardzo mają gdzie spadać, ale też nikt większy nie robi dużych zakupów. Czyżby zatem 2019 był okresem akumulacji na SWIG80 analogicznym do akumulacji WIG20USD w 2016?

Zajrzyjmy na zsynchronizowane dołki obu indeksów w omawianych okresach:


Jeśli analogia zostanie zachowane, należy przygotować się na:

- ok. 2 miesiące osuwania się małych spółek,
- ok. czerwca-lipca super promocje,
- późną jesienią odlot.

Osobiście nie zamierzam spieszyć się z kolejnymi zakupami małych spółek, liczę natomiast na większe ruchy na mułkach z WIG20 i tam rekompensowanie strat na MiŚSiach.

czwartek, 18 kwietnia 2019

Dwa sezony z chłodem

Kończy się drugi rok mojej przygody z zimnem. Przyczyny decyzji i oczekiwane efekty opisałem rok temu:
Od 2 lat nie ubrałem kurtki ani więcej niż jednej warstwy ubrania na krótki rękawek (sweter lub zwykła bluzka).

Sezon 2018/2019 przyniósł kilka nowych doświadczeń. 

Ponieważ we wrześniu zmieniłem pracę i do nowego miejsca mam 7.5 km, do końca października jeździłem rowerem, a gdy temperatura zeszła do okolic 0 przerzuciłem się na bieganie i chodzenie. Miałem zatem codzienny ok. 1-2 godzinny kontakt z zewnętrzną temperaturą w zależności czy wybrałem rower, czy nogi. Minusem był brak okazji do morsowania. Gdy pracowałem w Gdyni miałem 2.7 km do plaży, zatem co tydzień biegałem popluskać się w wodzie. Teraz z pracy do plaży mam 6 km, więc okazja do zaliczenia morsowania w tygodniu roboczym odpada. Sporadycznie biegałem lub dojeżdżałem w weekendy nad kaszubskie jeziora czy nad morze.

Po upalnym lecie podchodziłem bardzo entuzjastycznie do nadchodzącej zimy. Wydawało mi się, że sezon zimowy 2017/2018 upłynął bez większych zmagań. Po tygodniach męki z temperaturami bliskimi 30 stopni nie mogłem doczekać się spacerów po śniegu. Wierzyłem, że uodporniłem ciało na mrozy, podobnie jak przyzwyczaiłem je do biegania maratonów. Niestety nie jest to takie proste.

Przez wrzesień i październik bardzo polubiłem rower, ale gdy temperatura spadła w okolice 0 nad ranem musiałem z niego zrezygnować. Po drodze mam bardzo stromy zjazd (ul. Łostowicka) i raz, że bałem się poślizgnąć na lodzie, a dwa, marzły mi palce trzymane na hamulcach mimo zimowych rękawic. 

Truchtając upiekłem dwie pieczenie na jednym ogniu: szybko się ogrzewałem i podciągałem formę biegową robiąc 75 kilometrów tygodniowo. 



Najtrudniejszy był pierwszy kilometr (a właściwie moment przed nim), ponieważ odprowadzałem młodszą córkę do szkoły i nie mogłem rozgrzać się biegnąc. Wychodziłem w stroju sportowym tj. krótkie spodenki, krótki rękawek i plecak, który przy okazji zapewniał pewną ochronę plecom. Wtedy teoretycznie powinienem marznąć, ale zgodnie z procesami opisywanymi w "co nas nie zabije" mięśnie szybko się napinały i odgradzały od zewnętrznego zimna. Nie odczuwałem prawie dyskomfortu, a jednak stres przed zetknięciem z nim był tak nieprzyjemny, że pragnąłem odwlec wyjście z domu. Pamiętam codzienny rytuał oceny pogody przez okno: ile szronu/śniegu, czy wieje (nad Bałtykiem prawie zawsze wieje), czy niebo mocno zachmurzone, czy są jakieś szanse na słońce, gdy nadejdzie świt.

Tych kilka minut przed każdym wyjściem było najgorsze. Gdy już znajdowałem się na zewnątrz momentalnie adaptowałem się do pogody. Nie chodzi o to, że przestawało być zimno, ale dyskomfort z nim związany okazywał się łatwy do ogarnięcia. Po pożegnaniu z córką przechodziłem w tryb biegowy: zakładałem słuchawki, włączałem mp3 z audiobookiem i zasklepiałem się w swojej skorupie. Wokół było ciemno gdy biegłem do pracy, ciemno było gdy wracałem. Pierwszy kilometr na pełnym gazie i nie ważne czy 0, czy -10 stopni, przyjemne ciepło rozprowadza się ciele.

Najbardziej z okresu grudzień-luty zapamiętałem tę atmosferę odcięcia od świata realnego i wejścia w świat "Przebudzenia" Kinga a później "Bez skrupułów" Clancy'ego. Nie są to wybitni pisarze, ale u Kinga bardzo lubię klimat prowincjonalnej Ameryki (horrory mnie nudzą), natomiast historia Johna "mściciela" Clarka opowiedziana została niesamowicie plastycznie. Nie miałem żadnych problemów z wyobrażeniem sobie jak wychłodził się w delcie Mekongu kiedy biegłem w czapce z nawianego śniegu.

