Niemoc twórcza na blogu trwa, niemniej trzeba w końcu napisać coś o rynku. Niedawno przeczytałem bardzo ciekawą informację na blogu bossy (http://blogi.bossa.pl/2016/01/06/czy-na-kazdym-rynku-mozna-zarabiac/) :
Trzeci problem podniesiony przez zarządzających Nevsky Fund dotyczy
skutków istotnie powiększonej roli funduszy indeksowych i strategii
algorytmicznych w obrocie giełdowym. Zdaniem Taylora i Barnesa obydwie
grupy inwestorów mogą tworzyć trendy nie mające żadnego oparcia w
sytuacji fundamentalnej. Jedno błędne zlecenie albo będący częścią
rynkowego szumu ruch po publikacji danych mogą przeobrazić się w
rozciągnięty w czasie ruch cen. Historyczne korelacje pomiędzy
poszczególnymi aktywami mogą się utrzymywać długo po zniknięciu
fundamentalnych powodów do ich istnienia. Wreszcie, zwiększona rola
funduszy indeksowych i strategii algorytmicznych utrudnia analizę
pozycji inwestorów na rynku, czyli oceny pod jaki scenariusz grają
inwestorzy. W dużym uproszczeniu: Taylor i Barnes sugerują, że zmiany z
ostatniej dekady spowodowały, że rynki mogą pozostać nieracjonalne
częściej, dłużej i bardziej kuriozalnie niż wcześniej.
Myślę, że opisany proces odnosi się do wielu aktywów, m.in. polskich akcji z WIG20. A im bardziej nieefektywny rynek, tym większa szansa trafienia na okazję, jeśli wiemy jak grać. Pisałem rok temu, że traktuję ETF na wungiel jako jaskółkę zmiany:
Spadku z 50$ na 5.5$ nie mogą tłumaczyć tylko fundamenty, podobnie jak krachu na ropie. Nawet jeśli połowa kopalni zbankrutuje, a ich aktywa zjadą do 0, to wciąż ryzyko, że taka wycena utrzyma się (lub pogłębi) w długim terminie jest raczej niewielkie. Myślę, że mamy tu do czynienia z wydłużonym cyklem irracjonalności rynku.
Nałóżmy WIG_POLAND_MV (kapitalizacja polskich spółek z WIG) na WIG_POLAND_BV (book value) :
Widzimy 2 rzeczy:
- ceny dopiero się zbliżyły do poziomów wartości księgowych, więc może być taniej (jak w 2009)
- wartość księgowa (wewnętrzna) polskich spółek rośnie nieprzerwanie od lat dzięki wzrostowi gospodarczemu, większej liczbie spółek na giełdzie i inflacji.
W 2011 roku grałem na spadki i wieściłem krach. 2000 na WIG20 wydawało się wtedy rozsądnym poziomem do zatrzymania paniki. Gdy dołki nie zostały pogłębione w 2012 roku, byłem pewien, że już nigdy nie zobaczę cyfry "1" z przodu. A jednak niedawno licznik pokazał 1698. Być może to preludium do prawdziwych tarapatów, ale gram jednak pod trzecią szansę. I trzymam kciuki za Węgrów:
2 dekady temu, gdy na GPW zaczęła się najbardziej szalona hossa, parkiet węgierski spadał jeszcze przez 11 miesięcy. Teraz role się odwróciły, a rozstrzał między GPW a BUX wynosi 9 miesięcy:
Kibicuję Madziarom w dalszych wzrostach, jak najbardziej nieprawdopodobnych i niespodziewanych :)
Blog o inwestowaniu, grze na giełdzie, rozwoju osobistym, przemyślenia na temat egzystencji, poszerzanie świadomości. Czasem trochę o żarciu i bieganiu - życie :) Napisz do mnie: deedees małpa o2 kropcia pl
wtorek, 12 stycznia 2016
piątek, 1 stycznia 2016
Big short
Tytułowy "Big short" nie nawiązuje do zajętej przeze mnie ostatnio pozycji - to tytuł filmu, który miałem przyjemność dziś obejrzeć. Gwiazdorska obsada (Christian Bale, Brad Pitt, Ryan Gosling, Steve Carell) w filmie o tematyce rynkowej - takie rzeczy tylko w Ameryce! Ponieważ ostatnio nie mam kompletnie serca do pisania i wycofuję się po 2-3 zdaniach, wypiszę po myślnikach swoje przemyślenia bez składania całości do kupy :)
- Film jest świetnie zrealizowany - odniosłem wrażenie, że autorzy bardzo chcieli pokazać Amerykanom jak zdemoralizowany jest system w którym żyjemy, dlatego takie nagromadzenie gwiazd w filmie. Choć Pitt czy Gosling grają poprawnie, zawsze przyciągną kilka milionów widzów; Bale stworzył sugestywną kreację, która zasługuje na osobny myślnik, a Carell ze swoim funduszem cyników zagrał chyba jeszcze lepiej. Fabularnie to kawał inteligentnego kina, może nie hipnotyzuje jak "Wall Street" z Michaelem Douglasem, gdyż dotyka szerszej tematyki i jest oparty o fakty, ale ogląda się go bardzo dobrze, a gracze giełdowi wyłowią wiele smaczków:
- scena, w której pracownicy funduszu Bauma (granego przez Carella) prowadzą prywatne śledztwo mające odpowiedzieć na pytanie czy na rynku nieruchomości jest bańka, unaocznia jak powszechna była głupota i krótkowzroczność banków, brokerów, doradców i ich klientów. Każdy chciał szybko i dużo zarobić i choć widział, że coś tu nie gra, nie przyjmował do świadomości konsekwencji.
- dr medycyny Michael Bury (Bale), przykład nietuzinkowego tradera (kiedyś powiedzianoby pewnie geniusza, ale jak wiemy geniusz to wypadkowa mądrej, wytrwałej pracy). Pracuje jako analityk w funduszu i jako jedyny analizuje setki raportów na temat spłat rat kredytów, będących zabezpieczeniem obligacji hipotecznych. Nikomu nie chce się tych raportów czytać, a ci którzy je przygotowują nie bardzo rozumieją co piszą. Dostrzega, że pod papierami z ratingiem AAA kryją się niespłacane hipoteki i te konstrukcje muszą się zawalić. Postanawia zatem zagrać na bankructwo obligacji. Ma tylko jeden problem - nie istnieją żadne instrumenty finansowe, które to umożliwiają. Dlatego udaje się do banków inwestycyjnych i namawia je na stworzenie takiego produktu. Scena w siedzibie Goldmana i reakcja bankierów na szaleńca, który chce grać przeciwko nieruchomościom to majstersztyk.
- Bury trafnie przewidział co się stanie, ma tylko jeden problem - timing nie zgadza mu się o 2 lata, a klienci chcą wycofywać pieniądze z tracącej inwestycji. Zderza się z jedną z najbrutalniejszych mądrości giełdowych: rynek może pozostać dłużej nieracjonalny, niż ty pozostaniesz wypłacalny. Przeciwko nieruchomościom grają też inni, wątpliwości ich zżerają, szukają jakiejś fundamentalnej przyczyny, którą mogli przeoczyć (jak się okaże była taka przyczyna - gdy banki zorientowały się, że obligacje są bezwartościowe, zaczęły sztucznie podtrzymywać ich wartość, żeby sprzedać je nieświadomym zagrożenia ludziom i instytucjom). Bury jest w swoim 2-letnim czekaniu osamotniony, naciskają go wszyscy wspólnicy, klienci grożą pozwami, gdy zamraża ich pieniądze. Nie upiera się dlatego, że wierzy w swoją wyjątkowość czy gwiazdę szczęścia - z takim podejściem już dawno wypadłby z biznesu. Po prostu widzi fakty, widzi jak rzeczywistość realizuje jedyny możliwy scenariusz, ale musi czekać, a tego komfortu nie może dostać od ludzi wierzących w odwieczne prawdy.
