sobota, 30 grudnia 2017

Garść prognoz na 2018 i później

Zakreślony w poprzednim wpisie plan na 2018 nie obejmuje podstawowych założeń mojej długoterminowej strategii. Choć pisałem o tym w co drugim giełdowym wpisie, powtórzę: moja strategia zakłada granie z trendami opartymi o cykle, w szczególności kilkuletnie cykle przepływu kapitału między rynkami rozwiniętymi i rozwijającymi się (ok. 6-7 lat) oraz cykle hossy-bessy na GPW (ok. 3.5 roku).

Akcje

2018 według moich analiz powinien być rokiem specyficznym, ponieważ cykl wzrostowy na rynkach rozwijających się, do których należy Polska, powinien zderzyć się z fazą spadkową cyklu hossa-bessa. Stąd moje przygotowania do możliwych turbulencji i wysokiej zmienności. Na GPW szukałbym podobieństwa do tego, co działo się na amerykańskim rynku w 2011/2012 roku. U nas był wtedy krach, u nich szybkie sczyszczenie rynku i powrót hossy:


Jednym słowem dalej gram pod analogię, którą również prezentuję od kilku lat, że:
- bańka 2007 w Polsce była odpowiednikiem bańki dotcomów z 2000 r.,
- bessa 2015/2016 na WIG20 była odpowiednikiem bessy 2007/2008 w USA (w obu przypadkach wtórny dołek po ok. 8 latach od szczytu bańki),
- hossa 2016/2017 na WIG20 była odpowiednikiem hossy 2009/2010.

PLN

Tak przedstawia się koszyk walut rynków rozwijających się do dolara.
Polski złoty ubił dno szybciej:


Zakładam, że w skali najbliższych kilku lat zobaczymy kontynuację umacniania złotego. Akurat 2018 może skorygować jego siłę, ale raczej nie spodziewam się już dolara i franka powyżej 4zł czy euro blisko 5.

Jednocześnie uważam, że jeśli:

- Polska uniknie poważniejszych turbulencji,
- rząd nie przywróci reform emerytalnych,
- w ciągu kilku lat zobaczymy dolara czy franka poniżej 3zł,

będzie to ostatni dzwonek na pozbycie się kredytów walutowych i kupienie za silnego złotego aktywów zagranicznych przed wysoce prawdopodobnym załamaniem systemu emerytalnego. Kryzys demograficzny z grubsza widzę tak:

- jeśli Polska nie przyjmie euro, to rząd będzie drukował walutę i posypie się PLN, akcje mogą przechować wartość jak np. w Argentynie,
- jeśli Polska przyjmie euro, w wyniku dewaluacji na wartości stracą akcje, mieszkania, ziemia itd.

Na razie jednak moja pozycja to:

Long PLN, czyli nie kupuję walut.

Surowce

Przepływ kapitału do rynków rozwijających się oznacza zwiększony popyt na surowce. Poprzedni cykl napędzały surowce potrzebne do budowy gigantycznej infrastruktury, głównie w Chinach oraz w końcowej fazie paliwa i kruszce.



Na nowy kierunek ekspansji gospodarczej typowane są kraje leżące nad Oceanem Indyjskim oraz Afryka. Ponadto już w tym roku ruszyły do góry tzw. metale ziem rzadkich używane do produkcji np. aut elektrycznych.

Tutaj moja luźna projekcja zachowania indeksu surowcowego CRB:



Nie umiem ocenić, które surowce urosną najmocniej, może któryś z czytelników orientuje się w temacie, natomiast jako gracz "cyklista" otworzyłem już pewne pozycje:

- ETFy na uran i technologie solarne, czyli ekspozycja na producentów energii, którzy mają zastąpić paliwa kopalne,
- kupiłem mocno przecenione spółki spożywcze na GPW jak Colian, Otmuchów, Atlanta Poland czy Indykpol.

Jak widać wierzę w kilkuletni trend wzrostowy na towarach, więc będzie wiele okazji do zajęcia pozycji na odpowiednich spółkach, funduszach i towarach.



czwartek, 28 grudnia 2017

Podsumowanie giełdowe 2017 i plan na 2018

W zeszłorocznym podsumowaniu giełdowym nakreśliłem swoje scenariusze na przyszłość:

1. Szybki i mocny trend wzrostowy, trwający 1-2 lata, którego chciałbym spieniężyć, gdy liczne wskaźniki zaczną sygnalizować przegrzanie i przewartościowanie rynku akcyjnego. Pod taką hossę trzymam liczne, ale niewielkie pozycje na małych spółkach. Również z tego powodu nie redukuję zyskownych pozycji, bo pamiętam z 2009 roku jak szybko ceny potrafią uciec.
2. Długotrwały, przetykany korektami, łagodny trend wzrostowy, w czasie którego spółki zyskują po kilka-kilkanaście % rocznie i dodatkowo wypłacają dywidendy. Pod ten scenariusz mam spore pozycje na PKO, PZU, PGE, ENG, OPL itd. 


Scenariusz 1 z grubsza się zrealizował, ale nie w taki sposób, jak myślałem. Zakładałem, że największe wzrosty zobaczę na małych spółkach, a duże wymienione w punkcie 2 będą sobie powoli rosły. Tymczasem hossa na szerokim rynku skończyła się już w marcu:


A WIG20 rósł praktycznie bez korekt do września, po czym wszedł w trend boczny:


Realizacja planu na małych spółkach.

Wobec przeciągających się spadków na SWIG80 oraz występujących zbyt często jak na hossę załamań kursów niektórych papierów, zacząłem redukować pozycję w sierpniu i do końca września wyprzedałem większość akcji. Zostawiłem nieliczne pozycje, które nie uczestniczyły w hossie i zachowały fundamentalne przesłanki do trzymania (wciąż zarabiały, miały cash, nie groził brak płynności). Na niektórych spółkach spóźniłem się z korzystną sprzedażą (Trakcja, Torpol), ale zdążyłem wyjść przed głównymi spadkami i zachować zyski.

Zaliczyłem też kilka wtop (Tesgas, Atrem, Ipopema), ale na portfel złożony z ponad 50 spółek nie miały one zbyt destrukcyjnego wpływu.  Co ciekawe inicjalne pozycje na tych akcjach spółkach otworzyłem na początku 2015 roku..

Strzał roku: producent oświetlenia LUG, pierwszy pakiet nabyłem w 2013 roku i przez kolejne lata dobierałem. Zysk ok. 350% i wyjście blisko lokalnego szczytu to jest to, co chciałbym powtarzać w przyszłości.

Pisałem o tym wielokrotnie, że moje największe błędy w poprzednich latach polegały na zbyt szybkim ucinaniu rosnących w hossie pozycji. Dlatego przyjąłem postawę długoterminową: postanowiłem trzymać pozycje akcyjne tak długo, jak analizy pokazują hossę na szerokim rynku. 2016 rok bardzo mocno doświadczył to podejście, bo większość akcji dużo urosła, a potem oddawała zyski lub nawet wpadała w straty. Początek 2017 był jak spełniony sen: wszystko rosło, portfel wskakiwał na nowe szczyty każdego dnia. Byłem w lekkiej euforii i liczyłem na jeszcze więcej. Ale 2017 nie był tak łaskawy jak marzyłem i tylko jedna z ponad 50 spółek dała kilkuset procentowe zyski.

Po październikowym załamaniu dostrzegłem promocje na kilku papierach i zacząłem odbudowywać pozycję na małych spółkach.

Realizacja planu na dużych spółkach.

Sprzedałem prawie wszystkie akcje z WIG20, bo urosły zbyt mocno bez korekt. Np. wyceniałem akcję PZU na 60 zł w skali 3 lat, ale gdy kurs poszedł bez korekty w kilka miesięcy pod 48zł, trzymanie dość wysokiej pozycji straciło sens. Zostawiłem tylko Orange, które chciałbym sprzedać po ok. 7.50 (analiza w poprzednim wpisie) oraz zredukowane Pekao, bo płaci wysokie dywidendy i słabo rosło. W grudniu odebrałem część PZU, bo przez chwilę spadło poniżej 40zł.

Wtopy: brak. Trochę żal zbyt szybko sprzedanego PKO (27.xx -> 36.xx), miałem trzymać do 40, ale kiedy we wrześniu wyprzedawałem papiery nie brałem jeńców.

Strzał roku: PZU i energetyki. PZU był jednym z liderów tej hossy, kiedy ujawniono rekomendację Morgana na 47zł, miałem silny punkt zaczepienia, byłem całkowicie pewien, że kurs zdobędzie ten poziom i tam sprzedam akcje. Gdyby urosło z marszu na 60zł, nadal uważałbym, że zrobiłem dobrze. Tymczasem PZU pohulał trochę pod poziomem 50zł i spadł na 40, dając mi okazję do ponownego otworzenia pozycji.

Energetyki rozegrałem koncertowo technicznie. Ustawiłem TP pod ORGR i zniesienie 50% i w jego okolicach zamknąłem pozycję. W tym ważnym technicznie miejscu kursy jak za dotknięciem magicznej różdżki zaczęły mocno spadać i gdy skasowały połowę fali wzrostowej, znowu otworzyłem pozycję, tym razem pod szybki spekulacyjny zysk.

Podsumowanie realizacji.

Aby przygotować dobry plan należy zgromadzić jak najwięcej danych, znaleźć wśród nich te istotne i zgodne z faktami. Potem taki zestaw posłuży do przygotowania najbardziej prawdopodobnych scenariuszy, pod które planujemy jak reagować. A potem rzeczywistość i tak nas zaskakuje, więc musimy być elastyczni, modyfikować plany, czasem porzucać je i kreślić nowe. Na rynku nie chodzi o to, żeby mieć rację, tylko żeby zarabiać

Z moich analiz wynikało, że 2017 powinien być rokiem hossy i zasadniczo tak się stało, choć była to słaba hossa, ograniczona głównie do WIG20, który odrabiał to co stracił na przełomie 2015/2016 i liderów MWIG40. Udało mi się w większej części skonsumować wzrosty na WIG20, natomiast z pozostałych spółek wyciągnąłem mniej, niż mogłem. Ale nie żałuję: gdyby spadki na szerokim rynku okazały się tylko korektą przed nową falą hossy, przedwczesne zamknięcie pozycji kosztowałoby znacznie więcej.

Największe minusy planu: nie przemyślałem alternatywnych kierunków grania, ponieważ założyłem, że w czasie mocnej hossy należy skupić się na akcjach. Dotychczas, jeśli na rynku działo się niewiele lub była bessa, mogłem liczyć na:
- kontrakty na indeksy, akcje i waluty,
- opcje na indeksy,
- certyfikaty na towary i kilka indeksów zagranicznych.

Niestety GPW jest już dinozaurem, wysokie spready na certach, znikający animator na opcjach, mizerna płynność na większości kontraktów i bardzo ograniczona oferta sprawiają, że te instrumenty służą jedynie do pogrania, a nie lokowania większych środków.

Tymczasem 2017 był rokiem kryptowalut, mając bańkę pod nosem i 9 lat rynkowego stażu nie zrobiłem nic, żeby ugryźć cząstkę tego tortu.

Pozytywnie oceniam natomiast wejście w zagraniczne ETFy, które dały zarobić ponad 20% i to w PLN, który mocno ograniczył zyski dolarowe.

Plany na 2018.

Plan na przyszły rok nakreśliłem już w listopadzie:
https://podtworca.blogspot.com/2017/11/plan-daleszej-gry.html

Zakładam, że 2018 może być podobny do 2012 roku. Początek roku powinien przynieść przyspieszenie wzrostów na małych spółkach i wiarę w hossę, po czym cykliczna bessa przypomni o sobie i zobaczymy wtórne dno na SWIG80.

Spadkom na GPW towarzyszyłyby spadki na rynku amerykańskim, który po miesiącach naciągania sprężyny dojrzał do dłuższej korekty. Obserwuję ankiety na Twitterze, kiedy akcje drożały pod reformy podatkowe Trumpa, czytelnicy regularnie obstawiali "bearish fundamentals, bullish technicals", a teraz zmienili zdanie na "bullish fundamentals". Idealny moment na 'sell the news'. Korekcyjny 2018 pasowałby do mojej technicznej koncepcji przedstawionej we wrześniu:

Strzałki wskazują wystąpienie dłuższej korekty w cyklicznym rynku byka. W przeciwieństwie do niemal wszystkich analiz, jakie obserwuję na świecie, uważam że hossa nie trwa od 2009 roku, tylko od początku 2016.

Moja strategia na 2018 będzie zatem następująca:

1. Przez cały rok będę akumulował małe i średnie spółki doświadczające spadków, jeśli staną się bardzo tanie względem swoich przychodów, gotówki na koncie, wartości księgowej itd.

2. Spróbuję ustrzelić ewentualny wiosenny szczyt, jeżeli zobaczę mocne wzrosty na SWIG80 i euforię inwestorów indywidualnych, ponieważ wg moich analiz w 2018 powinna trwać cykliczna bessa.

3. Będę dalej wyszukiwał ETFy do zainwestowania na długi termin. Niestety Bossa zagranica radykalnie ograniczyła liczbę dostępnych ETFów i muszę znaleźć jakiegoś innego brokera.

4. Zamierzam czysto technicznie pogrywać na spółkach z WIG20 w obie strony. Tanio już było, drogo jeszcze nie jest, gdyby indeks wszedł w ruch horyzontalny lub jakiś szerszy kanał trendowy, pojawią się moje ulubione setupy.

5. Rozejrzę się za alternatywnymi sposobami inwestowania.

Nie nastawiam się na duże zyski, spróbuję uniknąć odczuwalnych strat. Najbardziej obawiałbym się.. hossy takiej jak w 2006-2007 roku. Nie lubię gonić rynku, a moja pozycja jest jeszcze zbyt mała. Polskie akcje są tanie, płacą solidne dywidendy i zasługują na kilkuletni rynek byka. Nie widzę obecnie też podstaw do silnej bessy na GPW.

2017 był rokiem niskiej zmienności, mój portfel zrobił mocny skok w styczniu i lutym, po czym bez większych korekt powoli piął się do góry, a od września trochę osuwał. 2018 może być rokiem szarpania, spółka kupiona po 30% zjeździe, w tydzień urośnie 50%, po czym wróci do punktu wyjścia. W ten sposób zagranica akumulowała akcje na WIG20 w 2016.


wtorek, 26 grudnia 2017

Rynek dla grajków

Kontynuując temat zagrań technicznych w trakcie bessy zrobiłem dziś kilka analiz.

Orange:


Call z maja obowiązuje, obróciłem już papierem kilka razy, ale główny pakiet czeka na realizację przedstawionego scenariusza. Liczę na ORGR, którego zasięg zbiega się ze zniesieniem 50% bessy (ok. 7.60). Fundamentalnie wyceniam papier na 10zł, ale wiadomo: jeśli rośnie szybko i dużo, to lepiej sprzedać, niż czekać nie wiadomo jak długo na więcej. Papier lubi płatać psikusy, więc nie fiksuję się na scenariusz wzrostowy, ale przy takim technicznym combo (ORGR pokrywające się z istotnym zniesieniem i ważna średnia, która z oporu stała się wsparciem) trzymam akcje telekomu.

PZU:

Jeden z moich najlepszych strzałów w tym roku, podbierany przez cały 2016 i sprzedany pod reko JP Morgana. Miał być na lata, ale skasowanie jednym strzałem dywidend na najbliższą dekadę za bardzo kusiło. Tym razem planuję wejście krótkoterminowe pod odbicie obecnej fali spadkowej, JEŻELI kurs spadnie poniżej 40zł:


Tylko 4 razy RSI spadało niżej, fibo38.2, to moje argumenty za zakupem pod kilkuprocentowy ruch w górę. Fundamentalnie spółka świetna, chciałbym trzymać przez lata i kasować tłuste dywidendy. Niestety zaczyna się kreślić na horyzoncie ryzyko, że w razie problemów finansowych rząd może przelewać zyski do ZUS, albo wywłaszczyć spekulantów w imię realizacji idei społecznej sprawiedliwości.

WIG20:

Wykres zabawa, testując nową aplikację do analizy technicznej na stooqu, narysowałem Gartleya i wyszło takie cuś:


 W związku z tym do 3500 stosujemy zasadę buy the fucking dip ;)


piątek, 22 grudnia 2017

Scenariusze na które każdy Polak musi się przygotować

Nie ma takiego okrucieństwa ani takiej niegodziwości,
 której nie popełniłby skądinąd łagodny i liberalny rząd, 
kiedy zabraknie mu pieniędzy.
Alexis de Tocqueville

Polityka gości na blogu bardzo rzadko, ale tym razem muszę się wypowiedzieć na temat ryzyka politycznego, które wprowadziła rządząca partia, ponieważ dopadnie ono wkrótce każdego z nas. Mowa tu o konsekwencji dwóch posunięć:
- likwidacja reformy szkolnej (6-latki do szkół), czyli de facto opóźnienie o rok wejścia dorosłych ludzi na rynek pracy,
- likwidacja reformy emerytalnej (obniżenie wieku emerytalnego dla mężczyzn o 2 lata i kobiet o 7 lat).
Razem 5 i pół roku dłużej bycia utrzymywanym przez społeczeństwo, niż pracowania na siebie i społeczeństwo.

Kraje starzejące się wydłużają wiek emerytalny, ponieważ ludzie żyją coraz dłużej i dodatkowo rodzi się za mało dzieci, żeby utrzymać emerytów. PiS postanowił zrobić coś kompletnie odwrotnego i to w sytuacji, gdy na emeryturę zaczął przechodzić największy w historii wyż demograficzny (urodzeni w latach 50-tych), a zastępuje go pokolenie niżu urodzonego po upadku komuny. Choć głównym celem likwidacji reform emerytalnych PO było zdobycie punktów w sondażach, rządzący liczyli po cichu, że Polacy będą woleli pracować dłużej, żeby dostać wyższe emerytury. Z jakiegoś jednak powodu ludzie wolą iść na szybszą choć niższą emeryturę, niż pracować dłużej na wyższą. Myślenie perspektywiczne nigdy nie było główną zaletą Polaków, w przeciwieństwie do krótkoterminowego kombinowania i prowizorki. Historia naszej państwowości pokazuje, że większa emerytura w długim terminie może będzie, a może nie, ale już prawo emerytalne to cenne aktywo. Złoty może się rozsypać, kraj może zbankrutować, ale emerytury zawsze będą jakoś wypłacane, denominowane, ekwiwalentowane. Warunek jest jeden: trzeba zdobyć status emeryta.

No i Polacy masowo korzystają z tego przywileju. Matematyka jest niestety bezwzględna, udział emerytur i rent to główny składnik wydatków państwa, w 2016 ok. 31% (ponad 242 miliardy z 781 miliardów budżetu) i na skutek bezmyślnego populizmu PiS będzie szybko rósł. W obecnej sytuacji nie ma dobrych wyjść, bo rząd nie wycofa się ze swojej sztandarowej "reformy" przed wyborami w 2019. Na szybko będą podnosić podatki pomijając jakieś legislacyjne bzdury, jak to właśnie zrobili znosząc limit 30-krotności składek ZUS.

Na razie skoki na pieniądze klasy średniej spotykają się z poparciem, pojęcie społecznej sprawiedliwości dobrze się sprzedaje. Niestety w długim terminie takie ruchy mają bardzo niekorzystne konsekwencje, ponieważ ci, którzy pieniądze posiadają, będą je wyprowadzać do państw rozwiniętych, których rządy przestrzegają prawa i szanują własność prywatną. Nieprzypadkowo wszystkie polskie molochy energetyczne razem wzięte (PGE, Tauron, Energa, Enea) są niżej wyceniane na giełdzie, niż czeski CEZ. Podobnie jak w Rosji atrakcyjne wskaźniki fundamentalne niewiele znaczą, jeżeli twój udział w przedsiębiorstwie jest wirtualny i nie masz wpływu na jego funkcjonowanie.

Walka z korupcją, układami w sądach i wyłudzeniami VAT jest bardzo potrzebna i rząd PiS ma na tym polu spore sukcesy. Powstają co prawda nowe patologie jak obsadzanie urzędów miernotami gotowymi wykonać każdy rozkaz, ale w końcu ktoś postawił jasno granicę: nie można kraść na bezczela. Przez lata mafie powiązane z sądami i notariuszami przejmowały państwowe majątki i nikt nic nie mógł zrobić, a próba rozliczania przekrętów spotykała się z uświęconą formułą: "to niezgodne z konstytucją". Można było przejąć kamienicę na podstawie sfabrykowanego listu, ale nie można jej już było odzyskać. Polskie sądy były parodią prawa i społeczne przyzwolenie na rozprawę z nimi jest tego konsekwencją.

Wszystkie te reformy nie będą jednak miały znaczenia, kiedy dobra koniunktura w Niemczech się skończy i powiązane z nią gospodarki, do których należy przede wszystkim polska, wpadną w tarapaty. PO próbowała przygotować państwo na gorsze czasy wprowadzając niepopularną reformę emerytalną, przyspieszając o rok edukację szkolną i nacjonalizując obligacyjną część OFE (popierałem i nadal popieram ten ruch; to był ordynarny skok instytucji finansowych na polskie finanse: państwo pobierało od Polaków pieniądze, przelewało je do OFE, te pobierały absurdalnie wysokie prowizje i z powrotem pożyczały państwu). PiS widzi ścianę i dociska pedał gazu licząc, że jakoś ją przebije. Że coś zaskoczy, wzrost gospodarczy magicznie przyspieszy, państwowe firmy żyjące z monopoli nagle zaczną wymyślać elektryczne auta i rakiety kosmiczne.

Jako zakładnicy tego planu trzymamy oczywiście kciuki za jego powodzenie, ale studiując przypadki Argentyny, Wenezueli czy Grecji, które eksperymentowały z podobnymi wdrożeniami społecznej sprawiedliwości, musimy przygotować się na złe, gorsze i najgorsze. Rozpatrzmy zatem jak może potoczyć się przyszłość Polski:

1. Scenariusz pozytywny: rząd pod jakimś tam pretekstem przywraca reformy emerytalne, pozostajemy podłączeni do zachodniego systemu gospodarczego, dzięki niżowi demograficznemu bezrobocie jest niskie w każdej kategorii wiekowej. Polacy oszczędzają, budują kapitał, GPW odżywa, stajemy się przeciętnym rozwiniętym państwem europejskim, nasze dzieci mają przyszłość.

Jak oszczędzać/inwestować: nie musimy wdrażać naszych planów awaryjnych, szukamy okazji, odkładamy oszczędności w silnym polskim złotym.

Szanse scenariusza: niewielkie, szacuję na 10%.

2. Scenariusz neutralno-negatywny (Argentyna): reformy emerytalne i szkolna zostają przywrócone dopiero po następnych wyborach. Stracony czas kosztuje kilkadziesiąt miliardów, ale da się jeszcze odwrócić konsekwencje katastrofy demograficznej. Poszukujący pieniędzy rząd dociska śrubę kolejnym grupom społecznym, dodrukowuje złotówki, a o inflację i spadek jakości życia oskarża międzynarodowych spekulantów, którzy grają na spadki waluty/obligacji. Odpowiedzialny premier łagodzi napięcia z UE, dochodzi do jakiegoś kompromisu. W Polsce może dojść do rozruchów, kiedy mali przedsiębiorcy zostaną obłożeni różnymi domiarami, nagłymi wezwaniami do zapłacenia kilkudziesięciu tys. ZUSu itp. Polska pozostanie zadupiem cywilizacji zachodniej, ale mimo wszystko nadal będziemy się cieszyć, że w Rosji to dopiero jest chujowo.

Jak oszczędzać/inwestować:
Grupą narażoną są samozatrudnieni i wszyscy, którzy coś posiadają. Oni nie tylko będą musieli sfinansować błędy rządu, staną się też idealnymi kozłami ofiarnymi porażek polityki społecznej sprawiedliwości. Dlatego trzeba część majątku zdywersyfikować za granicą, może pojawi się jakaś tania alternatywa dzięki technologii blockchain? Zdobywać wiedzę należy już teraz.

Szanse scenariusza: daję 50%, wierzę w instynkt samozachowawczy Morawieckiego, myślę że konieczność wymusi racjonalne rozwiązania.

3. Scenariusz negatywny (mix Grecja/Ukraina/Rosja):
Populizm i socjalizm finansowany jest dopóki zagranica daje kredyt bez dociskania lokalsów. Świadomi nadchodzącej katastrofy politycy wyprowadzają pieniądze do Londynu, Szwajcarii i innych bezpiecznych zatok. Niezależne media i organizacje są oskarżane o działalność wywrotową inspirowaną pieniędzmi zachodnich/wschodnich imperialistów. Propaganda oskarża o całe zło UE, Niemców, agentów FSB. Kiedy już nikt nie chce pożyczać kasy, dochodzi do rozruchów na ulicach, powstaje jakiś rząd jedności narodowej, który drakońskimi środkami próbuje przywrócić porządek.

Jak zachować choć część majątku. W tym wypadku nawet nieruchomości nie będą zabezpieczeniem oszczędności, ponieważ w celu ratowania państwa zostaną obłożone wysokimi podatkami (mają to do siebie, że nie uciekną za granicę). Jeśli jesteśmy za starzy na emigrację, zapewnijmy przynajmniej dzieciom dobrą edukację i znajomość języków. Warto też zwracać uwagę na kulturę osobistą, na zachodzie nacjonalizm i rasizm nie są mile widziane. Mimo wszystko Polska zostaje w strukturach europejskich, ludzie zachowują domy, ziemię, biznesy, jakoś się kula. Zdewaluowany złoty pozwala znowu tanio zatrudniać polską siłę roboczą. Uwaga też na zagraniczne aktywa, jeśli będą pod kontrolą polskich instytucji finansowych, mogą zostać zabrane.

Ryzyko scenariusza: 30%.

4. Scenariusz bardzo zły (Wenezuela).
Polska zostaje wykorzystana przez USA do rozbijania hegemonii Niemiec w Unii, ale na skutek jakichś układów zostaje porzucona jak w Jałcie. Na polu gospodarczym rząd powiela osiągnięcia PRLu, nacjonalizuje firmy "strategiczne", partyjni bonzowie dzielą lokalną Polskę między siebie, wykształciuchy i wichrzyciele są zachęcani do opuszczenia kraju, jedne grupy napuszczane na drugie. Transfer kapitału za granicę surowo zabroniony (ale tylko dla pospólstwa). Zagrożone jest istnienie państwa.

Zostaje zwiać z kraju lub zginąć na barykadzie.

Ryzyko scenariusza: 10%.

Czarnowidztwo? Zauważcie, że daję aż 60%, że nie będzie tak źle. Gdyby nie fatalne posunięcia w sprawie emerytur wierzyłbym w przyszłość Polski, ale oceniając państwo jak spółkę giełdową, skupiam się głównie na zagrożeniach. A te są realne i oczywiste, choćbym nie wiem jak bardzo chciał przymknąć na nie oczy. Jako inwestorzy musimy brać te ryzyka pod uwagę i bacznie obserwować wskaźniki ekonomiczne państwa. Jako obywatele musimy działać na rzecz państwa, i ten wpis należy także odczytać jako ostrzeżenie przed nieodpowiedzialną polityką i jej następstwami.

To nie jest scenariusz na najbliższe kilka lat. Najgorsze konsekwencje możemy ponieść dopiero dekadę po rozwaleniu podwalin finansowych państwa. Może też realizować się czarna wizja, ale w  porę pojawią się reformy, które ją powstrzymają. Reformy, które zależą od naszej świadomości ekonomicznej i wrażliwości na kłamstwa propagandy.

piątek, 15 grudnia 2017

Podsumowanie sezonu ultra 2017 cz. 1

Po intensywnej biegowo końcówce 2016 (4 biegi ultra i jeden maraton górski w ciągu 6 tygodni) zrobiłem dłuższe roztrenowanie. Zimowa aura i szybko zapadający zmrok dodatkowo zniechęcały do wyjścia na dwór. Ogólny plan zakłada robienie średnio jednego maratonu lub ultra miesięcznie. W 2016 wyszło z tego 7 ultramaratonów i 5 maratonów. Udało się przy okazji odwiedzić kilka krajów i uczestniczyć w badaniu naukowym.

Maraton dokręcony.
Długie biegi dzieliły się dotychczas na 4 kategorie:
1. Wspólne wybiegania w ramach grupy TriCity Ultra, zazwyczaj gdzieś na Pomorzu,
2. Zorganizowane ultramaratony górskie,
3. Zagraniczne biegi turystyczne na które docieramy tanimi liniami lotniczymi,
4. Oficjalne maratony uliczne.
Maraton dokręcony należał do pierwszej grupy. Dopiero w połowie marca udało nam się zebrać (nam czyli Tomkowi, Michałowi i mnie) do pierwszego dłuższego wybiegania. Zrobiliśmy 33km głównie po Trójmiejskim Parku Krajobrazowym (TPK) w tempie spaceru z 6-latkiem. Po takiej rozgrzewce bez problemu dokręciłem 7km wokół stawów na naszym osiedlu.



Relacja Tomka.

Ultra Jeziorak.

70 km wokół jeziora Jeziorak z przystankiem na obiad w Iławie. To pierwszy bieg, po którym powinna zapalić się lampka ostrzegawcza, że coś zaczyna szwankować w drużynie. Poprzednie lata przyzwyczaiły nas, że możemy osiągać niemożliwe, pokonaliśmy w komplecie 150 km w błotach Łemkowyny, po odpowiednim przygotowaniu połykaliśmy bez problemu 100km w górach. To nas uśpiło, trenowaliśmy z Tomkiem rzadziej (Michał akurat mocno cisnął), niektórzy przestali przestrzegać diety.  2 lata wcześniej potrafiliśmy o 7 rano w niedzielę pobiec nad morze, żeby morsować, teraz co niektórzy woleli leczyć kaca dłuższym spaniem. Relację z biegu tradycyjnie napisał Tomek.



Kuuva Finlandia.
Po intensywnym 2016 plany na tanie zwiedzanie Europy były ambitne, ostatecznie skończyło się tylko na tym, ledwie 40-kilometrowym marszo-biegu do skały Kukkarokivi.



Nie, żebyśmy nie chcieli latać częściej, po prostu splot różnych czynników rodzinno-kontuzyjno-pracowych przekreślił późniejsze wypady. Ale cóż to była za wyprawa..
http://runaroundthelake.blogspot.com/2017/05/kuuva-kuva-czyli-jak-zwiedzic-finlandie.html

Maraton kontaktowy.
Z powodu wyjazdu na wesele nie mogłem pojechać z chłopakami na Sudecką Setkę. Żeby nie wypaść z formy (a raczej wrócić do bardziej wymagającego treningu) zrobiłem sobie tydzień później maraton po starej części Gdańska, Nowym Porcie i Brzeźnie. Miasto z tysiącem lat historii na karku ma mnóstwo starych cegieł i ścieżek, które od kilkunastu lat przeczesuję, więc i tym razem znalazłem kilka ciekawych zakątków. Ten maraton przypomniał mi dlaczego związałem się z bieganiem. Był pierwszy lipca, po pół roku chaotycznych zrywów wracałem do stabilnego utrzymywania formy.

Maraton Pachołek.
3 tygodnie później umówiłem się z Michałem na wspólny bieg do punktu widokowego Pachołek w Oliwie. Z mojego domu wymagającym szlakiem zielonym do pachołka jest akurat ok. 21km po TPK, więc biegnę go przynajmniej raz w roku, żeby podrasować formę.

Maraton Solidarności.
W sierpniu tradycyjnie wystartowałem w Maratonie Solidarności. Nastawiłem się na spokojny bieg w strefie komfortu. A jak było napisałem kolegom świeżo po biegu:

"Ku pamięci: to był mój najsłabszy oficjalny maraton i w dodatku sponiewierał mnie jak pierwszy start, który też zrobiłem na Maratonie Solidarności 4 lata temu - i to 20 minut szybciej :) Planowałem pobiec bez spiny na ok. 4:15. 2 dni wcześniej wyskoczyłem w przeznaczonych na start ekidenach i po ok. 8 km złapał mnie ból rozcięgna podeszwowego. Musiałem podjąć decyzję o starcie w sandałach, bo tylko w nich ten ból się nie przejawia. Byłem też ciekaw czy dam radę biec w nich szybciej, bo zrobiłem w nich już wcześniej 3 wolne biegi na dystansie maratońskim. 

Ok - wracając do tego startu: początek pocisnąłem szybciej, bo zbiegaliśmy Świętojańską i nogi same niosły. Gdy zawracaliśmy pod górkę przeskoczyłem już na normalne tempo. Zrównała się ze mną dziewczyna, z którą dość szybko wywiązała się dyskusja o treningach, pompkach, przysiadach, Kaliszu i Trójmieście. Ani się obejrzałem, a był już 15-sty km - pierwsza połówka maratonu zawsze schodzi niezauważona. Moje tempo było chyba ciut za mocne, bałem się że koleżanka doświadczy ściany po 30-stym km, więc biegłem ciut wolniej niż planowałem. Przed końcem połowy dołączył do nas cudzoziemiec ciekaw dlaczego biegnę w sandałach. Opowiedziałem mu trochę o kontuzjach, a właściwie ich braku, Tarahumara itd. Dopiero wtedy wszyscy się sobie przedstawiliśmy, dziewczyna ma na imię Ania, a Francuz algierskiego pochodzenia Faycal.

Po połówce maratonu postanowiliśmy się rozdzielić i pobiegliśmy z Faycalem szybciej. Na początku wydawało mi się to dobrym tempem, ale jak zegarek powiedział mu, że ostatni km pokonaliśmy w 5:30 wiedziałem już, że to się dla mnie źle skończy. Nie byłem przygotowany na takie tempo. Dlatego choć rozmawiało się bardzo miło (nie tylko o startach, ale i o muzyce metalowej, poćwiczyłem też trochę francuski), rozdzieliliśmy się gdy spotkałem Piotrka i Grzegorza. Jednak nie byłem w stanie wytrzymać już nawet ich tempa obliczonego na czas 4:15-4:20. Pożegnaliśmy się zatem, przełączyłem się na tryb słuchania muzyki i walczyłem o dotrwanie do mety brnąc przez maratońską ścianę. Nie miałem jakichś bóli, kondycyjnie nie było tak tragicznie, ale nie miałem w ogóle motywacji do przebywania w strefie dyskomfortu. Biegowe rekordy już były, nie chce mi się nawet próbować do nich zbliżać. 

Kiedy wykręcałem pętlę na 40-stym km, spotkałem po drugiej stronie Anię - była ledwie kilkadziesiąt metrów z tyłu, utrzymała zrównoważone tempo i prawie się zrównaliśmy. Ktoś mi wywinął numer i powiedział, że na mecie czeka zimne piwo, zdobyłem się zatem na ostatni zryw. Na Długiej brak amortyzacji dawał już znać o sobie, na łydkach zaczęły się stany przedskurczowe. Na mecie czekały moje kochane kobietki, ale piwa nie było, oszukali mnie banda decydentów polskich. Doznałem chyba lekkiego udaru, choć polewałem się często wodą, miałem nudności i lekkie zawroty głowy. W domu walnąłem się na podłogę i prawie zasnąłem - jednak nie było tak źle jak na Niepokornym Mnichu :) Zrobiło się lepiej, zjadłem arbuza, kompot czereśniowy teściowej, przysnąłem w wannie i fajnie jest."


C.D.N.

czwartek, 7 grudnia 2017

Taktyka i strategia na bessę

Miesiąc temu pisałem, że kupuję energetyki na zniesieniu 50% ruchu wzrostowego od dołka. Dzisiaj pozycja została zamknięta:


Kurs szybko dobił do wcześniej wyłamanych minimów i dodatkowo testuje połowę czarnej świecy. Jako, że w moim cyklicznym podejściu wajcha została przestawiona na scenariusz bessy, stosuję w takim wypadku prostą zasadę BIS: bierz i sp..laj. To taka taktyka do której od lat przyzwyczaiła nas GPW, będąca zazwyczaj w szerokim trendzie spadkowym: kupuj papier, który mocno spadł i oddaj gdy mocno odbija, bo zaraz zawróci i wyłamie dołek.

Co do WIG_ENERGIA nie mam długofalowego planu. Zrealizował się pewien techniczny scenariusz i pojawiła się okazja do zgarnięcia szybkiego, bezpiecznego zysku. Może wyjdą na nowe maksima, a może wrócą spadki, na ten moment moje analizy techniczne nie są w stanie przekonać mnie do żadnego scenariusza. Będę co jakiś czas obserwował ten indeks i szukał nowych okazji do zajęcia pozycji.

Nie mylcie tego podejścia ze strategią: strategia to długofalowe podejście, polegające w moim wypadku na akumulowaniu w niewielkich porcjach pakietów silnie przecenionych akcji, które mają zdrowe finanse i przepływy. Zgodnie z podejściem strategicznym zwiększam udział akcji w portfelu, kiedy te są tanie, a gdy przychodzi hossa czekam na sygnały wypalenia trendu i redukuję pozycje.

Zagrania taktyczne mają na celu zmniejszyć wahania emocji i portfela. Polskie akcje są dość silnie skorelowane, szczególnie podczas fal wyprzedaży, dlatego gdy długoterminowy portfel fundamentalny spada podczas takiej fali, rodzi się pokusa, żeby go zredukować w trakcie odbicia. Żeby tego uniknąć kupuję pod sygnały techniczne duże, płynne spółki i to na nich realizuję niewielkie zyski w przypadku odbicia. Wyjątkiem była końcówka 2015 i 2016 rok, kiedy to najlepsze okazje pojawiły się na największych spółkach. Wtedy to one zasilały portfel fundamentalny i okazały się największym sukcesem 2017 roku.



sobota, 2 grudnia 2017

Co kupić?

Dziś wyjątkowo podam kilka spółek, które mnie interesują. Normalnie staram się unikać podawania konkretnych typów. Po pierwsze nie chcę podejmować odpowiedzialności za cudze zagrania. Czasem mam scenariusz na spółkę, ale następuje zdarzenie, po którym mój scenariusz idzie do kosza i muszę uciąć pozycję. Tymczasem czytelnik, który wszedł w spółkę pod moim wpływem może o tym nie wiedzieć, lub dowiedzieć się za późno i mieć do mnie pretensje, że stracił.

Jestem już na rynku 9 lat, pojedyncze pozycje mnie nie rajcują, kupuję dziesiątki spółek, ale patrzę na ostateczny wynik. Mogę otworzyć 10 pozycji, stracić na 9 i zyskać na 1, ale jeśli zysk z tej jednej będzie wyższy niż strata z pozostałych, będę zadowolony.

Drugi powód dlaczego nie upubliczniam swoich zagrań to komfort psychiczny. Kiedyś pisałem z uzasadnieniem co kupuję. Jeśli scenariusz się sprawdzał, brałem zysk i było ok. Jeśli jednak szło nie po mojej myśli, stawałem się zakładnikiem otworzonej pozycji. Bardziej zależało mi, żeby wyjść z twarzą i nie wyjść na durnia, niż optymalnie zarządzać pozycją. Taki dodatkowy bagaż emocjonalny przeszkadza w skutecznej grze. Sobie nie muszę udowadniać, że mam rację, przed sobą nie muszę się wstydzić, że zrobiłem coś głupiego. Nie tracę czasu ani energii, żeby utrzymać swój zewnętrzny obraz, tylko zamykam pozycję i myślę o kolejnych zagraniach.

Dlatego dziś na pytanie "co kupić" odpowiem tylko jedno: kupić klocki Cobi, polskie klocki kompatybilne z Lego, które dzięki serii pojazdów i samolotów z II Wojny  podbijają świat:

Białe ślady na stole zostały po robieniu pierników przez dziewczyny :)

To moja (niepełna) kolekcja polskiej armii z 1939 roku, do złożenia czeka nowo wydany bombowiec Łoś i nowa wersja czołgu 7tp. To tylko niewielki wycinek całej kolekcji, musiałem zaanektować całe półki dla tygrysów, panter, shermanów, t-34 i niezliczonych innych pojazdów i samolotów.

Jeśli kupujecie dzieciakom prezenty, to z ręką na sercu powiem wam, że możecie dać zarobić polskiej firmie, szczególnie że mają też świetne konstrukcje przemysłowe (Action Town):
https://cobi.pl/klocki/


No dobra, a teraz przejdźmy do GPW.

Na szerokim rynku jest bessa:


Jak długo potrwa, nie wiem. Cykle podpowiadają jeszcze 7-12 miesięcy spadków. Wiem natomiast, że zrobiło się tanio, najniższy zmierzony sentyment polskich inwestorów i w związku z tym pojawiły się okazje, które mnie interesują. Zaczynałem jako technik i analizę techniczną cały czas stosuję, ale zarabiam dzięki analizom fundamentalnym. Technika jest (dla mnie) zazwyczaj potrzebna, żeby ocenić czy scenariusz fundamentalny działa, czy nie. Pomaga też w wejściu i wyjściu z pozycji.

Fundamentalnie widzę np. Atlanta Poland:


Spółka handluje bakaliami i orzechami, po problemach z jakością zerwała z nimi kontrakt Biedronka, więc przychody i zyski spadły. Miałem jakąś paczkę orzechów i potwierdzam, że trzeba było przebierać, żeby nie nagryźć skorupki. Ale poprawili się, w mojej lokalnej Biedronce widzę znowu ich paczki i wyglądają jak te z Lidla. Firma pochodzi z Gdańska, ja mieszkam w Gdańsku, więc nie wiem czy wrócili na większy rynek czy tylko lokalnie są testowani. Fundamentalnie spółka mi się podoba, na podstawie stockwatch.pl:

Kapitalizacja 23 mln, wk: 65 mln, przychody 199 mln, altman 7.18, 2 bańki w kasie i 40 baniek zadłużenia. Normalnie preferuję spółki z większą ilością gotówki, ale w handlu działa to trochę inaczej.

Technicznie mocny trend spadkowy, ale dla mnie technika to nie tylko trendy i formacje. Czasem więcej daje obserwowanie oscylatorów i cykli.

W bessie jak to w bessie, spółki potrafią spadać poniżej gotówki na koncie, ale mnie ta spółka interesuje, więc sobie skubię. Z takiego skubania od 9 lat zarabiam, więc może i tym razem się uda?

A skoro już o gotówce na koncie i wycenie, to ktoś podpowiedział mi w komentarzu producenta papieru Arctic Paper. Dawno temu miałem tę spółkę i na niej ostatecznie straciłem. Ale to było wtedy, gdy spółka kosztowała kilkanaście zł i płaciła wysoką dywidendę. Teraz kosztuje 3.39 i dywidendy nie płaci. Ale ma cashu na koncie 222 mln, a kosztuje 235 mln. Kredyty też wysokie (438 mln), ale aktualne przepływy operacyjne wyglądają zdrowo, no i przy przychodach blisko 3 miliardy wystarczy lekka poprawa rentowności, by w hossie kurs poszedł w górę.

Technicznie mocny spadek, czyli coś co lubię: mocne fundamenty, bardzo silna przecena, jest potencjał do odbicia, gdy warunki zewnętrzne się poprawią:



Trzecia spółka to Berling (instalacje chłodnicze), mam go od dwóch lat, cena praktycznie się nie zmieniła, za to skasowałem dwie sowite dywidendy. Kapitalizacja 71 mln, wk 87, przychody niskie, bo 46, za to rentowność kosmiczna (zysk 8.5 mln). Na koncie, uwaga, 41 baniek, 0 zadłużenia, altman prawie 15 (!). Czyli nawet gdyby zyski mocno spadły, po odjęciu gotówki od kapitalizacji nadal cena do zysku będzie atrakcyjna.

Technicznie długi boczniak, który może być akumulacją lub zupełnym olaniem niszowej spółki:



Na koniec producent słodyczy Colian. Spółkę miałem dwa razy - najpierw jako Jutrzenkę (trochę zarobiłem), później przemianowaną na Coliana. Drugi zakup był niemal idealnie wyznaczony technicznie, wycelowałem w dołek i trzymałem ponad rok, ale niemiłosiernie mnie wymęczyła i skasowałem zysk 40% tuż przed odpałem, który dałby 3-cyfrowy zysk. Takie życie.

Fundamenty mają zawsze zdrowe (cash na czysto 100 baniek, kapitalizacja 600, przychody prawie miliard), choć z zyskami różnie, a główny właściciel czasem kombinuje przeciwko innym akcjonariuszom. Skoro zagrożenia płynnościowego nie ma, kupuję pod technikę:


Jako, że spółka emitowała czasem akcje (drogo dla ludzi, tanio dla głównego właściciela), market value nie wygląda tak fajnie, ale również jest wsparcie:




To na tyle dzisiaj. Nikogo do tych spółek nie namawiam, pamiętajcie, że 3 z 4 spółek są w trendzie spadkowym i mogą spaść jeszcze kilkadziesiąt procent do dna. Może pojawić się trup w szafie, pod którego insiderzy wywalali papiery. Ja nigdy nie wchodzę w pozycję z dużą gotówką, podbieram ją sobie na spadkach, czasem dobieram na wzrostach, analizuję sytuację spółki i otoczenie rynkowe. Mam dużo czasu na zbudowanie portfela pod przyszłą hossę.

Zwróćcie też uwagę, że wszystkie wykresy podaję w skali 10-letniej. To już pokazuje mój horyzont inwestycyjny; jeżeli w spółce nic się nie dzieje, to trzymam bez względu na kurs. Mogę trzymać 4 lata, tak jak LUGa, nim zamknę pozycję z zyskiem:


Ale mogę też wywalić po latach kiszenia straty, jeśli się okaże, że spółka ma trupa w szafie, zamierza rozwodnić kapitał czy zaskakuje inną negatywną informacją. Jeśli zatem planujecie zakupy na kilka miesięcy, tygodni, czy nawet dni, szanse na zyski z tych pozycjach są niewielkie. Wtedy lepiej poczekać na wyprzedanie jakiegoś PGE czy Orange i zagrać pod odbicie.

Napiszcie co sądzicie o spółkach. Podawajcie też swoje typy, poddamy je wspólnym analizom i może uda się zbudować solidny portfel na nową hossę. Poprzedni, budowany w latach 2015-2016 dał mi dobre zyski, w 2018 nie liczę na jakieś większe zarobki. To ma być czas otwierania pozycji i kasowania dywidend. Ceny mogą spadać, będzie okazja tanio kupować, gorzej jakby rynek zaczął rosnąć i trzeba by drogo kupować. Wtedy trzeba zgadywać, czy zyski się polepszą itp. a w tym nie jestem dobry..


PS Nadjeżdża gen. Maczek


wtorek, 21 listopada 2017

Plan dalszej gry

Niedawno pisałem, że przyspieszenie spadków na małych spółkach skłoniło mnie do powrotu na rynek. Podbieram regularnie niewielkie pakiety akcji z myślą o przyszłej hossie na małych spółkach, jednak jeśli zbyt mocno i szybko odbijają, to redukuję pozycję. Zaangażowanie portfela w akcjach GPW to obecnie ok. 28% + ok. 10% w ETFy, co razem daje prawie 40% zainwestowanych pieniędzy.

Podtrzymuję swoją prognozę, że SWIG80 kopiuje zachowanie WIG20 z lat 2015-2016, zatem gdyby listopad przyniósł dołek na małych spółkach (co obstawiam opierając się na długości trwania spadków oraz najniższym w historii odczycie sentymentu indywidualnych inwestorów), to dołek ten byłby odpowiednikiem dołka na WIG20 ze stycznia 2016. Czekałby nas zatem jeszcze retest dna w skali pół roku, jak wtedy w czerwcu 2016 przy okazji Brexitu oraz kolejne miesiące ubijania dna, które byłyby idealną okazją do zbudowania portfela.

Obejrzyjmy analogię na wykresie:

Jak widać zatem, pomimo wzrostów na WIG20 zachowuję się jakby była bessa. I faktycznie, szeroki nieważony indeks wszystkich spółek na GPW jest w regularnej bessie:

Tu w mojej wersji (uwaga - indeks zbudowany jest wyłącznie ze spółek, które przetrwały na parkiecie do dziś, zatem nie uwzględnia bankrutów, wykupów i wycofanych z innych powodów):


ADLINE tradycyjnie pikuje w dół:


Okresy kiedy ten indeks idzie w bok lub rośnie, to te rzadkie momenty, gdy bezwzględnie należy mieć akcje. To wtedy robione są największe wzrosty szeroką ławą, wtedy kiepskie spółki często wyprzedzają te dobre, częściowo wynagradzając całe lata zawodzenia właścicieli.

Plan jak każdy plan może ulec zmianie, jeśli sytuacja na rynkach się zmieni.

niedziela, 19 listopada 2017

Bieganie, dieta, zimno

2018

2017

2016

2015

2014


2013

2012

2011

2009

wtorek, 14 listopada 2017

Rozwój osobisty

Poniżej zamieszczam teksty z szeroko pojętej kategorii "rozwój osobisty". Niektóre tezy mogą być już nieaktualne, niektóre idee kiedyś mnie rozpalały, a potem okazywały się błędne. Zostawiam jednak teksty takimi, jakie je pisałem, bo robiłem to szczerze i z najlepszymi intencjami.


Dla każdego roku wklejam teksty od najwcześniejszego, do najpóźniejszego.

2018



2017

2016

2015

2014

2013

2012

2011

2010

2009

2008

piątek, 10 listopada 2017

Maraton sentymentalny

Tegoroczny sezon biegowy będzie najsłabszy od lat. Nie daję już rady utrzymywać reżimu treningowego, który gwarantuje bezbolesne starty w biegach ultra czy maratonach. Wcześniej chęć do regularnego biegania przychodziła sama, obecnie bywa, że dłużej zbieram się do wyjścia, niż faktycznie biegam, zdarzają się tygodnie, kiedy wybiegam tylko raz. Zbyt wysoko zawiesiłem poprzeczkę, wydawało mi się, że można trwale utrzymywać formę pozwalającą z marszu pokonać 100km, a potem zwieńczyć ją imprezką. Niestety nie można.

Lwią część ochoty na bieganie przejęły firmowe zmagania w ping-ponga oraz praktykowanie terapii zimnem, które zacząłem w kwietniu. Jest to bardzo ciekawy i wzmacniający trening, który opiszę jak tylko zaczną się mrozy i zbiorę więcej danych o swoim ciele. Co do pingla, to kocham go i nienawidzę, wyzwala ze mnie wszystkie emocje, niczym trading krótkoterminowy. Połamałem już 2 paletki, a najnowszą uszkodziłem. Te straty nie poszły na marne, zrozumiałem co mnie najbardziej w życiu frustruje: poczucie, że cofam się w rozwoju. Jednego dnia gram jak w transie, ścinam wszystkie piłki, a kolejnego przegrywam, bo nie mogę trafić w stół. Popełnienie kilka razy z rzędu tego samego błędu wyprowadza mnie z równowagi, nawet jeśli ostatecznie wygrywam mecz. Całe życie się uczę i rozwijam, będę się musiał nauczyć akceptacji spadającej wydolności fizycznej i intelektualnej..

Cieszę się jednak, że nadal utrzymuje się regularna potrzeba dłuższych wybiegań. Kilka godzin dla siebie, wejście ciała w różne stany wywołane długotrwałym wysiłkiem, zwiedzanie nowych miejsc, obcowanie z przyrodą. Tegoroczne wyprawy tradycyjnie opiszę w podsumowaniu sezonu ultra, ale dzisiejszy maraton natchnął mnie, by go opisać na świeżo.

Celem wcześniejszych maratonów było poznawanie czegoś nowego. 42 km to dość spory dystans, nawet startując od miejsca zamieszkania zawsze trafi się w jakieś nieznane wcześniej miejsce. Dzisiaj jednak postanowiłem odwiedzić przyjaciół i najbliższą mi osobę w miejscach pracy, przy okazji przebiegając obok miejsc, które odcisnęły się w moim życiu.

Tomek



Mój ulubiony blogger biegowy 'run around the lake', niekwestionowany autorytet od rocka progresywnego, przyjaciel z którym przebiegłem kawałek Europy; ostatnio nie biega. Nie biega, bo żona wyjechała w delegację i musiał zająć się trójką dzieci. Rano rozwozi dziatwę po przedszkolach i szkołach, jedzie do swojej firmy w Pruszczu Gdańskim, wracając zgarnia dziatwę z przedszkoli i szkół, wchłania pierwszego bronka na otrzeźwienie, w nocy kiedy już uda się zagonić dziatwę do łóżek, sięga po kolejnego bronka i delektuje się tym, że nic nie musi. Nie musi opisywać kolejnych płyt z kolekcji, nie musi biegać, pisać bloga, ani się z niczego tłumaczyć.

Kiedy mu oznajmiłem, że biegnę go odwiedzić, przysłał takie zdjęcie z informacją, że pierwszy punkt odżywczy czeka:





12 km do Tomka biegło się przyjemnie, przez kilka km zwiedzałem niezliczone nowe osiedla pączkujące między Gdańskiem a Pruszczem, a potem po wale kanału Raduni prosto do celu. Soku pomarańczowego i pomidorowej oczywiście nie mogłem odmówić, być może Tomek znając moją skłonność do odwadniania się uratował ten bieg.




Michał



Trzeci trybik naszej biegowej drużyny pracuje w Urzędzie Wojewódzkim, czyli w historycznym centrum Gdańska. Postanowiłem tym razem poruszać się wschodnią stroną trasy i to był dobry wybór, bo unaocznił mi, jak wiele jest jeszcze kierunków rozwoju miasta. Gdańsk w XIX wieku rozpoczął ekspansję na północ, w XX wieku centrum dryfowało do Wrzeszcza, obecnie dynamicznie rozwija się Gdańsk-Południe (na zachód w kierunku Kaszub), a biznesowe życie koncentruje się w Oliwie, czyli jeszcze bardziej na północ. Tymczasem tuż za południowymi bastionami historycznego Gdańska rozciągają się pola kapusty.



U Michała spełniłem jedno z życiowych marzeń, spiłem kawkę w urzędzie. Pogadaliśmy trochę o bieganiu, sprawdziłem notowania akcji i przyszło się pożegnać.

Marek

Marek fajnie rysuje i jest niekwestionowanym autorytetem od muzyki powstałej do XVII wieku, poznaliśmy się w firmie robiącej gry 13 lat temu i choć już rok później Marek zmienił pracę, a ja otworzyłem firmę, co 2-4 tygodnie jedziemy w nocy do centrum pooglądać stare mury i zjeść falafela lub wege kebsa. Nie odwiedziłem go co prawda, ale zjadłem falafela na Głównym Mieście tam gdzie zawsze. Tu jakiś jego szkic:



Polibuda i DS2



Z centrum ruszyłem na Wrzeszcz odwiedzić żonkę. Obszedłem dookoła czołg T-34, przez niedomkniętą klapę kierowcy widać tonę śmieci wepchniętych do środka, pokonałem jak kilkanaście lat temu ścieżkę z Gmachu Głównego Politechniki do wydziału ETI, wdrapałem się do mojego akademika DS2, a potem na wzgórze za nim. Myślałem o Jacku i Ani.

Ela



Z DS2 porośniętymi lasem wzgórzami przeszedłem na Jaśkową Dolinę, dalej przez Partyzantów obok szkoły gdzie chodziłem na studiach na Tai-chi, potruchtałem do Garnizonu, gdzie pracuje moja małżonka Elżbieta. O najbliższych najmniej potrafimy mówić, bo oni po prostu są. I oby tak było.



Acha: gdy zbiegałem jaśkową, chwyciły mnie skórcze łydek.


Nadal nie rozumiem jak to się mogło stać, przecież 3 tygodnie temu bez problemu zrobiłem 70km w górach, biegałem w miarę regularnie. Może  wypiłem za dużo kawy u Michała i wypłukałem magnez? Ta zagadka będzie mnie jeszcze długo nurtowała.

Powrót



Powrót bez większych atrakcji. Znowu akademik i osiedle studenckie, zakręciłem na Krętą gdzie stoi domek, w którym była moja pierwsza praca, a dalej już klasyczna trasa, którą zawsze wracamy gdy biegamy do centrum czy nad morze. Najpierw wchodzi się na Suchanino, by zaraz zbiec po schodach trzeźwości na Kartuską i znowu podchodzić Łostowicką aby wreszcie zbiec ostatnie kilometry do domu. Mijając siedzibę Procada pomyślałem, że kurna kawałek tego budynku należy chyba do mnie, w końcu jestem od 2 lat posiadaczem akcji spółki :)


sobota, 28 października 2017

First out, first in

Kiedy w sierpniu zaczynałem wyprzedaż portfela akcji rozciągniętą do początków października, nie przypuszczałem, że ledwie 3 tygodnie później zacznę odbudowywać pozycję. Spadki z ostatnich 2 tygodni były bardzo gwałtowne, a ceny wielu fundamentalnych papierów spadły na atrakcyjne poziomy.

Atrakcyjne poziomy w  bessie to pojęcie względne, nie ważne ile cena wcześniej spadła, zawsze można stracić kolejne kilkadziesiąt procent. Coś mi jednak podpowiada, że spadki obserwowane od kilku miesięcy na małych spółkach i szerokim rynku nie są elementem klasycznej dewastującej bessy.

Zerknijmy na wykresy:




Rynek leci w dół i nie ma na razie żadnych oznak zmiany trendu. Jednak kilka czynników sprawia, że kolejne fale spadkowe będę wykorzystywał do kupowania akcji.

1. Po pierwsze: czy nieustanne spadki na SWIG80 nie przypominają wam czegoś? Pamiętacie maj 2015? Ja tak. Byłem wtedy w stanie euforii, wydawało mi się, że po latach flauty rusza pokoleniowa hossa. Tymczasem indeks dużych spółek WIG20 rozpoczął pierwszą w swojej historii serię 9 spadkowych miesięcy. Kiedy naruszył 2000 punktów zacząłem kupować akcje molochów z przekonaniem, że trafiła mi się okazja życia. Ale 2000 było ledwie przystankiem w drodze na 1650 punktów, a "okazje życia" były dostępne jeszcze przez cały rok. Dopiero w 2017 WIG20 zaczął błyskawicznie odrabiać straty.

A jak było z małymi i średnimi spółkami w tym roku? Kiedy SWIG80 budował szczyt w marcu b.r. byłem bliski euforii i robiłem mentalne ćwiczenia z trzymania akcji w bańce. Kiedy Trakcja, którą miałem od 12zł, przebiła 18zł, widziałem już 30zł na horyzoncie. Dzisiaj Trakcja kosztuje 8zł. Spółka od szczytu straciła więcej, niż jest obecnie warta. Nie twierdzę, że zamierzam odkupić akurat tę spółkę, budowlanka jest bardzo ryzykowną branżą. Historia polskich inwestycji pokazuje, że ryzyko bankructwa rośnie wraz z liczbą zdobywanych kontraktów. Niemniej znowu można znaleźć na rynku spółki siedzące na gotówce, płacące co roku wysokie dywidendy i zupełnie zapomniane przez rynek.




2. Wspomniane dywidendy. 2015 i 2016 rok zamknąłem z zyskiem dzięki dywidendom i nie obrażę się, jeśli 2018 rok zapisze się w mojej pamięci podobnie. Marzy mi się rok ubijania dna na małych spółkach, dający okazje do kupna zdrowych biznesów za ułamek ich wartości. Oczywiście byłbym wtedy sfrustrowany, bo większość kupowanych akcji przez miesiące spadałaby dalej, ale co zrobić, taki styl inwestowania wybrałem i w takim stylu potrafię zarabiać :)

Aktualnie div yield dla SWIG80 osiągnął 2.5%, 5 razy więcej niż lokaty w mBanku:



3. Sentyment. Obecny rok charakteryzuje się kolejną anomalią: wzrostom cen akcji towarzyszy ucieczka drobnych inwestorów z giełdy. Zupełnie inaczej było jeszcze w 2013:

źródło: https://10-procent-rocznie.blogspot.com

Wygląda to tak, jakby ludzie po latach ciągłych zawodów ze strony GPW postanowili zamykać pozycję jak tylko wyjdą na 0 po wcześniejszych zakupach na szczytach. We wzrosty polskich akcji wierzy już tylko zagranica, która cały czas kupuje polskie aktywa..

ETF na Polskę


4. Wielki cykl przepływu kapitału między rynkami rozwiniętymi a rozwijającymi się, czyli EEM/DM ratio. Ja gram pod scenariusz, że cykl  premiuje teraz rynki rozwijające się w tym Polskę, choć np. W. Białek obstawia szczyt słabości emerging markets dopiero w okolicach przyszłego roku przy okazji turbulencji w Chinach. Więcej pisałem tutaj:
https://podtworca.blogspot.com/2017/07/wielka-rotacja.html

Tyle na razie za wzrostami. Mam również argumenty przemawiające za spadkami. Tak już jest od kilku lat: wszystko co działało w latach poprzednich jest już znane i nie daje zarobić. Rynek raczej fluktuje, niż chodzi synchronicznie jak do 2012 roku. Kapitał przepływa między branżami, nigdy nie wiadomo, którą z nich postanowi wywyższyć, a którą zepchnie z klifu. Zapewne nadejdą jeszcze czasy, kiedy będą rosły prawie wszystkie akcje, na razie kapitał woli polskie mury i obligacje.



poniedziałek, 16 października 2017

Dwuipółletni paradoks

Niemal codziennie czytam, że choć hossa w Polsce bije rekordy, ludzie nie chcą zainteresować się akcjami. Sęk w tym, że hossa dotyczy wąskiego grona średnich spółek lub indeksu WIG, do którego dodawane są dywidendy. Jeśli spojrzymy na indeksy WIG20, MWIG40, SWIG80 oraz nieważony indeks całego rynku, okazuje się że choć przez ostatnie lata wiele się działo, to jeśli poprowadzimy linię od lokalnego szczytu z maja 2015 do dziś, okaże się, że nie stało się prawie nic :)

Indeks największych spółek, indeks małych spółek i indeks nieważony są praktycznie w tym samym miejscu. WIG20 najpierw spadł, potem odbił, a reszta najpierw rosła, by teraz spaść. Tylko MWIG40 przyniósł sensowny zysk. Zwrot z WIG w ciągu tych 2 i pół roku to ok. 14%, więc na dobrą sprawę zysk zrobiły dywidendy.

Jeżeli zatem kogoś ściska żołądek, gdy czyta że w ostatnim roku można było zarobić 40% na WIG20, to niech poszerzy perspektywę i pocieszy się, że wcześniej można było tyle stracić. I to tyle na razie: szeroki rynek dalej osuwa się po ścianie nadziei, a WIG20 rośnie po ścianie strachu. To za mało dla mnie, żebym wszedł do gry. Jeśli doczekam się atrakcyjnych wycen maluchów, zabawa zacznie się od nowa.



wtorek, 3 października 2017

Analogie i sygnały, których nie lekceważę

Dziś dwa tematy bez zbędnej gadaniny.

1. Niesamowita cykliczna zależność, trwająca ponad 100 lat dla lat kończących się na 7:


Temat podchwycony przez połowę blogów i serwisów giełdowych, wykres mówi sam za siebie, jest październik, powinien być krach ;) Z mojej strony mogę dodać, że już na początku roku wyznaczyłem październik jako kres trzymania akcji w hossie, choć jak wiemy hossy na małych spółkach nie ma już od miesięcy. W związku z tym przechodzimy do drugiego tematu:

2. Słabość małych spółek:

6 miesięcy spadków z rzędu nie zdarzało się w hossie, więc zakładam że mamy na maluchach bessę. Na szczęście dla nas (tj. trzymających dotychczas akcje) spadki były bardzo łagodne i dzięki rosnącemu WIG20 portfele raczej rosły. Co więcej w latach 2005, 2011 czy 2014 do dołka było już 2-4 miesiące, więc pod taki scenariusz nie opłaca się sprzedawać. Z drugiej strony są również przypadki z lat 1998, 2001 i 2008, kiedy akcje zostały zmasakrowane, a bessa potrafiła trwać jeszcze wiele miesięcy.

Ja postanowiłem psychicznie odpocząć, 2017 był dla mnie bardzo łaskawym rokiem i na razie widzę więcej ryzyka, niż szans, więc kontynuuję wyprzedawanie akcji. Zostało już niewiele kapitału w akcjach, głównie w spółkach, które nie uczestniczyły we wzrostach, są niedowartościowane, mają środki pieniężne itd. Na początku roku takich spółek miałem ponad 50 (ok. 80% portfela w akcjach), obecnie została mniej niż połowa, dodatkowo zredukowana do bezpiecznych poziomów (ok. 20% portfela w akcjach). Mogę na nich przeczekać do kolejnej hossy.

Obserwuję również pewne zachowanie charakterystyczne dla bessy:
- dynamiczne spadki na spółkach z kiepską sytuacją finansową,
- spadki na spółkach ze ściemnianymi wynikami,
- trend na szerokim nieważonym rynku: stabilny-spadkowy:


To tylko moje aktualne spostrzeżenia, na plus dla akcji przemawia kiepski sentyment i bardzo atrakcyjne dywidendy na tle innych form lokowania oszczędności. Długoterminowo zamierzam pakować się w akcje, ale skoro większość spada, to niech spadną jeszcze bardziej. Może uda się kupić małe i średnie spółki w takich promocjach jak WIG20 pod koniec 2015 i przez prawie cały 2016.

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails