sobota, 6 czerwca 2015

Lekcje z Niepokornego Mnicha cz. 1

Prolog

Tym razem to na pewno szczyt! Nareszcie! - radość momentalnie rozlała się po ciele, gdy po ponad dwóch godzinach wspinaczki na Veterny Vrch, a potem drugi szczyt Kvasnik, szlak zakręcił w dół. Trud przebytych 70 km gdzieś uleciał, zapomniałem o skręconej kostce, krwawiącej pięcie i zerwanym paznokciu. Czekał mnie już tylko zbieg z góry i jakieś 15 km po prostej. Było ciężko, ale świetnie wszystko wykombinowałem! Przechyliłem ciało do przodu i puściłem się w kilkukilometrowy kontrolowany upadek. Mijając kolegów z naszej "grupy pościgowej" zmagającej się z limitem czasowym radośnie popędziłem do ostatniego punktu żywieniowego w malowniczej słowackiej wiosce. Po kilku kilometrach wpadłem między budynki, namierzyłem wolontariusza i pognałem w jego stronę, pochłaniając już w myślach pomarańcze.
- Tędy w lewo i do góry - krzyknął przyjaźnie, wskazując wnękę między domami.
- Jak to do góry?? A punkt żywieniowy?
- Tam na górze, to tylko kilometr.
- Kilometr? - widok kolejnego wzniesienia poraził mnie.
- No właśnie, mówiłem - zauważył dobiegający kolega - jeszcze jedna góra i dopiero potem płasko.
- Nie ukończę tego biegu w limicie czasowym - pierwszy raz dopuściłem do siebie paraliżującą myśl. Potem setny raz zakląłem i ruszyłem pod górę. Zaplanowanie wcześniej tego biegu nie przyszło mi nawet do głowy, ale gdybym trzymał chociaż mapę w kieszonce przy pasie, a nie zakopaną głęboko w plecaku, uniknąłbym tej i wielu innych przykrych niespodzianek...

Biegacze na podejściu na ostatni punkt żywieniowy - spodziewałem
się go w wiosce poniżej. Zdjęcie z ukurun.go-krasna.pl
Splot nieszczęśliwych wypadków doprawiony szczyptą głupoty

Po udanych startach jesienią 2014 zwieńczonych złamaniem 40 minut na dychę w gdyńskim Biegu Niepodległości poluzowałem treningi. Postanowiłem do lutego się nie przemęczać, skupić bardziej na morsowaniu i nie związanych z bieganiem zajęciach. Zimowa aura i szybko zapadający zmierzch nie zachęcały do biegania, dlatego do mocniejszych treningów chciałem wrócić na ok. 2 miesiące przed pierwszym poważnym biegiem (TriCity Ultra 80). Michał i Staszek z naszego teamu pracowali nad formą nieustannie i nie ukrywali co myślą o moich i Tomka wymówkach. Przekonałem się o tym, gdy wybiegliśmy na maraton po TPK i w połowie powiedziałem im, żeby biegli dalej beze mnie, bo dalej w ich tempie nie pociągnę (mimo, że i tak co chwila się zatrzymywali, żeby na mnie poczekać).

Mimo to forma wróciłaby dość szybko, gdyby nie  PECH NR 1 - mając przebiegnięte zimą w krótkim czasie 2 długie biegi dostałem lekkiego kataru. Nie było to nic nadzwyczajnego, ale postanowiłem użyć jakiegoś wynalazku na zatoki. Wetknąłem rurkę w jedną dziurkę od nosa i nacisnąłem plastikową buteleczkę, żeby słony płyn wyleciał przez drugą. Szło to bardzo opornie, dlatego zacząłem gwałtownie naciskać i tłoczyć również powietrze (GŁUPOTA NR 1), myśląc że w ten sposób przepcham zatkany nos. Po dwóch takich zabiegach zaczęło pobolewać mnie czoło, kolejnego dnia ból rozszerzył się na skroń i promieniował aż do czubka głowy. Skończyło się na antybiotyku i słabszej formie na TU80.

