sobota, 28 listopada 2015

La vita e bella


Mam dwadzieścia pięć lat,
i życie połamane jak patyk.
Co spojrzę wstecz, ogromna czarna plama.
Co spojrzę przed się, twardy, zimny głaz.
Czułem powołanie w życiu swym
na księdza albo na żołnierza
i poznałem, że ni ten ani tamten
nie mają już, czego bronić.
Byłem Faustem i byłem Prometeuszem,
porównywałem pyłek wiedzy,
z wszechświatowym pyłem tajemnicy.
I wydzierałem ogień niebu,
aby go nieść swoim braciom...

Kat, Delirium Tremens

Mam 35 lat i życie tak poskładane, że może być chyba tylko gorzej. Gdy spojrzę 10 lat wstecz, widzę rozdzierającą trzewia ambicję i nieustanną potrzebę udowadniania czegoś. Czy to tylko czas, czy bieganie i wegetarianizm, czy przesiąknięcie naukami de Mello i Eckharta Tolle dołożyły swoje 3 grosze, przeżywam najlepszy okres swojego życia (w sumie fajniej było jak poznałem małżonkę, ale wtedy byłem na zakochaniowym haju :) . Marzyłem kiedyś o rysowaniu komiksów, robieniu gier komputerowych. Przez 10 lat te marzenia napędzały moje działania; kariery nie zrobiłem, ale kilkanaście gier stworzyliśmy z chłopakami, w tym przygodówkę z bohaterami naszego dzieciństwa: Kajkiem i Kokoszem. Właśnie widzę, że pisałem o tym w maju, więc nie będę się powtarzał.

Po co zatem ten wpis? Zawsze starałem się, żeby to co piszę niosło jakąś wartość dla czytelnika. Sącząc browarka natchnęło mnie, by podzielić się paroma spostrzeżeniami. Wiecie dlaczego najbardziej nie chciałem iść na etat? Bo strasznie nie cierpiałem stania w korkach. Pod koniec studiów zamieszkałem z dziewczyną i dojeżdżałem golfikiem na polibudę oraz do pracy. Kiedy miałem zajęcia na 8, musiałem wyjechać ok. 7, żeby się nie spóźnić. To doświadczenie było tak nieprzyjemne, że przez kolejne 10 lat wolałem nie ruszać się z domu :) Teraz pracuję 32 km od domu w innym mieście, ale przejazdy są jednym z najprzyjemniejszych momentów dnia. Odpalam autko, audiobooka z powieścią i przez ok. 40 minut zatapiam się w świecie komisarza Harry'ego Hole albo innego Cormorana Strike'a. Nawet przy pustej obwodnicy staram się nie przekraczać 90-100 km/h, żeby zbyt szybko nie dotrzeć na miejsce. To czas tylko dla mnie; przez lata czytałem w łóżku między 22 a północą, teraz ok. półtora godziny dziennie słucham powieści w samochodzie i to co zawsze postrzegałem jako stratę bezcennego czasu stało się relaksem.

Pracuję w Gdyni, w linii prostej 1.2 km od plaży miejskiej. Bieg na plażę, kąpiel i powrót zajmują równe pół godziny - dzięki temu morsowanie załatwiam między poniedziałkiem i piątkiem. W promieniu 1km od pracy mam do wyboru 2 bio-waye, 1 green way i bardzo fajne bistro 'feed your soul', gdzie serwują dania wegańskie bez cukru, laktozy i glutenu - wiem, brzmi to dość radykalnie, ale jedzenie smakuje tak, że koledzy z pracy stwierdzili, że mogą zostać wegetarianami, jeśli będą jedli tak codziennie.

Dzięki darmowej aplikacji duolingo uczę się od września francuskiego i niemieckiego. Francuski miałem w średniej, a niemieckiego nigdy się nie uczyłem, ale kocham kilka utworów Rammsteina i pomyślałem, że fajnie byłoby wiedzieć o czym są. Zawsze uważałem, że do życia wystarczy mi dobra znajomość angielskiego, a nauka innych języków to strata czasu. Ale teraz niemiecki mnie porwał i zmieniłem zdanie. Warto znać niemiecki, żeby wiedzieć o czym śpiewa Rammstein w Wo bist du :) Najlepsze jest to, że nauka obu języków to czysta przyjemność, bo stosuję wszystkie zasady, które wyłożyłem w cyklu o wyrabianiu nawyków. Przez lata czytałem na kibelku Duży Format, potem rozwiązywałem sudoku, a teraz trzaskam na telefonie lekcje z niemca i francuza. Czasem mam wystrzał motywacji i robię kilkanaście lekcji i powtórzeń z rzędu, czasem tłumaczę posiłkując się google translate jakiś utwór. To wystarczyło, bym po niecałych 3 miesiącach zaczął czytać proste artykuły w obu językach z serwisów dla nastolatków. Bez konkretnego celu, bez konkretnego terminu, mam zamiar powtarzać lekcje, aż będę w stanie czytać niemieckie i francuskie serwisy.