30 grudnia - maraton z Tomkiem 

Od lutego zaczęło jednak nawarstwiać się zmęczenie i znużenie. Problemem nie było zimno, tylko jednostajność "treningu". 2 godziny truchtania od poniedziałku do piątku zabrały czas innym formom aktywności. Miałem też dość tego niepokoju przed wyjściem, na szczęście rano było już widno i mogłem zacząć proces przyzwyczajania córki do samodzielnego wychodzenia. Doganiałem ją w pół drogi, dzięki czemu miałem czas na rozgrzanie się. O ile rano prawie całą trasę biegłem, to po południu byłem już psycho-fizycznie zmęczony i połowę trasy szedłem przechodząc w trucht głównie, żeby się rozgrzać. 

Wreszcie zaczęło pojawiać się słońce. Bezchmurne niebo, brak wiatru i słońce to luksus nawet przy -5 stopniach. O wiele gorzej znoszę silny wiatr z deszczem przy +2. Ponieważ od poniedziałku wróciłem na rower i zdążyłem kilka razy zgrzać się od słońca mogę uznać już sezon "krio" 2018/2019 za zamknięty. Kilka dodatkowych spostrzeżeń:

- w 2017/2018 nosiłem czapkę i rękawiczki; w 2018/2019 zrezygnowałem z nich i o ile w przypadku dłoni odczułem niedogodności (łatwo eliminowane wsadzeniem ich do kieszeni gdy nie biegłem), to w przypadku głowy poszło nadspodziewanie łatwo; całe życie wierzyłem, że trzeba chronić zatoki itp. ale ani razu ich nie zaziębiłem (mimo że kilka razy wiało tak, że potrafiło mnie zatrzymać i musiałem zakryć czoło ręką);

- miałem 2 czy 3 "grypy-jednodniówki" oraz przedłużający się katar wtedy gdy ktoś z rodziny chorował; o ile jednak taka grypa potrafiła rozłożyć innych na kilka dni, u mnie kończyło się na jednej cięższej nocy, a po drzemce w dzień szybko przechodziło;

- odporność na zimno nie wchodzi w krew; można wytrenować odporność na łagodny chłód tj. czujesz się neutralnie przy +5 stopniach lub nawet -2 stopniach gdy jest słońce i nie wieje, jednak w reszcie sytuacji trzeba pomagać sobie różnymi technikami; np. szybki chód, chowanie rąk do kieszeni, trzymanie ramion przy ciele czy bieganie w kółko gdy ciało się wychłodzi; 

- wiatr i wilgoć to "killerzy", powtarzam to już po raz n-ty, ale muszę znaleźć na nich sposób w sezonie 2019/2020;

- choć dobieganie do pracy było bardziej uklepywaniem nóg, niż budowaniem formy, pozwoliło mi uzyskać w ostatnią niedzielę czas 3:27:39 w maratonie; w przyszłym sezonie zamierzam wykorzystać zdobyte doświadczenia by stworzyć system, który pozwoli złamać 3 godziny w maratonie; system to nie trening pod jeden cel, ale zestaw aktywności, które łączą pożyteczne (dotarcie do pracy), rozrywkę (słuchanie powieści) z budowaniem formy pod biegowe życiówki.

poniedziałek, 8 kwietnia 2019

PKO

Zasygnalizowałem, że zamierzam na bazie PKO przedstawić pewną koncepcję na najbliższe miesiące. Zacznijmy od rzutu technicznego:


Stosując klasyczną AT zagrałbym pod długoterminowy sygnał kupna. Kurs uwolnił się od 10-letniego ruchu bocznego i konsoliduje się blisko szczytu.

Wykres kontraktu (bez korekcji wcześniejszych cen o dywidendy) wygląda jeszcze lepiej:



I jeszcze wykres P/B (cena / wartość księgowa) :


Wykres w latach 2016-2019 rymuje z zachowaniem 2009-2012, dlatego zakładam, że pierwsze wybicie będzie fałszywym ruchem w dół (podobnie jak w 2012). Powinna wtedy powstać jakaś techniczna formacja o silnie spadkowej wymowie i dopiero wtedy mam zamiar zająć.. pozycje długie.

Na koniec wykres, którym wspieram swoją prognozę: uśrednione zachowanie roczne PKO z ostatnich 10 lat:


Sell in may and go away działa na PKO jak w zegarku. Nie oznacza to, że będę grał na spadki (choć też nie wykluczam), natomiast w czerwcu będę wypatrywał hiobowych wieści na temat przyszłości polskich banków, budżetu, Polexitu czy czegoś tam innego, co się pojawi.


czwartek, 4 kwietnia 2019

Aktualizacja

Ostatnio jestem w wirze programistycznym i niestety cierpi na tym blog. Dlatego wrzucę tylko 2 wykresy pod tytułem "nie komplikujmy rzeczy prostych":

Bessa na SWIG80 zjadła tyle, ile statystycznie lubi zjeść.

Ostatnia hossa (rozpoczęta w styczniu 2016) należała do najsłabszych na GPW. Obecna idzie jak na razie uśrednioną ścieżką. Jeśli dalej będzie średnia, to wzrosty od dołka powinny być dwucyfrowe.


środa, 20 marca 2019

Korekta?

Kilkakrotnie wcześniej pisałem, że zakładam korektę na SWIG80 od ok. 12 tys. punktów po teście połowy czarnej świecy z początku września:


Na razie spadków na indeksach jeszcze nie widać, ale wczoraj doszło do mocniejszego tąpnięcia na szerokim rynku:


Blisko 1% spadek nie zdarzył się wcześniej w tym roku. Jak widać nie wystąpił w przypadkowym miejscu (średnia 200-dniowa).

Rynek stracił moc, więc zakładam że szykują się niedługo promocje cenowe. Cykle są już pro-hossowe, dlatego zamierzam wykorzystać ewentualną lokalną panikę do zaparkowania kolejnej transzy kapitału w akcje.

PS W zeszłym tygodniu liczba byków pierwszy raz od wielu miesięcy przekroczyła liczbę niedźwiedzi w badaniu nastroju inwestorów indywidualnych..

piątek, 15 marca 2019

Paniki i euforie zsynchronizowane

Większość giełdowych graczy łączy zamiłowanie do wykresów. Próbujemy znaleźć moment w historii, w którym zachowanie rynku było podobne, aby na tej podstawie oszacować przyszłe zachowanie cen. Jedni twierdzą, że przeszłość nic nie mówi przyszłym zachowaniu cen akcji i cała ta wykresologia to zwykła szarlataneria. Ja stoję na stanowisku, że wykresy są jednym z najlepszych narzędzi pozwalających szacować szanse powodzenia scenariuszy. Nie jedynym, jednak niezbędnym do opracowania skutecznej strategii.

Jako że wciąż jestem świeżo po lekturze Wspomnień giełdowego gracza, postanowiłem obejrzeć wykres Dow Jones obejmujący czas akcji książki. I niemal natychmiast zauważyłem znajomy kształt wykresu:


Po zsynchronizowaniu dołka WIG20 z lutego 2009 do dołka na Dow Jones z listopada 1907 otrzymujemy podobieństwo obecnej sytuacji do kwietnia 1918. Potem rok hossy i wtórny dołek w 1921, a później już szaleństwo lat 20-stych aż do bańki 1929.

Następnie sprawdziłem prezentowaną niedawno analogię dołka na SWIG80 z grudnia 2018 do S&P500 w marcu 2009:


Tutaj jesteśmy w korekcie majowo-czerwcowej 2009 i bessa dopiero za 2 lata (2011).

Kolejna analogia: bańka na MWIG40 2007 vs bańka na NASDAQ 2000:


Z analogii bylibyśmy w październiku 2011. Pierwsza poważniejsze spadki za 4 lata (2015) i 7 (2018).


I ostatnia: dołek MWIG40 2009 vs dołek S&P500 1974:

Wrzesień 1984, 3 lata przed krachem 1987.

Powiecie, że to tylko zabawa, jednak ja widzę pewne cykle, które już nie raz uratowały mój portfel. Zmieniają się gospodarki, zmienia się środowisko, ale zachowanie ludzkie pozostaje bez zmian.

czwartek, 7 marca 2019

Warto wracać do mądrych książek

Słynna biografia Livermore'a "Wspomnienia gracza giełdowego" ukazała się w Polsce ok. 8 lat temu. Pamiętam jak czekałem na tą pozycję. Zamówiłem w przedsprzedaży, gdy tylko przyszła zniknąłem dla świata na 2 dni. Marzyłem wtedy o nauczeniu się gry o wysokie stawki i pomnożeniu skromnych oszczędności do milionów.

Zachłannie pochłaniałem kolejne strony lektury, ale za połową książki mój entuzjazm zaczął opadać. Lefevre opisywał w jaki sposób Livermore przeprowadza manipulacje na rynkach. W tamtym czasie byłem skupiony na psychologii gracza i te rozdziały niezbyt mnie interesowały. Mitycznego Graala szukałem we wczesnych latach działalności najsłynniejszego spekulanta w historii.

Jednak kiedy niedawno odświeżyłem "Wspomnienia gracza", to właśnie ostatnie rozdziały mnie oświeciły. Pozwoliły zdefiniować coś, co intuicyjnie wyczuwałem od kilku ostatnich lat. Ukazały mi przestrzeń rozgrywki giełdowej, której przez lata nie potrafiłem zaakceptować. Są to banalne prawdy,  dla wielu zapewne oczywiste, ale moje przeświadczenia uniemożliwiały dostrzeżenie ich.

Przejdźmy do rzeczy. W pierwszych latach gry na giełdzie największą uwagę przykładałem do wskaźników fundamentalnych oraz cykli. Niskie c/wk, odpowiednie przepływy kapitałowe i umiarkowane zadłużenie w połączeniu z wypalającą się bessą pozwalały zająć pozycję na akcjach z potencjałem na mocne odbicie. Rozumowałem prosto: jeśli solidna spółka po fazie paniki jest wyceniana na 0.5 wartości księgowej, to powrót do neutralnej wartości 1.0 wygeneruje zysk 100%. Na więcej nie ma co liczyć, bo powyżej 1 zdaję się na spekulacje rynku. W ten sposób nawet trafiając 2 na 3 spółki i realizując na nich ułamek potencjalnego zysku wychodziłem co roku (poza 2012) na plus.