Tydzień po pierwszym ultra, a 3 tygodnie przed relacjonowanym tu biegiem Niepokorny Mnich (96 km, 4305 metrów przewyższeń) pospiesznie odbudowywałem formę. Ponieważ nastawiłem się na przygodę i zwiedzanie gór, bagatelizowałem ten bieg. Wyzwaniem była jesienna Łemkowyna Ultra Trail 150, natomiast setka po Pieninach miała być spacerkiem na granicy limitu czasowego. Więcej czasu spędziłem na poszukiwaniu aparatu do pstrykania widoków, niż potrzebnego sprzętu. Ale wróćmy do owego feralnego tygodnia, bo zakończył się on PECHEM NR 2. Wyskoczyłem z bratem na zakończenie sezonu bydgoskich morsów. Bałem się kąpieli w jeziorze, mając świeżo w pamięci bóle głowy, ale ciało wynagrodziło mi pobyt w zimnej wodzie endorfinkami - po zapaleniu zatok nie było śladu. Po wyjściu z wody ubrałem się, zrobiłem kilka pompek i postanowiłem rozgrzać się szybkim sprintem po lesie. Mknąc po ugniecionym mchu i n-ty raz rozmyślając nad sensem życia i radością płynącą z prostych i pozornie nieprzyjemnych czynności, straciłem na chwilę świadomość (pamiętam tylko odgłos chrupnięcia), a po sekundzie poczułem okropny ból przy kostce. Jakiś @#$%! korzeń sprytnie ukrył się pod mchem i postawił pod znakiem zapytania start w Szczawnicy.

Przez kolejny tydzień nie było mowy o bieganiu, mimo to opuchlizna nie zeszła (właściwie to została do teraz...). Gdy nieśmiało wybiegłem na pierwszą piątkę po wypadku, odnotowałem z ulgą, że odpowiednio spadając nie czuję bólu. Ból uaktywniał się przy zginaniu stopy w kierunku piszczela, czyli wtedy gdy wchodzę pod górę, natomiast przy zbiegach go nie czułem. Pomyślałem, że jak będę pamiętał, by za każdym razem poprawnie postawić stopę wchodząc pod górę, powinno się udać :)

Żeby nie przedłużać - skręcona kostka (czy coś tam innego obok) na 3 tygodnie przed biegiem była dużym pechem; o tym że długie biegi należy planować uświadomiłem sobie po lekturze "Szczęśliwi biegają ultra", ale muszę ze wstydem przyznać się do dwóch niewybaczalnych błędów:
GŁUPOTA NR 2: zamiast kupić baterie do czołówki (bieg startuje o 3 w nocy), kupiłem akumulatorki, naładowałem je, sprawdziłem że diodki świecą i odstawiłem na półkę - tydzień przed biegiem...
GŁUPOTA NR 3: buty do biegania w górach. Jako zwolennik naturalnego biegania i nie przepłacania za buty postanowiłem zabrać trailowe kłapcie z Lidla, w których pobiegłem Łemkowynę. Były to całkiem udane buty poza jednym mankamentem: zapiętka lewego buta była felernie wykonana (zagięta do wewnątrz) i po 50 km skrobania na Łemko zdarła mi z achillesa skórę do krwi. Przez tydzień odrywałem skarpetkę, zanim wpadłem na pomysł, że można nakleić plaster. I z takim remedium (pewnie zedrze znowu skórę, ale w biegu nie będę tego czuł, a potem nakleję plaster) spakowałem buty do plecaka.

Wyposażony w plan "zacząć lekko, a potem odpoczywać", czołówkę z niepewnymi akumulatorkami, felerne buty i jakąś maść przeciwbólową w razie gdyby kostka uniemożliwiała bieg stawiłem się na zbiórkę przed wyjazdem.

Jeden dzień wakacji

Lubię biegać ultra, ale nie po górach. Po górach lubię chodzić, podziwiać widoki. Może gdybym nie mieszkał na drugim końcu Polski, oswoiłbym się z nimi na tyle, by polubić dłuugie podejścia i szalone zbiegi. Jeśli jednak jedyna styczność z biegami górskimi to zawody ultra, na których czasem trzeba pocisnąć, żeby załapać się na metę w limicie, to już na długo przed finiszem nie lubię ani gór, ani biegania. Dlaczego zatem jeżdżę na takie biegi? Bo należę do najlepszej drużyny ultrasów pod słońcem - z Tomkiem, Michałem i Jarkiem vel Staszkiem nawet 8 godzin w aucie jest frajdą, a co dopiero wspólne sączenie piwka w gospodzie na dzień przed startem. Wyjazd z nimi przywołuje magię wycieczki klasowej.

Tak też było w piątek przed startem. Zakwaterowaliśmy się w domku z takim widokiem:

Idealna kwatera - urocze widoki, a start i meta biegu
100 metrów dalej, na lewym brzegu mostu

Wyskoczyliśmy na góralski obiad (nawet dla mnie znalazły się smaczne wegetariańskie placki ziemniaczane) :

Tomek & Staszek, złożyli śluby abstynenckie, więc pili oranżadę
Ja i Michał
Sielanka trwała godzinkę, później było już tylko gorzej :)

Po odebraniu pakietów startowych spotkaliśmy Jaromira z Karoliną (para z Gdyni, zazdrościmy im, że wspólnie dzielą pasję biegania, ale czasem nie :) i docisnęliśmy się pizzą. Jak się bawić, to na całego. Z Tomka i mnie pizza wyssała energię, Michałowi dodała sił.

Jak mi ktoś mówi, że od 25 lat nic się w Polsce nie zmieniło, to
niech mi pokaże choć 1 zdjęcie z czasów PRL z taką pizzą..

Jak grzeczni chłopcy, o 21.30 poszliśmy spać i w dobrych humorach wstaliśmy o drugiej.

Kostka, kostka i po kostce

Tuż przed startem Karolina robi nam zdjęcie:



Humory dopisują, oczekiwania różne: Michał i Staszek nie obijali się zimą i chcą powalczyć o dobre czasy, my z Tomkiem chcemy tylko skończyć, ja dodaję, że nie chcę się zajechać. Przyjechałem na 3-dniowe wakacje potruchtać po górach, zrobić mnóstwo ładnych zdjęć i wypić piwo na mecie. Jaromir debiutuje w górach, ale na maratonach pokazał na co go stać (ostatnio 3:16), więc zakładam, że będzie się ścigał z naszymi psami gończymi.

O 3 startujemy i po jakimś kilometrze truchtania przez Szczawnicę zaczynamy pierwsze podejście. Góry są tu jakieś inne niż w Beskidzie Niskim - wejście na szczyt rozciąga się na 10 kilometrów - przez bite dwie godziny niemal wyłącznie idziemy pod górę. Po jakichś 20 minutach moja czołówka zaczyna blednąć. Na podejściach ryzyko jest niskie z racji tempa, ale czasami zdarzają się zbiegi po kamieniach i ratuje mnie fakt, że to dopiero początek biegu, więc posuwam się w peletonie. Manewruję dzięki światłom innych biegaczy, ale wystarcza moment w półmroku, bym kopnął lewą nogą (tą ze skręconą kostką) w korzeń i po raz pierwszy zwijał się z bólu. Modlę się, żeby świt zastał nas nim zaczniemy zbieg. Moje modły zostają wysłuchane, ale i tak skręcam kostkę jeszcze raz na jakimś kamieniu. I kolejny raz w górnej partii gór, bo zapadnięcie się nogi w śniegu powoduje ból jak przy skręceniu. Spadam bezwładnie na bok, ktoś proponuje mi swoje kijki, żebym dokuśtykał do pierwszego punktu. Dziękuję mówiąc, że jakoś to rozbiegam i wracam do gry w stylu pirata z drewnianą nogą. W czasie długich biegów różne części ciała czasem bolą, ale dopóki się biegnie, ból się rozmywa i przypomina o sobie dopiero na mecie.

Po czwartym skręceniu (znowu zapadnięcie stopy w śniegu) ląduję po raz ostatni na ziemi. Stopa robi się tak opuchnięta, że rozpiera buta i usztywnia kostkę. Poluzowuję lekko sznurowadła i ku mojemu zdziwieniu epopeja z tą kontuzją schodzi ze sceny. Przede mną jeden z fajniejszych etapów biegu - mam jeszcze sporo sił, nakręca mnie euforia po cudownym "ozdrowieniu" stopy, słońce wreszcie wstało, więc czołówka wylądowała w plecaku i przede wszystkim mogę wreszcie biec, bo przekroczyłem szczyt. Spory kawałek trasy pokonuję obok Filipa i jego psa Komandosa. Dobrze wychowany psiak budzi dużo sympatii, najbardziej imponował mi jego spokój na trasie. Gdy biegliśmy obok jakiejś ogrodzonej posiadłości nagle wyleciały dwa ujadające psy, Komandos leniwie zerknął na nie, lekko odbił w drugą stronę, jakby nie chciał wdawać się w dyskusję z gówniarzami i popędził dalej do przodu z wywieszonym jęzorem.

Pamiątkowa fotografia, kiedyś wnukom opowiem,
że biegałem z Szarikiem
Na 30-stym kilometrze trasy wypada szczyt Niemcowa. Tutaj po raz pierwszy poczułem skutki braku planowania biegu i znajomości trasy. Czy naprawdę takim problemem było zapamiętanie tej mapki?



Byłem pewien, że na dole czeka punkt żywieniowy, podobnie jak po wcześniejszym zbiegu z Przechyby. Nie uzupełniłem wtedy płynu w bukłaku, bo wydawało mi się, że na tym co zostało spokojnie dotrę do kolejnego punktu. Nie sprawdziłem na mapie, że będzie to wymagało zdobycia dwóch gór, a odległość będzie o 10 km większa. Zamiast punktu żywieniowego na biegaczy czekało jakieś 7 km pod górę na otwartym terenie. Słońce wzeszło już na dobre i zaczęło zdrowo przypiekać, a ja wciąż biegłem w zestawie nocnym złożonym z dwóch koszulek i kurtki. Mimo, że rozcieńczyłem izotonik pół na pół z wodą, słodki płyn wywoływał odruch wymiotny. Marzyłem o zwykłej wodzie. W wyższej partii gór leżał jeszcze śnieg, okładałem nim twarz, ale nie odważyłem się jeść. Tomek nie miał oporów. W końcu nawet izotonik się skończył i w myślach przeklinałem tę górę. Wyobrażałem sobie, jak będę pisał na blogu, że jej nienawidzę - i oto nadszedł dzień zemsty ty góro ty :)

Do góry, do góry, aż czujesz wstręt,
a tam na górze jest taki zakręt,
a za zakrętem gór jeszcze więcej,
gdzie tu bieganie do k.. nędzy

Podratował mnie jeden z biegaczy, który miał wody pod dostatkiem i przez jakieś dwa kilometry pogrążyliśmy się w rozmowie. W ogóle na całym biegu spotkałem wielu biegaczy, z którymi nawiązałem jakby emocjonalną więź; wielokrotnie mijaliśmy się, czasem szliśmy kawałek razem, spotykaliśmy na punktach żywieniowych i witaliśmy jak starzy przyjaciele. Niedaleko przepaku w przełęczy Gromadzkiej szlak uraczył nas korytkiem, do którego spływała rurą zimna, ożywcza woda. Opiłem się jej na zapas i podbudowany dotarłem wreszcie na punkt.

Przez te buty byłem struty

Na miejscu miła niespodzianka, przy jednym ze stołów odpoczywa Jaromir i zdaje relację: Staszek cierpi z powodów żołądkowych, Michał zgodnie z przewidywaniami prze do przodu, a Tomka jeszcze nie widział. Plotki z trasy, zdawkowe informacje i przypuszczenia są ciekawym elementem biegów ultra. Czasami podnoszą na duchu, innym razem wlewają gorycz. Im dłużej biegniesz, tym bardziej irytują cię życzliwe odpowiedzi wolontariuszy czy turystów, którzy zapytani o dystans do kolejnego punktu uważają, że jak podadzą mniejszą wartość, to nie upadniesz na duchu. "To już blisko, za tym zakrętem, jakieś 800 metrów", słyszysz, a po 800 metrach okazuje się, że punkt jest kolejne 800 metrów dalej. Niby pestka, ale odarcie z nadziei mocno boli i podkopuje zaufanie. Irracjonalne, ale takie właśnie są ostatnie godziny ciężkiego biegu. Na ostatnich etapach biegów ultra powinni stać tylko doświadczeni wolontariusze, przyzwyczajeni do zmordowanych, rzucających bluzgi galerników. Radosne powitania i wdzięczność to domena pierwszej połówki i mety.

Na tym punkcie jest przepak, więc po ugaszeniu pragnienia wyciągam swoją tajną broń - kaszetti z chili i groszkiem. Mój organizm kiepsko przyjmuje chemię, więc nie zabieram na trasę żadnych żeli czy innych shotów. Zazwyczaj napełniam bukłak kompotem teściowej, wciskam do plecaka dwie czekolady z bakaliami, a na punktach żywieniowych szukam owoców i przede wszystkim warzywnych zup. Warzywny obiad z kaszą zapełnia żołądek złożonymi węglowodanami, skutecznie usuwa głód i nie odczuwam żadnych niedogodności wybiegając z pełnym brzuchem. Tym razem zamiast kompotu miałem rozcieńczony izotonik i to wystarczyło, żebym się "przecukrzył". Zamiast czekolady natomiast zabrałem kilka batonów chrupkowo-czekoladowych i nie żałowałem, bo nie ciążyły na żołądku.

Na przepaku uzupełniam bukłak samą wodą i po odpoczynku wychodzimy z Jaromirem o 10:45. Na podejściu jednak żegnamy się - wchodzenie pod górę jest moją piętą achillesową, którą staram się rekompensować szybkimi zbiegami. Kolejny punkt odżywczy jest za ok. 23 km, mapka pokazuje dwa szczyty po drodze, ale bez głębokich zbiegów i podejść. Po przebiegnięciu ok. 43 km szacuję przebycie tego odcinka na ok. 2 i pół godziny, zupełnie pomijając fakt, że jestem w górach i w rzeczywistości będę potrzebował godzinę więcej.

Z góry Wysokiej szlak zakręca na słowacką stronę i wreszcie jest trochę szybkiego biegu. Nie biegnie się już przyjemnie, ale też nie jestem jakoś specjalnie zmęczony. Limit czasowy wydaje się niezagrożony. Na przełęczy Korbalowa turyści odpowiadają już česť, pytają jakoś "skolka", ktoś z ekipy pilnującej przejścia przez jezdnię odpowiada 53. Acha - czyli do celu jeszcze 43.5 - tylko maratonik! Widząc przed sobą dłuższe podejście robię krótką przerwę na batona i picie. Gdy ruszam pod górę dochodzi wreszcie do świadomości znajomy ból, który narastał od jakiegoś czasu - pęka pęcherz na ciężko doświadczonej tego dnia lewej stopie. Nieprzemakalne lidlerki, które dotychczas dzielnie chroniły stopy na błocie, uskrobały w końcu lewą piętę i teraz działają przeciwko mnie.. Góra Korbalowa wygląda na mapce jak ząbek, ale na szlaku to 3 km podejścia, które muszę pokonywać stawiając całą stopę na wyprostowanej nodze (normalnie wchodziłbym na palcach z lekko ugiętymi nogami). A przede mną jeszcze 43 km - cały cholerny maraton...

C.D.N.

2 komentarze:

  1. Eeeee a gdzie i kiedy ciąg dalszy??? Rozsiadlem się, czytam, a tu w połowie koniec i zaproszenie na kolejny odcinek. Normalnie jak w Klanie!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bienvenue en Pologne! Im dłuższy tekst, tym mniej ludzi czyta do końca, a tu się tasiemiec zrobił :) Postaram się jutro skończyć, na dzisiejszym wybieganiu przypomniałem sobie kilka sytuacji wartych odnotowania.

      Usuń

Dziękuję za komentarz. Ze względu na ataki spamerskie musiałem wprowadzić moderację, ale postaram się przeczytać go i odpisać jak najszybciej.

Pozdrawiam,
podtworca

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails