Pokazywanie postów oznaczonych etykietą droga jest celem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą droga jest celem. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 stycznia 2018

Podsumowanie sezonu ultra 2017 cz. 2

Część 1:
https://podtworca.blogspot.com/2017/12/podsumowanie-sezonu-ultra-2017-cz-1.html


Maraton Puszczy Bydgoskiej (66km)

Czyli najlepsza impreza biegowa 2017. Pochodzę z Bydgoszczy i jestem z tego dumny! Pierwsze skojarzenie jakie mam z moim rodzinnym miastem, to wąsaty Kujawiak namalowany na ścianie Browaru Bydgoskiego, obok którego jeździliśmy za komuny i pierwszych lat demokracji na działkę:






Przez kolejne lata mijaliśmy browar z Pawłem, w drodze do taniej książki w centrum miasta oraz by zobaczyć nowe komiksy w Empiku. A potem Kejdżeja przejął Żywiec i zniszczył 150-letnią tradycję warzenia piwa w Bydgoszczy. Zamknęli produkcję, teren sprzedali deweloperowi, który wyburzył budynki. Nienawidzę ich za to i nigdy nie kupię piwa żywiec ani innych produkowanych przez tę grupę.

Przed wakacjami, nim Tomek obraził się na bieganie, zdążył namówić mnie na 2 imprezy biegowe: Maraton Puszczy Bydgoskiej oraz "naszą" ultra-Łemkowynę (naszą, ponieważ biegliśmy pierwszą edycję, po której staliśmy się oficjalnymi ultrasami i drugą, na której ukończyliśmy 150-km bieg zaliczany do najtrudniejszych w Polsce). Do bydgoskiej imprezy nie byłem entuzjastycznie nastawiony: mam płacić za bieganie po lesie, do którego przez kilkanaście lat jeździliśmy z rodzicami na grzyby? Przecież tam nic ciekawego nie ma. Sosny i mech.

Do biegu zaczęliśmy przygotowywać się na poważnie dopiero miesiąc przed startem, czyli we wrześniu. Nie stawiamy już sobie celów, biegowo się spełniliśmy, liczy się przede wszystkim dobra zabawa i wspólnie spędzony czas. Gdańsk i okolice naszego osiedla obfitują w piękne przyrodniczo tereny, lasy, rzeczki, jeziora, pagórki.


Niestety Tomek przeżywał w tym czasie spadek formy i motywacji. Do Bydgoszczy jechał tylko dlatego, że się zapisał i opłacił start. Może liczył też na jakieś magiczne przestawienie wajchy, które jednak nie nastąpiło. Rok wcześniej zdeklasował Michała i mnie na Sudeckiej Setce, w 2017 musiał zejść z trasy już po maratonie. Miesiąc później doczłapał pod koniec stawki 55km Chudego Wawrzyńca (Beskid Żywiecki).

Ja również mało trenowałem, albo raczej mało biegałem, ponieważ kosztem regularnych wybiegów grałem sporo w ping ponga. Do Bydgoszczy pojechaliśmy jak stare wiarusy, bez większych oczekiwań i z refleksją czy nie było lepszych sposobów spędzenia tej niedzieli, np. zabrać gdzieś dzieciaki czy zwyczajnie się wyspać. Na miejscu było zimno i.. jakoś tak zielono. W gdańskich okolicach dominują lasy liściaste, które blokują światło słoneczne a spadające jesienią liście tworzą szaroburą ściółkę.

Puszczę Bydgoską tworzą iglaki, pod którymi rozpościerają się wielkie połacie mchów, krzewów jagodowych i innych zielonych porostów. Wróciły do mnie znajome zapachy lasu, kojarzące się z grzybami. No i strome pagórki, które wcześniej wyparłem z pamięci. Cała trasa była nimi usiana!





Maraton Puszczy Bydgoskiej to świeża impreza i czuło się na niej neoficką radość ze zrobienia czegoś wielkiego. Mnóstwo życzliwości i uśmiechniętych wolontariuszy. Przypomnieliśmy sobie z Tomkiem pierwsze starty, gdy wszystko było takie nowe i fascynujące.

Pełna relacja Tomka:
http://runaroundthelake.blogspot.com/2017/10/dwa-bakajace-sie-osie-czyli-relacja-z.html


Łemkowyna Ultra Trail 70km

Nasza trzecia łemkowyna miała być powrotem do korzeni. Wspólny wyjazd ex-TriCity Ultra (Michał, Tomek i ja) + Grzesiek, który dołączył na wolne miejsce. I niby wszystko było jak dawniej - wesoło w samochodzie, piwo w Chyrowa Ski:


Piwkowanie w pokoju, poranny start:


piękna trasa, kolejne piwkowanie w pokoju i znowu 10 godzin w aucie:


Gdyby nie depresja gangstera, czyli pogłębiające się zniechęcenie Tomka do biegania. Zabrakło mu kilku minut do limitu na ostatnim punkcie pomiarowym i zszedł z trasy kilkanaście kilometrów przed metą. 3 lata wcześniej ukończyliśmy bieg w komplecie, i podczas gdy ja ze Stasiem dość szybko poszliśmy spać, Tomek z Michałem do 3 w nocy okupowali bar opijając wiekopomny wyczyn. Tym razem fiesty nie było, po kilku głębszych towarzystwo rozeszło się do łóżek.

Relacja Tomka:
http://runaroundthelake.blogspot.com/2017/10/emkowyna-ultra-trail-70-fin-de-siecle.html


Maraton Sentymentalny

Poświęciłem mu odrębny wpis:
https://podtworca.blogspot.com/2017/11/maraton-sentymentalny.html


Maraton 3 Mola

Ostatni maraton w sezonie 2017, podobnie jak Maraton Sentymentalny przebiegłem sam. Wziąłem wolny piątek, machnąłem plan trasy, pyknąłem fotkę dla chłopaków na starcie:


i ruszyłem ku przygodzie. Postanowiłem odwiedzić 3 trójmiejskie mola, w Gdyni-Orłowo, Sopocie i Gdańsku-Brzeźnie. Pod koniec roku forma mi zazwyczaj zwyżkuje, więc było dość szybkie tempo, czas na przemyślenia, delektowanie się widokami i szumem morza.

Klif w Orłowie

Molo w Orłowie

Sopockie molo

Skromne molo w Brzeźnie
Po 46 km czułem się lepiej niż latem po mocnych 10km. Zimno mi służy, pozwala optymalnie wykorzystać moc organizmu.


Podsumowanie

2017 był rokiem biegowo spokojnym. We wcześniejszych latach napinaliśmy sprężynę, szukaliśmy nowych wyzwań, dystansów i miejsc do zwiedzenia. W końcu przyszło odbicie, które różnie nas potraktowało. Tomek zaliczył doła, z którego teraz wychodzi i zapewne znowu nas zaskoczy, bo tym razem postanowił przeprogramować swoje nawyki. Ja biegałem mniej niż we wcześniejszych latach i ostatecznie nie zrealizowałem planu 1 ultra/lub maratonu w miesiącu, bo wyszło ich razem 10 (7 maratonów i 3 ultra). Nie żałuję, bieganie ma być częścią życia, a nie celem, ten plan to tylko taka mapa. Spadek formy nie dotknął Michała, który zbliżył się do rekordowego 2015, przebiegł ponad 3200 km i szykuje się do startu w biegu na 240 km. A ja mu trochę zaczynam tego zazdrościć i kalkulować..


niedziela, 2 lipca 2017

Konflikty wewnętrzne

Co jakiś czas wzbiera we mnie uczucie, że muszę się zresetować. Czynności, które wcześniej sprawiały przyjemność zaczynają nużyć, nie chce się czytać książek i komiksów, które wcześniej przyprawiały o dreszczyk, nie chce się uczyć gry na gitarze czy języków obcych. Stać mnie tylko na przeskakiwanie między blogami, wykresami, twitterem i fejsem w poszukiwaniu czegoś, co może na chwilę zaciekawić. Bardziej to jednak męczy, niż pomaga na znużenie. Na krótką metę ulgę dają treningi fizyczne, ale i one są jak wieczorne piwko - jest odprężająco do kolejnego dnia, gdy natłok myśli znowu daje znać o sobie.

Można to przeczekać, nastrój jest wypadkową wielu cykli. Po nocy wychodzi słońce itd. U mnie jednak sprawdza się fizyczne wyczerpanie. Maraton lub bieg ultra, przejście przez punkt, w którym organizm jest zbyt zmęczony by myśleć i uwolnienie się od wszelkich powinności świata zewnętrznego. Zostaje egzystencja, odczuwanie ograniczeń ciała, radość z prostych rzeczy jak odpoczynek na pieńku czy kubek zupy dyniowej. Na finiszu wielka radość, że już koniec katorgi i kilka następnych dni w trakcie których otępienie miesza się z przypadkowym zachwytem nad przyrodą czy zasłyszaną piosenką.

