czwartek, 16 stycznia 2014

Dolar toczy swój garb uroczy

Zbliża się szósty rok, odkąd dolar ze śmiecia po 2 zł stał się królem za blisko 4 zł. Imponujący półroczny rajd do początków 2009 roku przez kolejne 3 lata rozbudzał nadzieje niedźwiedzi na kolejny deflacyjny krach, jednakże niespotykane dotąd w historii pakiety stymulujące powstrzymały aprecjację światowej waluty i zdusiły zmienność. Echo krachu 2008 z 2011 roku zbiegło się z odwróceniem dekadowej przewagi siły rynków rozwijających się nad dojrzałymi:

źródło: http://wojciechbialek.blox.pl
Kapitał zaczął wracać z przegrzanych gospodarek EM przede wszystkim do Stanów Zjednoczonych. Trend na walutach tych krajów względem dolara wrócił do wzrostów lub pozostał w ruchu bocznym. Prześledźmy kilka takich walut. Rand afrykański (RPA) wybija wielki trójkąt i sugeruje powrót do historycznego trendu:


Podobnie może zachować się rosyjski rubel, jeśli technologie pozyskiwania ropy z łupków uniezależnią USA od importu tego surowca:


Również niesiona chińskim popytem Australia dostała zadyszki:



Jednakże faktyczne trendy ustalą się dopiero po wybiciu na surowcach:


Według klasycznego modelu po akcjach przychodzi czas na surowce i gdyby na nie przepłynął kapitał, dolar znowu powinien się osłabić (scenariusz różowy poniżej), a realna inflacja uderzyć w kieszenie zwykłych ludzi. Z drugiej strony straszeni jesteśmy deflacją, gdyż w większości krajów rozwiniętych demografia zaliczyła szczyt i liczba ludzi maleje. W tym scenariuszu surowce powinny wpaść w długoterminowy trend spadkowy, a dolar pomimo dodruków wzmocnić się (scenariusz niebieski) :



Dopóki nie nastąpi rozstrzygnięcie trzymam środki głównie w gotówce, ponieważ polska gospodarka jest zaliczana do rynków wschodzących i spadki na surowcach zmasakrują nasze akcje. Wtedy będę grał kontraktami S-ki i kupował certyfikaty na spadki indeksów. Jeśli natomiast ruszy hossa na towarach i razem z nią kolejna fala hossy na GPW, sposobów na zarobienie na wzrostach będzie jeszcze więcej.

Kto śledził wpisy na blogu wie, że od listopada szukam sygnałów rozpoczęcia bessy. Póki co WIG od tamtego czasu spada, ale to jeszcze nic nie przesądza. Większość uczestników rynku jest przekonana o kontynuacji hossy. W grudniu przedstawiłem analizę, na podstawie której wnioskuję, że skończyła się łatwa hossa, w której wszystko rośnie i rynek pozostaje w trendzie bocznym, który historycznie poprzedzał częściej bessy, ale zdarzyły się też odstępstwa w latach 2003-2007, kiedy konsolidacja służyła akumulacji.

Od wyznaczonego końca "łatwej hossy" minęły 3 miesiące, średni okres budowania szczytu to aż rok, niestety rozrzut jest ogromny, bo w latach 2009-2011 były to 22 miesiące, a w 2007 0, bo nastąpiło natychmiastowe załamanie cen. Ostatnio konsolidacje były długie, możemy zatem zgodnie z zasadą przemienności oczekiwać wyraźniejszych trendów. Klasyczne sygnały AT preferują długie dla WIG, jeśli wierzymy że szczyt już był lub się formuje, musimy kombinować.

Jedną z takich kombinacji jest analiza P/E dla WIG20:


Dynamiczny wyskok ceny do zysku powyżej 18 (strzałki w górę) powodował w 2 przypadkach start bessy, a w jednym wielomiesięcznej korekty.

Podsumujmy:
- brak rozstrzygnięcia na dolarze i commo,
- polskie akcje w boczniaku lub po szczycie,
- indeksy amerykańskie w chmurach, wszystkie klasyczne wskaźniki (p/e, sentyment, dług pod akcje do pkb) na ekstremalnych poziomach.

Wniosek: czekam na wykrystalizowanie się silnego trendu po marazmie ostatnich lat. Na dzień dzisiejszy preferuję start bessy w Polsce i mocną korektę w Stanach np. w okolice szczytów 2000/2007 (ok. 1580) . W przypadku najbliższej przyszłości (np. rok) dolara i surowców nie potrafię się wypowiedzieć, dopóki indeksy CRB i DX.F nie wejdą w trendy.

piątek, 10 stycznia 2014

Giełdowe podsumowanie 2013 i brak planu na 2014

Miniony rok mógł być przełomowy. Zakończyłem go zyskiem jakieś 3 razy wyższym niż WIG, ale to zasługa głównie kiepskiej formy indeksu pod koniec roku. Byłem naprawdę blisko zostania skutecznym traderem, który realizuje wytyczone cele i zgarnia sowite nagrody. Tak się niestety nie stało, ponieważ pod wpływem analiz indeksów oraz zniechęcenia ponad rocznym czekaniem na 3-cyfrowe zyski, zmieniłem swoje ustalenia w stosunku do konkretnych spółek (m.in. Colian, ATG), co drastycznie wpłynęło na wynik końcowy.

Potrzebowałem też "zmarnować" kolejną hossę, by uświadomić sobie, że prawdziwe pieniądze robi się na trzymaniu mocno rosnących spółek i przesuwaniu stopa, zamiast zgarnianiu "pewnego" zysku (kiedy to pewność wyliczamy za pomocą wskaźników fundamentalnych i technicznych). Spółki poruszają się od skrajnego niedowartościowania, do przewartościowania, ja tymczasem upierałem się by kupić tanio i sprzedać po tyle, po ile spółka "powinna" być wyceniana na neutralnym rynku. Monnari kupowałem od 0.96 do 1.17 i gdy sprzedawałem po 1.9x, 2.3x czułem się jak super inwestor. Dziś chodzi po 6.50.

W przypadku Coliana poddałem się tuż przed największym odpałem, kiedy SWIG80 osiągnął okolice założonego szczytu i nie chciałem ryzykować korekty. Choć widziałem, że Colian przez ostatni rok ruszał do góry gdy SWIG80 formował lokalny szczyt i podskórnie czułem, że znowu tak zrobi, choć widziałem przecięcia i figury na wykresie tygodniowym ryczące "trzymaj", uciąłem zysk.

Do tego instrumenty pochodne tradycyjnie wygładziły zbyt mocne wystrzały zysków. 2011 rok był jedynym, w którym zarobiłem na pochodnych. W 2012 pociągnęły portfel w dół. W 2013 katastrofy na nich nie było, wynik lekko ujemny, bo po każdej głupocie trzeźwiałem i trzymałem się zasad dopóki nie odrobiłem straty (co zabawne wynik byłby dodatni, gdyby nie prowizje, po prostu dzielnie pracowałem na swojego maklera). Mimo to nie rezygnuję z pochodnych, ponieważ są niezbędne dla mojej strategii długoterminowego zarabiania.

Umiem kontrolować swoje emocje i grę, żeby nie doprowadzić do katastrofy portfela. To składnik niezbędny. Kolejny to brak strachu przed wejściami w "pewniaki" (wysoko prawdopodobne zagrania) - tutaj też jest OK. Ostatni element skutecznej strategii to powstrzymanie się przed grą, kiedy widzę "szansę" - szanse zazwyczaj okazują się pułapkami, to one kosztowały mnie najwięcej wpadek. No i klasyczny błąd "odegrać się" - również sprawił, że małe straty spowodowane "szansami" kumulowały się do odczuwalnych (kiedy chcesz się odkuć, pod ręką na pewno nie będzie pewniaka, za to wiele "szans", które raz pozwolą wyjść na 0, a raz cię dobiją).

Blogerzy podsumowujący rok odwołują się do swoich prognoz i analiz. Prześledźmy zatem o czym pisałem w 2013:

1. Styczeń: w pierwszym wpisie uzasadniłem dlaczego zapakowałem się w akcje i czekam na 15000 na SWIG80. Ponieważ byłem wtedy zafiksowany na hossę i myślałem, że szybko zarobię (pokłosie 2009 roku :) , założyłem że nadchodząca korekta zejdzie maksymalnie do 45500.

2. Luty: większość kapitału zapakowana w akcje, więc pogrywam na pochodnych. WIG spada na założone wsparcie, gram opcjami na wzrosty.

3. Marzec: korekta okazuje się głębsza, granie pochodnymi z trendem wzrostowym przynosi straty. Modyfikuję zakres korekty spadkowej na kolejne fibo. Dostrzegam zbyt wysoki sentyment, więc przygotowuję się na dalsze spadki (na szczęście mam kilka dobrych spółek, które rosną i portfel buja się w miejscu).

4. Kwiecień: publikuję kilka wykresów na poparcie tezy, że hossa trwa mimo spadków. Wciąż mocno wierzę w duże zyski.

5. Maj: piszę niewiele, wykresy tylko ze średnioterminowymi zagraniami (nawet sporo się sprawdziło w http://podtworca.blogspot.com/2013/05/niepewnosc-i-szanse.html ). Czekam na hossę, ale jestem w kiepskim nastroju, w dzienniczku wpis z 20 maja zaczyna się od "beznadziejny rok" :)

6. Czerwiec: nareszcie wzrosty, piszę mało, bo ciągle siedzę w raportach spółek. Jak szybko można przejść od depresji do euforii - wpis z dzienniczka "portfel na nowym maksie, warto było trzymać pozycje". Ale długie spadki na giełdzie miały negatywny wpływ na późniejsze wyniki - zacząłem redukować swoje pozycje.

7. Lipiec: kończy się okres, kiedy większość wykresów ma określony trend - zaczynają się ważniejsze opory. Trzymam dalej akcje, bo SWIG80 nie dotarł do 15000.

8. Sierpień: polskie indeksy zbliżają się do minimalnych wyznaczonych zasięgów, wyprzedaję powoli akcje.

9. Wrzesień: zakończona strategia fundamentalna (wynik słabszy od oczekiwań, co opisałem we wstępie), przechodzę na aktywną grę pochodnymi i akcjami, by do końca roku jeszcze trochę obniżyć wartość portfela (wtedy tego jeszcze nie wiem :) Na przykładzie SPX pokazuję, że indeksy idą po ścianie strachu i boję się już trzymać akcje, ale zamierzam aktywnie grać Longi.

10. Październik: wskazuję głównie ryzyka i zaczynam grać w obie strony (spadki i wzrosty).

11. Listopad: czekam na spadki, gram ostrożnie, więc z tego co czytam w dzienniczku portfel buja przy maksach.

12. Grudzień: wreszcie spadki, gram agresywnie shorty i... tracę. Stany i Niemcy nie chcą spadać. Przychodzą refleksje nad popełnionymi błędami (no easy money here). Po mocnych spadkach na złocie i srebrze kupuję trochę fizycznych kruszców.

Tak kończy się rok 2013. Czuję niedosyt - nie zrealizowałem nawet założonych koncepcji, które przyniosłyby duże zyski. Nie mam pretensji o robienie głupot w 2009 roku, ale powtórzenie części tych głupot w 2013 jest już karygodne. To był rok, w którym z małych spółek można było wyciągnąć krocie, na kolejny taki możemy znowu czekać kilka lat. Dlatego właśnie nie rezygnuję z instrumentów pochodnych - na nich podobne trendy są każdego roku. Trzeba tylko uwolnić się od magii lewara i otwierać pozycje dostosowane do zasad zarządzania pozycją (czyli jeśli nie kupuję akcji za więcej niż 15% portfela, również pozycja na kontrakcie nie może przekraczać tych 15-stu %). Wtedy psychicznie czuję to samo i mogę częściej zarabiać oraz stosować te same zasady prowadzenia pozycji.

Najlepsze efekty w wielu dziedzinach odniosłem, gdy nie oczekiwałem niczego. Gdy zaczynałem biegać nie oczekiwałem, że kiedyś przebiegnę 10km w 40 minut. Po roku ktoś mi powiedział, że biega w 50 minut dychę, więc pomyślałem, że też bym tak chciał (biegałem bez zegarka). Gdy wystartowałem w pierwszym biegu ustawiłem się pod koniec stawki myśląc, że będę się wlókł, a potem okazało się, że musiałem cały czas wyprzedzać i na metę zajwiłem się z czasem 44.

W 2014 roku wysokie zyski to ostatnia rzecz jakiej oczekuję. Na początku 2013 byłem zapakowany w akcje małych spółek pod hossę, nie ważne ile błędów popełniłem, nie dało się z nimi stracić. Na początku 2014 mam niewielką pozycję na spadki, trochę certów na towary, a reszta czeka w gotówce. Giełdy amerykańskie weszły w jakiś nowy paradygmat, dotychczasowe miary przestały działać, pomimo ekstremalnie byczych nastrojów, rekordowego zaangażowania w akcje, relacji długu na zakup akcji do PKB, kosmicznych wycen spółek technologicznych, wciąż rosną. Tymczasem WIG20 coraz tańszy, przy obecnych dywidendach i inflacji mógłby zaczynać hossę.

Życzyłbym sobie nie popełniać błędów, których jestem świadom.

środa, 8 stycznia 2014

Wszyscy jesteśmy ultrasami

Witam po przerwie świąteczno-noworocznej. Ostatnio na blogu wpisów coraz mniej, choć jeszcze nie jest tak tragicznie jak na blogach goldbugów. Od kiedy zainteresowałem się powtórnie metalami, wertuję polską blogosferę poświęconą kruszcom i ze smutkiem zauważyłem, że ostatnie krachy na złocie zniechęciły wielu autorów do zamieszczania nowych wpisów. Dziś o giełdzie też nie napiszę, bo od ostatnich analiz niewiele się zmieniło - obstawiłem niewielkie krótkie pozycję na USA i Ger, nazbierałem trochę certów na kawę i pogrywam na futach.

Im więcej biegam i im zdrowiej się odżywiam, tym bardziej cierpi na tym blog. Kiedyś wystarczyło wieczorkiem otworzyć piwko i teksty same się sypały. Teraz rzadko piję, giełda mnie już tak nie ekscytuje (najwyższy czas grać bez emocji ;) , a filozoficzne podróże przycinam naukowym sceptycyzmem. Kiedyś zaczytywałem się racjonalnie brzmiącymi teoriami i zaraz robiłem z nich wykłady, dziś odnoszę wrażenie, że prawdziwe są tylko wzory matematyczne. Jeśli zbiorę się, by o tym napisać, będzie to chyba jeden z ważniejszych wpisów na blogu.

Dziś napiszę o wczorajszym biegu, i wyznam szczerze, że nie z wewnętrznej potrzeby, ale na prośbę Tomka, który chciał poznać inną relację z tej wyprawy. Początkowo co prawda chciałem opisać nasz bieg, ale Tomek zrobił to tak ciekawie, że nie czułem abym mógł coś ciekawego dodać. Bieganie stało się częścią naszego (chłopaków z Drużyny Pierścienia) życia. Przez pierwsze półtora roku 3 razy w tygodniu biegałem sam niewielkie dystanse (5-8 km). Gdzieś w głowie tlił się plan, by zaliczyć kiedyś maraton, ale wydawał się tak odległy i nierealny, że rozkładałem go na lata. Wszystko zmieniło się, gdy zacząłem na początku 2013 roku biegać z Jarkiem (tu fotografia z późniejszego biegu) :



Wymiana doświadczeń i zdrowa męska rywalizacja sprawiły, że zaczęliśmy biegać częściej i na dłuższe dystanse. Jednak prawdziwego motywacyjnego kopa dał mi Tomek, który po kilku miesiącach biegania nie kalkulował czy i jak biec maraton, tylko pewnego dnia wziął butelkę z wodą, parę zł na drogę i przeczłapał królewski dystans. Mityczny maraton okazał się dla niego tylko dłuższym biegiem, więc zrewidowałem swoje plany i postanowiłem zaliczyć jakiś oficjalny bieg na 42 km (swoje przygody z Maratonem Solidarności opisałem kilka miesięcy temu).

Poprzez Tomka poznałem również Michała (vel Gimli), który stał się nieodłącznym kompanem naszych późniejszych wypraw. A pomysły na nie posypały się jak z rękawa, w końcu w promieniu kilkudziesięciu km mamy lasy, jeziora, wsie, 3 miasta, morskie plaże, a nawet góry. Tradycją stały się cotygodniowe biegi morsa:

Michał, ja i Tomek

Zaczęliśmy też wymieniać się książkami. Wcześniej przeczytałem tylko osobistą książkę Murakamiego o maratonach. Kupiłem ją, bo lubię jego powieści, imponowało mi wtedy, że biega co roku maraton, a raz przebiegł nawet ultra - 2 maratony na raz! (coś, czego nawet nie brałem pod uwagę). Kiedy jednak zetknąłem się z książkami Scotta Jurka, Piotra Kuryło, Chrissie Wellington, Deana Karnazesa czy Richa Rolla oraz kultowymi Urodzonymi Biegaczami, dotarło do mnie, że są zwykli ludzie, którzy biegają po kilkaset km. Nie urodzili się tacy, po prostu dużo biegali, zdrowo się odżywiali i czerpali siłę z wewnętrznej potrzeby biegania, którą ja również wiele razy czułem. Dean i Murakami zaczęli biegać w 30-ste urodziny (dokładnie tak jak ja), Rich bodajże 2 lata przed 40-stką. Rzeczy niewyobrażalne leżą na wyciągnięcie ręki.

Zrozumiałem, że mogę przebiec dużo więcej, zapragnąłem również poczuć stan oddzielenia ciała od umysłu, o którym pisali ultra-maratończycy. Zaczęły pociągać mnie trudy i wyrzeczenia. Na samym początku biegania naturalnie odstawiłem mięso inne niż ryby (ryby zostawiłem, bo nie wyobrażałem sobie wigilii bez karpia), ale pół roku później i ryby poszły w odstawkę. Niedawno przechodziłem na weganizm, jednak po dogłębnych studiach problemu z witaminą B12 wśród wegan (a szczególnie sportowców) postanowiłem przywrócić jajka i nabiał do diety. Nie chcę brać sztucznych suplementów - skoro nasz organizm nie może żyć bez odzwierzęcych produktów, będę je spożywał, choć najlepiej czuję się jedząc kasze, soczewicę, fasolę, brązowy ryż, warzywa i sosy pomidorowe. Odrzuciłem słodycze, uwolniłem się nawet od mleczno-czekoladowego nałogu (przerzuciłem się na czekoladę gorzką), zacząłem miksować orzechy z warzywami i owocami.

Nie robiłem tego na siłę, po prostu z czasem zaczęło mi się robić niedobrze po zjedzeniu nadziewanych czekoladek czy ciast; czułem jak spada energia, musiałem po każdej niezdrowej przekąsce przegryźć jabłko czy pomarańczę, żeby poczuć świeży sok. Zaczęło włączać mi się ssanie na "zielsko", a gdy za dużo ćwiczyłem, uzupełniałem niedobory kalorii olejem lnianym-budwigowym lub rzepakowym tłoczonym na zimno. Wewnętrzna przemiana dotyczy każdego z nas, Tomek i Jarek również zostali wegetarianami.

Po maratonie "Amber" postanowiliśmy zorganizować w 2014 prywatny ultra maraton, roboczo nazwany 3city ultra. Dystans 80km, większość trasy trójmiejskimi lasami + najbardziej znane miejsca Gdyni, Gdańska i Sopotu. Ultra nas jednak tak kusił, że w ramach rekonesansu postanowiliśmy wyskoczyć mini ultra 60 km już na początku roku jak wszyscy zjadą z urlopów. Padło na 6 stycznia w 3 króli.

Ok. 7.30 startujemy, 2km dalej spotkanie z Michałem, wbiegamy do lasu, poślizgnąłem się, ubabrałem rękawiczki, Tomek traci zasięg endomondo i się martwi, że mu nie zaliczy pierwszych km. Takie standardowe pierwsze kilometry, nim odezwie się zew natury, euforia biegacza, czy jak tam zwał. Gdy już jesteśmy rozgrzani, podziwiamy piękno przyrody, wystawiam twarz i dłonie na słońce, by łyknąć trochę D3. Pierwsze 30km wspominam najlepiej, uwielbiam leśne trasy, zimą brakuje zapachu drzew, ale i tak pogoda cudowna jak na styczeń. Co jakieś 10km przechodzimy w szybki marsz, żeby oszczędzać energię na ostatnie kilometry (w końcu nie wiemy co będzie po dystansie 42 km). Trochę się gubimy (finalna trasa rozciągnie się do 66 km), ale w takim otoczeniu przyrody to nas cieszy.

Docieramy do Gdyni, przy kupce gruzu uwieczniamy ten ekscytujący moment

Za Witominem kończą się zapasy kalorii, jesteśmy już po 34 km, zatem minęliśmy mityczną ścianę maratońską. Do przodu gna nas wizja obiadku w Green Wayu, robimy najszybszy kilometr wyprawy. Docieramy wreszcie do restauracji, ale witają nas zamknięte drzwi - otwierają za 20 minut. Akurat wystarczy, żeby podskoczyć na skwer Kościuszki i machnąć fotkę przy ORP Błyskawicy:

Obejrzawszy tę fotkę, Michał nadał sobie ksywę "Gimli"

Potem chłopaki wciągają pączki (ja dopijam mocno już spieniony sok jabłkowy teściowej) i wracamy pod dźwierzeje GW. Chłopaki trawią już pączki, więc biorą tylko drugie dania, ja pochłaniam porcję gulaszu sojowego, zupę warzywną i koktajl z mango (ceny niższe o blisko 30% niż w Gdańsku!) :


Po wyjściu zbiegamy na plażę, każdy trochę inaczej - Tomka i mnie niesie świeża energia, a Michał gdzieś z tyłu zmaga się z pełnym żołądkiem. Pokonaliśmy dystans maratonu, przed nami jeszcze 24 km. Czujemy się dobrze, ale Tomek chce przy okazji zaliczyć słynne gdyńskie klify. Pomysł nam się podoba, więc biegamy tu i tam po różnych schodkach, nim trafiamy na szlak. Widoki przepiękne:



ale gdy schodzimy w kierunku plaży jesteśmy już wyraźnie zmęczeni. Robi się nam też zimno - pod kurtką mam tylko koszulkę z krótkim rękawem, gdy biegniemy jest OK, ale przy przejściu w marsz szybko marznę. Trasa staje się nieciekawa - na bulwarze tłumy turystów, trzeba skupiać się na wymijaniu i niekolidowaniu. Za Jelitkowem Michał skręca w park, wreszcie schodzimy z asfaltu i ludzi też dużo mniej. W głowie mam już tylko jeden cel - byle do Brzeźna, tam się tradycyjnie kąpiemy w czasie biegów morsa, z powrotem będzie już tylko 12 km. Skończyła się sielanka, grupa się rozbija, Michał najwyraźniej strawił pączki, bo wyrywa do przodu, potem biegnę ja, a tyły obstawia Tomek. Wpadamy w lekki letarg i każdy drałuje swoim tempem - nawet gdy próbuję zrównać się z Tomkiem, nie udaje mi się utrzymać wolniejszego tempa, z kolei lekkie przyspieszenie do tempa Michała rodzi natychmiastowy bunt systemu.

Brzeźno mijamy bez większych sentymentów. Robimy krótki postój w sklepiku, wchłaniamy różne frugo i tymbarki i szykujemy "plan" na ostatni etap. W teorii powinno być tak: zostało 12 km, więc idziemy 1, biegniemy 5, znowu idziemy 1, biegniemy jednego "park runa" i wreszcie w ciepłym domu. W praktyce po 100 metrach marszu, tak szczękamy zębami, że nie ma zmiłuj - trzeba truchtać. Kolejny przystanek - polibuda, tutaj udaje się przemaszerować na drugi koniec i zaczynamy wspinaczkę po ul. Sobieskiego. Gdzieś na rozstaju dróg po przebiegnięciu 60 km Michał odbija w swoje rejony, co Tomek uwiecznia zdjęciem z telefonu:


Zostało 6 km do domu, ale biegnie się jakoś łatwiej. Umysł nie rejestruje już wszystkich bodźców, kolejne punkty znanej nam dobrze trasy zdają się zlewać. Podbieg łostowicką, który budził trwogę w Brzeźnie, nie robi teraz specjalnego wrażenia. Tylko pies przy zakładzie kamieniarskim tradycyjnie mnie wystraszył (tak bardzo, że aż sam czmychnął spod płotu).

Gdy docieramy w rejony osiedla (ostatnie 2 km) coś się w nas przełącza i przez chwilę prawie się ścigamy. Gdyby nie świadomość lekkiego wkurzenia małżonki, która cały dzień spędziła z dzieciakami i kiedy dzwoniła rozładowała mi się komórka, byłbym skłonny nawet dobić rundkami wokół stawu do 70 km, ale to tylko złudzenie - jak tylko pożegnałem się z Tomkiem, po przebiegnięciu jakichś 300 metrów poczułem ból w okolicach kolana i lewej stopy. Chwilę później prawie skręciłem kostkę na kamieniu. Tyle wystarczyło, bym karnie przemaszerował ostatnie metry.

Jak każda pierwsza impreza, tak i pierwszy ultra był wyjątkowym przeżyciem. W jakiś sposób splotły się nasze losy i choć długich biegów będzie jeszcze wiele, to drugi pierwszy się nie powtórzy. Nie poczułem nic mistycznego, nie dotknąłem skrajnych sytuacji, jakie opisywał np. Dean, prawdę mówiąc oszczędzałem się, żeby mieć pewność, że dobiję do mety. Na ultra walkę przyjdzie jeszcze czas ;) Następnego dnia byłem jeszcze trochę obolały, ale do wieczora zostały tylko lekkie zakwasy. Robię profilaktycznie 2 dni przerwy, ale podobno Michała już dziś niosło, żeby rozbiegać kości.



poniedziałek, 16 grudnia 2013

No easy money here

Po każdej udanej serii zagrań na pochodnych, kiedy rynek idzie bez zająknięcia w jednym kierunku, przychodzi otrzeźwienie w postaci ruchu bocznego. Mówię sobie wtedy "no easy money here", żeby mentalnie przygotować się na ciężki okres. Przez ostatnie lata niewiele to dawało, bo po każdym boczniaku dawałem sobie spokój z pochodnymi, po tym jak próbując grać na kontynuację trendu oddawałem wcześniejsze zyski. Wystarczyło co prawda zmniejszyć wielkość pozycji i rozszerzyć widełki SL, ale strach przed ucieczką "wielkich" zysków sprawiał, że robiłem odwrotnie - im mniejszy potencjalnie zakres ruchu, tym otwierałem większą pozycję, żeby zarobić tyle, co w trendzie. Kończyło się na wypadnięciu na drugiej bandzie z odpowiednio dużą stratą. Dużo czasu i zjedzonych zysków kosztowało mnie zrozumienie tego błędu..

W nieco innej skali podobny schemat przebiega na akcjach. Kupujemy je w hossie, żeby zarobić 50-100-1000%, ale przez większość czasu bujamy się z marginalnymi zyskami lub stratami. Dopiero przeskok na wyższy pułap powoduje, że zysk staje się "bezpieczny", jednak kolejne miesiące balansowania na tym poziomie i często pozorne zejścia na poprzedni sprawiają, że sprzedajemy w przysłowiowym dołku. Przez to nawet w hossie nie jesteśmy w stanie pobić rynku. Co gorsza gdy przychodzi bessa zadziwiająco wielu inwestorów zmienia taktykę na buy&hold. Dlaczego? Ponieważ szczyt prawie zawsze jest budowany mozolnym boczniakiem. Nawet jeśli kończy się euforycznym wystrzałem i równie szybkim odpadnięciem, to rynek konsoliduje się dając złudzenie, że zaraz zaatakuje ponownie. Inwestor mówi sobie - tym razem mnie nie przerobią, tym razem nie oddam w dołku. Potem jak cena schodzi na niższy pułap, chce już tylko oddać bez straty, a co potem to już można sobie sprawdzić na różnych grafikach z wykresami euforii-paniki, ale to na razie temat odległy od aktualnej sytuacji na akcjach (za to bliski posiadaczom metali szlachetnych - tym tematem zajmę się w innym artykule).

Na razie próbuję ustrzelić początek fazy bocznej na wykresach akcji. Przywołajmy wykres bazowy SWIG80:


Przez blisko rok pisałem, że sprzedam akcje przy 15000 na SWIG80. Sprzedałem trochę wcześniej, ale generalnie zrealizowałem plan. Niepewny listopad i słaby póki co grudzień skłoniły mnie do oznaczenia końca fazy wzrostowej w październiku. Nie oznacza to końca hossy - wg interpretacji rynek wszedł w fazę boczną, która może potrwać wiele miesięcy. Gdyby w grudniu została wyrysowana biała świeca, musiałbym zmienić oznaczenie i faza wzrostu trwałaby dalej, łącznie co najmniej 8 miesięcy. Jednak na razie wygląda na to, że posiadacze akcji będą przeżywać dramaty, jakie były moim udziałem na kontraktach - jak tylko sprzedadzą akcje, te zaraz odbiją, ale gdy je odkupią, żeby nie przegapić nowego szczytu, akcje znowu opadną na wsparcia. No easy money here. Jak ktoś kupuje dołki i sprzedaje górki będzie miał wiele okazji do zarobku, ale biada mu, jeśli zacznie się trend spadkowy - wtedy potrafi urwać łapki i jeśli nie lubi brać strat, to wpadnie w emocjonalny kocioł euforii-paniki.

Ankieta (dziękuję za oddane głosy) miała na celu uprawdopodobnić postawioną tezę. Obejrzyjmy wyniki:


Nie widać miażdżącej przewagi byków. Trzeba jednak wziąć pod poprawkę, że mamy już ponad 2 tygodnie spadków na giełdzie. Jeśli giełdy weszły w trend boczny i jesteśmy w fazie budowania szczytu, euforie będą pojawiać się przy wzrostach, a zniechęcenie przy spadkach, więc możemy mieć do czynienia z tym drugim przypadkiem. Popatrzmy na wyniki sprzed roku:

(uwaga - wyniki z lipca 2012)

Wtedy zaledwie 13% inwestorów wierzyło w hossę, dziś tylko 8% chce zarobić na bessie, o 1/3 spadła liczba oszczędzających poza giełdą. To dla mnie kolejne argumenty za ruchem bocznym.

Co praktycznego z tego wynika?

- Po pierwsze nie analizuję już fundamentów i raportów spółek, bo w ruchu bocznym liczy się technika. Trzeba wyczytać z wykresu skąd ewakuują się fundusze lub insiderzy.

- Ruch boczny po ruchu wzrostowym nie musi zakończyć się bessą (przypadek z 2005 roku).

Uważam jednak, że taki wariant jest mało prawdopodobny. Biorąc pod uwagę ostatnie szaleństwa na IPO, cykl DM/EM i spodziewane osłabienie rynków wschodzących względem rozwiniętych oraz ten wpis:
http://solarcycles.net/2013/12/13/equities-bear-market-coming/
akcje są w przededniu bessy (a możliwe, że szczyt hossy był w listopadzie).

W takich momentach patrzę również na liderów hossy:


W przypadku tuzów z MWIG40 nie można mówić o zmianie trendu. Na razie widać tylko korekty. Co innego analizowany tutaj Apple:


Kurs wygląda książkowo i aż się prosi o kolejną falę spadkową w okolice 300$. Nie mam akcji Apple i nie zamierzam na nich grać, jednak ciężar tej spółki (chyba nadal największa kapitalizacja na świecie) powinien mieć wpływ na NASDAQ i obrazować sentyment do branży.

Na koniec pro-forma wstawiam WIG20USD. Nic 2 razy się nie zdarza, wątpliwe, żeby indeks wyrysował od szczytu w 2007 roku bliźniaczo podobną strukturę jak w latach 1994-2003:


Nie było mnie niestety na rynku w 2001 roku, ciekaw jestem jakie były nadzieje i lęki uczestników.

piątek, 13 grudnia 2013

Ankieta u progu

W lipcu zeszłego roku umieściłem ankietę, która skutecznie "przewidziała" hossę ( http://podtworca.blogspot.com/2012/07/czas-kupowac-akcje-bo-do-konca-roku.html ) . Dziś zapraszam Was do udziału w kolejnej ankiecie:


Jak sie zapatrujesz na rynek
  
pollcode.com free polls 

Zostało niespełna kilka sesji do rozstrzygnięcia czy październikowa prognoza (WIG20 poniżej 2400) się spełni. Tradycyjnie po zebraniu ponad 100 głosów umieszczę swoje przemyślenia na temat giełd oraz prognozy.

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Powrót do kruszców

Gdy w 2008 roku wciągnęła mnie tematyka inwestycyjna z giełdą na czele, zacząłem również interesować się towarami i metalami szlachetnymi. "Inwestowałem" wtedy nie tylko w certyfikaty towarowe Raiffeisena, ale od 2009 roku zacząłem kupować srebrne sztabki, monety, medale z kolejkami i autami. Zamierzałem trzymać je "do emerytury" jako zabezpieczenie przed niestabilnością polskiej waluty i inflacji wpisanej z zasady w model pieniądza fiat. Jednak w czasie szalonych wzrostów z 2011 roku, gdy kolekcja podrożała o 100%, żyłka spekulanta przeważyła i spieniężyłem kruszce.

Od tamtego czasu kruszce mnie nie interesowały, szczególnie że wklejałem na blog kilka razy długoterminowe wykresy towarów i nie dawałem im szans na kontynuację hossy. Uważam również, że długoterminowo, wraz z rozwojem inżynierii materiałowej złoto i srebro będą coraz silniej odstawać od giełd. Dziś przeczytałem, że Polacy sprzedają już grafen. Zwykły, powszechnie występujący w przyrodzie węgiel ma niezliczone zastosowania, jest głównym składnikiem paliw, tworzy najtwardsze struktury na Ziemi (diament), a wynalazki oparte o fulereny i grafen rozpalają dopiero wyobraźnię. Gdy jakiś towar znacząco drożeje, skumulowana w laboratoriach, przedsiębiorstwach i uczelniach wiedza pozwala stworzyć tani i często lepszy zamiennik (np. światłowody).

Nie przekonują mnie argumenty, dla których 31-gramowa złota blaszka ma kosztować wielokrotność zaawansowanych urządzeń, realnie wpływających na życie człowieka. Za równowartość uncji złota można dziś kupić pralkę, lodówkę, kuchenkę i komputer osobisty - rarytasy nieosiągalne dla przeciętnego Polaka sprzed 30 lat.

Z drugiej strony - nic nie jest trwałe, także postęp technologiczny. Najbardziej zaawansowane cywilizacje z czasem przejadają swoje osiągnięcia (Europa) lub niewielka grupka kumuluje prawie całe bogactwo narodu (USA), nie mówiąc o tym, że większość ludzi żyje w państwach o nieefektywnych i skorumpowanych (Rosja, Indie, Chiny itd.). Polska jak zawsze egzystuje na granicy tych systemów - straciliśmy niepodległość jako kraj rządzony przez oligarchów, potem byliśmy niewolnikami pod azjatyckim butem, teraz biurokratyczna machina korumpowana przez zachodnie koncerny i rządzące Polską dziadostwo blokuje przedsiębiorczość. Gospodarka po prostu fluktuje i zakładanie, że zawsze będzie lepiej, jest naiwnością. Historia pokazuje, że reset dowolnego systemu nie jest niczym nadzwyczajnym - mury dalej stoją, zboże dalej rośnie, życie się toczy po staremu, choć trochę inaczej, gdy rozwadniają się ludziom oszczędności lub państwo nacjonalizuje im majątek.

Na takie właśnie okoliczności warto trochę kruszców posiadać, dlatego zacząłem znowu je kupować. Skusiła mnie cena, która wróciła do poziomów sprzed nagłej eksplozji. Myślę, że będzie jeszcze taniej - 45 PLN za uncję niejednego inwestora przyprawiłoby o palpitację serca, ale tak również wychodzi z wykresów:


Dla mnie osobiście im niższa będzie cena, tym lepiej, powrót do trendu wzrostowego jest ostatnią rzeczą jakiej bym chciał, ponieważ zamierzam co jakiś czas dobierać monety i sztabki. Jeśli będzie za drogo w stosunku do innych przedmiotów czy aktywów, to po prostu ich nie kupię.

piątek, 6 grudnia 2013

Ebook wart uwagi

Dziś bloger Albert Rokicki (longterm.pl) oferuje swój e-book INWESTUJ LONGTERM za darmo, jeśli zalajkujesz jego profil na FB lub zasubskrybujesz kanał YT. Choć moje podejście inwestycyjne różni się od jego (bardziej opieram się na cyklach gospodarczych i AT), niewątpliwie muszę podszkolić się z analizy fundamentalnej, dlatego skorzystałem z promocji i pobrałem e-booka.

Ostatni rok pokazał, że należało kupić i trzymać porządne spółki i nie kasować zysków, nawet gdy rynek wyceniał je drogo. Z perspektywy czasu widzę, że błędem było trzymanie przeze mnie spółek fundamentalnych i aktywnych na jednym koncie, które dodatkowo wykorzystywałem do gry na kontraktach. Stare konto maklerskie w mBanku dało mi blisko 1/3 zysków, choć trzymałem tam 5 razy mniej kapitału. Dlaczego? Bo nie chciało mi się tam logować przy byle wahnięciu cen. Grając na kontraktach gapiłem się za często w notowania akcji i niepotrzebnie redukowałem pakiety albo ucinałem małe zyski wbrew założeniom. W oczekiwaniu na kolejną hossę, złożyłem wniosek o nowe konto z niskimi prowizjami, które będzie służyć tylko do długoterminowych inwestycji, a trzymane na nim spółki wylecą z notowań.