Wymieniłem wreszcie gitarę elektryczną. Starą jeszcze z czasów szkoły średniej dałem dzieciakom na dobicie, a na nowej odkryłem, że tapping na dobrej gitarze nie jest żadną magią. Z youtuba uczę się jak zagrać solówkę do One Metalliki - przez całe życie niepoprawnie trzymałem kostkę i źle czytałem niektóre znaczki przy tabulaturach, przez co kilkaset godzin nauki grania poszło w pizdu. Czyż internet nie jest największym wynalazkiem ludzkości?

Na koniec pora wspomnieć o IV biegu TriCity Ultra 80. Jesienna edycja wyszła bardzo fajnie. Wyrabiamy się jako organizatorzy, bieg staje się coraz bardziej popularny. I znowu napiszę to co przy słuchaniu audiobooków czy nauce języków: nie kieruje tu nami jakiś konkretny cel, robimy to co lubimy i wraz ze zmianą skali dostosowujemy się. Po raz pierwszy dwóch z nas musiało zrezygnować z biegu, żeby zapewnić uczestnikom prowiant, rzeczy na przebranie, podwieźć kogoś z trasy na przystanek itp. Zrobiliśmy coś dla innych i poczuliśmy satysfakcję. W zamian otrzymaliśmy sporo dowodów sympatii, jeden z biegaczy przyniósł pyszne muffinki, inni zapowiedzieli że na wiosenną edycję coś ugotują. Ponieważ to nieoficjalny bieg koleżeński, będziemy musieli po raz pierwszy wprowadzić limit uczestników, żeby nie podpaść pod jakieś przepisy.. Mieliśmy też kilka minut "sławy" w lokalnej TV:



Tricity Ultra - TVP Gdańsk
Pobudka o 5:30, wskakujemy w ciuchy biegowe, Dominik (nasz przewdonik Tarahumara) się trochę zgubił, bo pomylił Spacerową ze Słowackiego, ale ostatecznie szczęśliwie stanęliśmy na starcie... eee ... przed kamerą :D
Posted by TriCity Ultra on 27 listopada 2015


Nowa 10-latka rozwija się niespodziewanie szybko i w wielu kierunkach, więc za jakiś czas powinny pojawić się nowe tematy na blogu. Także pamiętajcie: trening, trening i jeszcze raz trening.

PS Nie piszę na razie o giełdzie, bo szykuję się do "złotego strzału". Jeśli WIG20 zjedzie poniżej 1900, zacznę planowe działanie i być może opiszę co nieco.

PS2 Musiałem wprowadzić moderację komentarzy, bo jakiś spamer wrzucił na raz 100 komentarzy, ale jak zawsze zachęcam do dzielenia się swoimi opiniami.

sobota, 14 listopada 2015

Stało się, co miało się stać

There are three types of people in this world: 
those who make things happen, 
those who watch things happen 
and those who wonder what happened.

O tym, że będą kolejne zamachy islamistów wiedzieliśmy od lat. Bezpieczny świat Zachodu co jakiś czas doznaje szoku, gdy doświadcza codzienności regionów Bliskiego Wschodu czy Afryki. Od miesięcy wzbierały w polskim internecie strachy przed uchodźcami i migrantami ekonomicznymi. Jakkolwiek sam uważam islam za relikt, system nie przystający do aktualnej rzeczywistości, tłamszący ludzką kreatywność i degradujący kobiety, przestrzegam przed uwiedzeniem się medialnej krucjacie anty-islamskiej. Za grupami terrorystycznymi zawsze stoją jakieś potężne organizacje - ktoś musi wyłożyć grube pieniądze na rekrutację i utrzymanie w gotowości bojowników, wyposażenie w sprzęt, zorganizowanie komórek, przerzutu itd. Dla grupy fanatyków są to koszty nie do przeskoczenia, ale dla wywiadów państw niewielka cena za realizację makro-celów.

Z większości analiz bije strach przed upadkiem Europy. O Europę się nie bójcie - Zachód ma bogatą historię radzenia sobie z problematycznymi mniejszościami. Nie ma w historii Europy stulecia bez jakiejś rzezi Albigensów, Hugenotów, Żydów, Cyganów, komunistów, nacjonalistów, reakcjonistów itd. Czy w ciągu ostatnich kilku dekad Europejczycy stali się radykalnie inni? W żadnym wypadku - nadal w imię panującej ideologii piętnuje się przeciwników i wyrzuca poza nawias społeczny. Przez ostatnie dekady panującą ideologią było multi-kulti, więc zwalczano głównie konserwatywne chrześcijaństwo. Zapewne rządzący liczyli, że napływający masowo emigranci z dawnych kolonii porzucą swoje prymitywne wierzenia w zetknięciu z cywilizacją i staną się zwykłymi obywatelami. Z jakichś powodów tak się nie stało - obowiązująca dotychczas oficjalna wykładnia głosi, że to na skutek rasizmu białych, odszczepieńcy mainstreamu twierdzą natomiast, że problemem jest zakorzenione nieprzystosowanie kulturowe napływającej ludności lub/oraz socjal. Zapewne jest po trochu jednego, drugiego i trzeciego, bo USA posiadające znacznie większą pulę emigrantów nie ma aż takich problemów - tam jak chcesz żyć, musisz pracować, a jak pracujesz, to zarabiasz, jak zarabiasz, to wydajesz i zaczynasz zrównywać się z innymi konsumentami.

Jeśli problemy z mniejszością muzułmańską wyrwą się spod kontroli, Zachód zrobi to co zwykle - nakręci spiralę strachu, aż dojdzie do "niekontrolowanego" wybuchu nienawiści połączonego z rządzą odwetu i dojdzie do masowych wysiedleń. Zamachy terrorystyczne są doskonałym narzędziem do realizacji polityki daleko wykraczającej poza ramy prawne. W sytuacji nadzwyczajnej naród sam wymusi zrzeczenie się wolności, a siły porządkowe zadbają o szybkie "ostateczne rozwiązanie". Za kilka dekad zrobi się rachunek sumienia, przeprosi, przyzna kilka rent i po sprawie.

Niemożliwe? Po II Wojnie Światowej w postępowej dziś Norwegii dokonywano eksperymentów na "niemieckich bękartach" (dzieciach Norweżek i byłego okupanta), w Szwecji na niepełnosprawnych intelektualnie. Dzisiaj w imię obowiązującego światopoglądu usuwa się w Danii płody z chorobami, więc nie rodzą się tam np. dzieci z zespołem Downa. Tylko jedno się nie zmienia: przeświadczenie mieszkańców Zachodu, że czynią dobrze, skoro zbudowali najwygodniejszą do życia cywilizację. W pamiętnikach żołnierzy Wehrmachtu czy Waffen SS, nie znajdziecie skruchy za to co wyczyniali w podbijanych krajach. Bije pewność, że bronili świat przed bolszewicką zarazą, że pokazali słowiańskim borostworom nowoczesne niemieckie farmy i warsztaty. Pod kołderką egalitarnych haseł tkwi wciąż to samo myślenie bogatych, czystych ludzi z białym uśmiechem.

Zinstytucjonalizowany 'humanitaryzm' będzie wyznawany, dopóki będzie ludziom wygodnie. Kiedy poczucie zagrożenia wywołane zamachami i problemami ekonomicznymi urośnie,  zostanie zastąpiony jakąś ideą 'walki z przemocą'. My nie będziemy reżyserami tego przedstawienia, możemy co najwyżej zdecydować czy zostaniemy trybikami machiny, które po latach zostaną kozłami ofiarnymi, czy staniemy z boku i spróbujemy to jakoś ogarnąć, żeby zachować się w porządku.

niedziela, 1 listopada 2015

O przewidywaniu

Nigdy nie rozumiałem jednego z podstawowych haseł z poradników tradingowych: "reaguj, nie prognozuj". W jaki sposób mam reagować nie wierząc, że moja reakcja pociągnie określone zachowanie w przyszłości? Czy twórcy tego hasła wyrzucili z równania czas? Jest sygnał, jest wejście, jest poziom cięcia straty i poziom realizacji zysku. Nie ma horyzontu czasowego. Opracowywałem wiele różnych technik tradingowych i jednak zawsze potrzebowałem uwzględniać czynnik czasowy, zatem każda z nich opierała się w jakiejś formie na prognozowaniu. Prognozuję, że gdy padnie sygnał kupna w interwale tygodniowym, to uwiarygodnienie się i kontynuacja również wymagają tygodni. Jeżeli utrzymuję pozycję długą, ale w międzyczasie rynek traci moc i inne czynniki przemawiają za odwróceniem trendu, muszę redukować pozycję i/lub zabezpieczyć ją, prognozując możliwą zmianę reguł.

Do tego wpisu skłonił mnie niedawny artykuł Trystero na blogu bossy oraz seria artykułów na blogu 10 procent rocznie o algorytmicznym podejściu do decydowania w różnych profesjach. W skrócie: z pierwszego wpisu wynika, że najlepsze efekty w prognozowaniu odnoszą ludzie dostrzegający niezliczone odcienie rzeczywistości i kalkulujący szanse wystąpienia scenariuszy. Nie są przywiązani do czarno-białej wizji rzeczywistości, nieustannie poddają swoje scenariusze testom, w razie pomyłki dostrzegają je we wczesnej fazie i adaptują się do nowych warunków. Jak zakonkludował autor:

Najlepsi uczestnicy projektu traktowali swoje zdolności prognozowania jako coś co należy stale ulepszać choć jest na tyle dobre, że nadaje się do używania. Nie mam wątpliwości, że takie nastawienie muszą przejawiać inwestorzy. Także dlatego, że rynki się zmieniają i wymuszają nieustanne dostosowywanie strategii inwestycyjnych.