Psycholog powie, że taka potrzeba resetu to wynik konfliktów wewnętrznych. Zapewne tak mam, zrobiłem kiedyś sobie psychologiczny autoportret (polecam książkę, nie ma tu żadnej ezoteryki, tylko wypracowane naukowo metody) i dominujący w moim przypadku okazał się typ sumienny. Nie było to dla mnie niespodzianką, w szkole należałem do prymusów, w firmie czy pracy nigdy nie chciałem nawalić. Z drugiej strony odkąd pamiętam poszukiwałem celu i sensu życia, ocierałem się zatem o różne prądy religijno-filozoficzne. To balansowanie między potrzebą budowy materialnego dziedzictwa i duchowego rozwoju jest przyczyną pojawiających się regularnie dysonansów.

Konflikty wewnętrzne mogą być niebezpieczne, szczególnie jeśli ktoś doświadczył traumy lub za narzędzie resetu wybiera alkohol czy narkotyki. Psychoterapia polega na znalezieniu przyczyny konfliktów i wypracowaniu kompromisu w wykluczających się algorytmach, które nami sterują i/lub znalezieniu bezpiecznego ujścia narastającej frustracji. Pomocne może być też podejście duchowe, czyli świadome przeżywanie tego co dzieje się w ciele, nawet jeśli tego nie rozumiemy. Pisałem o tym na blogu, kiedy siedziałem w buddyjskich klimatach. Dla mnie ta droga była ważna, bo pozwoliła ułożyć sprawy duchowe, dla których nie znalazłem wytłumaczenia w naszej zachodniej kulturze. Jeżeli ktoś jest zainteresowany, może przewertować archiwum i zajrzeć do ebooka.


wtorek, 2 lutego 2016

Humory Tora cz. 3

Następne 30 km to standard ultra - trochę rozmów, trochę nudy, ciemność, dłużyzny. Podobno wokół piękne widoki, ale jest noc i nic nie widać. Co jakiś czas zawiewa lub pada, ale od Atlantyku dzieli nas pasmo wysp, które pierwotnie mieliśmy biec (patrz cz. 1) oraz łańcuch wzgórz, więc orkan hula raczej na Hellesoy z przekreślonym o.

Na ostatnim większym moście spokojnie. Kończy się osłona pasa wzgórz. Co jakiś czas zacina deszcz ze śniegiem. Zaczyna mi dokuczać ciężar odpowiedzialności. Łącznie wydłużyliśmy trasę o 15 km i z pierwotnych 105 km zrobiło się 120. Nie przewidziałem również, że ten bieg kwalifikuje się do górskich (łączna liczba przewyższeń wyszła ok. 2500 m). Roślinność wokół karłowacieje. Co 5 minut muszę zakładać płaszcz przeciwdeszczowy, by za chwilę się w nim przegrzewać, gdy przestaje padać. Zdejmuję, biegnę chwilę i znowu deszcz. W końcu mam tego dość i biegnę bez przeciwdeszczówki - gorące ciało powinno skutecznie osuszyć ubranie.

I wtedy docieramy nad fiord. Nim się kapnąłem, że zacinający deszcz ze śniegiem nie skończy się za 3 minuty, byłem już kompletnie przemoczony. Naciągnięcie płaszcza niewiele zmieniało. Do celu zostało nam jakieś 8 km przez skaliste wysepki połączone mostami. Widoczność na pół metra, śnieg z deszczem zacina poziomo, aż trzeba ręką osłaniać oczy. Nagle błyskawica rozświetla niebo i zasiewa zwątpienie. Nie tak to sobie wyobrażaliśmy. W wizjach wyglądało to mniej więcej tak:


rzeczywistość natomiast jak tu:


Tuż przed mostem na pierwszą wyspę podejmujemy decyzję - odpuszczamy. Może dałoby się jeszcze przedrzeć przez sztorm, ale świadomość, że w każdej chwili może walnąć gdzieś z boku piorun sprawia, że nie chcemy dostać nagrody Darwina. Zwiewamy przed deszczem pod obudowaną wiatę przystanku i oceniamy siły. Rekalkulacja trasy pokazuje, że zostało nam 30 km do mety. Od ok. 30 km prawie nie jedliśmy i praktycznie nie piliśmy (przez cały bieg wypiłem ok. litr wody, pół litra kefiru i 200 ml kawy). No i jest zimno. Wszystko przemoczone, zatrzymanie się to hipotermia, chodzenie to konserwacja hipotermii, można tylko biec, żeby nie marznąć.

Przetruchtałem już trochę podobnych dystansów, więc w cięższych warunkach liczę 2 godziny na dychę. 30 km to w najgorszym wypadku 6 godzin - wystarczająco długo, by nie liczyć czasu, ani kilometrów. Ale dla chłopaków nie przyzwyczajonych do takich dystansów ten etap jest najtrudniejszy. Zerkasz na zegarek, wydaje ci się, że biegniesz/idziesz już 10 minut od ostatniego razu i zrobiłeś minimum kilometr, tymczasem okazuje się, że pokonałeś ledwie 300 metrów. Z początkowej przygody nic nie zostaje, w głowie burza emocji, zwątpienie przemieszane z beznadzieją. Gdyby było lato, można się zatrzymać, posiedzieć, w Polsce można też trafić na stację benzynową, na której można wypić kawę i coś zjeść. Ale nie w Norwegii - tu sklepów na prowincji nie ma, jak są, to zamykane o 23, a zatrzymanie się grozi natychmiastowym wyziębieniem. Ultra biega się głową. Ja to przeżyłem nie raz, chłopacy dopiero budowali bazę doświadczeń. Zmagania Piotra z sennością przypomniały mi naszą pierwszą setkę na Hel sprzed 2 lat z ekipą Tricity Ultra.

Gdy opuściliśmy obszar opadów zdjąłem płaszcz. Ciężko się przemóc, gdy jest ci zimno, ale trzeba wystawić mokre ciuchy na wiatr, żeby wydmuchał wilgoć. Niestety ciało już nie grzeje, bo nie ma skąd dostarczyć kalorii. Na myśl o czekoladzie i cukrze zbiera się na wymioty. Biegniemy z Rafałem z przodu, jak odstajemy za daleko, biegniemy z powrotem do chłopaków. Nie możemy się zatrzymać, bo od razu jest zimno. Temperatura spada poniżej zera, na drogach gołoledź. Przekraczamy most, który niedawno był taki spokojny - teraz omiata go Tor. Ale most jest krótki i jedynie uśmiecham się pod nosem cytując Theodena "To wszystko na co cię stać Sarumanie?"

Zakręcamy na Manger, ok. godziny 7 "rano", ale jak było ciemno, tak jest. Widzimy szyld stacji benzynowej - jest nadzieja! Nadzieja umiera szybko, stację otwierają o 9. Kwadrans później zaczyna się przejaśniać - chmury odsłoniły księżyc. U Witka w Bergen sprawdziliśmy, że w Manger jest market spożywczy, więc wiążę z nim poważne plany. Trzeba się ogrzać i pożywić, bo do wynajętego domku z centrum jest ok. 7 km. Nie mówię tego chłopakom..

Docieramy do miasteczka po 8. Niestety sklepy otwarte od 9 :) Jedni siedzą, drudzy się kręcą. Jak siadam, to po minucie mną telepie. Pierwsze co kupuję po otwarciu sklepu to owocowo-warzywne smoothie. Wypijam je nim wejdę z koszykiem między regały i po chwili czuję jak glukoza uderza do żył. Teraz wystarczy znaleźć knajpkę, zjeść w niej coś ciepłego, zapić kawką i bez problemu przejdziemy pozostały dystans. W domku mamy się zameldować o 15, zostało dużo czasu. Ale straciłem już posłuch - zrobiliśmy prawie 100 km i 2.5 km przewyższeń w 19 godzin w nietypowych jak na Norwegię warunkach pogodowych (poprzedni tak silny sztorm był rok wcześniej). Chłopacy każą mi dzwonić do Gunnara, od którego wynajmujemy domek, że będziemy szybciej. Tylko jak tam dotrzeć?

Skoro przypadek organizuje tę wyprawę, to nic dziwnego, że naszej rozmowie przysłuchuje się stojący przy kasie rodak i proponuje podwózkę. Gdy się czyta internetowe komentarze Polaków, często przewija się opinia, że nikt cię tak nie wykorzysta za granicą jak inny Polak. Tymczasem nasze doświadczenia są zupełnie odwrotne - Polacy, których tam spotkaliśmy okazali się bardzo życzliwi i pomocni. Nie spytaliśmy się naszego kierowcy o imię, ale bardzo mu dziękujemy i pozdrawiamy Konin, z którego pochodzi.