Strategia gry pod regresję do średniej ma udokumentowaną skuteczność, jednak dla mnie stanowiła mocne ograniczenie zarówno w doborze spółek, jak i w terminie zamykania pozycji. Od 2015 zacząłem zmieniać podejście na rzecz trzymania akcji do fazy dojrzałej hossy i euforii. Jednak hossa 2017 na małych spółkach na dobrą sprawę szybciej się skończyła, niż zaczęła i nim zamknąłem na nich pozycję, spora część zysków wyparowała.

Zarówno w pierwszym podejściu (trzymać do ustalonego poziomu - ograniczeniem są wskaźniki fundamentalne), jak i w drugim (trzymać do oznak wypalenia hossy - ograniczeniem są cykle i makro) ignorowałem powody, dla których akcje rosną powyżej racjonalnych poziomów lub spadają, nim do tych racjonalnych poziomów dotrą. Kluczem do uświadomienia sobie tych powodów są właśnie opisy manipulacji w przytoczonej książce.

Livermore był często wynajmowany przez posiadaczy dużych pakietów akcji do "zorganizowania rynku" dla ich firm (stąd określenie "stock operator"). Jego zadaniem było zwiększyć obrót na danej spółce, następnie wygenerować trend wzrostowy i włączyć jak najwięcej ulicy do gry. Spółka stawała się modna, co zapewniało płynność i uwagę. Uwaga ulicy, która niekoniecznie kupowała akcje była bardzo potrzebna, ale o tym za chwilę.

Dopóki trwała hossa Livermore nie sprzedawał akcji pożyczonych przez spółdzielnię. Używał ich głównie do podbijania ceny. Dopiero gdy zauważał brak siły na rynku, zaczynał wyprzedawać pakiety i uwaga: sprzedawał zawsze na spadkach. Powtarza to zdanie kilkakrotnie. Sprzedawał zawsze na spadkach, ponieważ sprzedaż na wzroście zabije go i zniweczy wcześniejsze wysiłki.

Duży gracz nie może pozwolić sobie na dystrybucję akcji w czasie wzrostów. Musi czekać na słabość rynku, żeby sprzedawać akcje szerokiej publice oraz tym, którzy z uwagą śledzili wzrosty na spółce, ale bali się kupić, bo była droga. Dopiero po fali spadków włączają się do gry, ponieważ wydaje im się, że kupili tanio na korekcie i zaraz wrócą wzrosty. To oni zapewniają spekulantowi płynność niezbędną do wchłonięcia wielkich pakietów akcji. Tymczasem "gruby" nie rozgrywa już pompowania kursu, tylko sprzedaje powierzone mu akcje.

Spekulacja jest stara jak świat. Te same techniki pompowania kursów i rozprowadzania papieru wykorzystywane są na GPW od początku jej istnienia. Przyjęcie do świadomości tego prostego mechanizmu pozwoliło mi wreszcie znaleźć oparcie w utrzymywaniu pozycji w czasie hossy. Nie każda spółka będzie rosła kilkukrotnie, nie na każdej są podmioty zainteresowane upłynnieniem swoich pozycji. Ale analizując zachowanie ceny i obrotu możemy powściągnąć się przed zbyt szybką realizacją zysków lub odpowiednio wcześnie pozbyć złudzeń co do przyszłości kursu.


sobota, 23 lutego 2019

2 miesiące zgodnie z planem


W 2018 ziarno zostało zasiane i stałem się Siedzącym Bykiem. W grudniu nakreśliłem mapę dla małych spółek:


i dopóki nie zostanie zanegowana, będę dalej siedział na tyłku.

Rynek wspina się po ścianie strachu, niedowierzania w trwałość wzrostów i oczekiwania na druzgocącą falę C, po której wszyscy kupią akcje za grosze i zarobią miliony na hossie. Oczy zwrócone są na indeks WIG20, który bardzo rzadko idzie jak po sznurku - zazwyczaj buja góra-dół, że ciężko wyznaczyć na nim trend. Inaczej zachowuje się szeroki rynek:


Od 2 miesięcy jak po sznurku. Otwarcie wyżej, potem akcje osuwają się ("amatorzy handlują z rana"), by na koniec sesji zamknąć się na maksach ("kupują zawodowcy").