Pod drugim z linków kryje się natomiast zbiór fascynujących badań nad podejmowaniem decyzji. Okazuje się, że w wielu złożonych dziedzinach zwykły algorytm oparty o kilka czynników jest w stanie podjąć lepsze decyzje niż zespół ekspertów.

Czy można zarabiać na giełdzie stosując się wyłącznie do wskazań algorytmu? Z pewnością można tak robić przez całe lata - w USA 20-letnia hossa wykreowała setki fortun i jeszcze więcej guru inwestowania. Po 2000 warunki zmieniły się jednak całkowicie i większość ówczesnych algorytmów przyniosła właścicielom bankructwo (chyba, że przestali się do nich stosować :) . Stety-niestety, pantha-rei, wszystko płynie, również zasady tej trudnej gry. Przez ostatnie lata czytaliśmy jak to algorytmy HFT rządzą Wall Street, tymczasem 24 2015 sierpnia stało się to, co było pewne dla każdego, kto czytał lub zetknął się z krachem 87, flash crash 2010 czy upadkiem LTCM - algorytmy działają tak długo, jak niezmienne jest środowisko, w którym operują. W sierpniu to środowisko radykalnie się zmieniło, ETFy zdominowane przez HFT traciły po 30-50%, algorytmy ścigały się w zbijaniu ceny (zgodnie z trendem) a doświadczeni inwestorzy, którzy to widzieli i potrafili wyciągnąć wnioski, kupowali okazję. Czy to znaczy, że lepiej zaufać intuicji? W żadnym wypadku - znaczy to tyle, że trzeba wiedzieć kiedy algorytmy stosować, kiedy adaptować do zmian, a kiedy wymieniać na zupełnie inne. To intuicja alarmuje nas, że coś się dzieje, rynek funkcjonuje jakoś inaczej i czas na zmiany. A jeśli mamy w zanadrzu scenariusze zagrań, intuicja może podpowiedzieć nam gdy któryś z nich pasuje do schematu.

Sytuacja z jaką mamy do czynienia w ostatnich 2 latach na GPW jest bardzo złożona:

- Część inwestorów uważa, że mamy selektywną hossę - pompowane są wybrane ("najlepsze") spółki, a reszty rynek nie zauważa. Ta koncepcja została mocno nadszarpnięta spadkami, z jakimi WIG zmaga się od maja, jednak dopóki flagowy CDR wciąż robi nowe szczyty, dopóty selektywna hossa ma swoich zwolenników - myślę, że grupa inwestorów z tego obozu, która używa podejścia algorytmicznego w doborze i prowadzeniu inwestycji zarobiła najwięcej w latach 2014-2015.

Ja przez cały 2014 byłem praktycznie poza rynkiem, natomiast w 2015 zacząłem kupować spółki według kryteriów fundamentalno-technicznych, jednakże nie kupowałem zysków (bo spółki zarabiające były za drogie), tylko płynność i niską wycenę (firmy bez długów, z kasą na koncie, niskim c/wk, ale też słabymi zyskami lub nawet zarabiające, ale niezauważone przez rynek). Na razie ta strategia nie płaci, ale też nie traci - dokupuję kolejne spółki, ostatnio nawet po latach wpadła do portfela Tepsa (OPL). Liczę, że gdy koniunktura się odwróci spółki zaczną znowu zarabiać, a jak nie, to płacą dywidendy.

- Część inwestorów zakłada, że hossa trwająca od 2009 roku skończyła się w 2015 i gdy S&P500 wróci do spadków, WIG20 przełamie 2000 pkt i zacznie się rzeźnia. Dotychczas nie brałem na poważnie tej koncepcji, ale muszę się na nią przygotować. Martwi mnie głównie zachowanie giełd rozwiniętych. Otóż gdy w opuszczałem rynek akcji pod koniec 2013 roku najwięcej narzędzi typowało dołek bessy na wiosnę 2015-stego. Po tym jak ECB ogłosił QE spodziewałem się strząśnięcia indeksów (ostatni akord bessy) i czystego pola do startu hossy. Stało się inaczej: po ogłoszeniu QE na początku roku indeksy europejskie wybiły konsolidację 2014 i wyszły na nowe szczyty:


Inwestorzy przestali być czujni przez euforyczne wzrosty nie poprzedzone falą zniechęcenia. Cały późniejszy impuls spadkowy to powrót do punktu wyjścia. Od szczytu z kwietnia minęło ledwie pół roku - to za mało na pełną bessę, dlatego trzeba liczyć się z kontynuacją kłopotów. Bardzo niepokojące jest załamanie WIG20: czy to preludium do jakichś większych, międzynarodowych kłopotów, jakie wkrótce uderzą w Polskę?

- Ostatnia grupa inwestorów uważa, że stoimy u bramy wielkiej hossy, a obecne ceny to szansa, jaka trafia się raz na dekadę. Z każdym kolejnym miesiącem (w szczególności spadkowym) szansa na przyszłe wysokie stopy zwrotu rośnie. Jest to wciąż moja bazowa koncepcja, choć 2014 rok nie spełnił do końca pokładanych w nim nadziei jeśli idzie o głębokość spadków - liczyłem na znacznie mocniejszą przecenę. Jedyne spadki mieliśmy na SWIG80, natomiast reszta indeksów szła w bok. Dopiero w 2015 załamał się WIG20, ale nie uznałem tego za zwiastun głębokich problemów polskiej gospodarki, tylko za okazję do tanich zakupów blue chipów.

Za tą koncepcją przemawia silne zachowanie indeksu Cały rynek:


Dopiero patrząc na ten indeks widzimy, dlaczego portfele złożone z wielu akcji nie tracą na wartości - szeroki rynek wyznaczył właśnie maksimum hossy!

Jaki wniosek z tego wpisu? Warto mieć plan na wypadek spadków, ale jeszcze lepiej mieć dobry algorytm doboru akcji, gdyby te wróciły do łask i hossa ruszyła szeroką ławą :)

środa, 28 października 2015

Fiesta Łemkowyna

Die schönen Mädchen sind nicht schön. 
Die warmen Hände sind so kalt. 
Alle Uhren bleiben stehen. 
Lachen ist nicht mehr gesund, und bald...
Rammstein "Wo Bist Du"

- Dziesięć! Nine! Osiem! Seven! Sześć! Five! Cztery! Three! Dwa! One! Pooszlii!
I poszli, a raczej przetruchtali deptak, równo o północy i wkrótce skręcili na górski szlak. Trzystu, wśród nich ja. Tak się wleczemy z Tomkiem, że po pierwszym kilometrze zostajemy na końcu stawki.
- Zobacz, mieliśmy czas 10 minut na kilometr, w zeszłym roku dałoby to nam podium - zauważa i 
wybuchamy śmiechem.

Łemkowyna Ultra Trail - 150 kilometrów z Krynicy Zdrój do Komańczy, blisko 6 km przewyższeń - kolejny cel w biegowej podróży. Czy robię to dla siebie? Czy aż tak bardzo lubię bieganie, żeby doprowadzać organizm na skraj wytrzymałości? Co i komu chcę udowodnić? Co leży poza granicą niemożliwego? W tym momencie o tym nie myślę, jest przyjemnie, ciekawie, a wizja końca równie odległa co Boże Narodzenie. Wystartowałem, bo się zapisałem. Zapisałem się, bo po jakimś biegu poczułem się silny. Czy to ma znaczenie? Jestem tu, bo tego chciałem. Jesteśmy tu we czterech (TriCity Ultra) : Stasiu i Michał, dwa psy gończe, które dawno temu pognały do przodu oraz Tomek i ja, dwa parowozy, które docisną w swoim czasie.

Posuwamy się spokojnie, do pierwszego punktu żywieniowego zgodnie z planem - razem. Razem mamy dojść do kolejnego na czterdziestym ósmym kilometrze, ale przy zejściu ze stromej góry biegnę za szybko i nie czekam wystarczająco długo. Zostawiam Tomka, który wkrótce przeżywa najcięższy kryzys. Taki biegowy standard, gdy umysł głupieje na myśl o końcowych cyfrach na mecie. Co zapamiętam z biegu? Że popierdzielałem, zdychałem, ale dolałem do pieca i och ach jaki piękny wynik? Rok temu dobiegła do mety połowa ludzi, marzyłem byśmy ukończyli wszyscy razem, a być może mój przyjaciel zejdzie z trasy, bo ja będę kilka minut szybciej. Te myśli przyjdą później. Na razie jest moc i wyprzedzanie. Nadchodzi dzień.

Nie mam żadnych żeli, batonów ani innej chemii. Na punktach piję herbatę, zupę pomidorową, colę, jem herbatniki, pieczone ziemniaki, w bukłaku czysta woda. Jadę na spalaniu tłuszczowym. Pół roku temu narobiłem masę błędów i zostałem sponiewierany, ale odrobiłem lekcje i nie widzę zagrożeń. Błąd - wspinając się na Łysą Górę nie chce mi się zdejmować wiatrówki i doprowadzam do lekkiego przegrzania organizmu. Ponad godzinę zajmie mi dojście do siebie. Przynajmniej wiem co najbardziej wyciąga siły :)

80-ty kilometr, stacja Chyrowa, najtrudniejszy 80 km odcinek za mną. Dotankowuję bukłak colą, ruszam do baru po posiłek i nagle ktoś zaczepia mnie na schodkach. Zdezelowany Misiek pokazuje stopę topielca i prosi o pomoc w naklejeniu plastra. Okazuje się, że Stasiu postąpił podobnie jak ja i pognał do przodu, nie słysząc nawoływań Michała, który właśnie złapał zmorę biegaczy: ITBS (w skrócie łupie w kolanie, bo nie wytrzymał jakiś mięsień w dupie). Dla mnie wyścig się kończy, nie zostawię drugiego kolegi. To znaczy wtedy jeszcze liczę, że przeciągnę go poniżej 30 godzin, może dlatego tak ochoczo przystaję na wspólną kontynuację biegu, ale gdybym sobie przypomniał że mi ITBS nie pozwalał przebiec więcej niż 5km, to oszczędziłbym sobie późniejszego zawodu.

Przed nami dystans zeszłorocznego ŁUT70 i wydaje się, że to już bułka z masłem, tyle że w nogach mamy 80 km i jedną nieprzespaną noc, a za rogiem czai się kolejna i wciąż 70km przed nami. Zaczynam tracić złudzenia, że popędzę Michała - z ITBSem nie może zbiegać, ale pod górę też spowalnia. Się gnało na początku, się nie ma powera, sorry Misiu ale taka prawda, trzeba było na początku zamykać stawkę z Tomkiem i ze mną :) Zapada zmrok, mijają nas zawodnicy, których dawno temu zostawiłem z tyłu, czuję wewnętrzną złość, że nic nie mogę zrobić. Ale coraz częściej pojawiają się momenty, które sprawiają, że znika myślenie o biegu, mecie. Pierwszy taki moment: po zejściu z Cergowej przystaję by popatrzeć na tę piękną górę. Rok temu podziwiałem ją za dnia, teraz jest noc, niebo czyściutkie, zasłane gwiazdami, księżyc prawie w pełni. Na podłużnym szczycie góry błyskają co jakiś czas światełka - promienie latarek biegaczy, znak że walka ludzi z żywiołem trwa. Kilka kilometrów dalej, Iwonicz Zdrój, witają nas okrzyki z estrady, grupka wolontariuszy zachowuje się jak gwiazdy z Opola mające za publiczność dwóch, w porywach do czterech biegaczy. Jest chwila na ciepłą kawę, pączka, ciastka. Już nie biegnę, teraz świętuję! Jeden lubi przetańczyć noc w dyskotece, ja lubię przebiec noc w górach!

Chwile fiesty mieszają się z bezsilnością. Tempo jest dla mnie za wolne, zaczynam marznąć. Temperatura szybko spada, zrywa się silny wiatr. Zakładam wszystkie warstwy ubrań, łącznie z płaszczem przeciwdeszczowym. Michał każe mi biec samemu do stacji w Puławach. Tu kolejna impresja. Suniesz sam przez noc w sąsiedztwie mając tylko majestatyczne czarne szczyty i gdzieniegdzie wątłe światełka z okien domków, by w finale wejść w gwarny rozświetlony punkcik na ziemi. Małe kolorowe mrowisko w wielkiej ciemnej pustce. Stacja Puławy Górne, 121 km - to już standard na tym biegu, że witają mnie niezwykle przyjacielscy i pomocni wolontariusze. To tutaj serwują kultową zupę z dyni i imbiru. Jest ciepło, akumulatory ładuje spora grupa biegaczy. Wkrótce dociera Michał i gdy się wzmacniamy, do środka dziarsko wparowuje Tomek. Moment gdy nas dostrzega zapamiętam na zawsze, uśmiech rozlewa się mu po twarzy, a dłonie unoszą gdy krzyczy "Kogo ja tu widzę?!" Ulga i radość spływają na mnie, już wiem że wszyscy skończymy ten bieg.

Tomek zamierza zdrzemnąć się pół godziny, ja również podejmuję taką decyzję i coś jakby puszcza w głowie, bo zaczynam przysypiać na siedząco. Ale Misiek nie może się zatrzymywać, bo pół godziny bezruchu może go przygwoździć, więc musimy ruszać na ostatnią trzydziestkę. Pierwsze kilometry gdy wchodzimy polami pod górę są niemal mistycznym doznaniem. Niebo gwiaździste nade mną, wichura świszcze, a mimo to ciepło we mnie. Przez myśli przelatuje mi na okrągło obraz Frodo i Sama przemierzających Mordor. Byłem pewien, że taki obraz istnieje, ale złożyłem go z wielu innych, niemniej kruchość tych dwóch postaci w kapturach oddaje jak wtedy się czułem:



Przez kilka km idziemy pod górę otwartą przestrzenią, a później ok. 10 km szczytami. Na tych szczytach przeżywam poważny kryzys - gdyby nie potworne zimno, zasnąłbym. Zdaje mi się, że przysypiam gdy mrugam, czasem zarzuca mnie na bok. Krzaki układają się w postacie zwierząt, taśmy odblaskowe znaczące trasę w węże. Niebo nade mną płynie. Rozhulany wiatr przenika każdą szparę w ubraniu. Zejście, podejście, zimno, taśma, zejście, podejście, zimno, taśma... Jestem świadomy, że nie myślę racjonalnie gdy mieszam program komputerowy z trasą, ale nie potrafię naprowadzić umysłu na właściwe tory. Najgorsza jest świadomość, że taki stan będzie trwał jeszcze całe godziny! Michał mówi, żebym pił, ale woda z colą ciężko przechodzi przez gardło. Nagle coś mu się przestawia i rusza gwałtownie do przodu - idzie tak szybko, że muszę za nim truchtać. Szybsze tempo wreszcie mnie otrzeźwia, gdy nagle Michał mówi:
- Teraz będzie rzeźnia.

Zejście z Tokarni do ostatniego punktu. Na początku tak strome, w dodatku pokryte błotem, że z połowa ludzi się wywraca (w zeszłym roku sam zaliczyłem glebę). Jestem bez kijków, więc jedyna taktyka polega na zjeżdżaniu po błocie od drzewa do drzewa i machaniu rękami. Tak, teraz już senność zupełnie odchodzi. Wreszcie kończy się błoto. Biegnę, a wbite w trawę chorągiewki przewijają się niczym kadry filmu. Znowu jest ciepło. W przełęczy trwa walka z żywiołem - trzech zakapturzonych mężczyzn podtrzymuje prowiant na stoliku razem ze stolikiem. Zachęcają mnie bym usiadł w namiocie i schronił się przed wiatrem - faktycznie Misiek ze znokautowanym kolanem raczej z góry nie pobiegnie, więc mam trochę czasu :) Delektuję się kawą i czekoladą oglądając przedstawienie o polarnikach walczących z żywiołem. Wreszcie schodzi.. Tomek :) Razem z poznanym na trasie Kubą. Wkrótce ruszamy we czterech na ostatni 14-sto kilometrowy odcinek.

- A gdzie Misiek?
- Chyba został z tyłu.
- No to zrobimy to co on zawsze nam, zostawimy go :)
Jakby ktoś nie wiedział, to to był humor sytuacyjny. Do teraz gdy myślę o tej sytuacji automatycznie się uśmiecham. Szczególnie, że później Michał nam opowiedział, że pozostawiony sam w nocy w górach, w lesie,  czuł się jak pokarm dla niedźwiedzia :) Kilkanaście km przed metą czuję się, jakby było już po biegu. Owszem, trzeba dorobić te kilometry, ale organizm już odpoczywa. Do tego świta i choć wciąż cholernie wieje, rozwiewają się też resztki senności.

Na metę wpadam wyjątkowo niezajechany. Przypadkowo spełniło się moje marzenie o tym, żeby wybrać się na jakiś długi dystans i pokonać go bez dużego zmęczenia. Jest właśnie tak jak piszą w mundrych książkach: człowiek może biegać całymi dniami i nocami! Poza granicą naszych możliwości tkwią pokłady niedostępnej dotychczas energii. Sięgamy po nią, a gdy dochodzimy do kresu, znowu się odradzamy. Bieganie ultra, to bieganie głową, słabszy biegacz pokona lepszego, jeśli potrafi słuchać swojego organizmu, nie daje ponieść się euforii i regularnie uzupełnia płyny, zamiast uparcie ich odmawiać ;) Rok temu ten bieg wydawał się czymś nieosiągalnym, zwieńczeniem amatorskiej kariery ultrasa, ale wystarczyło dobrze się przygotować, zebrać doświadczenia i regularnie trenować, żeby doświadczyć go nie jako drogi przez mękę, ale prawdziwe święto biegaczy.




środa, 30 września 2015

WIG20 w kanałach

Dziś kilka zabaw z wykresami długoterminowymi:

WIG20 
Indeks polskich blue chipów po cenach zamknięcia w skali miesięcznej - blisko mocnego wsparcia.


Linie po ekstremach wyglądają trochę gorzej, jest miejsce do kilkunastoprocentowego zjazdu - to by dopiero była okazja!



S&P500 - porównanie bessy z czasów Wielkiego Kryzysu do sytuacji po 1994 - czasowo niemal w punkt.

poniedziałek, 21 września 2015

Ładnie kreślą

Sierpniowy kraszek narobił smaku na 'big short', czyli szybki, duży zysk z krótkich pozycji. W 2014 roku dwa razy próbowałem zarobić na tzw. fali C :


Czyli: po pierwszej silnej fali wyprzedaży, która łamie jakieś istotne wsparcie (np. sma200), mamy szybką korektę 3-falową znoszącą ok. 50-62% spadku, po której występuje kolejna fala wyprzedaży. Obie próby złapania trendu spadkowego (styczeń i październik) zakończyły się porażką:


Tym razem sytuacja wygląda lepiej dla niedźwiedzi, ponieważ:
- Została wyłamana znacznie ważniejsza średnia (sma200, a nie sma50) i dodatkowo wygenerowany został tzw. krzyż śmierci. Przez ostatnie lata ten sygnał dawał jednak fałszywe sygnały, podobnie jak wszystkie wskaźniki makro sugerujące wysokie przewartościowanie amerykańskich akcji.
- Indeks nie odrobił natychmiast strat, tylko zaczął się konsolidować, kreśląc trójkąt; nie zdołał również zakryć luki z 21 sierpnia i zniósł przepisowe ~60% spadku.

Formacja wygląda aż za pięknie i każdy ją widzi, ale w ostatnim roku wiele aktywów czy walut wpadło w silne trendy spadkowe (ropa, miedź, eur, aud itd.), choć trzymały się długo i co chwila padały fałszywe sygnały sprzedaży.

Długoterminowo nadal obstawiam łagodną bessę w Polsce, podobną do tej z lat 2004-2005 która powinna skończyć się jeszcze w tym roku. Spadki wykorzystuję do powiększania pozycji w akcjach. Co ciekawe gdy zapuściłem dziś dawno nie odkurzanego analizera S&P500, dostałem tylko 1 analogię:



1953 rok, czyli przystanek w silnej hossie po Wielkim Kryzysie.

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Trochę perspektywy

Wyczekiwałem tych spadków przez cały 2014 rok, ale rynek znowu był sprytniejszy i poczekał aż kupię za dużo :) W styczniu zacząłem tracić cierpliwość i powoli wracałem na rynek:
http://podtworca.blogspot.com/2015/01/nie-o-take-besse-zesmy-walczyli.html
Była to dobra decyzja, bo bardzo szybko zarobiłem na fali wzrostowej. Jednak w pewnym momencie powstał dylemat - jeśli zainkasuję zyski, mogą ominąć mnie prawdziwe wzrosty (opisywałem to wiele razy na przykładzie Monnari czy ATM Grupy), jeśli natomiast wzrosty są tylko falą B bessy i nadejdzie mordercza fala C, zyski zamienią się w straty.

Ostatecznie wybrałem rozwiązanie pośrednie - nieznacznie powiększałem pozycje, pozostawiając większą część portfela w gotówce. Niestety z czasem pozycja w akcjach stawała się coraz większa i obecnie dochodzi do blisko połowy. Dobierałem na sygnałach kupna akcje, które pozostają w świeżych trendach wzrostowych. Dzisiejsze spadki były pierwszymi, które odczułem na portfelu, ale gdy patrzę na akcje w skali miesięcznej, to właściwie nic się nie stało:

Atrem - kupowany między kwietniem a majem - wciąż jest zysk, ale co z tego
skoro długoterminowe wsparcie trendu wzrostowego biegnie na 4 zł...

Niektóre spółki jak Procad czy 08Octava mocno się oddaliły od ceny zakupu i korekty zjadają tylko zysk, inne jak Komputronik czy Tesgas weszły w stratę. Nastawiam się psychicznie, że będzie dużo gorzej, ale akcji nie oddam. Po pierwsze choć wszyscy piszą o krachu i bessie, rynek jest całkiem silny i ma wiele do nadrobienia:


Analizuję ten indeks (cały rynek) od lat i dzisiejszy kraszek niespecjalnie zmienił cokolwiek w wieloletnim odbiorze. Gorzej wygląda już SWIG80:


ale i tutaj jest światełko w tunelu - do końca 40-miesięcznego cyklu hossa-bessa zostały "tylko" 4 miesiące. Jeszcze raz C_ pozbawiony tym razem kresek:


Akcje spadają od 8 lat, w tym czasie tylko raz - w 2009 roku - mieliśmy do czynienia z silną hossą na szerokim rynku. Większość uczestników rynku od 8 lat traci pieniądze, w pierwszym półroczu 2015 (oficjalne dane z GPW) udział inwestorów indywidualnych w obrocie akcjami spadł do najniższego poziomu: 12%. Tyko na rynku Newconnect indywidualni rządzą: 79% udział w obrocie. Być może dlatego ten indeks wygląda tak:


Nie mam złudzeń: jeśli mamy do czynienia z falą C, to spadki mogą dojść do absurdalnych poziomów. Obserwowałem to w 2008, gdy zaczynałem przygodę z giełdą i z głupia frant udało mi się kupić blisko dna październikowej paniki, obserwowałem w 2011, gdy od miesięcy grałem na spadki. Tym razem po ponad roku czekania wróciłem do akcji za wcześnie (a raczej nie pozbyłem się ich na czas), ale nie żałuję - spadki są mi na rękę, bo moje analizy wskazują, że po tej bessie nadejdzie wreszcie moda na akcje i chcę kupić nadpłynne spółki jak najtaniej, aby trzymać je przez lata. Gdybym kupił PKO po 40zł albo PGE za 20, to pewnie miałbym stresa, ale niewielkie pakiety za 28 i 16 nie spędzają mi snu z powiek - chętnie dobiorę taniej. Może uda się przyszorcić kontraktami i opcjami, choć wolałbym poczekać na jakąś korektę spadków.