Gunnara nie ma w domu, ale nie robi problemu z naszego wcześniejszego przybycia. Dostajemy klucz od jego żony i prysznicujemy. Tak szybko opuściliśmy Manger, że nie zdążyliśmy zrobić porządnych zakupów. Trochę bułek, jakieś serki itp. W domku są produkty żywnościowe, na stole leżą jajka, ale wolimy poczekać na gospodarza, nim coś tkniemy. Oczekiwanie mija nam na spaniu. Gdy już gospodarz dociera, okazuje się, że to wszystko przygotowane dla nas, a jajka są z jego hodowli. Robimy zatem ucztę: ryż z keczupem i jajkiem popijany cydrem (w sklepie nie było nic mocniejszego niż 4.5%). Gunnar jest bardzo miłym człowiekiem, widać że 'guesthouse' w nazwie jest nieprzypadkowy. Opowiada nam historię domu w którym na chwilę zamieszkaliśmy. Dom i ziemia należą od stuleci do jego rodziny; pochodzi z 1859 roku, ma też izbę z bali z 200 lat starszego okresu i nowsze dobudówki.
Od lewej: ja, Piotr, Gunnar, Robo

Wypukłe bale z XVII wieku tworzą najstarszą część domu,
w której obecnie jest jadalnia


Tuż przed wyjazdem - chwila relaksu na bujanym fotelu

O 7 rano przyjeżdża po nas Witek. Pożegnalna fotka:





W nocy przysypał śnieg, więc jedziemy wolno. Witek opowiada o Norwegii, jedziemy drogą, którą biegliśmy półtora doby wcześniej; przejeżdżamy przez pamiętny most, na którym szalał orkan i tunel, który musieliśmy omijać górą. Na lotnisku Robo i Gajowy udowadniają, że wyprawa jeszcze się nie skończyła:




Tuż przed wylotem kupują widokówki i piszą życzenia do mamy, taty, starszego brata, kolegów i koleżanek ze szkoły (tj. grona nauczycielskiego). Gdy przylatujemy do Gdańska, wyciągam telefon, żeby zadzwonić do żony, gdy nagle wyłaniają się znajome twarze:

"Run around the lake" i "To have or to run": co prawda wzgardzili wyprawą
do Norwegii, ale też się świetnie bawili na dyszce wokół Jasienia
3/4 Tricity Ultra

I tak właśnie było.


Koszt wyprawy:

- bilety lotnicze w obie strony 78 zł (piątek 9.15 - niedziela 11:45),
- fajki i wódka dla polskiego majstra 170 zł,
- nocleg za 1 os. 237.5 koron ~ 113 zł,
- żarcie i pamiątki 462.5 koron ~ 220 zł

Razem 580 zł.

Miał to być przyjemny turystyczny bieg, w którym wykorzystam wypracowaną wytrzymałość - 100 km zwiedzania, bezpośrednie doświadczenie kraju, odpoczywanie w knajpkach przy piwku. Los sprawił, że trafił nam się orkan, przez większość trasy nie było możliwości kupić nic do jedzenia, a bieg skończyłem przemoczony, wyziębiony i głodny. I kurna teraz żadnych innych warunków nie wyobrażam sobie w przyszłych biegach turystycznych :)

poniedziałek, 1 lutego 2016

Humory Tora cz. 2

Uciec z miasta

Korzystanie z opcji 'snap to road' podczas rysowania trasy na Endomondo wiąże się z pewnym ryzykiem - ścieżka prowadzona jest po drogach dla samochodów. Ponieważ nie zakładałem zwiedzania miasta, pierwszy punkt ustawiłem w Bryggen, a kolejny jakieś 10km dalej i pozwoliłem algorytmowi wyznaczyć najkrótszą trasę. Przeoczyłem przez to dość istotny fakt - najkrótsza trasa biegnie przez tunel i jest zamknięta dla pieszych. Żeby przejść na drugą stronę, musieliśmy okrążyć niedawno opuszczony masyw górski.  W poprzek nie dało się przejść, bo Norwegowie odkrajają z gór bloki skalne i przystawiają do nich kolejne osiedla i domy. W końcu jednak trafiliśmy na ścieżkę prowadzącą na szczyt, mimo że nie widniała na mapie. Jej absencja szybko się wyjaśniła - droga jest dopiero w budowie :) Nie chcieliśmy jednak tracić czasu, więc brnęliśmy głębiej w las. Za ścieżki posłużyły nam koryta wymyte przez strumienie. Tam po raz pierwszy podlał nas Tor.




Za górami, za lasami trafiamy znowu na zabudowę miejską. Robi się ciemno, ale łuna miasta stwarza złudzenie jakby dzień się jeszcze nie skończył, bo w każdym domu palą się wszystkie światła. Kontrastuje to z kompletnie wyludnionymi ulicami. Po 20 kilometrach skręcamy na drogę, którą wyznaczyłem ręcznie, opierając się o mapę satelitarną, ponieważ endo traktowała ją jako nieprzejezdną. Początkowo stoją wzdłuż niej wille (każda obowiązkowo z zapalonymi wszystkimi światłami), później pojawiają się zabudowania rolników a nawet opuszczone domy. Aż wreszcie droga zamienia się w wąski żwirowy trakt przecinany kamiennymi murkami i bramami. Ogrodzenia służą do utrzymywania stad owiec w jednym miejscu. Jeden z bardziej klimatycznych odcinków trasy okazuje się dawną arterią pocztową.


Opuszczone domki z kamienia na szlaku pocztowym
Tor

Pojawiają się coraz liczniejsze zabudowania, aż docieramy do miasteczka, z którego rozciąga się szeroka panorama fiordu i zabudowań na wyspie Flatoy. Na wyspę prowadzi 1.8 kilometrowy most, "wąskie gardło" - jeżeli będzie zamknięty, to nici z wyprawy. Kiedy się do niego zbliżamy staje się cud - spotykamy dwóch ludzi! Jakiś dziadzio odprowadza wnuczka i na pytanie czy idziemy w dobrym kierunku mówi, że tak, ale że tam jest "windy". Dobiegając do mostu słyszymy dosłownie piekielne odgłosy. Próbujemy je nawet nagrać, ale komórki nie są w stanie oddać budzącego trwogę huku. Wejściu na most towarzyszy lekki szok - zaczyna nami miotać. Pędzę skulony trzymając czapkę, która prawie odfrunęła z latarką czołową. Docieram do przęsła i kucam, czekając na resztę ekipy. Tkwimy tam chwilę niczym żołnierze przyszpileni ostrzałem w okopie; chowamy czołówki do plecaków, sprawdzamy zapięcia kieszeni i szykujemy się do kolejnego skoku.

Na najtrudniejszym odcinku, na wybrzuszeniu mostu nie jestem w stanie łapać oddechu. Łykam powietrze niczym wigilijny karp w worku, wicher zarzuca jedną nogę i się o nią prawie potykam. Później jest trochę lżej i Robo kręci ten filmik ku pamięci (w minucie 1:12 widać jak było wcześniej) :




Gdy tylko schodzimy z mostu wszystko uspokaja się jakby nigdy nic. Aż ciężko uwierzyć, że kilkadziesiąt metrów dalej trwa takie piekło. Pokonanie Flatoy zajmuje chwilę, a kolejny, znacznie krótszy most do Knarviku jest o wiele spokojniejszy. Za nami ok. 1/3 dystansu, mnóstwo emocji i pięknych widoczków. Czas na kolację. Wsuwam bułki z kefirem, paczkę rukoli i słoiczek oliwek.



Gdybyśmy wiedzieli wtedy, że to ostatnia szansa na kupno żywności, wszystko potoczyłoby się inaczej...

niedziela, 26 lipca 2015

Droga jest celem cz. 7

Czwartek rozpoczyna niezwyczajnie. Kiedy rano otwiera oczy, czuje napierającą falę niepokoju przed pracą. Zamiast (jak zawsze) opracować plan, w jaki sposób poradzi sobie ze spodziewanymi problemami, a potem powtarzać w myślach ten plan po każdym nawrocie lęku, przypomina sobie, że to nie on się stresuje, tylko stres jest w nim. JEŻELI czuję, że opanowuje mnie emocja, której nie akceptuję, TO przestaję się z nią identyfikować i obserwuję co się dzieje we mnie. Stan lękowy przenika ciało, myśli z recepturami naprawczymi huczą w głowie, ale Marcin jest gdzieś indziej. Pozwala wyszumieć się myślom i emocjom, a potem obserwuje jak cichną i zanikają. Pozbawiony balastu ze zdziwieniem odkrywa, że proste poranne czynności mogą nieść radość.


Pracę rozpoczyna od poinstruowania kolegów co i jak powinni wykonać i prosi, by przez kolejne dwie godziny pozwolili mu skupić się na swoim projekcie. Wyłącza komunikatory, wycisza komórkę; w ciągu kolejnych dziesięciu minut głęboko się koncentruje i odcina od zewnętrznego gwaru. Po godzinie w czasie krótkiej przerwy sprawdza czy nie nadeszły jakieś istotne wiadomości. Odpisuje na kilka krótkich maili i wychodzi do kuchni zaparzyć kawę. Tam objaśnia kolegom z sąsiedniego pokoju parę kwestii, po czym wraca do pracy. Przed południem kończy etap projektu i idzie sprawdzić, jak sobie radzą. Okazuje się, że pozbawieni możliwości biegania do niego z każdym pytaniem koledzy radzą sobie całkiem przyzwoicie. Rozpracowali większość zagadnień, a te z którymi mieli problemy wypunktowali. Rozwiązują je wspólnie z Marcinem i umawiają się na kolejny przegląd pod koniec pracy.


Minęło ledwie pół dnia pracy, a Marcin czuje się, jakby zrobił więcej, niż pod koniec poprzedniego dnia. Zenek kolejny raz miał rację - o naszym poczuciu satysfakcji z pracy nie decyduje ilość wykonanych zadań, tylko przejście przez etap od koncentracji do działania w pełnym skupieniu. Nagle słyszy w głowie znajomy głos: “Dobra robota, szybko się uczysz! Nie zawsze będzie tak lekko jak dziś. Kiedy mija pierwszy entuzjazm po wprowadzeniu nowych zwyczajów, ludzie zazwyczaj wracają do starych nawyków. Jeżeli jednak będziesz pamiętał o stosowaniu nowych instrukcji, będziesz świadomie wybierał właściwe postępowanie, aż utrwali się jako standardowy wzorzec. Dziś wieczorem wpadnę do ciebie po raz ostatni i wyjaśnię jak trwale programować zmiany, a teraz wracaj do roboty. Ahoj!”


Wracając autem z pracy Marcin wciąż myśli o spotkaniu z duszkiem. Jego ekscytację przerywa widok wielkiego, ciągnącego się po horyzont sznura samochodów. Zapowiada się co najmniej godzina stracona w korku. “Niee! Akurat dziś? Do jasnej cholery!” Może już zapomnieć o treningu na rowerze. A taki był udany dzień! Dlaczego nie wybrał objazdu, tylko pchał się główną trasą? Ostatnio prawie nie było na niej samochodów, dziś jak na złość jeden, wielki korek. Dlaczego zawsze gdy mu zależy, świat robi mu na złość? “Halo! Tu ziemia! Obudź się!” Czy to jego głos? Sterownik “gniew” wyłacza się, Marcin budzi się z rękami zaciśniętymi na kierownicy i lewą nogą wdeptującą sprzęgło. “JEŻELI czuję, że opanowuje mnie emocja, której nie akceptuję, TO przestaję się z nią identyfikować i obserwuję, co się dzieje we mnie.” JA JESTEM przeżywa TU I TERAZ. Czuje napięcie w barkach, pulsowanie w głowie, napór w brzuchu. Przez głowę przelatują niezliczone myśli “dałem się ponieść; w dupę z tym buddyzmem, jestem wkurzony! to przejdzie, spokojnie; nie muszę się uspokajać, chcę wyrzucić z siebie złość! olać złość, chyba mija; ale, że ten korek musiał być akurat dziś?...” Marcina nie ma w tych myślach. Stoi z boku i obserwuje, jak myśli, uczucia gniewu, żalu mieszają się z ulgą i ciekawością. Nie kieruje na nie uwagi, wie że są tylko myślami, skupia się na odczuwaniu sygnałów płynących ciała. W ciągu dwóch minut impulsy ulegają wytłumieniu, aż przestają być odczuwalne. Wraz z nimi zanikają powiązane myśli i emocje.


“Przeżyłeś świadomie atak złości. Nie powstrzymywałeś go, więc nie miał z kim walczyć, nie podtrzymywałeś na nim uwagi, więc stracił paliwo. Brawo!”
“Wszystko widziałeś?” uśmiecha się Marcin.
“Tak. Czekam na ciebie w domu, wracaj spokojnie i ciesz się chwilą, która trwa!”
“Dobra, dobra żartownisiu. Tylko nie ześlij mi awarii samochodu, bo wtedy taki szlak mnie trafi, że żadna instrukcja nie pomoże.”


Godzinę później Marcin siedzi z herbatą naprzeciwko Zenka. Przez chwilę dyskutują o wydarzeniach ostatnich dni i śmieją się z wielkich małych problemów. Potem duszek przerywa na poważnie:
“Przyszedłem się pożegnać. Nie zobaczymy się już więcej, nie usłyszysz mnie również w głowie.”
“Kiedyś musiało to nastąpić. Nie ma szansy na jakąś mentalną konsultację od czasu do czasu?”
“Nie tym razem. Przede mną zbyt wiele nowych zadań. Ale nie martw się, świetnie sobie radzisz. Jestem spokojny o twój rozwój.”
“O to się nie martwię. Zwyczajnie będę za tobą tęsknić.”
“Też cię polubiłem, ale taki już los świadomych istot. Kiedy tęsknota będzie zbyt silna, zawsze możesz przeczekać ją metodą na obserwację”, mówiąc to Zenek puszcza oczko.
“Marna pociecha. Ale dziękuję ci za wskazanie drogi - celu mojej egzystencji. Martwi mnie czy będę świadomy jeśli z niej zboczę? Wciąż prawie nic nie wiem. Wskazałeś mi horyzont, a teraz zostawiasz samego.”
“Trenuj samoświadomość. Jak najczęściej doświadczaj emocji i myśli, nie tylko wtedy gdy źle się czujesz. Również euforia, którą utożsamiamy ze szczęściem jest tylko chwilową emocją. Pozwalaj jej trwać, ale nie podtrzymuj na siłę i nie tęsknij za nią, bo jej brak stanie się przyczyną cierpienia. Kiedy będziesz czerpał radość z życia, nie będzie szczególnie istotne czy będziesz siedział na ławce w parku, czy osiągał sukcesy w firmie.”
“Jestem jeszcze młody i głodny sukcesu, więc siedzenie w parku zostawię na emeryturę. Czytałem zresztą, że powinno się oddzielić pracę od domu czy hobby. Po powrocie do domu zapominać o tym, co działo się w pracy, na urlopie skupić się na wypoczynku.”
“To dobre rozwiązanie, ale musisz być świadomy czy nie odgrywasz tylko roli w każdej z tych sytuacji. Ludzie stresują się w pracy, więc szukają w książkach czy internecie jak sobie z tym radzić. Dowiadują się, że powinni przełączyć się w inny tryb po powrocie do domu i nie myśleć o problemach.  Wnioskują zatem, że aby nie podtrzymywać stresu, należy się mu przeciwstawić. Wiesz już jednak, że obie te drogi są tylko dwiema nieskutecznymi stronami tej samej metody. Gdy zepchniesz niepokój do nieświadomości, zamienisz go w lęk, który będzie się aktywował każdego poranka przed wyjściem do pracy.”
“Cóż zatem czynić Wujku Dobra Rado?”
“Przyjmij życie i z tej perspektywy świadomie wybieraj role. Nie chodzi o to, żebyś stworzył nową tożsamość JA JESTEM i analizował jak powinieneś zachować się w każdej sytuacji, by pozostać wiernym sobie. To również byłoby odgrywanie sztucznej roli. W większości przypadków czy to w pracy, czy wśród przyjaciół, będziesz zachowywał się jak dotychczas z tą różnicą, że wyczujesz momenty, w których niedostrzegane wcześniej emocje będą cię popychały do określonej reakcji. To może być na przykład nieuzasadnione poczucie strachu lub niechęci do jakiejś osoby. Może temu uczuciu ulegniesz, może nie, ważne jest byś był czujny i świadomy, że nie ta osoba jest przyczyną twojej reakcji, ale twoja emocja.


Zamień zachodni nacisk na zewnętrzne objawy sukcesu na osiągnięcie spełnienia wewnątrz. Poznałeś technikę na osiąganie spokoju i jasnego umysłu. Praktykując ją będziesz częściej żył w sposób świadomy, zamiast odtwarzać uwarunkowane zachowania. Gdy będziesz w pracy, będziesz pracował, gdy będziesz w domu, będziesz w domu, gdy będziesz z przyjaciółmi, będziesz z przyjaciółmi. Niezależnie od zewnętrznych okoliczności będziesz czuł, że jesteś tam, gdzie powinieneś być, w chwili, w której powinieneś być: w tu i teraz.”
“Myślę, że czasami opór wobec tego jak żyję może być potrzebny. Na przykład będę spełniał się w pracy i w rodzinie, ale pewnego dnia zacznę czuć, że czegoś mi brakuje, i powiedzmy zacznę się interesować astronomią, jeździć w góry czy zbierać znaczki. Bez buntu wobec tu i teraz nie zacząłbym porządkować swojego otoczenia, bez poczucia braku sensu nie zainteresowałbym się wyścigami rowerowymi.”
“Akceptacja życia nie polega na tym, że wszystko wokół ci się podoba. Odczuwanie niezadowolenia z zastanej sytuacji jest naturalnym ludzkim odruchem i nie ma sensu go wypierać. Różnica tkwi w uwarunkowanym buncie wobec tego co jest, a w świadomym odczuwaniu potrzeby zmiany. W pierwszym przypadku ludzie narzekają na los lub korzystają z utartych rozwiązań typu chwilowe polepszanie nastroju używkami, zmiana partnera czy pracy. W drugiej sytuacji nie zżywasz się z problemem, tylko pozwalasz poczuciu braku zadowolenia ujawnić się w ciele, by je przeżyć i poszukać odpowiedzi. Czasem intuicyjnie wiesz jak powinno być, czasem nie wiesz - czujesz dysonans, ale ani intuicja, ani rozum nie potrafią znaleźć rozwiązania. Nie poddajesz się jednak rozpaczy; nasłuchujesz i uczysz się, bo żeby dokonać trwałej zmiany potrzebujesz wiedzy, planowania i codziennej praktyki. Nie wszystko w życiu jest tak proste jak posprzątanie mieszkania.”
“Ano nie wszystko. Liczyłem, że pouczysz mnie jeszcze jak być bardziej twórczym, planować przedsięwzięcia i takie tam sprawy.”
“Bycie twórczym sprowadza się do regularnej, uważnej praktyki. Jeżeli potrafisz każdego dnia ćwiczyć się w jakiejś sztuce, po latach osiągniesz mistrzowską biegłość. Kultywuj metodę małych kroków, którą zapisałeś w swoim systemie: porządkuj otoczenie, rozpoczynaj działania i czekaj na pojawienie się motywacji, by je kontynuować. Sprzątnąłeś pokój, choć układałeś po jednej rzeczy dziennie. Napisałeś zawartość strony internetowej, choć miałeś pisać ledwie jedno zdanie każdego roboczego dnia. Więcej nie muszę ci mówić, bo jesteś wytrwały i wypracujesz własne sposoby, by tworzyć na miarę twoich ambicji.”
“I za to wypijmy” Marcin wznosi toast butelką piwa.
“Ja tylko wącham” śmieje się Zenek.

wtorek, 14 lipca 2015

Droga jest celem cz. 6

JEŻELI czuję, że opanowuje mnie emocja, której nie akceptuję, TO przestaję się z nią identyfikować i obserwuję co się dzieje we mnie. Dziwna instrukcja; nie tak oczywista jak poprzednie. Gdyby nie rozmowa z Zenkiem, Marcin uznałby, że jest pozbawiona sensu. Większą część nocy próbuje przypomnieć sobie i zapisać w notesie słowa duszka. Na razie nie wszystko jest jasne, niektóre koncepcje wydają się naciągane, ale Marcin ufa w mądrość nietypowego przyjaciela. W końcu, gdy robi się widno, usypia twardym snem.

Kolejny dzień upływa zwyczajnie. Czy to na skutek rozmowy z Zenkiem, czy z powodu wielu obowiązków, lęki egzystencjalne się nie zjawiają. Nie słychać również Zenka, choć Marcin wiele razy nasłuchuje. Wieczorem po pracy i spóźnionym obiedzie Marcin trenuje, bierze kąpiel i ogląda film. Nie zapomina o uprzątnięciu przynajmniej jednej rzeczy w mieszkaniu. Patrząc z boku można by uznać, że mieszkanie jest schludne, ale Marcin wyrobił zwyczaj porządkowania i polubił go. Ostatnio przegląda książki i czasopisma. Kiedyś były dla niego ważne. Uważał za coś oczywistego, że leżą na półkach, wszak łączy się z nimi tyle miłych wspomnień. Uświadamia sobie jednak, że nie ma czasu, ani ochoty czytać ich ponownie. Część zostawia, część rozdaje znajomym, a czasopisma o grach komputerowych, które tak uwielbiał blisko dwadzieścia lat temu, przegląda przeżywając jeszcze raz piękne chwile z dzieciństwa i odkłada na makulaturę.

Każdego dnia znajduje niepotrzebną książkę, czasopismo, ubranie, pamiątkę z wakacji, część od starego roweru czy komputera. Odkrywa, że pozbywanie się przedmiotów, pragnień, sentymentalnych wspomnień ściąga z niego jakiś nienazwany ciężar. “Nie jesteś myślami, uczuciami, historią życia” - słowa Zenka stają się coraz bardziej zrozumiałe. Przychodzi mu na myśl, że odkąd utrzymuje porządek, polubił przebywać w swoim mieszkaniu. Kiedy było zagracone czuł się w nim obco. Przemykał między kuchnią, łazienką i komputerem, nieustannie pogrążony w myślach i uciekający w pracę. Czy zwyczajne porządkowanie, czasem po jednym przedmiocie dziennie, mogło przynieść taką zmianę na lepsze?

W połowie tygodnia Marcina pochłania praca. Oprócz prowadzenia swojego projektu musi do piątku wspomóc grupę z sąsiedniego pokoju. Połowę czasu zajmuje mu odpisywanie na maile i czytanie dokumentacji. Pod koniec dnia jest zmęczony i zdemotywowany - odnosi wrażenie, że przez cały dzień nie pchnął nic do przodu. Zaczyna się martwić, że przez te zmiany nie skończy na czas własnego projektu. Po powrocie do domu sprząta tylko po jednej rzeczy w pokoju i kuchni (wcześniej prawie zawsze układał więcej, bo instrukcja mówi o przynajmniej jednej rzeczy) i włącza komputer, żeby jeszcze popracować. Jednak zamiast pracować nad projektem przeskakuje bezrefleksyjnie między blogami, portalami i teledyskami na youtube.
“Znowu nic nie zrobiłem, nawet nie chce mi się odpalić kompilatora. Może powinienem zmienić pracę?” myśli.

“Zmiana pracy nic nie zmieni,” słyszy w głowie znajomy głos, “wystarczy poznać kilka faktów, zaakceptować je i dni takie jak dzisiejszy upłyną radośnie.”
“Stary, dobry Zenek. Przywracasz mi humor szybciej niż piwo. Co zrobiłem nie tak, że jest mi źle? Ach, zapomniałem, powinienem był się przecież skupić na świadomym przeżyciu tego zmartwienia.”
“Więc się skup i mów co się dzieje w ciele.”
“OK, nasłuchuję… Dziwne uczucie - w górnej części brzucha czuję jakby pęcznienie. I takie ciepło. Podobny napór w klatce piersiowej i lekki na czubku głowy. Powoli ustępują, zostało trochę wibracji w brzuchu. Znowu czuję się lekko.”
“A niepokoje?”
“Rozwiały się. Nie martwię się niczym.”
“W czym był problem?”
“Zapomniałem o instrukcji. Pojawiły się lęki i niepokoje, a ja zamiast je przeżyć, pozwolić odejść i rajonalnie pomyśleć nad dalszym działaniem, dałem się porwać stresowi.”
“He, he, mądrze odpowiedziałeś, ale tym razem pytam o prozaiczny powód zmartwienia.”
“Zmartwił się pracownik, programista. Miał dziś zaplanowaną ważną pracę nad swoim projektem, ale został ukochany pomaganiem jakimś nowicjuszom, którzy nie potrafią kodować w C++. Poszłoby mi szybko, ale nie mogłem się skupić, bo ciągle o coś pytali, nie potrafili nawet dokładnie opisać nad czym pracują, więc sam musiałem się wgryźć w temat. Jednocześnie czytałem dokumentację, odpisywałem na maile i próbowałem namierzyć ich błędy w kodzie. Zrobiłem może jedną trzecią tego co planowałem, ale kiedy przyjdzie mój deadline, góry nie będzie obchodzić, że oddelegowali mnie do innego projektu.”

“Zen to robienie jednej rzeczy w jednym momencie. Umysł człowieka nie jest stworzony do wielozadaniowości. Kiedy jednocześnie próbujesz skupić się nad kodem i nadchodzi mail lub ktoś przerywa ci pracę pytaniem, twoja pamięć krótkotrwała szybko się opróżnia. Wystarczy odciągnąć uwagę od zadania przez kilkanaście sekund, żebyś utracił informacje, które umysł wyciąga z pamięci długotrwałej przez 15 minut koncentracji. Nic dziwnego, że pracujesz mniej wydajnie i jesteś zestresowany. Kilka takich przerywników może zdezorganizować cały dzień pracy. Masz też przeświadczenie, że na wszystko brakuje ci czasu, ponieważ nie udaje ci się wejść w stan koncentracji. Pracowałeś ciężko cały dzień, a umysł wynagradza cię wyrzutami sumienia i przekonaniem, że nic nie zrobiłeś.”
“Do licha, bardzo często czuję się dokładnie tak jak opisałeś! Ale z tego co mówisz wynika, że instrukcja o nie identyfikowaniu się z emocją niewiele by tu wskurała, bo nie wiedziałem o tym, że nie można robić kilku rzeczy na raz. Zawsze myślałem, że potrafię ogarnąć kilka spraw jednocześnie.”
“W tym wypadku miałeś nikłe szanse, że dzięki samoświadomości poznasz, jak działają mechanizmy pamięci krótko i długotrwałej. Zazwyczaj jednak nie potrzebujesz wiedzieć jaka teoria stoi za pożądanym zachowaniem. Gdybyś rozpoznał stan niepokoju i wygasił go, odłożyłbyś maile do czasu zakończenia ważniejszego zadania, a kolegom powiedziałbyś, że wysłuchasz ich później. Czułbyś, że to skuteczniejsze rozwiązanie, niż zajmowanie się wszystkim naraz.”
“Rozumiem. Coś jak: jeśli chcę mieć siłę, to podnoszę ciężary, ale nie muszę wiedzieć jakie procesy zachodzą wtedy w mięśniach.”
“Dobre porównanie.”
“OK - metoda zadziałała błyskawicznie, uspokoiłem się. Co teraz?”
“Teraz znikam - pa!” powiedział Zenek i znikł; to znaczy głowa przestała odbierać przekaz od duszka.

“Wzioł i zniknoł. Głupie pytanie - co teraz? Teraz trzeba pomyśleć. Mam system: kartkę z instrukcjami, w tym technikę radzenia sobie z emocjami i wiem, że powinienem koncentrować się na jednym zadaniu, zamiast ogarniać kilka tematów jednocześnie.”
“Zapomniałem dodać - kiedy intensywnie myślisz i wchodzisz w stan koncentracji, najlepiej przepracuj co najmniej 40-60 minut. Jeśli nic cię nie rozprasza i odczuwasz przyjemność z pracy, pozostawaj w tym stanie dłużej, nawet do kilku godzin. Natomiast minimalny czas, jaki potrzebujesz, żeby napełnić pamięć krótkotrwałą, wejść w stan koncentracji, wykonać efektywnie pracę i poczuć satysfakcję z wykonanego zadania, to około 15-20 minut. Teraz już naprawdę znikam, paaaaa!” krzyknął gdzieś z najgłębszych zamarków głowy Zenek i tym razem naprawdę zniknął.
“Spisać wszystko, zanim zapomnę. Z tą koncentracją coś kojarzę, kiedyś czytałem o stanie “flow”: jeśli zadanie nie jest zbyt banalne, ani zbyt trudne i sprawia przyjemność, to człowiek nie liczy czasu i zatapia się w pracy. Ale nie wiedziałem, że niemożność wprowadzenia się w stan koncentracji może skutkować wyrzutami sumienia z powodu zmarnowanego dnia. Muszę to uwzględnić w instrukcji.

Załóżmy, że pracuję jak dotychczas i pozwalam innym na przerywanie moich zadań, a jeśli na koniec dnia mam wyrzuty sumienia, to pozbywam się ich metodą obserwacji emocji. W takim wypadku nie muszę pisać nowej instrukcji. Pozornie skuteczne rozwiązanie, ale sam Zenek powiedział, że gdybym już w pracy wygasił stan niepokoju, to odsunąłbym rozpraszające kontakty, wykonał pracę w skupieniu i potem zajął się odpowiadaniem na pytania i prośby. Nie dość, że praca sprawiałaby satysfakcję, to byłbym efektywniejszy i pod koniec dnia czuł, że solidnie wykonałem robotę. Ta metoda bardziej mi odpowiada. Jak napisać do tego instrukcję... Może: “JEŻELI ktoś lub coś przerywa mi pracę i nie muszę zająć się tym natychmiast, TO odnotowuję na kartce, żeby zająć się tym po wykonaniu aktualnego zadania i jak najszybciej wracam do pracy.” Nie brzmi zbyt literacko, ale instrukcja ma być jednoznaczna, a nie elegancka.”

Marcin przegląda aktualny spis instrukcji w zeszycie:
JEŻELI wchodzę do kuchni, TO zmywam lub odkładam z suszarki co najmniej jedno naczynie lub ścieram blat.
KAŻDEGO DNIA porządkuję przynajmniej jedną rzecz w kuchni, np. szukam przeterminowaną żywność, niepotrzebne przedmioty, ścieram kurz z szafki/lodówki itp.
KAŻDEGO DNIA porządkuję przynajmniej jedną rzecz w pokoju.
KAŻDEGO DNIA porządkuję przynajmniej jedną rzecz w salonie.
KAŻDEGO ROBOCZEGO DNIA piszę co najmniej jedno zdanie dokumentacji.
KAŻDEGO ROBOCZEGO DNIA piszę co najmniej jedno zdanie regulaminu lub strony www o zawodach rowerowych.
JEŻELI czuję, że opanowuje mnie emocja, której nie akceptuję, TO przestaję się z nią identyfikować i obserwuję, co się dzieje we mnie.
JEŻELI ktoś lub coś przerywa mi pracę i nie muszę zająć się tym natychmiast, TO odnotowuję na kartce, żeby zająć się tym po wykonaniu aktualnego zadania i jak najszybciej wracam do pracy.

Niektóre instrukcje zostały wykreślone, na przykład:
JEŻELI siadam przy biurku, TO porządkuję przynajmniej jedną rzecz - biurko jest już uporządkowane i nie zanosi się na powrót bałaganu (cóż za sukces!).
JEŻELI sprawdzam pocztę, TO archiwizuję co najmniej jeden mail - również ta instrukcja spełniła swoje zadanie, skrzynka pocztowa jest skatalogowana i na bieżąco porządkowana.

Ile nowych instrukcji dopisze jeszcze Marcin? Ile nowych nawyków wypracuje? Wprowadzenie w życie zaledwie kilku instrukcji diametralnie zmieniło jego życie. Do czego będzie zdolny, gdy wdroży nawyki uwalniające motywację, kreatywność, twórczość? A może wraz z wiekiem skieruje się ku kontemplacji życia? W końcu według Zenka by odnaleźć sens i szczęście nie trzeba zdobywać kobiety, bogactw czy uznania, tylko nauczyć się jak być szczęśliwym. To szczęście przychodzi małymi krokami wraz z harmonią, jaką wprowadza wokół siebie: uporządkowane otoczenie, odwiązywanie się od przeszłości, świadome przeżywanie lęków o przyszłość, by rozpłynęły się, zamiast angażować energię w rozwiązywanie wydumanych problemów.

Marcin decyduje, że zaległości z pracy odrobi następnego dnia, stosując najnowszą instrukcję. Z lekkim sercem wychodzi na rower, a po powrocie wyszukuje w sieci informacje powiązane z terminami, którymi operuje Zenek. Jego uwagę przyciąga artykuł o iluzji czasu. “Czas”, pisze autor, “istnieje tylko w naszych umysłach. To co się wydarzyło pozostaje wspomnieniem, to co się wydarzy jest przypuszczeniem, projekcją lub fantazją, zatem i przeszłość i przyszłość istnieją wyłącznie w naszych umysłach. Prawdziwe jest tylko wieczne teraz. Zawsze trwa chwila obecna. Kto potrafi żyć tu i teraz, ten żyje naprawdę. Kto zaś spędza czas na rozpamiętywaniu minionych momentów bądź nieustannych obawach co los przyniesie, nie żyje naprawdę, lecz śpi. Uważa siebie bowiem za myśli, które istnieją w ramach innych konstrukcji myślowych. Przebudzenie to doświadczanie chwili obecnej, która jest rzeczywistością. Wyzwolenie się z więzów fałszywej tożsamości zbudowanej na wspomnieniach, pragnieniach i osądach.”

Kiedyś, nim poznał Zenka, Marcin uznałby powyższy tekst za bełkot nawiedzonego kaznodziei. Teraz treść jest zrozumiała, wręcz oczywista. “Słowa nie są prawdą, są drogowskazem do prawdy. Nie stwarzaj w głowie kolejnego raju, który pragniesz osiągnąć. Ujrzyj to co jest: świat, rzeczywistość, zespól się z ja jestem i celebruj moment. Teraźniejszości nie opisujesz jak przeszłych zdarzeń czy planów na przyszłość. W teraźniejszości jesteś. Kontemplując ten moment, zatapiając się w istnieniu obcujesz z Bogiem. Nie potrzebujesz studiować żadnych ksiąg, ani tym bardziej praktykować skomplikowanych rytuałów. Wszystko czego potrzebujesz, żeby żyć naprawdę zawsze posiadałeś; odwrotnie: nie istnieje nic innego ponad to co masz, to kim jesteś, co przybliży ciebie do pełni jestestwa.”

Czytając ten fragment Marcin doświadcza lekkości. Wstaje, podchodzi do okna i patrzy na drzewa. Głosy w głowie, które zawsze brał za siebie, przez chwilę tracą władczą moc i są tym, czym są: błąkającymi się myślami. Rozpiera go radość na widok gałęzi kołysanych przez wiatr, szumiących liści, cieni tańczących w świetle ulicznych lamp. “Może skoczę po aparat i cyknę fotę na bloga. Będzie jakaś odmiana od opisów kolejnych rajdów i testów sprzętu. Chociaż… kogo zainteresuje niesamowity widok za oknem? Kurczę, późno już. Obejrzę serial i idę spać. Albo poczytam?” Nie spostrzega gdy znów daje się ponieść fantazjom...

poniedziałek, 6 lipca 2015

Droga jest celem cz. 5

Marcin potrzebuje czasu, by poukładać informacje.
“Podsumujmy, co usłyszałem od ciebie. Najpierw potwierdziłeś, że właściwie jestem maszyną. To co brałem za myśli i uczucia jako atrybuty “mnie”, to reakcje zgodne z prawami świata. Naukowcy znajdują ich przyczyny i budują modele, dzięki którym mogą przewidywać jak zachowują się organizmy. Powiedziałeś, że tak naprawdę mnie nie ma. To też mogę zaakceptować. Pomyślałem, że człowiek jest jak komputer: ciało to hardware, umysł to oprogramowanie, a dusza to prąd. Całość postrzegamy jako spójny obiekt, ale przecież komputer ma wymienne podzespoły, prąd nie należy do niego, choć go “ożywia”, oprogramowanie znika z pamięci operacyjnej po odłączeniu prądu. Materia, która przybrała pewną formę, funkcje logiczne, które realizowane są za pomocą układów elektronicznych dzięki energii dostarczonej przez prąd. Nazwa “komputer” jest tylko umowna: jeśli zmienię formę materii, na przykład usuwając część podzespołów lub wymienię oprogramowanie, to czy nadal będzie to “ten” komputer? A jeśli usunę procesor i pamięć RAM jedni powiedzą, że to już nie komputer, a inni że nim nadal jest. Ale wciąż nie rozumiem, dlaczego nie mogę uważać siebie za maszynę?”
“Gdyż tworzysz wtedy kolejny koncept siebie, a już ustaliliśmy, że to tylko umowny model. To co możesz powiedzieć o sobie, to “ja jestem”. Nie możesz też dokładnie określić gdzie jesteś - czy jesteś całym ciałem, czy tylko tymi organami, które podtrzymują przetrwanie i świadome myślenie? Na każdą komórkę twojego ciała przypada 10 mikroorganizmów. Nie mógłbyś bez nich żyć, ale czy są częścią ciebie, czy odrębnymi bytami?”
“No dobrze - z jednej strony twierdzisz, że mnie nie ma, a z drugiej mówisz, że jedyne prawdziwe zdanie to “ja jestem”. Przeczysz sam sobie.”
“Nie istniejesz jako obiektywny, oddzielny, niezależny od świata byt. Jesteś częścią rzeczywistości. Tak jak nie istnieje oddzielona od oceanu fala, Marcin-człowiek jest tylko użytecznym konceptem. A “ja jestem”? Ludzie stworzyli różne słowa opisujące stany, w których doświadczają istnienia: jaźń, prawdziwe JA, świadomość, jedność, źródło. Kiedy pogodzisz się z utratą wirtualnego “ja”, tego zbioru definicji, zasad i uwarunkowań z którymi się utożsamiłeś, i zwrócisz się ku jaźni, doświadczysz tego co święci, którzy przestali szukać sensu w konceptach.”
“Wtedy odrzucę dobra doczesne i zacznę wąchać kwiatki”, zauważa z uśmiechem Marcin.
“Albo wyruszysz rowerem dookoła świata i zbudujesz informatyczne imperium. Zrobisz co uznasz za stosowne.”
“He, he, czy godzi się świętemu trwonić czas na mamonę, zamiast modłów?”
“Świętemu godzi się to, co się godzi. Podejmuje świadomie decyzje i akceptuje ich konsekwencje. Nie działa dla poklasku, bogactwa ani innych pragnień. Nie kierują nim lęki, bo wie, że pojawiające się wtedy myśli są tylko nabytymi w ciągu życia schematami postępowania.”
“Sam tworzy sobie zasady? To niebezpieczne.”
“Przeciwnie. Kieruje się zasadami, według których działa świat. Ponieważ cały czas praktykuje świadome życie zgodne z rzeczywistością, potrafi rozpoznać to co prawdziwe.”

“Czyli mam odrzucić koncepcję maszyny i szukać stanu “ja jestem”?”
“Nie masz odrzucać koncepcji, tylko mieć świadomość, że jest ona koncepcją. Stanu “jestem” też nie musisz szukać, bo przebywasz w nim cały czas. Potrzebujesz trochę czasu i ćwiczeń, żeby to sobie poukładać. Na koniec dzisiejszego spotkania przekażę ci kilka wskazówek i technik, jak praktykować świadome życie. Przy następnym spotkaniu opowiesz mi czy coś się zmieniło w twoim życiu.”
“Zaczekaj, wezmę notes.” Marcin sięga po długopis i zeszyt, w którym wcześniej zapisywał instrukcje. Zenek odczekuje chwilę i zaczyna:
“Zacząłem wywód od analizy emocji. Przypomnijmy: w twoim ciele pojawiają się różne stany, którym nadałeś etykiety. Tak jak w przykładzie ze zrozumieniem, wydaje nam się, że znamy racjonalną przyczynę pojawiania się tych stanów, ale to złudzenie kontroli. Mówisz: stresuję się pracą, a nie jesteś świadom, że przez cały dzień jesteś lekko poirytowany, gdyż organizm regeneruje się po wczorajszych zawodach rowerowych. Ciężki wysiłek spowodował reakcje stresowe, a te przyciągnęły myśli, które wcześniej pojawiały się, gdy byłeś zestresowany. Wydaje ci się, że się martwisz, ale gdybyś skupił się na obserwacji swojego ciała, odkryłbyś, że zmęczenie utrzymuje się tego dnia cały czas. Innym razem jest odwrotnie: samopoczucie jest neutralne, gdy nagle przypominasz sobie, że zapomniałeś wysłać ważny e-mail w pracy. Tym razem myślenie o konsekwencjach powoduje pojawienie się nieprzyjemnego stanu, któremu ludzie nadali etykietę “stres”.

W obu tych przypadkach mamy do czynienia z powiązaniem nieprzyjemnego stanu i myśli, ale ludzie wierzą, że stresują ich te myśli. Tymczasem zarówno stres jak i myśli pojawiają się w organiźmie niezależnie od woli. Dlatego zamiast mówić “jestem zestresowany”, powinieneś raczej powiedzieć “stres jest we mnie”. Zamiast mówić “rozmyślam”, powinieneś użyć zwrotu “myśli płyną we mnie”. Świadoma obserwacja uczuć i myśli, które się pojawiają, jest pierwszym krokiem do uwolnienia się od odgrywania uwarunkowanych zachowań i zwrócenia ku stanowi “jestem”. Stan, w którym przestajesz utożsamiać się z konceptem siebie, a skupiasz na odczuwaniu rzeczywistości, to medytacja. Umysł może oceniać, osądzać, ale wiesz że te myśli, które płyną nie są tobą, podobnie jak uczucia, które targają ciałem.”
“Czekaj. Nie rozumiem. Nie mam wpływu na swoje myśli?”
“Już o tym mówiliśmy - źródłem myśli jest mózg, a ciebie nie ma w mózgu. Mózg robi to, do czego wyewoluował: rozpoznaje wzorce, wartościuje. Dopóki utożsamiasz te myśli ze sobą, jesteś zdany na łaskę pragnień i lęków, które sprzężone są ze spekulacjami umysłu. Zamiast żyć naprawdę, interpretujesz życie. Kiedy spacerujesz, jesteś zatopiony w myślach; nawet gdy przypadkowo zwrócisz uwagę na piękny krajobraz, widzisz obiekty zamiast całości. Bezwiednie nazywasz je, myślisz “jakie piękne dziś słońce za chmurą, a to drzewko jakie kolorowe” i zaraz wracasz do świata myśli.”
“A to nie naturalny stan człowieka? Myślę, więc jestem. Tym się różnimy przecież od zwierząt.”
“Skoro możesz zaobserwować myśliciela, to znaczy że nim nie jesteś.”

“Faktycznie, to jest dobre. Mogę zaobserwować uczucia i myśli, które płyną w ciele. Jestem zatem czymś więcej? Obserwatorem?”
“Nie buduj kolejnej tożsamości. Jesteś, który jesteś. Naukowcy zapewne kiedyś zlokalizują układ w mózgu odpowiadający za świadome doświadczanie uczuć lub kierowanie uwagi na stany w ciele. Być może już to zrobili. Czy będziesz wtedy stwarzał nowy, głębszy koncept siebie? To wciąż będzie model. Warto stosować go do polepszenia jakości życia czy osiągania celów, ale nie utożsamiaj się z nim, bo życie przejdzie ci koło nosa. W każdej epoce ludzie wierzą w jakąś wizję człowieka, zamiast po prostu żyć. Kiedyś wierzono powszechnie w duchy, w czasie rewolucji przemysłowej filozofowie zafascynowani lokomotywami i fabrykami skłaniali się ku wizji człowieka-maszyny mechanicznej. Dzisiaj wierzą, że ludzie są informacją, którą w przyszłości skopiują do superkomputerów. Ale skąd dziś możemy wiedzieć, jaki nowy model zostanie wymyślony?”

“Jak praktykować świadomą obserwację? Powiedziałeś, że to medytacja. Myślałem, że medytacja polega na siedzeniu w niewygodnej pozycji i powtarzaniu jakichś mantr.”
“Pod słowem medytacja kryją się różne praktyki duchowe. Użyłem tego terminu w znaczeniu, które przemawia do racjonalnie ukształtowanych ludzi Zachodu. Opowiem ci to na przykładzie. Czy kiedykolwiek zostałeś okradziony?”
“Tak. Dwa lata temu ktoś ukradł mi ulubiony rower z piwnicy (dlatego teraz nowy trzymam w domu).”
“Co wtedy czułeś?”
“Straszną bezsilność, a czasami wściekłość. Rozpamiętywałem pół nocy stratę i złorzeczyłem skurwielowi, który to zrobił.”
“Tak właśnie działamy, kiedy identyfikujemy siebie z fałszywą tożsamością: ciałem, myślami, zawodem, który wykonujemy, funkcją społeczną. Niektórzy używają terminu “ego” lub “fałszywe ja” na opisanie tej tożsamości. Mówisz, że rozpamiętywałeś stratę i złorzeczyłeś. Jak byś odpowiedział, pamiętając czego się właśnie nauczyłeś, na trochę inaczej sformułowane pytanie: jakie uczucia były wtedy w tobie?”
“Bezsilność przemieszana ze wściekłością i żal spowodowany stratą cały czas przenikały ciało. Oczywiście, jestem świadom, że to nieprzyjemne uczucia, które mają tylko takie nazwy.”
“Zatem nieprzyjemne stany były w tobie. Nie byłeś wtedy chory, nie cierpiałeś głodu, więc z dużym prawdopodobieństwem gdyby nie kradzież, czułbyś się wtedy normalnie. Ale myśli o utraconym rowerze cały czas wzbudzały żal, wściekłość i bezsilność. Nie cierpiałeś prawdziwy ty, cierpienie było w tobie, bo cierpiał właściciel rowera, z którym wtedy się utożsamiałeś. To ta wirtualna tożsamość podsuwała obrazy rowera, wyimaginowanych złodziejów, snuła plany zemsty, pytania dlaczego ten kraj jest taki porypany i tym podobne. A ponieważ nie potrafiłeś się od niej uwolnić, myśli cały czas podtrzymywały przykre uczucia.”

“A co mogłem wtedy zrobić? Próbować myśleć o czymś innym? Stłamsić złość?”
“To by nic nie dało. Wypieranie nieprzyjemnego uczucia, wypychanie bólu ze świadomości może przynieść więcej szkód, niż podtrzymywanie cierpienia. Jedyne, co możesz zrobić to świadomie przeżyć ból, nie przywiązując się do niego. Skupić się na uczuciach, które kotłują się w ciele, obserwować myśli, które szaleją domagając się uwagi. Kiedy skierujesz się do “ja jestem”, ból wygaśnie, ponieważ myśli nie są w stanie wzbudzać nieprzyjemnych uczuć, jeżeli nie identyfikujesz się z nimi. Nieprzyjemne uczucia znikną, myśli się wyszumią, a umysł pozostanie jasny.”
“Ale to nie zmieni mojego położenia.”
“Owszem zmieni. Możesz zawiadomić policję, rozwiesić kartki na osiedlu, popytać sąsiadów, ale użalanie się na coś, na co nie masz wpływu, szkodzi tylko tobie. Umiejętność zostawienia żalu za sobą, pogodzenia się z losem i parcia do przodu jest domeną ludzi wielkich. A ty właśnie poznałeś metodę, jak to zrobić.”
“A gdyby umarł mi ktoś bliski? Też miałbym zostawić żal za sobą i machnąć ręką?”
“Nie sugeruję, żebyś zignorował uczucia, ale żebyś przeżył je świadomie. W przypadku śmierci bliskiej osoby ból będzie tak samo ciężki, jak gdybyś identyfikował się z ego. Jednak szybciej wrócisz do życia i pogodzisz się z rzeczywistością, ponieważ nie zbudujesz kolejnej tożsamości cierpiącego z powodu utraty. OK. Myślę, że na dziś teorii ci wystarczy. Dopiszesz teraz instrukcję do swojego systemu, która ma za zadanie wyrobić nawyk nie ulegania schematycznym zachowaniom pod wpływem emocji. Czy po dzisiejszym wykładzie potrafisz ją sformułować?”

“Nie wiem. Zbyt dużo nowych koncepcji. Kiedy mówiłeś to wszystko, rozumiałem cię, ale teraz mam mętlik w głowie. Podoba mi się pomysł z obserwowaniem myśli i uczuć.”
“Dobry trop. Czy jest jakaś emocja, z którą masz problem? Na przykład szybko się irytujesz, lękasz czegoś?”
“Aktualnie nie mam dziewczyny, więc jestem spokojny”, śmieje się Marcin. “W pracy też idzie mi dużo lepiej, odkąd zacząłem traktować projekty jak procesy, a nie zadania do wykonania. Tak się jednak zastanawiam, że obok sporadycznych lęków egzystencjalnych jest chyba jedna rzecz, która nie daje mi spokoju. Przenika mnie jakby poczucie winy, że nie daję z siebie wszystkiego, że powinienem zrobić coś produktywnego, że kiedy oglądam serial w domu, to tracę czas - uciekam przed czymś. Nie potrafię skonkretyzować pragnienia, jakie stoi za tymi lękami. Może to tylko przyzwyczajenie do niepokoju, które zostało po wcześniejszej niechęci do pisania dokumentacji i regulaminów.”
“Świetnie. Popracujesz nad tym uczuciem. Kiedy się zorientujesz, że jesteś pod jego wpływem, skup się na odczuwaniu sygnałów płynących z ciała. Obserwuj jakie myśli mu towarzyszą, ale nie próbuj ich powstrzymywać, ani nie daj się wciągnąć w ich wir. Po prostu bądź i patrz, jak śpiewała Kora.”
“Poznam wtedy przyczynę niepokoju? Wydaje mi się, że wynika ona z obowiązującego w obecnej kulturze podejścia do życia, że najważniejsza jest praca, trzeba być użytecznym...”
“Przyczyna jest nieistotna. Kiedy zaczniesz świadomie przeżywać to uczucie, ono straci swoją moc. O obowiązującej kulturze chętnie porozmawiam na następnym spotkaniu, ale teraz ważniejsze jest, żebyś zbierał doświadczenia ze świadomego przeżywania emocji.”
“To jaką konkretnie instrukcję wpisać do systemu?”
“Na przykład: JEŻELI czuję, że opanowuje mnie emocja, której nie akceptuję, TO przestaję się z nią identyfikować i obserwuję co się dzieje we mnie.”

Marcin zapisuje instrukcję i jeszcze przez chwilę rozmawia z Zenkiem. Przy pożegnaniu podkreśla, że bardzo zależy mu na kolejnym spotkaniu.
“Powinno się udać. Nawet gdyby nie dane nam było się spotkać już nigdy więcej, przez jakiś czas będziesz słyszał moje podszepty w swojej głowie, gdy wyczuję, że wskazana jest interwencja. Nie bój się, rozpoznasz mnie”, mówi Zenek i znika.