- Film przedstawia sylwetki traderów, którzy zarobili na krachu (i brokera granego przez Goslinga, który szukał chętnych do skracania rynku nieruchomości, choć było to wbrew interesom jego banku-pracodawcy, ale wiedział, że prowizja jaką zgarnie pozwoli mu się ustawić do końca życia..). Wszyscy oni wykonali przed podjęciem decyzji ogromną pracę, której nie chciało się wykonać ogółowi. Następnie musieli wbrew wszystkim utrzymać tę pozycję. A na koniec, gdy wreszcie pozycje weszły w zysk, a druga strona transakcji wpadła w kolosalne kłopoty, musieli te pozycje utrzymać. Wyobraźcie sobie: utrzymujecie przez 2 lata stratną pozycję przeciwko czemuś, co w świadomości wszystkich ludzi nie może upaść i wreszcie pozycja wychodzi na plus, ale nagle dowiadujecie się, że instytucje które te pozycje przeciwko wam otworzyły mogą przestać istnieć i stracicie wszystko, co wpłaciliście. Czy brać szybko wysokie 30% zysku i ratować kapitał, czy dalej czekać na to, co założyliście 2 lata temu?
- Skupiłem się głównie na wątkach związanych z psychiką inwestowania. Film jednak dotyka również problemu nieuczciwości i bezkarności instytucji finansowych, ich destrukcyjnego wpływu na społeczeństwo. Poprzez postać wycofanego tradera Rickerta (Brad Pitt) autorzy zarysowali jak pieniądze uprzedmiotawiają relacje człowieka ze światem. "Gdy się im poddajesz, wszystko staje się liczbami", mówi Rickert dwójce garażowych inwestorów. Kiedy tamci skaczą z radości, że pomógł im otworzyć życiową pozycję przeciwko obligacjom opartym o hipoteki, ruga ich, że cieszą się z tragedii ludzi, którzy stracą pracę i domy. Czułem się wiele razy jak Bury, stojąc samotnie w pozycji, którą z ulgą bym odpuścił, gdyby nie fakty. Doskonale rozumiem finałowe załamanie Bauma, który stracił kompletnie wiarę w system. Na pozór cyniczny gracz żarliwie wygłasza na sympozjum, że oszustwo i krótkowzroczność nigdy nie przyniosły ludzkości pozytywnego efektu, by zobaczyć jak po krachu historia zatacza koło: tłuste koty ratują się za pieniądze podatników, a wina zrzucona zostaje na biednych i emigrantów (a nawet nauczycieli!).
"Big short" - wielopłaszczyznowa fabuła, wartka akcja i niesamowite aktorstwo (szczególnie teamu Bauma) - zdecydowanie polecam!
- Film jest świetnie zrealizowany - odniosłem wrażenie, że autorzy bardzo chcieli pokazać Amerykanom jak zdemoralizowany jest system w którym żyjemy, dlatego takie nagromadzenie gwiazd w filmie. Choć Pitt czy Gosling grają poprawnie, zawsze przyciągną kilka milionów widzów; Bale stworzył sugestywną kreację, która zasługuje na osobny myślnik, a Carell ze swoim funduszem cyników zagrał chyba jeszcze lepiej. Fabularnie to kawał inteligentnego kina, może nie hipnotyzuje jak "Wall Street" z Michaelem Douglasem, gdyż dotyka szerszej tematyki i jest oparty o fakty, ale ogląda się go bardzo dobrze, a gracze giełdowi wyłowią wiele smaczków:
- scena, w której pracownicy funduszu Bauma (granego przez Carella) prowadzą prywatne śledztwo mające odpowiedzieć na pytanie czy na rynku nieruchomości jest bańka, unaocznia jak powszechna była głupota i krótkowzroczność banków, brokerów, doradców i ich klientów. Każdy chciał szybko i dużo zarobić i choć widział, że coś tu nie gra, nie przyjmował do świadomości konsekwencji.
- dr medycyny Michael Bury (Bale), przykład nietuzinkowego tradera (kiedyś powiedzianoby pewnie geniusza, ale jak wiemy geniusz to wypadkowa mądrej, wytrwałej pracy). Pracuje jako analityk w funduszu i jako jedyny analizuje setki raportów na temat spłat rat kredytów, będących zabezpieczeniem obligacji hipotecznych. Nikomu nie chce się tych raportów czytać, a ci którzy je przygotowują nie bardzo rozumieją co piszą. Dostrzega, że pod papierami z ratingiem AAA kryją się niespłacane hipoteki i te konstrukcje muszą się zawalić. Postanawia zatem zagrać na bankructwo obligacji. Ma tylko jeden problem - nie istnieją żadne instrumenty finansowe, które to umożliwiają. Dlatego udaje się do banków inwestycyjnych i namawia je na stworzenie takiego produktu. Scena w siedzibie Goldmana i reakcja bankierów na szaleńca, który chce grać przeciwko nieruchomościom to majstersztyk.
- Bury trafnie przewidział co się stanie, ma tylko jeden problem - timing nie zgadza mu się o 2 lata, a klienci chcą wycofywać pieniądze z tracącej inwestycji. Zderza się z jedną z najbrutalniejszych mądrości giełdowych: rynek może pozostać dłużej nieracjonalny, niż ty pozostaniesz wypłacalny. Przeciwko nieruchomościom grają też inni, wątpliwości ich zżerają, szukają jakiejś fundamentalnej przyczyny, którą mogli przeoczyć (jak się okaże była taka przyczyna - gdy banki zorientowały się, że obligacje są bezwartościowe, zaczęły sztucznie podtrzymywać ich wartość, żeby sprzedać je nieświadomym zagrożenia ludziom i instytucjom). Bury jest w swoim 2-letnim czekaniu osamotniony, naciskają go wszyscy wspólnicy, klienci grożą pozwami, gdy zamraża ich pieniądze. Nie upiera się dlatego, że wierzy w swoją wyjątkowość czy gwiazdę szczęścia - z takim podejściem już dawno wypadłby z biznesu. Po prostu widzi fakty, widzi jak rzeczywistość realizuje jedyny możliwy scenariusz, ale musi czekać, a tego komfortu nie może dostać od ludzi wierzących w odwieczne prawdy.
- Film przedstawia sylwetki traderów, którzy zarobili na krachu (i brokera granego przez Goslinga
- Skupiłem się głównie na wątkach związanych z psychiką inwestowania. Film jednak dotyka również problemu nieuczciwości i bezkarności instytucji finansowych, ich destrukcyjnego wpływu na społeczeństwo. Poprzez postać wycofanego tradera Rickerta (Brad Pitt) autorzy zarysowali jak pieniądze uprzedmiotawiają relacje człowieka ze światem. "Gdy się im poddajesz, wszystko staje się liczbami", mówi Rickert dwójce garażowych inwestorów. Kiedy tamci skaczą z radości, że pomógł im otworzyć życiową pozycję przeciwko obligacjom opartym o hipoteki, ruga ich, że cieszą się z tragedii ludzi, którzy stracą pracę i domy. Czułem się wiele razy jak Bury, stojąc samotnie w pozycji, którą z ulgą bym odpuścił, gdyby nie fakty. Doskonale rozumiem finałowe załamanie Bauma, który stracił kompletnie wiarę w system. Na pozór cyniczny gracz żarliwie wygłasza na sympozjum, że oszustwo i krótkowzroczność nigdy nie przyniosły ludzkości pozytywnego efektu, by zobaczyć jak po krachu historia zatacza koło: tłuste koty ratują się za pieniądze podatników, a wina zrzucona zostaje na biednych i emigrantów (a nawet nauczycieli!).