I podobnie zachowuje się mój portfel: prawie codziennie wyżej, aż pojawia się niepokój, że te wypracowane zyski zamienią się w stratę, gdy przyjdzie większa korekta. Zamknięcie pozycji w takich warunkach jest bardzo kuszące. Już Livermore zauważył, że w punkcie zwrotnym wielu graczy zajmuje pozycje po właściwej stronie rynku, ale nim trend zdąży się rozwinąć oni już realizują niewielkie zyski. Dlatego znacznie ważniejsza jest dla mnie perspektywa wieloletnia w kresce miesięcznej:


Polskie spółki są bardzo tanie. Bessa 2017-2018 na szerokim rynku była w głównej mierze bessą płynnościową. Klienci masowo likwidowali oszczędności w funduszach akcyjnych. Akcjonariusze większościowi i wyspecjalizowane fundusze zwietrzyły okazję i dodatkowo zduszały kursy do absurdalnie niskich poziomów, żeby wycofać spółki z obrotu za ułamek wartości. W Polsce prawie nie istnieje system ochrony inwestorów przed wrogimi przejęciami i nieuczciwymi wywłaszczeniami. Wystarczy przytrzymać kurs akcji na dnie przez pół roku i już mamy cenę "godziwą" w wezwaniu - fundamenty spółki nie grają żadnej roli. GPW, KNF i inne instytucje nie robią z tym nic, dlatego polskie akcje nie nadają się do inwestowania, tylko do gry.

Ostatnim przykładem takiego ukartowanego zagrania jest wezwanie na ABC. Spółka przeżyła silne załamanie ceny w 2018 roku:



Problemy z urzędem skarbowym, zawyżone zarobki zarządu, wyprowadzanie pieniędzy ze spółki. Zarząd i główny właściciel zrobili wiele, by uzasadnić śmieciową wycenę spółki, i potem złożyć "ofertę nie do odrzucenia".  Gdy spojrzymy na stukturę właścicielską ABC Data i weźmiemy pod uwagę niewielką skuteczność ochrony praw mniejszościowych udziałowców w Polsce, zrozumiemy dlaczego mogą tak pogrywać:





Sytuacja wygląda inaczej, gdy akcjonariat jest zdywersyfikowany - wtedy trzeba zapłacić za wartość spółki uczciwą cenę. Dobrze obrazuje to zachowanie PCM:




W ciągu roku kurs spada z blisko 32 zł poniżej 6zł. W listopadzie pojawia się wezwanie po 11.38. Kiedy konkurencja składa kontrofertę szybko okazuje się, że opłaca się zapłacić za udziały nawet 2 razy więcej.

Od początku 2019 na GPW podobnego skasowania rażącego niedowartościowania doświadczyło wiele spółek (m.in. polecane na blogu "pewniaki na hossę" Azoty Tarnów i Puławy). Dlatego uważam, że jesteśmy już we wczesnej fazie hossy na szerokim rynku. Zbyt wielu chciałoby tym razem kupić stabilne, zarabiające spółki za 0.3 wartości księgowej.

Okienko na okazyjne zakupy otwiera się rzadko i na krótko. Potem przychodzi długi czas mielenia papierów blisko wartości godziwej w odpowiedzi na poprawę lub pogorszenie wyników. To będzie czas pykania na wydzielonym koncie do gry. Daytrading, opcje, kontrakty, gra pod wyniki. Ale główna pozycja akcyjna będzie czekała na danie główne: euforyczną fazę hossy, w której dojdzie do odwrócenia procesów z 2018. Tym razem to sprzedających zabraknie, a kupujący będą zabijać się o akcje. Będą owładnięci strachem, że nie załapią się na wielkie zyski, jakie "daje" rynek.

Na koniec moje spojrzenie na WIG w kontekście ewentualnej (oczekiwanej przez większość uczestników rynku) fali C bessy:


Rynek nie zanegował wybicia oporu bessy, zatem technicznie znajduje się w trendzie wzrostowym. Może zrobi mnie w konia i będę musiał dostosować swoją strategię na koncie do aktywnej gry. Na razie zakładam że zbiera paliwo do kolejnej fali wzrostowej w kierunku szczytu wszech czasów.

niedziela, 17 lutego 2019

Podsumowanie sezonu ultra cz. 4

Ultramaraton Puszczy Bydgoskiej (67km)


Biegliśmy tam rok wcześniej z Tomkiem i impreza tak nam się spodobała, że postanowiliśmy wziąć udział w kolejnej edycji. Oprócz nas pojechali też Michał i Piotr, z którymi biegliśmy m.in. na Wieżycę. Pisałem wtedy, że mieli świetną formę, bo przygotowywali się do biegu na 240km. Ostatecznie nie udało im się tamtego biegu ukończyć; trafili na deszczową noc, a ranek przyniósł upał i po wielu godzinach biegu w mokrych butach popękały im stopy. Wypracowana forma jednak została nagrodzona: zajęli dwa pierwsze miejsca na podium bydgoskiej imprezy w kategorii M40:


Pełną relacja znajduje się na blogu Tomka:
http://runaroundthelake.blogspot.com/2018/10/cztery-bakajace-sie-osie-czyli-relacja.html

Maraton Zacisze



Listopad. Na rower zrobiło się zbyt zimno i niebezpiecznie (dla mnie, bo są tacy, którym zjazdy z moren po lodzie nie groźne :) , przerzuciłem się zatem na bieganie do pracy. 7.5 km w jedną stronę, dodać powrót, razy 5 dni roboczych = 75 km tygodniowo. Sporo jak na mnie kilometrów i sporo czasu na audiobooki.

Niewielki "leśny" odcinek do pracy, reszta trasy to tereny miejskie i smog.


Maraton Zacisze lub Maraton Pruszcz to pierwszy bieg z 2018, przy którym nie muszę się tłumaczyć ze słabej formy. A pierwsze kilometry wcale tego nie zapowiadały. Umówiłem się z Tomkiem na bieg do Pruszcza, przy okazji którego chciałem machnąć comiesięczne min. 40 km. Tomek był tego dnia jednym z organizatorów parkruna, zatem miałem ok. godzinę na wykręcenie paru km przed spotkaniem. Truchtałem po górkach i parkach w ślimaczym tempie. Kiedy ruszyliśmy razem Tomek podkręcił tempo do ok. 5:40m/km i niespodziewanie dla mnie organizm natychmiast wszedł w rytm. Już dawno tak szybko nie biegałem maratonów. Bieg upłynął na rozmowach, skorzystałem z okazji, by wykąpać się na plaży miejskiej w Pruszczu i posililiśmy się w kultowym barze Zacisze.

To był w pewnym sensie maraton przełomowy. Pokazał, że regularny, niewymagający, ale dość długi trening przynosi efekty; "ubijanie nóg", "puste kilometry" nie tylko wzmacniają organizm, ale też przywracają formę. Ponadto Tomek zwrócił mi uwagę, że choć trenuję odporność na zimno już trzeci rok (m.in. biegając w krótkim rękawku i spodenkach), to wciąż chronię głowę (bufka) i dłonie (rękawiczki).

W dzieciństwie miałem wycięte migdałki i całe życie zmagam się z katarem, dlatego miałem wpojone, żeby chronić zatoki. Co do dłoni, to jako niskociśnieniowiec bardzo szybko tracę w nich czucie w ujemnych temperaturach. Ostatecznie po Maratonie Zacisze przestałem chronić także głowę i dłonie, i ku mojemu zaskoczeniu organizm bardzo szybko zaadaptował się do zmiany.

Relacja Tomka:
http://runaroundthelake.blogspot.com/2018/11/zacisze-radunia-i-33-km-po-zuawach.html

Maraton Przedsylwestrowy


Pół grudnia czaiłem się na ostatni maraton 2018 roku i wreszcie udało się go "odbębnić" w niedzielę na dzień przed Sylwestrem. Znowu biegliśmy z Tomkiem, który po wprowadzeniu małymi porcjami zmian do swojego życia przeszedł "radykalną" przemianę (opiszę ją w jednym z postów o rozwoju osobistym, bo czuję się po części ojcem jego sukcesu).

Przy temperaturze ok. 1 st i siąpiącym deszczu dwóch gości ubranych w koszulki z krótkim rękawem i krótkie spodenki, konwersowało biegnąc w tempie 5:30 m/km. Powtarzam się z tym letnim ubiorem na zimową porę, ale uwierzcie mi: poczucie niezależności i mocy, gdy możesz wybiegać się jak pies nie czując zmęczenia, ani zimna to coś wspaniałego. Niedawno przeczytałem, że pies odczuwa podczas biegu stany podobne do człowieka po wypaleniu marihuany.

Z człowiekiem jest podobnie, przez miliony lat ewolucji najbardziej wytrzymałe i wytrwałe organizmy przekazywały swoje geny dalej. Organizm wynagradza nas endorfinami za wysiłek, a my pragniemy powtarzać ten proceder. Niestety ludzie unikają zmęczenia, a jednocześnie chcą przeżywać od czasu do czasu uniesienie, stąd tyle depresji i nałogów wokoło. Zdrowe życie pełne roślinnego pożywienia i ruchu na świeżym powietrzu kojarzy im się z wyrzeczeniami, choć ci którzy takie życie prowadzą nie wyobrażają sobie powrotu do stresu, przemęczenia, ciężkostrawnych potraw i używek.

Bardzo się cieszę, że tyle biegów w 2018 spędziłem z Tomkiem - to nie tylko świetny kompan do rozmowy, ale i kronikarz. Naskrobał relację, którą kiedyś z rozżewnieniem przypomnę sobie przy kominku:
http://runaroundthelake.blogspot.com/2018/12/mentalny-mararon-z-dominikiem-na.html

niedziela, 10 lutego 2019

Lehman i GetBack - bliźniacze krachy

Spadki cen małych spółek z 2018 nazywane są bessą płynnościową, ponieważ radykalne przeceny wielu z nich nie wynikały z pogorszenia sytuacji fundamentalnej, ale zamykania pozycji na wyścigi przez fundusze i drobnych inwestorów. Detonatorem dwóch krachów na indeksie SWIG80 były wydarzenia związane z upadkiem największego szwindla w dziejach GPW: spółki windykacyjnej GetBack. W efekcie rynek zaczął zachowywać się bardzo podobnie do amerykańskiego w czasie paniki sprzed 10 lat.

Przyjrzymy się dziś zachowaniu indeksów S&P500 2007-2009 oraz SWIG80 2017-2019 i spróbujemy nakreślić mapę przyszłych zachowań polskich akcji, gdyby korelacja została zachowana:



Faza 1

USA 07.2007-03.2008: wysokie stopy procentowe przekłuły wreszcie balon spekulacyjny na nieruchomościach, zaczęły się jednak sypać przedsiębiorstwa uzależnione od taniego kredytu oraz obligacje zabezpieczone nieruchomościami. W marcu rynek osiąga lokalny dołek, gdy Fed ogłasza ratunek Bear Stearns.