"Big short" - wielopłaszczyznowa fabuła, wartka akcja i niesamowite aktorstwo (szczególnie teamu Bauma) - zdecydowanie polecam!
sobota, 19 grudnia 2015
Prawdziwy cel wojny w Polsce
Nie miałem ostatnio czasu, by obejrzeć wiadomości, ale orientuję się, że mamy w Polsce jakąś wojnę. Widziałem, że był wielki protest przeciwko powołaniu sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Co prawda PO po przegranych wyborach Bronka wywinęła podobny numer, ale wtedy media nie krzyczały, że się pali, więc wszyscy mieli na to wylane. No i w sumie przeszedłbym nad tym do porządku dziennego, ale przeglądając portale w nadziei, że wreszcie zobaczę na pierwszej stronie artykuły w stylu "krach i pożoga na giełdzie", zobaczyłem galerię z tego protestu i w niej takie zdjęcia:
Potem znajomi z fejsa zaczęli o sobie pisać, że są najgorszym sortem Polaków, więc postanowiłem sprawdzić o co biega i znalazłem wypowiedź Jarka:
To powrót do metod z lat 2005 – 2007, ale także z czasów rządu Jana Olszewskiego, czyli też naszych, bo to był też rząd Porozumienia Centrum. To się powtarza. Ten nawyk donoszenia na Polskę za granicę. W Polsce jest taka fatalna tradycja zdrady narodowej. I to jest właśnie nawiązywanie do tego. To jest w genach niektórych ludzi, tego najgorszego sortu Polaków. Ten najgorszy sort właśnie w tej chwili jest niesłychanie aktywny bo czuje się zagrożony.
Wojna, później komunizm, później transformacja przeprowadzona tak, jak ją przeprowadzono właśnie ten typ ludzi promowała, dawała mu wielkie szanse. On dziś boi się, że te czasy się zmienią, że przyjdzie czas, że tak jak to być powinno – inny typ ludzi, mających motywacje wyższe, patriotyczne będzie wysunięty na czoło i to będzie dotyczyło wszystkich dziedzin życia społecznego, także ze strony gospodarczej. Tu jest ten wielki strach o to, jaki rodzaj Polaków będzie miał te największe szanse. Czy ci, dla których wszelkie sprawy związane z czymś szerszym, niż własny interes, narodem, godnością narodową, są ważne. Czy ci, dla których to nie ma żadnego znaczenia, a cała filozofia sprowadza się do takiego powiedzenia „nie ma takich grabi, które by od siebie grabiły”
Niech sobie przypomnę. W XVII wieku niejaki Hieronim Radziejowski tak bardzo nienawidził polskiego króla, że namówił szwedzkiego do napaści na Rzeczpospolitą (wcześniej próbował spiskować m.in. na dworze wiedeńskim). W efekcie 5-letniej wojny Polska straciła 40% ludności i już nigdy się nie podźwignęła. 140 lat później zniknęła z mapy, bo paru typkom tak bardzo nie podobała się Konstytucja 3 maja, że poprosili w Targowicy carycę Katarzynę o przywrócenie demokracji szlacheckiej w Polsze. Przez następne 120 lat świat (europejski) uważał, że Polacy nie zasługują na własne państwo, bo i tak się pokłócą, a przegrani polecą do sąsiadów po pomoc. To lepiej niech już rządzi nimi ten sąsiad.
Faktycznie, wplątywanie obcych służb, królów, armii w nasz grajdołek nigdy nie wyszło Polsce na dobre. Zgadzam się z Jarkiem, że raczej chujowi obywatele RP tak robią. Ale czy sympatyczni skądinąd ludzie z tego zdjęcia rzeczywiście donoszą obcym mediom o dyktaturze w Polsce? Cóż, nie sądzę. Jeszcze niedawno na jakimś heheszkowym portalu zbijano się z Rosjan, którzy tak łykali propagandę w czasie wojny z Ukrainą, że uwierzyli w strollowany artykuł jak to oddział NATO wylądował na polu i zgwałcił wszystkie krowy, albo że Ukraińcy ukrzyżowali 7-letniego chłopca. Cóż, po tym co się tu wyprawia nie zdziwiłby mnie nowy masowy protest, gdyby Gazeta napisała, że PiSiaki też gwałcą krowy.
Zanim zostanie mi przyklejona gęba polityczna, określam się: nie po drodze mi z PiS do tego stopnia, że oglądanie przygłupów pokroju Kurskiego czy Brudzińskiego skutecznie zniechęciło mnie lata temu do telewizji. Złodziejaszków z PO oceniałem równie nisko dopóki nie wybuchła tzw. "afera taśmowa". Pokazała ona, że na górze nie jest tak źle - nagrani ministrowie nie byli w nic umoczeni, interesowali się światem, narzekali na lokalną niemoc. Autentycznie poczułem wtedy, że mentalnie jesteśmy częścią Zachodu, a nie Rosji.
Co zatem jest nie tak? Skąd taki masowy opór przed Kaczyńskim. Skąd nieprawdopodobna kariera nowego Dyzmy: Rysia Petru? Przecież w PiS są nie tylko debile, działają tam też wyważeni konserwatyści. Dlaczego wali się do nich ze wszystkich medialnych armat? Dlaczego nikomu nie przeszkadzało ułaskawianie mafiosów i morderców przez poprzednich prezydentów, a larum po ułaskawieniu fanatycznego pro-państwowca Kamińskiego rozeszło się aż na portale o kotach?
Od kilku lat działa w Polsce niewidzialna armia, której budżet w 2015 roku szacowany jest na 53 miliardy zł (3% PKB). Dla porównania budżet Ministerstwa Obrony Narodowej to ok. 38 miliardów. Kto dysponuje blisko połowę większą kwotą niż polska Armia? Mafia wyłudzająca podatek VAT. Nie mówimy tu o jakichś Słowikach czy Dziadach. Za 50 miliardów nie kupuje się łysych z bejsbolami. Za 50 miliardów można sfinansować armię większą, niż 100 tys. żołnierzy Wojska Polskiego wyposażonych w czołgi, 1000 generałów i samoloty F-16.
Czym jest ten niewidzialny twór? Mieszanki lokalnych i zagranicznych służb, sitwy prokuratorskie, sędziowskie, mafia polska, ruska, czeczeńska, służby PRL, oligarchowie, potentaci medialni? Nie mam pojęcia! Ale 3% PKB nie wsiąka sobie w ziemię ot tak. Nie mówimy o kasie, która nie została zapłacona przez firmy, tylko o pieniądzach jakie przelewane są przez urzędy skarbowe na konta fikcyjnych spółek. Państwo Polskie płaci jakimś anonimowym gangsterom więcej niż swojej armii! Czy siły te będą na tyle zdeterminowane w utrzymaniu swojej realnej władzy, by po fiasku nagonki medialnej ściągać do Polski pomoc z zewnątrz albo zabijać urzędników, jak św. pamięci Michała Falzmanna?
Zbieram się od roku do opisania wstrząsających wniosków z lektury "Dlaczego narody przegrywają" i uwierzcie mi - za każdym razem gdy ułożę wpis w głowie, dostaję doła, bo dochodzi do mnie beznadzieja naszego [Polaków] położenia. Od tego doła nie chce się pisać. Jeżeli interesuje was, dlaczego od 500 lat Ameryka Łacińska jest biedna i czy ta bieda ma związek z faktem, że rządzą nią do dziś potomkowie konkwistadorów, sięgnijcie po cegłę panów Acemoglu i Robinsona. A jeśli nie macie czasu i szukacie szybkiej odpowiedzi dlaczego jako naród przegrywamy, przestudiujcie zasady ustroju pańszczyźnianego.
Wszystko wybaczę PiSowi, mogę nawet oglądać TV, jeśli poprawnie wskażą i usuną mafię niszczącą przyszłość Polaków. Na razie jednak podkurwiają społeczeństwo: a to chcą usuwać gimnazja (po co, skoro Polska awansowała do elity światowej we wczesnym szkolnictwie), a to chcą znieść reformę 6-latki do szkół (po 5 latach wprowadzania, pozdrowienia dla wszystkich posyłających dzieci do prywatnych przedszkoli, będziecie płacić 9 stów miesięcznie jeszcze rok dłużej). Przywrócenie przywilejów emerytalnych - skąd na to kasa? Pewnie tradycyjnie pójdą pożyczyć od Żyda - spieszcie się, bo jeszcze da się na 3%, potem będziecie musieli opylić resztki Taurona i PGE. Cena co prawda już niezbyt dobra, ledwie połowa tego co 5 lat temu, ale parę miliardów jeszcze wleci.
Od nowej władzy nie oczekiwałem nic twórczego, liczyłem za to że nie będą kradli. Niestety, na razie remis z PO, wstawili swoich na stołki i już doją - nihil novi, złodzieje tacy sami. Teraz chcą psuć to, co już działa - będzie opór jak sk..syn. Myślicie, że ci protestujący 3 lata temu w obronie przedszkolaków jeszcze się tym interesują? Dzieciaki poszły do szkoły rok szybciej, nauczyły się czytać, nadal biegają i wrzeszczą - pozostały dziećmi. Nikogo to już nie interesuje, nawet fundacja tej krzykliwej baby zajmuje się już tylko wypłacaniem pensji zarządowi (czyli krzykliwej babie i jej mężowi). Przepis na utrzymanie władzy jest prosty:
1. nie kraść,
2. nie dotykać tego co jako tako funkcjonuje, bo spieprzycie,
3. zlokalizować i usuwać sitwy oraz święte krowy (pamiętaj Gazeto, liczę wtedy na artykuł o gwałceniu!)
Potem znajomi z fejsa zaczęli o sobie pisać, że są najgorszym sortem Polaków, więc postanowiłem sprawdzić o co biega i znalazłem wypowiedź Jarka:
To powrót do metod z lat 2005 – 2007, ale także z czasów rządu Jana Olszewskiego, czyli też naszych, bo to był też rząd Porozumienia Centrum. To się powtarza. Ten nawyk donoszenia na Polskę za granicę. W Polsce jest taka fatalna tradycja zdrady narodowej. I to jest właśnie nawiązywanie do tego. To jest w genach niektórych ludzi, tego najgorszego sortu Polaków. Ten najgorszy sort właśnie w tej chwili jest niesłychanie aktywny bo czuje się zagrożony.
Wojna, później komunizm, później transformacja przeprowadzona tak, jak ją przeprowadzono właśnie ten typ ludzi promowała, dawała mu wielkie szanse. On dziś boi się, że te czasy się zmienią, że przyjdzie czas, że tak jak to być powinno – inny typ ludzi, mających motywacje wyższe, patriotyczne będzie wysunięty na czoło i to będzie dotyczyło wszystkich dziedzin życia społecznego, także ze strony gospodarczej. Tu jest ten wielki strach o to, jaki rodzaj Polaków będzie miał te największe szanse. Czy ci, dla których wszelkie sprawy związane z czymś szerszym, niż własny interes, narodem, godnością narodową, są ważne. Czy ci, dla których to nie ma żadnego znaczenia, a cała filozofia sprowadza się do takiego powiedzenia „nie ma takich grabi, które by od siebie grabiły”
Niech sobie przypomnę. W XVII wieku niejaki Hieronim Radziejowski tak bardzo nienawidził polskiego króla, że namówił szwedzkiego do napaści na Rzeczpospolitą (wcześniej próbował spiskować m.in. na dworze wiedeńskim). W efekcie 5-letniej wojny Polska straciła 40% ludności i już nigdy się nie podźwignęła. 140 lat później zniknęła z mapy, bo paru typkom tak bardzo nie podobała się Konstytucja 3 maja, że poprosili w Targowicy carycę Katarzynę o przywrócenie demokracji szlacheckiej w Polsze. Przez następne 120 lat świat (europejski) uważał, że Polacy nie zasługują na własne państwo, bo i tak się pokłócą, a przegrani polecą do sąsiadów po pomoc. To lepiej niech już rządzi nimi ten sąsiad.
Faktycznie, wplątywanie obcych służb, królów, armii w nasz grajdołek nigdy nie wyszło Polsce na dobre. Zgadzam się z Jarkiem, że raczej chujowi obywatele RP tak robią. Ale czy sympatyczni skądinąd ludzie z tego zdjęcia rzeczywiście donoszą obcym mediom o dyktaturze w Polsce? Cóż, nie sądzę. Jeszcze niedawno na jakimś heheszkowym portalu zbijano się z Rosjan, którzy tak łykali propagandę w czasie wojny z Ukrainą, że uwierzyli w strollowany artykuł jak to oddział NATO wylądował na polu i zgwałcił wszystkie krowy, albo że Ukraińcy ukrzyżowali 7-letniego chłopca. Cóż, po tym co się tu wyprawia nie zdziwiłby mnie nowy masowy protest, gdyby Gazeta napisała, że PiSiaki też gwałcą krowy.
Zanim zostanie mi przyklejona gęba polityczna, określam się: nie po drodze mi z PiS do tego stopnia, że oglądanie przygłupów pokroju Kurskiego czy Brudzińskiego skutecznie zniechęciło mnie lata temu do telewizji. Złodziejaszków z PO oceniałem równie nisko dopóki nie wybuchła tzw. "afera taśmowa". Pokazała ona, że na górze nie jest tak źle - nagrani ministrowie nie byli w nic umoczeni, interesowali się światem, narzekali na lokalną niemoc. Autentycznie poczułem wtedy, że mentalnie jesteśmy częścią Zachodu, a nie Rosji.
Co zatem jest nie tak? Skąd taki masowy opór przed Kaczyńskim. Skąd nieprawdopodobna kariera nowego Dyzmy: Rysia Petru? Przecież w PiS są nie tylko debile, działają tam też wyważeni konserwatyści. Dlaczego wali się do nich ze wszystkich medialnych armat? Dlaczego nikomu nie przeszkadzało ułaskawianie mafiosów i morderców przez poprzednich prezydentów, a larum po ułaskawieniu fanatycznego pro-państwowca Kamińskiego rozeszło się aż na portale o kotach?
Od kilku lat działa w Polsce niewidzialna armia, której budżet w 2015 roku szacowany jest na 53 miliardy zł (3% PKB). Dla porównania budżet Ministerstwa Obrony Narodowej to ok. 38 miliardów. Kto dysponuje blisko połowę większą kwotą niż polska Armia? Mafia wyłudzająca podatek VAT. Nie mówimy tu o jakichś Słowikach czy Dziadach. Za 50 miliardów nie kupuje się łysych z bejsbolami. Za 50 miliardów można sfinansować armię większą, niż 100 tys. żołnierzy Wojska Polskiego wyposażonych w czołgi, 1000 generałów i samoloty F-16.
Czym jest ten niewidzialny twór? Mieszanki lokalnych i zagranicznych służb, sitwy prokuratorskie, sędziowskie, mafia polska, ruska, czeczeńska, służby PRL, oligarchowie, potentaci medialni? Nie mam pojęcia! Ale 3% PKB nie wsiąka sobie w ziemię ot tak. Nie mówimy o kasie, która nie została zapłacona przez firmy, tylko o pieniądzach jakie przelewane są przez urzędy skarbowe na konta fikcyjnych spółek. Państwo Polskie płaci jakimś anonimowym gangsterom więcej niż swojej armii! Czy siły te będą na tyle zdeterminowane w utrzymaniu swojej realnej władzy, by po fiasku nagonki medialnej ściągać do Polski pomoc z zewnątrz albo zabijać urzędników, jak św. pamięci Michała Falzmanna?
Zbieram się od roku do opisania wstrząsających wniosków z lektury "Dlaczego narody przegrywają" i uwierzcie mi - za każdym razem gdy ułożę wpis w głowie, dostaję doła, bo dochodzi do mnie beznadzieja naszego [Polaków] położenia. Od tego doła nie chce się pisać. Jeżeli interesuje was, dlaczego od 500 lat Ameryka Łacińska jest biedna i czy ta bieda ma związek z faktem, że rządzą nią do dziś potomkowie konkwistadorów, sięgnijcie po cegłę panów Acemoglu i Robinsona. A jeśli nie macie czasu i szukacie szybkiej odpowiedzi dlaczego jako naród przegrywamy, przestudiujcie zasady ustroju pańszczyźnianego.
Wszystko wybaczę PiSowi, mogę nawet oglądać TV, jeśli poprawnie wskażą i usuną mafię niszczącą przyszłość Polaków. Na razie jednak podkurwiają społeczeństwo: a to chcą usuwać gimnazja (po co, skoro Polska awansowała do elity światowej we wczesnym szkolnictwie), a to chcą znieść reformę 6-latki do szkół (po 5 latach wprowadzania, pozdrowienia dla wszystkich posyłających dzieci do prywatnych przedszkoli, będziecie płacić 9 stów miesięcznie jeszcze rok dłużej). Przywrócenie przywilejów emerytalnych - skąd na to kasa? Pewnie tradycyjnie pójdą pożyczyć od Żyda - spieszcie się, bo jeszcze da się na 3%, potem będziecie musieli opylić resztki Taurona i PGE. Cena co prawda już niezbyt dobra, ledwie połowa tego co 5 lat temu, ale parę miliardów jeszcze wleci.
Od nowej władzy nie oczekiwałem nic twórczego, liczyłem za to że nie będą kradli. Niestety, na razie remis z PO, wstawili swoich na stołki i już doją - nihil novi, złodzieje tacy sami. Teraz chcą psuć to, co już działa - będzie opór jak sk..syn. Myślicie, że ci protestujący 3 lata temu w obronie przedszkolaków jeszcze się tym interesują? Dzieciaki poszły do szkoły rok szybciej, nauczyły się czytać, nadal biegają i wrzeszczą - pozostały dziećmi. Nikogo to już nie interesuje, nawet fundacja tej krzykliwej baby zajmuje się już tylko wypłacaniem pensji zarządowi (czyli krzykliwej babie i jej mężowi). Przepis na utrzymanie władzy jest prosty:
1. nie kraść,
2. nie dotykać tego co jako tako funkcjonuje, bo spieprzycie,
3. zlokalizować i usuwać sitwy oraz święte krowy (pamiętaj Gazeto, liczę wtedy na artykuł o gwałceniu!)
poniedziałek, 7 grudnia 2015
Trzecia szansa
Tytułowa trzecia szansa to możliwość zajęcia długiej pozycji u zarania nowej hossy w okolicy dołka. W 2009 roku taką pozycję miałem, ale byłem tak zielony, że roztrwoniłem ją na day-trading w silnym trendzie wzrostowym. W 2012 znowu kupiłem tanio dobre akcje, ale nie dowiozłem ich do najsilniejszych fal wzrostowych, biorąc tylko to co pewne. Tym razem postanowiłem zaryzykować i zbudowałem pozycję opcyjną na seriach C (marzec 2016) i F (czerwiec 2016). Na długi termin do portfela małych spółek dołączyłem w zeszłym tygodniu pakiet z WIG20 (wróciły m.in. PGE i Tauron, powiększyłem pozycję na PKO i kupiłem Orange oraz ETFWIG20).
Zajrzyjmy na wykresy.
Zajrzyjmy na wykresy.
![]() |
| Skala miesięczna: wieloletnie wsparcie - kupuję akcje na lata |
![]() |
| Skala tygodniowa: złote fibo61.8 - kupuję opcje z założeniem, że w skali kilku miesięcy wejdą in-the-money |
![]() |
| Wig20 Total Return (z dywidendami): fibo38.2 - trend wzrostowy zachowany |
![]() |
| Wig20Usd - trochę zabrakło do idealnego obrazu, wolałbym kupić przy ~430, z drugiej strony gdyby miało tam spaść, z opcji mnie nie wystopuje :) |
![]() |
| WIG: tu też zabrakło trochę do wsparcia na fibo38.2 |
![]() |
| Wig banki: negatywny bohater ostatnich miesięcy, dobił do wsparcia... |
![]() |
| ... i jest tani jak w poprzednich dołkach bess |
![]() |
| PGE wykonał techniczne zasięgi spadków i rysuje dywergencję |
![]() |
| Indeks nieważony całego rynku znajduje się w hossie... |
![]() |
| A c/wk akcji z GPW i Newconnect ma dużo miejsca do wzrostów |
sobota, 28 listopada 2015
La vita e bella
Mam dwadzieścia pięć lat,
i życie połamane jak patyk.
Co spojrzę wstecz, ogromna czarna plama.
Co spojrzę przed się, twardy, zimny głaz.
Czułem powołanie w życiu swym
na księdza albo na żołnierza
i poznałem, że ni ten ani tamten
nie mają już, czego bronić.
Byłem Faustem i byłem Prometeuszem,
porównywałem pyłek wiedzy,
z wszechświatowym pyłem tajemnicy.
I wydzierałem ogień niebu,
aby go nieść swoim braciom...
Kat, Delirium Tremens
Mam 35 lat i życie tak poskładane, że może być chyba tylko gorzej. Gdy spojrzę 10 lat wstecz, widzę rozdzierającą trzewia ambicję i nieustanną potrzebę udowadniania czegoś. Czy to tylko czas, czy bieganie i wegetarianizm, czy przesiąknięcie naukami de Mello i Eckharta Tolle dołożyły swoje 3 grosze, przeżywam najlepszy okres swojego życia (w sumie fajniej było jak poznałem małżonkę, ale wtedy byłem na zakochaniowym haju :) . Marzyłem kiedyś o rysowaniu komiksów, robieniu gier komputerowych. Przez 10 lat te marzenia napędzały moje działania; kariery nie zrobiłem, ale kilkanaście gier stworzyliśmy z chłopakami, w tym przygodówkę z bohaterami naszego dzieciństwa: Kajkiem i Kokoszem. Właśnie widzę, że pisałem o tym w maju, więc nie będę się powtarzał.
Po co zatem ten wpis? Zawsze starałem się, żeby to co piszę niosło jakąś wartość dla czytelnika. Sącząc browarka natchnęło mnie, by podzielić się paroma spostrzeżeniami. Wiecie dlaczego najbardziej nie chciałem iść na etat? Bo strasznie nie cierpiałem stania w korkach. Pod koniec studiów zamieszkałem z dziewczyną i dojeżdżałem golfikiem na polibudę oraz do pracy. Kiedy miałem zajęcia na 8, musiałem wyjechać ok. 7, żeby się nie spóźnić. To doświadczenie było tak nieprzyjemne, że przez kolejne 10 lat wolałem nie ruszać się z domu :) Teraz pracuję 32 km od domu w innym mieście, ale przejazdy są jednym z najprzyjemniejszych momentów dnia. Odpalam autko, audiobooka z powieścią i przez ok. 40 minut zatapiam się w świecie komisarza Harry'ego Hole albo innego Cormorana Strike'a. Nawet przy pustej obwodnicy staram się nie przekraczać 90-100 km/h, żeby zbyt szybko nie dotrzeć na miejsce. To czas tylko dla mnie; przez lata czytałem w łóżku między 22 a północą, teraz ok. półtora godziny dziennie słucham powieści w samochodzie i to co zawsze postrzegałem jako stratę bezcennego czasu stało się relaksem.
Pracuję w Gdyni, w linii prostej 1.2 km od plaży miejskiej. Bieg na plażę, kąpiel i powrót zajmują równe pół godziny - dzięki temu morsowanie załatwiam między poniedziałkiem i piątkiem. W promieniu 1km od pracy mam do wyboru 2 bio-waye, 1 green way i bardzo fajne bistro 'feed your soul', gdzie serwują dania wegańskie bez cukru, laktozy i glutenu - wiem, brzmi to dość radykalnie, ale jedzenie smakuje tak, że koledzy z pracy stwierdzili, że mogą zostać wegetarianami, jeśli będą jedli tak codziennie.
Dzięki darmowej aplikacji duolingo uczę się od września francuskiego i niemieckiego. Francuski miałem w średniej, a niemieckiego nigdy się nie uczyłem, ale kocham kilka utworów Rammsteina i pomyślałem, że fajnie byłoby wiedzieć o czym są. Zawsze uważałem, że do życia wystarczy mi dobra znajomość angielskiego, a nauka innych języków to strata czasu. Ale teraz niemiecki mnie porwał i zmieniłem zdanie. Warto znać niemiecki, żeby wiedzieć o czym śpiewa Rammstein w Wo bist du :) Najlepsze jest to, że nauka obu języków to czysta przyjemność, bo stosuję wszystkie zasady, które wyłożyłem w cyklu o wyrabianiu nawyków. Przez lata czytałem na kibelku Duży Format, potem rozwiązywałem sudoku, a teraz trzaskam na telefonie lekcje z niemca i francuza. Czasem mam wystrzał motywacji i robię kilkanaście lekcji i powtórzeń z rzędu, czasem tłumaczę posiłkując się google translate jakiś utwór. To wystarczyło, bym po niecałych 3 miesiącach zaczął czytać proste artykuły w obu językach z serwisów dla nastolatków. Bez konkretnego celu, bez konkretnego terminu, mam zamiar powtarzać lekcje, aż będę w stanie czytać niemieckie i francuskie serwisy.
Wymieniłem wreszcie gitarę elektryczną. Starą jeszcze z czasów szkoły średniej dałem dzieciakom na dobicie, a na nowej odkryłem, że tapping na dobrej gitarze nie jest żadną magią. Z youtuba uczę się jak zagrać solówkę do One Metalliki - przez całe życie niepoprawnie trzymałem kostkę i źle czytałem niektóre znaczki przy tabulaturach, przez co kilkaset godzin nauki grania poszło w pizdu. Czyż internet nie jest największym wynalazkiem ludzkości?
Na koniec pora wspomnieć o IV biegu TriCity Ultra 80. Jesienna edycja wyszła bardzo fajnie. Wyrabiamy się jako organizatorzy, bieg staje się coraz bardziej popularny. I znowu napiszę to co przy słuchaniu audiobooków czy nauce języków: nie kieruje tu nami jakiś konkretny cel, robimy to co lubimy i wraz ze zmianą skali dostosowujemy się. Po raz pierwszy dwóch z nas musiało zrezygnować z biegu, żeby zapewnić uczestnikom prowiant, rzeczy na przebranie, podwieźć kogoś z trasy na przystanek itp. Zrobiliśmy coś dla innych i poczuliśmy satysfakcję. W zamian otrzymaliśmy sporo dowodów sympatii, jeden z biegaczy przyniósł pyszne muffinki, inni zapowiedzieli że na wiosenną edycję coś ugotują. Ponieważ to nieoficjalny bieg koleżeński, będziemy musieli po raz pierwszy wprowadzić limit uczestników, żeby nie podpaść pod jakieś przepisy.. Mieliśmy też kilka minut "sławy" w lokalnej TV:
Tricity Ultra - TVP Gdańsk
Pobudka o 5:30, wskakujemy w ciuchy biegowe, Dominik (nasz przewdonik Tarahumara) się trochę zgubił, bo pomylił Spacerową ze Słowackiego, ale ostatecznie szczęśliwie stanęliśmy na starcie... eee ... przed kamerą :D
Posted by TriCity Ultra on 27 listopada 2015
Nowa 10-latka rozwija się niespodziewanie szybko i w wielu kierunkach, więc za jakiś czas powinny pojawić się nowe tematy na blogu. Także pamiętajcie: trening, trening i jeszcze raz trening.
PS Nie piszę na razie o giełdzie, bo szykuję się do "złotego strzału". Jeśli WIG20 zjedzie poniżej 1900, zacznę planowe działanie i być może opiszę co nieco.
PS2 Musiałem wprowadzić moderację komentarzy, bo jakiś spamer wrzucił na raz 100 komentarzy, ale jak zawsze zachęcam do dzielenia się swoimi opiniami.
sobota, 14 listopada 2015
Stało się, co miało się stać
There are three types of people in this world:
those who make things happen,
those who watch things happen
and those who wonder what happened.
O tym, że będą kolejne zamachy islamistów wiedzieliśmy od lat. Bezpieczny świat Zachodu co jakiś czas doznaje szoku, gdy doświadcza codzienności regionów Bliskiego Wschodu czy Afryki. Od miesięcy wzbierały w polskim internecie strachy przed uchodźcami i migrantami ekonomicznymi. Jakkolwiek sam uważam islam za relikt, system nie przystający do aktualnej rzeczywistości, tłamszący ludzką kreatywność i degradujący kobiety, przestrzegam przed uwiedzeniem się medialnej krucjacie anty-islamskiej. Za grupami terrorystycznymi zawsze stoją jakieś potężne organizacje - ktoś musi wyłożyć grube pieniądze na rekrutację i utrzymanie w gotowości bojowników, wyposażenie w sprzęt, zorganizowanie komórek, przerzutu itd. Dla grupy fanatyków są to koszty nie do przeskoczenia, ale dla wywiadów państw niewielka cena za realizację makro-celów.
Z większości analiz bije strach przed upadkiem Europy. O Europę się nie bójcie - Zachód ma bogatą historię radzenia sobie z problematycznymi mniejszościami. Nie ma w historii Europy stulecia bez jakiejś rzezi Albigensów, Hugenotów, Żydów, Cyganów, komunistów, nacjonalistów, reakcjonistów itd. Czy w ciągu ostatnich kilku dekad Europejczycy stali się radykalnie inni? W żadnym wypadku - nadal w imię panującej ideologii piętnuje się przeciwników i wyrzuca poza nawias społeczny. Przez ostatnie dekady panującą ideologią było multi-kulti, więc zwalczano głównie konserwatywne chrześcijaństwo. Zapewne rządzący liczyli, że napływający masowo emigranci z dawnych kolonii porzucą swoje prymitywne wierzenia w zetknięciu z cywilizacją i staną się zwykłymi obywatelami. Z jakichś powodów tak się nie stało - obowiązująca dotychczas oficjalna wykładnia głosi, że to na skutek rasizmu białych, odszczepieńcy mainstreamu twierdzą natomiast, że problemem jest zakorzenione nieprzystosowanie kulturowe napływającej ludności lub/oraz socjal. Zapewne jest po trochu jednego, drugiego i trzeciego, bo USA posiadające znacznie większą pulę emigrantów nie ma aż takich problemów - tam jak chcesz żyć, musisz pracować, a jak pracujesz, to zarabiasz, jak zarabiasz, to wydajesz i zaczynasz zrównywać się z innymi konsumentami.
Jeśli problemy z mniejszością muzułmańską wyrwą się spod kontroli, Zachód zrobi to co zwykle - nakręci spiralę strachu, aż dojdzie do "niekontrolowanego" wybuchu nienawiści połączonego z rządzą odwetu i dojdzie do masowych wysiedleń. Zamachy terrorystyczne są doskonałym narzędziem do realizacji polityki daleko wykraczającej poza ramy prawne. W sytuacji nadzwyczajnej naród sam wymusi zrzeczenie się wolności, a siły porządkowe zadbają o szybkie "ostateczne rozwiązanie". Za kilka dekad zrobi się rachunek sumienia, przeprosi, przyzna kilka rent i po sprawie.
Niemożliwe? Po II Wojnie Światowej w postępowej dziś Norwegii dokonywano eksperymentów na "niemieckich bękartach" (dzieciach Norweżek i byłego okupanta), w Szwecji na niepełnosprawnych intelektualnie. Dzisiaj w imię obowiązującego światopoglądu usuwa się w Danii płody z chorobami, więc nie rodzą się tam np. dzieci z zespołem Downa. Tylko jedno się nie zmienia: przeświadczenie mieszkańców Zachodu, że czynią dobrze, skoro zbudowali najwygodniejszą do życia cywilizację. W pamiętnikach żołnierzy Wehrmachtu czy Waffen SS, nie znajdziecie skruchy za to co wyczyniali w podbijanych krajach. Bije pewność, że bronili świat przed bolszewicką zarazą, że pokazali słowiańskim borostworom nowoczesne niemieckie farmy i warsztaty. Pod kołderką egalitarnych haseł tkwi wciąż to samo myślenie bogatych, czystych ludzi z białym uśmiechem.
Zinstytucjonalizowany 'humanitaryzm' będzie wyznawany, dopóki będzie ludziom wygodnie. Kiedy poczucie zagrożenia wywołane zamachami i problemami ekonomicznymi urośnie, zostanie zastąpiony jakąś ideą 'walki z przemocą'. My nie będziemy reżyserami tego przedstawienia, możemy co najwyżej zdecydować czy zostaniemy trybikami machiny, które po latach zostaną kozłami ofiarnymi, czy staniemy z boku i spróbujemy to jakoś ogarnąć, żeby zachować się w porządku.
niedziela, 1 listopada 2015
O przewidywaniu
Nigdy nie rozumiałem jednego z podstawowych haseł z poradników tradingowych: "reaguj, nie prognozuj". W jaki sposób mam reagować nie wierząc, że moja reakcja pociągnie określone zachowanie w przyszłości? Czy twórcy tego hasła wyrzucili z równania czas? Jest sygnał, jest wejście, jest poziom cięcia straty i poziom realizacji zysku. Nie ma horyzontu czasowego. Opracowywałem wiele różnych technik tradingowych i jednak zawsze potrzebowałem uwzględniać czynnik czasowy, zatem każda z nich opierała się w jakiejś formie na prognozowaniu. Prognozuję, że gdy padnie sygnał kupna w interwale tygodniowym, to uwiarygodnienie się i kontynuacja również wymagają tygodni. Jeżeli utrzymuję pozycję długą, ale w międzyczasie rynek traci moc i inne czynniki przemawiają za odwróceniem trendu, muszę redukować pozycję i/lub zabezpieczyć ją, prognozując możliwą zmianę reguł.
Do tego wpisu skłonił mnie niedawny artykuł Trystero na blogu bossy oraz seria artykułów na blogu 10 procent rocznie o algorytmicznym podejściu do decydowania w różnych profesjach. W skrócie: z pierwszego wpisu wynika, że najlepsze efekty w prognozowaniu odnoszą ludzie dostrzegający niezliczone odcienie rzeczywistości i kalkulujący szanse wystąpienia scenariuszy. Nie są przywiązani do czarno-białej wizji rzeczywistości, nieustannie poddają swoje scenariusze testom, w razie pomyłki dostrzegają je we wczesnej fazie i adaptują się do nowych warunków. Jak zakonkludował autor:
Najlepsi uczestnicy projektu traktowali swoje zdolności prognozowania jako coś co należy stale ulepszać choć jest na tyle dobre, że nadaje się do używania. Nie mam wątpliwości, że takie nastawienie muszą przejawiać inwestorzy. Także dlatego, że rynki się zmieniają i wymuszają nieustanne dostosowywanie strategii inwestycyjnych.
Pod drugim z linków kryje się natomiast zbiór fascynujących badań nad podejmowaniem decyzji. Okazuje się, że w wielu złożonych dziedzinach zwykły algorytm oparty o kilka czynników jest w stanie podjąć lepsze decyzje niż zespół ekspertów.
Czy można zarabiać na giełdzie stosując się wyłącznie do wskazań algorytmu? Z pewnością można tak robić przez całe lata - w USA 20-letnia hossa wykreowała setki fortun i jeszcze więcej guru inwestowania. Po 2000 warunki zmieniły się jednak całkowicie i większość ówczesnych algorytmów przyniosła właścicielom bankructwo (chyba, że przestali się do nich stosować :) . Stety-niestety, pantha-rei, wszystko płynie, również zasady tej trudnej gry. Przez ostatnie lata czytaliśmy jak to algorytmy HFT rządzą Wall Street, tymczasem 24 2015 sierpnia stało się to, co było pewne dla każdego, kto czytał lub zetknął się z krachem 87, flash crash 2010 czy upadkiem LTCM - algorytmy działają tak długo, jak niezmienne jest środowisko, w którym operują. W sierpniu to środowisko radykalnie się zmieniło, ETFy zdominowane przez HFT traciły po 30-50%, algorytmy ścigały się w zbijaniu ceny (zgodnie z trendem) a doświadczeni inwestorzy, którzy to widzieli i potrafili wyciągnąć wnioski, kupowali okazję. Czy to znaczy, że lepiej zaufać intuicji? W żadnym wypadku - znaczy to tyle, że trzeba wiedzieć kiedy algorytmy stosować, kiedy adaptować do zmian, a kiedy wymieniać na zupełnie inne. To intuicja alarmuje nas, że coś się dzieje, rynek funkcjonuje jakoś inaczej i czas na zmiany. A jeśli mamy w zanadrzu scenariusze zagrań, intuicja może podpowiedzieć nam gdy któryś z nich pasuje do schematu.
Sytuacja z jaką mamy do czynienia w ostatnich 2 latach na GPW jest bardzo złożona:
- Część inwestorów uważa, że mamy selektywną hossę - pompowane są wybrane ("najlepsze") spółki, a reszty rynek nie zauważa. Ta koncepcja została mocno nadszarpnięta spadkami, z jakimi WIG zmaga się od maja, jednak dopóki flagowy CDR wciąż robi nowe szczyty, dopóty selektywna hossa ma swoich zwolenników - myślę, że grupa inwestorów z tego obozu, która używa podejścia algorytmicznego w doborze i prowadzeniu inwestycji zarobiła najwięcej w latach 2014-2015.
Ja przez cały 2014 byłem praktycznie poza rynkiem, natomiast w 2015 zacząłem kupować spółki według kryteriów fundamentalno-technicznych, jednakże nie kupowałem zysków (bo spółki zarabiające były za drogie), tylko płynność i niską wycenę (firmy bez długów, z kasą na koncie, niskim c/wk, ale też słabymi zyskami lub nawet zarabiające, ale niezauważone przez rynek). Na razie ta strategia nie płaci, ale też nie traci - dokupuję kolejne spółki, ostatnio nawet po latach wpadła do portfela Tepsa (OPL). Liczę, że gdy koniunktura się odwróci spółki zaczną znowu zarabiać, a jak nie, to płacą dywidendy.
- Część inwestorów zakłada, że hossa trwająca od 2009 roku skończyła się w 2015 i gdy S&P500 wróci do spadków, WIG20 przełamie 2000 pkt i zacznie się rzeźnia. Dotychczas nie brałem na poważnie tej koncepcji, ale muszę się na nią przygotować. Martwi mnie głównie zachowanie giełd rozwiniętych. Otóż gdy w opuszczałem rynek akcji pod koniec 2013 roku najwięcej narzędzi typowało dołek bessy na wiosnę 2015-stego. Po tym jak ECB ogłosił QE spodziewałem się strząśnięcia indeksów (ostatni akord bessy) i czystego pola do startu hossy. Stało się inaczej: po ogłoszeniu QE na początku roku indeksy europejskie wybiły konsolidację 2014 i wyszły na nowe szczyty:
Inwestorzy przestali być czujni przez euforyczne wzrosty nie poprzedzone falą zniechęcenia. Cały późniejszy impuls spadkowy to powrót do punktu wyjścia. Od szczytu z kwietnia minęło ledwie pół roku - to za mało na pełną bessę, dlatego trzeba liczyć się z kontynuacją kłopotów. Bardzo niepokojące jest załamanie WIG20: czy to preludium do jakichś większych, międzynarodowych kłopotów, jakie wkrótce uderzą w Polskę?
- Ostatnia grupa inwestorów uważa, że stoimy u bramy wielkiej hossy, a obecne ceny to szansa, jaka trafia się raz na dekadę. Z każdym kolejnym miesiącem (w szczególności spadkowym) szansa na przyszłe wysokie stopy zwrotu rośnie. Jest to wciąż moja bazowa koncepcja, choć 2014 rok nie spełnił do końca pokładanych w nim nadziei jeśli idzie o głębokość spadków - liczyłem na znacznie mocniejszą przecenę. Jedyne spadki mieliśmy na SWIG80, natomiast reszta indeksów szła w bok. Dopiero w 2015 załamał się WIG20, ale nie uznałem tego za zwiastun głębokich problemów polskiej gospodarki, tylko za okazję do tanich zakupów blue chipów.
Za tą koncepcją przemawia silne zachowanie indeksu Cały rynek:
Dopiero patrząc na ten indeks widzimy, dlaczego portfele złożone z wielu akcji nie tracą na wartości - szeroki rynek wyznaczył właśnie maksimum hossy!
Jaki wniosek z tego wpisu? Warto mieć plan na wypadek spadków, ale jeszcze lepiej mieć dobry algorytm doboru akcji, gdyby te wróciły do łask i hossa ruszyła szeroką ławą :)
Do tego wpisu skłonił mnie niedawny artykuł Trystero na blogu bossy oraz seria artykułów na blogu 10 procent rocznie o algorytmicznym podejściu do decydowania w różnych profesjach. W skrócie: z pierwszego wpisu wynika, że najlepsze efekty w prognozowaniu odnoszą ludzie dostrzegający niezliczone odcienie rzeczywistości i kalkulujący szanse wystąpienia scenariuszy. Nie są przywiązani do czarno-białej wizji rzeczywistości, nieustannie poddają swoje scenariusze testom, w razie pomyłki dostrzegają je we wczesnej fazie i adaptują się do nowych warunków. Jak zakonkludował autor:
Najlepsi uczestnicy projektu traktowali swoje zdolności prognozowania jako coś co należy stale ulepszać choć jest na tyle dobre, że nadaje się do używania. Nie mam wątpliwości, że takie nastawienie muszą przejawiać inwestorzy. Także dlatego, że rynki się zmieniają i wymuszają nieustanne dostosowywanie strategii inwestycyjnych.
Pod drugim z linków kryje się natomiast zbiór fascynujących badań nad podejmowaniem decyzji. Okazuje się, że w wielu złożonych dziedzinach zwykły algorytm oparty o kilka czynników jest w stanie podjąć lepsze decyzje niż zespół ekspertów.
Czy można zarabiać na giełdzie stosując się wyłącznie do wskazań algorytmu? Z pewnością można tak robić przez całe lata - w USA 20-letnia hossa wykreowała setki fortun i jeszcze więcej guru inwestowania. Po 2000 warunki zmieniły się jednak całkowicie i większość ówczesnych algorytmów przyniosła właścicielom bankructwo (chyba, że przestali się do nich stosować :) . Stety-niestety, pantha-rei, wszystko płynie, również zasady tej trudnej gry. Przez ostatnie lata czytaliśmy jak to algorytmy HFT rządzą Wall Street, tymczasem 24 2015 sierpnia stało się to, co było pewne dla każdego, kto czytał lub zetknął się z krachem 87, flash crash 2010 czy upadkiem LTCM - algorytmy działają tak długo, jak niezmienne jest środowisko, w którym operują. W sierpniu to środowisko radykalnie się zmieniło, ETFy zdominowane przez HFT traciły po 30-50%, algorytmy ścigały się w zbijaniu ceny (zgodnie z trendem) a doświadczeni inwestorzy, którzy to widzieli i potrafili wyciągnąć wnioski, kupowali okazję. Czy to znaczy, że lepiej zaufać intuicji? W żadnym wypadku - znaczy to tyle, że trzeba wiedzieć kiedy algorytmy stosować, kiedy adaptować do zmian, a kiedy wymieniać na zupełnie inne. To intuicja alarmuje nas, że coś się dzieje, rynek funkcjonuje jakoś inaczej i czas na zmiany. A jeśli mamy w zanadrzu scenariusze zagrań, intuicja może podpowiedzieć nam gdy któryś z nich pasuje do schematu.
Sytuacja z jaką mamy do czynienia w ostatnich 2 latach na GPW jest bardzo złożona:
- Część inwestorów uważa, że mamy selektywną hossę - pompowane są wybrane ("najlepsze") spółki, a reszty rynek nie zauważa. Ta koncepcja została mocno nadszarpnięta spadkami, z jakimi WIG zmaga się od maja, jednak dopóki flagowy CDR wciąż robi nowe szczyty, dopóty selektywna hossa ma swoich zwolenników - myślę, że grupa inwestorów z tego obozu, która używa podejścia algorytmicznego w doborze i prowadzeniu inwestycji zarobiła najwięcej w latach 2014-2015.
Ja przez cały 2014 byłem praktycznie poza rynkiem, natomiast w 2015 zacząłem kupować spółki według kryteriów fundamentalno-technicznych, jednakże nie kupowałem zysków (bo spółki zarabiające były za drogie), tylko płynność i niską wycenę (firmy bez długów, z kasą na koncie, niskim c/wk, ale też słabymi zyskami lub nawet zarabiające, ale niezauważone przez rynek). Na razie ta strategia nie płaci, ale też nie traci - dokupuję kolejne spółki, ostatnio nawet po latach wpadła do portfela Tepsa (OPL). Liczę, że gdy koniunktura się odwróci spółki zaczną znowu zarabiać, a jak nie, to płacą dywidendy.
- Część inwestorów zakłada, że hossa trwająca od 2009 roku skończyła się w 2015 i gdy S&P500 wróci do spadków, WIG20 przełamie 2000 pkt i zacznie się rzeźnia. Dotychczas nie brałem na poważnie tej koncepcji, ale muszę się na nią przygotować. Martwi mnie głównie zachowanie giełd rozwiniętych. Otóż gdy w opuszczałem rynek akcji pod koniec 2013 roku najwięcej narzędzi typowało dołek bessy na wiosnę 2015-stego. Po tym jak ECB ogłosił QE spodziewałem się strząśnięcia indeksów (ostatni akord bessy) i czystego pola do startu hossy. Stało się inaczej: po ogłoszeniu QE na początku roku indeksy europejskie wybiły konsolidację 2014 i wyszły na nowe szczyty:
Inwestorzy przestali być czujni przez euforyczne wzrosty nie poprzedzone falą zniechęcenia. Cały późniejszy impuls spadkowy to powrót do punktu wyjścia. Od szczytu z kwietnia minęło ledwie pół roku - to za mało na pełną bessę, dlatego trzeba liczyć się z kontynuacją kłopotów. Bardzo niepokojące jest załamanie WIG20: czy to preludium do jakichś większych, międzynarodowych kłopotów, jakie wkrótce uderzą w Polskę?
- Ostatnia grupa inwestorów uważa, że stoimy u bramy wielkiej hossy, a obecne ceny to szansa, jaka trafia się raz na dekadę. Z każdym kolejnym miesiącem (w szczególności spadkowym) szansa na przyszłe wysokie stopy zwrotu rośnie. Jest to wciąż moja bazowa koncepcja, choć 2014 rok nie spełnił do końca pokładanych w nim nadziei jeśli idzie o głębokość spadków - liczyłem na znacznie mocniejszą przecenę. Jedyne spadki mieliśmy na SWIG80, natomiast reszta indeksów szła w bok. Dopiero w 2015 załamał się WIG20, ale nie uznałem tego za zwiastun głębokich problemów polskiej gospodarki, tylko za okazję do tanich zakupów blue chipów.
Za tą koncepcją przemawia silne zachowanie indeksu Cały rynek:
Dopiero patrząc na ten indeks widzimy, dlaczego portfele złożone z wielu akcji nie tracą na wartości - szeroki rynek wyznaczył właśnie maksimum hossy!
Jaki wniosek z tego wpisu? Warto mieć plan na wypadek spadków, ale jeszcze lepiej mieć dobry algorytm doboru akcji, gdyby te wróciły do łask i hossa ruszyła szeroką ławą :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