Polska 04-11.2017: wydaje się, że hossa w Polsce dopiero wystartowała, a jednak przez kolejne miesiące SWIG80 wyrysowuje kolejne spadkowe świece. W październiku spadki przyspieszają, a podczas listopadowego lokalnego dołka obserwowane są elementy paniki. Indeks Nastrojów Inwestorów dopiero otarł się o 0 punktów.

Faza 2

USA 03-05.2008: korekta pierwszej fali bessy przynosi wzrost optymizmu inwestorów indywidualnych (AAII), wielu wierzy w powrót hossy po kilkumiesięcznej korekcie.

Polska 11.2017-01.2018: dynamiczne odbicie przynosi wiarę w powrót hossy na małe spółki (indeks WIG20, który został zmasakrowany na przełomie 2015/2016 pozostaje silny). Pierwszy raz od lipca fundusze akcyjne notują więcej wpływów nowych środków, niż wypłat.

Faza 3

USA 04-11.2008: na jaw wychodzą kolejne problemy branży finansowej, rynki całego świata osuwają się. 15 września bankrutuje bank inwestycyjny Lehman Brothers, zapoczątkowując największy krach XXI wieku.

Polska 02-09.2018: początkowe spadki są niemrawe, więcej dzieje się w Stanach, gdzie dosłownie wybucha zmienność. Jednak gdy w kwietniu GPW zawiesza obrót akcjami GetBack wydarzenia nabierają tempa: dochodzi do pierwszego załamania, które kulminuje w lipcu. Sierpień przynosi tylko chwilowe uspokojenie: na koniec miesiąca ABW aresztuje byłych prezesów funduszu Altus, co sprowadza kolejną falę wyprzedaży. Sentyment inwestorów spada na rekordowo niskie poziomy.

Faza 4

USA 11.2008-03.2009: grudniowe odbicie przynosi chwilową nadzieję, że najgorsze już za nami, jednak od nowego roku rynek wpada w bezwzględną spiralę spadków. Sentyment przebija dno z każdym odczytem, rynek osiąga poziomy nie widziane od ponad dekady.

Polska 10-12.2018: zaledwie 3 z 15 tygodni SWIG80 jest w stanie zamknąć na plusie. Każda informacja wykorzystywana jest do sprzedaży akcji. W dodatku załamuje się giełda w USA, co skłania wielu inwestorów do skreślenia 2019 roku. Sentyment przez całe miesiące utrzymuje się poniżej 0, przy dnie wynoszącym -40. Taka sytuacja nigdy wcześniej nie miało miejsca na GPW.

Faza 5

USA 03-06.2009: pierwsza dynamiczna fala wzrostów uznawana jest przez większość graczy za kolejną korektę w "new great depression". W mediach krachmeni prześcigają się w wizjach upadku systemu papierowego pieniądza. Dominują analogie do bessy 1929-1932. Nieliczni, którzy kupili w dołku kasują szybkie zyski, by zdążyć przed kolejną falą wyprzedaży.

Polska 01.2019-?? : wzrosty "bez fundamentów", "odbicie zdechłego kota", akcje rosną, choć w USA bessa dopiero wystartowała, powszechne oczekiwanie końca korekty w bessie.

Faza 6

USA 06-07.2009: wreszcie upragnione spadki, wszyscy zajęli już krótkie pozycje i liczą na powtórkę giga zysków z październikowego krachu, na który oczywiście się nie załapali. Tymczasem rynek łapie ich w pułapkę i przyspiesza wzrosty.

USA 02.2019-?? : nie wiem jak sprawa wygląda w Polsce, ale z tego co czytam, to niejeden w USA liczy na jeszcze jeden krach taki jak w lutym czy grudniu 2018, bo tym razem już ma shorty...


niedziela, 3 lutego 2019

Podsumowanie sezonu ultra cz. 3

Trzecia część cyklu o dłuższych biegach z 2018 roku.


Maraton pożegnalny z Gdynią



Ostatni dzień sierpnia, ostatni dzień pracy w Gdyni, piątek. Od poniedziałku zaczynałem pracę w Gdańsku. Półtora tygodnia wcześniej skończyłem tygodniowy post na samej wodzie ( https://podtworca.blogspot.com/2018/08/dziennik-postu.html ), a za 2 tygodnie miałem pobiec 100km w Kaszubskiej Poniewierce. Od ponad trzech lat dojeżdżałem do pracy autem, a teraz przesiadałem się na rower (ok. 8km do pracy) lub spacer-bieg (7.5km) po trasach, które przetestowałem miesiąc wcześniej w maratonie 3 x Tryton.

Miałem wiele tematów do przemyślenia, zaplanowania i bardzo dużo formy do odrobienia. Od majowej Ultra Wieżycy, jednego z najcięższych biegów dla mojej psychiki nie poczyniłem postępów w treningach. Od wielu miesięcy opierałem się tylko na wyćwiczonych nawykach, które pozwalały podtrzymać minimum niezbędne do zaliczania ultra turystycznego. Maraton Pożegnalny z Gdynią miał być swoistą cezurą - nie tylko zmianą zawodową, ale i powrotem do solidnych treningów sportowych, żeby na początek ukończyć Poniewierkę w limicie czasowym.

Przed startem koledzy wyposażyli mnie w profesjonalną koszulkę obrazującą moje życiowe i programistyczne ideały:


Po pożegnaniu z ciężkim sercem ruszyłem w trasę. Do Gdańska miałem ok. 25 km, a potrzebowałem zrobić przynajmniej 40, dlatego postanowiłem zahaczyć każdy punkt, z którym wiązały się wspomnienia z trzech ostatnich lat. Przebiegłem koło starej siedziby firmy, zaliczyłem Biowaya, pobiegłem do ORP Błyskawicy, przy której mieliśmy przystanki podczas TriCity Ultra. Z każdym kilometrem moje przygnębienie opadało, aż wreszcie na klifach rozeszła sie po ciele lekkość i chęć przenoszenia gór. Żegnałem mój ukochany trójmiejski fragment - redłowskie klify, na których trenowałem krio ( https://podtworca.blogspot.com/2018/03/zimno.html ).

Kilka kilometrów później Gdynia i spora część dotychczasowego życia zostały po drugiej stronie:


Byłem gotowy na nowe.


Kaszubska Poniewierka 100km


16 godzin limitu, 100 km głównie po parkach nie robi specjalnego wrażenia, kiedy patrzymy na mapkę. Podobne limity obowiązują na ultra górskich i wtedy zmieszczenie się w limicie czasowym jest realnym wyzwaniem. Dlatego na linii startu trójmiejskich biegów staje wielu biegaczy nieświadomych czekającej ich poniewierki. Wymagające morenowe szlaki Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego łamią im psychikę, czasem nogi. Jeśli trasa jest jeszcze tak zaprojektowana, żeby objąć wszystkie najtrudniejsze ścieżki, nic dziwnego, że biegu nie kończy ponad 1/3 ultrasów.

Punkt startu w Sopocie. Metropolia między morzem a lasem.

Ja wiedziałem na co się piszę. Pierwszy raz biegłem tu półmaraton w 2013, a rok później szykowałem się do inicjacji w górskim ultra; w maju biegliśmy z chłopakami na Wieżycę, pod którą zlokalizowano metę. Wiedziałem, że będzie ciężko, ale nie ma takiej siły poza fizyczną kontuzją, która może mi przeszkodzić w osiągnięciu mety. Nie chodzi o to, że lekceważyłem bieg; co to, to nie, miałem świadomość swojej kiepskiej formy, dlatego nie zmrużyłem oka przed startem o 1 w nocy. Odwrotnie niż Tomek, który przepracował wzorowo 8 miesięcy i w spokoju przespał kilka bezcennych godzin. Ale wiedziałem również, że jeśli mądrze wykorzystam swoje doświadczenie, dobiję do mety w limicie i nawet nie padnę.

W biegach ultra (i zapewne w niejednej wytrzymałościowej konkurencji) występuje pewne ciekawe zjawisko. Jak osiągniesz coś, co kiedyś wydawało się nadzwyczajne, np. ukończysz 150-200 km w trudnych górskich warunkach, zaczyna ci się wydawać, że przekroczyłeś Rubikon i teraz już zawsze będziesz pykał setki z marszu. Przestajesz porządnie trenować, pozwalasz na kulinarne ekscesy, a przede wszystkim zapominasz jak ciężko było na trasie. Z kilkunastu godzin męczarni pamiętasz tylko kilka przyjemnych chwil, gdy akurat organizm przepalał kolejną turę hormonów i mocniej wystrzeliła adrenalina.

Mimo to nadal zapisujesz się na trudne biegi, aż przychodzi ten pierwszy raz, gdy musisz zejść z trasy. Może nie zdążyłeś zmieścić się w limicie na jednym z punktów pomiaru czasu, może dotarło do ciebie na trasie, że nie dasz rady i na najbliższym punkcie odpalasz fejsa by napisać standardowe "nie muszę sobie nic udowadniać". Niektórzy zaliczają kilka takich porażek z rzędu, nim dotrze do nich, że nic nie jest dane na zawsze.

Być może to miał na myśli Waldek Miś, kiedy przed startem Poniewierki powiedział do Tomka i mnie, że nieukończone biegi chłodzą głowę. Tomek zaliczył rok wcześniej największe załamanie formy, ale stało się to dla niego trampoliną do wytrenowania formy życia. Ja byłem dopiero na samym początku odbudowy formy i moim jedynym celem na ten bieg było niedopuszczenie do tego pierwszego razu, kiedy trasa pokonuje biegacza. Nie potrzebowałem kubła zimnej wody i bardzo nie chciałem go wylewać na głowę :)

Zasada nr 1 w ultra: pod górę człapię, w dół zbiegam.

Wzdłuż Raduni.


Ukończyłem bieg 20 minut przed limitem (15 godzin, 40 minut) dumny jak cholera, że podołałem. Tymczasem Tomek (czas 13:50) był przekonany, że spadłem na dno i potrzebuję pomocy :)


C.D.N.

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails