Tytuł niczym z amerykańskiego poradnika dla sprzedawców domów, posłuży mi do opisania pojęć takich jak przyzwyczajenia, dogmaty, poglądy. W życiu kierujemy się naukami wyniesionymi z domu, szkoły i własnymi doświadczeniami. Metody radzenia sobie z problemami czy spędzanie wolnego czasu zazwyczaj ewoluują z wiekiem. Jest natomiast grupa założeń, silnie kierujących naszym postępowaniem, które przyjmujemy za pewnik i w ogóle nie zastanawiamy się nad ich sensem.
Z góry proszę o pobłażliwość matematyków, do pojęć matematycznych będę stosował własne słowa.
W szkole podstawowej poznajemy wpierw liczby naturalne. Odnosimy je do ilości np. palców, jabłek czy ptaków na gałęzi. Pamiętam, jak operując nowo poznanym aparatem działań arytmetycznych, próbowałem obliczyć wynik działania 3-8. Za nic nie mogłem wyobrazić sobie -5 jabłek. Dopiero po jakimś czasie poznaliśmy liczby ujemne, które wytłumaczono nam na przykładzie długu i po wykonaniu dziesiątek zadań, stały się one czymś tak oczywistym jak liczby dodatnie. Z liczbami wymiernymi i niewymiernymi problemów nie miałem, łatwo "widziałem" je na wykresach figur.
Wyobraźmy sobie, że starożytni Grecy byli przerażeni odkryciem liczb niewymiernych, które nie dają się wyrazić ilorazem dwóch liczb całkowitych. Budowali sobie piękne teorie o doskonałości liczb całkowitych i odkrycie wyrastające poza nie, zburzyło im postrzeganie świata. Podobnie reagowali uczeni na odkrycie (wynalezienie?) liczb zespolonych, które "nie istnieją" w rzeczywistości (w jednej z francuskich uczelni wybuchł nawet bunt przeciw nauczaniu tych liczb). Do dziś sławetne "i" nosi nazwę jednostki urojonej, mimo że liczb zespolonych używa się do rozwiązywania wielu fizycznych problemów.
Pojęcie liczby należało całkowicie przedefiniować. Matematycy wprowadzili podstawowe aksjomaty dla liczb naturalnych, z których wyprowadzają twierdzenia i kolejne zbiory liczb. Nic nie stoi na przeszkodzie zdefiniowania innych działań czy własności liczb, tracą one jednak wtedy odniesienie do rzeczywistości i stają się sztuką dla sztuki. Odseparowanie liczby od ilości obiektów czy odległości, pozwoliło wynieść matematykę na uniwersalny poziom, z którego matematycy budowali konstrukcje, dla których zastosowanie praktyczne znajdywano wiele lat później. W takim ujęciu liczby zespolone nie są niczym więcej, niż logiczną konstrukcją, której szczególnym podzbiorem są liczby rzeczywiste. Można zdefiniować kolejne ciało "liczb", dla którego to liczby zespolone są szczególnym zbiorem (i w istocie takie liczby powstały - kwaterniony).
Proces taki można prowadzić w nieskończoność. Działania na liczbach wyższego poziomu muszą zachowywać własności liczb szczególnych (jeśli wyzerujemy wszystkie dodane elementy, otrzymamy działania na liczbach rzeczywistych). Podobnie matematyka pozwala przeprowadzać obliczenia w wielowymiarowych przestrzeniach, choć nasz umysł nie jest w stanie zobaczyć więcej niż 3 wymiary. Niespełna sto lat temu Einstein wykazał, że uznawany przez tysiące lat aksjomat Euklidesa, iż dwie proste równoległe nigdy się nie przecinają, nie obowiązuje w realnym świecie. Oznacza to, że dwa obiekty, które zawsze poruszają się równolegle, mogą się kiedyś zetknąć w czasoprzestrzeni (wraz ze wzrostem masy). Przy wielkościach ziemskich do obliczeń wystarczy prosta i wygodna geometria Euklidesa, ważne jest by zdać sobie sprawę, że rzeczywistość jest inna niż myślimy.
Nieznajomość praw matematycznych ogranicza nasze myślenie. Często spotykam się z sądem: jeśli Bóg mnie stworzył i zna całe moje życie, to nie jestem wolny, ponieważ wszystko robię według jego planu. Gdybym miał wolną wolę, to Bóg nie wiedziałby co zrobię. Takie myślenie jest błędne, ponieważ myślimy w kategoriach skończonych. Podczas reformacji kalwiniści wierzyli, że ludzie są niczym automaty, z góry skazani na potępienie lub zbawienie, człowiek może jedynie próbować odkryć jakie przeznaczenie zesłał mu Bóg.
Tymczasem ten pozorny paradoks nie istnieje, kiedy uwzględnimy powstałą w XIX wieku teorię mnogości, której elementy poznajemy w szkole podstawowej. Zdefiniujmy wolność, jako możliwość dokonania dowolnego (jednego z nieskończenie wielu) wyboru w dowolnym momencie. Otrzymamy pewien zbiór wszelkich możliwych wyborów (nazwijmy go A), jakie możemy dokonać za życia. Zbiór ten zawiera inny zbiór (C) - zbiór dokonanych wyborów (te które podejmiemy, mimo że ich nie znamy). Zdefiniujmy drugi zbiór (B), który zawiera A i nazwijmy go "wiedza Boga" (skoro Bóg jest wszechmocny, wszechwiedzący etc., zbiór moich wyborów mieści się w jego wiedzy). Choć oba zbiory mają nieszkończoną ilość elementów, możemy wyobrazić sobie to zawieranie jak wykonany przez nauczycielkę matematyki rysunek na tablicy: zbiór liczb naturalnych w małym kole i większe okalające go koło, zbiór liczb całkowitych. Widzimy zatem, że choć zrobię co zechcę, Bóg i tak wie co to będzie. Przy tych założeniach zna nie tylko ścieżkę wyborów mojego życia, ale i wszystkie inne możliwe wybory, jakie mógłbym podjąć.
Ateista może zapytać, po co wplątuję Boga do rozważań. Tu nie chodzi o kwestie wiary, dla niego Bóg może oznaczać tu tylko nazwę zbioru. Chcę pokazać, że wiele paradoksów znika, kiedy poszerzamy nasze pojmowanie.
Ten wpis nie odpowiada na postawione w tytule pytanie, główną myśl będę jeszcze rozwijał. Pokażę, jak nasze myślenie jest silnie zdeterminowane kulturą i historią.
Blog o inwestowaniu, grze na giełdzie, rozwoju osobistym, przemyślenia na temat egzystencji, poszerzanie świadomości. Czasem trochę o żarciu i bieganiu - życie :) Napisz do mnie: deedees małpa o2 kropcia pl
poniedziałek, 24 listopada 2008
piątek, 21 listopada 2008
Zaklinanie rzeczywistości?
O odniesienie do wczorajszego tekstu poprosiłem uczestników czata na blogu App. Otrzymałem jedną, krótką recenzję: zaklinanie rzeczywistości. Faktycznie brzmi to wszystko zbyt optymistycznie, gdy słyszymy wiadomości o kolejnych bankrutujących zakładach i ludziach tracących pracę. Proszę jednak zauważyć, iż nie pisałem o trwałej hossie, tylko odbiciu do poziomów, które jeszcze w tym roku uważane były za bardzo niskie. Po nich ma nastąpić dalszy spadek. W trend boczny Polski sam już zwątpiłem, nie należymy do mistrzów wykorzystywania szans.
Bardzo ciekawą analizę obecnej globalnej sytuacji przedstawił Wojciech Białek we wpisie Gdzie jesteśmy . Podobieństwa do kryzysu lat 30-stych i 70-tych są ogromne. W obu przypadkach nastąpiło silne załamanie sytuacji na giełdzie i w obu po mniej niż 9 latach od szczytu przyszło odbicie (na które liczę) pomimo trendu spadkowego. Nie będę przedstawiał swoich wykresów, za mało mam wiedzy ekonomicznej, nie znam dobrych narzędzi. Swoje wyliczenia robię hobbystycznie na stooq.pl . Jeśli ktoś zna witryny, w których mógłbym zaimportować dane amerykańskie od XIX wieku i nakładać je na wykresy np. japońskie, będę wdzięczny za podzielenie się informacją.
App pisze o Jimim Rogersie, który przeniósł się do Singapuru, bo w Azji upatruje nowego lidera światowej gospodarki. Szeroko obiło się jego stwierdzenie, że kto się znał, ten w 1808 roku wyjechał do Londynu, w 1908 do Nowego Jorku a teraz powinien emigrować do Chin (w takim razie czemu wybrał inny kraj, w dodatku byłą kolonię brytyjską? :) .
Chińczycy mają energię, bardzo dużo do zrobienia u siebie (może zaczną wkońcu importować coś od nas) i nieograniczone zasoby robotników. Jednak póki co, muszą kształcić liderów w USA. Z ich podejściem do życia nadają się świetnie do realizacji wielkich projektów, jakichś współczesnych piramid, ale słabo widzę powszechną pracę nad poprawą doli przeciętnego człowieka.
Nie docierają do nas żadne informacje z tego kraju. Biedne prowincje na zachodzie kraju ciągle się burzą, jedyny sposób na porządek to zamordyzm i pacyfikacje. Rozmowa nawet z chińskim studentem zachodniej uczelni, schodzi na poziom komunikacji automatów, kiedy zaczynasz krytykować władze Chin albo Mao. Podobnie z wykształconymi Rosjanami, którzy ataki na Putina biorą za zachodnią propagandę. Byłem w szoku, kiedy moje informacje o Politkowskiej i Babickim skwitowali drwiącym uśmiechem. Ok, macie swoją odrębną cywilizację, wielkie sukcesy naukowe, ale zobaczymy za pare miesięcy, kiedy ropa posiedzi na 50$ za baryłkę. Polecam porównać sytuację w Rosji z kursem ropy, np. w 1997 roku.
Podsumowując: co będzie nie wie nikt, możemy conajwyżej wynajdywać argumenty za swoimi teoriami. Recepta na trudne czasy brzmi: siedź w tym, na czym się znasz i pogłębiaj wiedzę, żebyś w razie czego spadł na cztery łapy. Do trwałego przewodnictwa w świecie potrzeba najlepszych ludzi. Nie widzę tego w skorumpowanych i słabo wykształconych elitach azjatyckich. Bez wolności osobistej i nieskrępowanego głoszenia swojego zdania nie wzniosą się powyżej pewnego poziomu. Zwątpiłem w USA, nie podoba mi się ich ignorancja, której są świadomi i nie chcą zmieniać. Świetnie rozmawia mi się z turystami amerykańskimi, ale kiedy wypytuję nawet o ich historię, zazwyczaj słyszę żartobliwą odpowiedź "I don't care. I'm American :)".
Więc co? Według wykresów p. Białka mamy jeszcze ok. 8 lat do dna i potem jakieś 25 lat prosperity. Przez ostatnie lata produkcja przesuwała się na wschód, natomiast zachód zostawił sobie rozwój centrów badawczych i decyzyjnych. Chiny co zrozumiałe chcą rozbudować u siebie bazę naukową, ale przy ograniczeniach jednostki skończy się zapewne jak z podbojami kosmosu przez ZSRR. Co miał z tego zwykły homo sovieticus poza dumą i jakie trwałe wartości zostały z tego do dziś? Globalizacja pogłębi obecne zależności, jeśli mamy zachować rozwój w takiej formie jak dotychczas, może dojdzie do projektów, w które zaangażowanych będzie 10 tys. naukowców z USA i milion chińskich robotników :)
To co piszę nie ma na celu obrażania wschodnich ludzi. Statystycznie są tacy sami jak społeczeństwa zachodnie, niestety model rządów wschodnich kłóci się z praworządnością. Bardzo lubię Rosjan, zgadzam się z nimi, kiedy mówią, że pod wieloma względami mają więcej wolności niż zadekretowany przepisami Europejczyk. Cóż z tego, skoro byle mafioso czy urzędnik może zniszczyć im nie tylko karierę ale i życie, jeśli nie będą klepać tego co się od nich wymaga. W Polsce mamy mix kulturowy, na stołkach zazwyczaj wschodni typ przydupasa, ale możemy poszczekać na władzę i jak temat podchwycą media, nawet ją odwołać.
Aktualizacja 11:47.
Zapomniałem dopisać ważne spostrzeżenie odnośnie historycznego rozwoju Anglii i USA. W obu przypadkach rozwój następował dzięki raptownemu wzrostowi "podatników". Anglicy kontrolowali w szczycie 1/4 globu, do Ameryki napływały miliony emigrantów z całego świata. Zwróćmy też uwagę na anglosaski model ekonomii. Chińczycy posiadają większą liczbę ludności, udało im się znacząco przemodelować człowieka, "wyrwać" go z więzów tradycji. Zagrożenie widzę w próbie zastąpienia filozofii chińskiej płytką ideologią narodowo-państwową. Jak dobrze potrafią sobie radzić tradycyjni Chińczycy, możemy zaobserwować w Indonezji czy USA. Argument historyczny (największy PKB do czasu rewolucji przemysłowej) też przemawia za nimi. Nadal jednak myślę, że Ameryka z Europą mają lepsze perspektywy a Chiny, choć popłyną wysoko, zatrzymają się podobnie jak Japonia.
Bardzo ciekawą analizę obecnej globalnej sytuacji przedstawił Wojciech Białek we wpisie Gdzie jesteśmy . Podobieństwa do kryzysu lat 30-stych i 70-tych są ogromne. W obu przypadkach nastąpiło silne załamanie sytuacji na giełdzie i w obu po mniej niż 9 latach od szczytu przyszło odbicie (na które liczę) pomimo trendu spadkowego. Nie będę przedstawiał swoich wykresów, za mało mam wiedzy ekonomicznej, nie znam dobrych narzędzi. Swoje wyliczenia robię hobbystycznie na stooq.pl . Jeśli ktoś zna witryny, w których mógłbym zaimportować dane amerykańskie od XIX wieku i nakładać je na wykresy np. japońskie, będę wdzięczny za podzielenie się informacją.
App pisze o Jimim Rogersie, który przeniósł się do Singapuru, bo w Azji upatruje nowego lidera światowej gospodarki. Szeroko obiło się jego stwierdzenie, że kto się znał, ten w 1808 roku wyjechał do Londynu, w 1908 do Nowego Jorku a teraz powinien emigrować do Chin (w takim razie czemu wybrał inny kraj, w dodatku byłą kolonię brytyjską? :) .
Chińczycy mają energię, bardzo dużo do zrobienia u siebie (może zaczną wkońcu importować coś od nas) i nieograniczone zasoby robotników. Jednak póki co, muszą kształcić liderów w USA. Z ich podejściem do życia nadają się świetnie do realizacji wielkich projektów, jakichś współczesnych piramid, ale słabo widzę powszechną pracę nad poprawą doli przeciętnego człowieka.
Nie docierają do nas żadne informacje z tego kraju. Biedne prowincje na zachodzie kraju ciągle się burzą, jedyny sposób na porządek to zamordyzm i pacyfikacje. Rozmowa nawet z chińskim studentem zachodniej uczelni, schodzi na poziom komunikacji automatów, kiedy zaczynasz krytykować władze Chin albo Mao. Podobnie z wykształconymi Rosjanami, którzy ataki na Putina biorą za zachodnią propagandę. Byłem w szoku, kiedy moje informacje o Politkowskiej i Babickim skwitowali drwiącym uśmiechem. Ok, macie swoją odrębną cywilizację, wielkie sukcesy naukowe, ale zobaczymy za pare miesięcy, kiedy ropa posiedzi na 50$ za baryłkę. Polecam porównać sytuację w Rosji z kursem ropy, np. w 1997 roku.
Podsumowując: co będzie nie wie nikt, możemy conajwyżej wynajdywać argumenty za swoimi teoriami. Recepta na trudne czasy brzmi: siedź w tym, na czym się znasz i pogłębiaj wiedzę, żebyś w razie czego spadł na cztery łapy. Do trwałego przewodnictwa w świecie potrzeba najlepszych ludzi. Nie widzę tego w skorumpowanych i słabo wykształconych elitach azjatyckich. Bez wolności osobistej i nieskrępowanego głoszenia swojego zdania nie wzniosą się powyżej pewnego poziomu. Zwątpiłem w USA, nie podoba mi się ich ignorancja, której są świadomi i nie chcą zmieniać. Świetnie rozmawia mi się z turystami amerykańskimi, ale kiedy wypytuję nawet o ich historię, zazwyczaj słyszę żartobliwą odpowiedź "I don't care. I'm American :)".
Więc co? Według wykresów p. Białka mamy jeszcze ok. 8 lat do dna i potem jakieś 25 lat prosperity. Przez ostatnie lata produkcja przesuwała się na wschód, natomiast zachód zostawił sobie rozwój centrów badawczych i decyzyjnych. Chiny co zrozumiałe chcą rozbudować u siebie bazę naukową, ale przy ograniczeniach jednostki skończy się zapewne jak z podbojami kosmosu przez ZSRR. Co miał z tego zwykły homo sovieticus poza dumą i jakie trwałe wartości zostały z tego do dziś? Globalizacja pogłębi obecne zależności, jeśli mamy zachować rozwój w takiej formie jak dotychczas, może dojdzie do projektów, w które zaangażowanych będzie 10 tys. naukowców z USA i milion chińskich robotników :)
To co piszę nie ma na celu obrażania wschodnich ludzi. Statystycznie są tacy sami jak społeczeństwa zachodnie, niestety model rządów wschodnich kłóci się z praworządnością. Bardzo lubię Rosjan, zgadzam się z nimi, kiedy mówią, że pod wieloma względami mają więcej wolności niż zadekretowany przepisami Europejczyk. Cóż z tego, skoro byle mafioso czy urzędnik może zniszczyć im nie tylko karierę ale i życie, jeśli nie będą klepać tego co się od nich wymaga. W Polsce mamy mix kulturowy, na stołkach zazwyczaj wschodni typ przydupasa, ale możemy poszczekać na władzę i jak temat podchwycą media, nawet ją odwołać.
Aktualizacja 11:47.
Zapomniałem dopisać ważne spostrzeżenie odnośnie historycznego rozwoju Anglii i USA. W obu przypadkach rozwój następował dzięki raptownemu wzrostowi "podatników". Anglicy kontrolowali w szczycie 1/4 globu, do Ameryki napływały miliony emigrantów z całego świata. Zwróćmy też uwagę na anglosaski model ekonomii. Chińczycy posiadają większą liczbę ludności, udało im się znacząco przemodelować człowieka, "wyrwać" go z więzów tradycji. Zagrożenie widzę w próbie zastąpienia filozofii chińskiej płytką ideologią narodowo-państwową. Jak dobrze potrafią sobie radzić tradycyjni Chińczycy, możemy zaobserwować w Indonezji czy USA. Argument historyczny (największy PKB do czasu rewolucji przemysłowej) też przemawia za nimi. Nadal jednak myślę, że Ameryka z Europą mają lepsze perspektywy a Chiny, choć popłyną wysoko, zatrzymają się podobnie jak Japonia.
czwartek, 20 listopada 2008
Perspektywy Polski
Dziś na giełdzie mocne spadki, prawdopodobnie dobijamy do minimum z 27 października. Nie jestem ekonomistą, choć od jakiegoś czasu intensywnie douczam się praw rynku. Niestety ignorancja spraw ekonomicznych kosztowała mnie utratę części kapitału, a co znacznie gorsze, niewykorzystanie wielu sytuacji. Podczas studiów inżynierskich patrzałem z lekką pogardą na finansistów, którzy nie potrafią nic zbudować, tylko kombinują jak zarobić na cudzej pracy i wyciągnąć pieniądze od "szaraczków". Przespałem hossę 2005-2006 (cały kapitał trzymałem na koncie oprocentowanym poniżej inflacji), w 2007 roku ostrożnie wszedłem w fundusze i zostawiłem w nich część pieniędzy z wiarą, że kiedyś odbije.
Od jakiegoś czasu czytam blog AppFunds (polecam go w linkach) i dzięki niemu sporo dowiedziałem się o zasadach inwestowania. Niestety nadal uczę się na błędach (najpierw ostrożnie kupiłem w dołku, zarobiłem 20% i władowałem sporo pieniędzy przy wig20 ok. 1900). Dziś patrzę, jak szybko topnieją fundusze w akcjach. I zastanawiam się, jakie fundamenty ma nasza gospodarka, gdzie zatrzymają się spadki i czy w wielomiesięcznej perspektywie nie polecimy jeszcze niżej.
App stosuje zasadę cięcia kosztów, przy określonej stracie (stop loss) ucieka z waloru. Nie wybrałem tej opcji, bo psychicznie nie mogę uciągnąć fizycznej straty kapitału (jak tylko się odbiję, zacznę stosować tą taktykę :) ). Wiem, że postępuję nierozsądnie, bo mogę stracić dużo więcej, jednak na ten czas obrałem strategię średnioterminową. Założyłem, że mimo wszystko cały czas krążymy wokół minimów i za jakiś czas nastąpi odbicie do ok. 2500-2700 (kilka miesięcy), kolejny spadek do ok. 1700-1800 i mozolny początek kolejnej hossy.
Coraz więcej ekonomistów wieszczy krach porównywalny z tym z 1929 roku. W tym przypadku moja strategia ległaby w gruzy i po kupieniu akcji przecenionych po 50-80%, czekają mnie jeszcze ostre spadki i być może bankructwa (mam nadzieję, że te nie nastąpią, wybrałem raczej duże spółki z monopolem i udziałem państwa). Dorzuciłem trochę walorów spekulacyjnych za niskie kwoty - jeśli firmy przetrwają kryzys, w czasie hossy można na nich sporo zarobić, jeśli padną, stracę kilka stówek.
Polska gospodarka jest silnie skorelowana ze światową, kryzys lat 30-stych uderzył w nas mocniej niż państwa rozwinięte i trwał 2 lata dłużej. Dlatego nawet rozsądna polityka wewnętrzna może nie mieć wielkiego znaczenia, kiedy zachodni kapitał rzuci się do ucieczki z GPW. Nie wierzę w przetrwanie dominacji USA, ten kraj się bardzo wypalił. W technologiach kosmicznych przegrywają wyścig, mimo że nadal posiadają najlepsze światowe uczelnie, poza przemysłem zbrojeniowym, informatycznym, medycznym i rozrywką, nie widzę wielkich amerykańskich koncernów. Gałęzie, które wymieniłem, ciągną świat do przodu, współgrają z długoterminowym celem ludzkości (przetrwanie -> kolonizacja kosmosu), ale bez budowy potężnej infrastruktury, ich rozwój przestaje mieć cel.
Niestety przez lata dominacji kulturowej i ekonomicznej, Amerykanie zatracili etos solidnej pracy, konkurencyjności i fantazję. Zamiast dążyć do harmonijnego rozwoju, rzucili się w wir konsumpcji, w której nadal upatrują źródeł rozwoju. Nie dotarły z USA żadne odkrywcze prądy religijne i metafizyczne. Z buddyzmu i chrześcijaństwa zrodziła się wielka filozofia, obecnie powstają liczne teorie psychologiczne i eksperymenty, jednak płynąca z nich wiedza nie wykracza poza prawdy spisane tysiące lat temu. O ile w technologii osiągnęli wykładniczy rozwój, w rozwoju człowieka widzę wręcz regres (kraj zestresowanych hedonistów i grubasów).
Pod koniec lat 80-tych japoński indeks NIKKEI przeżył załamanie, z którego nie wydostał się do dziś. Co więcej, jeśli popatrzymy na wykres logarytmiczny, od tamtego czasu gospodarka japońska znajduje się ciągle w trendzie spadkowym. Czyżby Japończycy wykorzystali w ramach tego czasu i swojej kultury możliwości wzrostu ekonomicznego? Czy poza ekonomią są jakieś dziedziny, w których się rozwijają? Ponieważ dziś piszę o sprawach finansowych, poprzestanę na tych pytaniach. Zwróćmy teraz uwagę na indeks amerykański S&P. Obserwując minima w skali logarytmicznej od czasu wielkiego kryzysu, nadal trzyma się w trendzie. Co więcej, ma jeszcze lekki margines spadku. Czy nadszedł jednak kres tego rozwoju?
Wzrost wykładniczy jest tak ogromny, że w realiach fizycznych, może wystąpić tylko przez krótki czas. Ostatnie lata amerykańskiego rozwoju przypominają wielki pożar z ogniska. Szalone rozdawnictwo kredytów, wirtualne zabezpieczenia instrumentów finansowych i potężne zadłużanie wywindowały wykresy do szczytowych poziomów. Nawet jeśli uwzględnimy w indeksach inflację, wzrost nadal jest potężny. Żadna działalność człowieka nie może tak długo rosnąć. Po osiągnięciu pewnego etapu, rozwój może być tylko logarytmiczny, co jest odwrotnością postępu wykładniczego! Porównałbym tu kondycję gospodarki do wyczynów sportowych. Najpierw rekordy szybko rosły, by po osiągnięciu pewnego pułapu wzrastać o sekundy, dziesiętne, setne, wreszcie milisekundy. Ciężko mi wyobrazić sobie, by przy obecnym poziomie gospodarczym, indeks S&P posunął się z trendem na kolejne maksima (chyba, że dolar będzie tracił odwrotnie proporcjonalnie do "rozwoju", wtedy USA będzie stało w miejscu, ale wykresy pokażą wzrost).
Nie przekreślam rozwoju, nadal widzę ogromne perspektywy, jednak nie wiem, jak długo będziemy na nie czekać. Przełom widziałbym w nowych źródłach potężnej i taniej energii (bardzo podoba mi się tu działalność Niemców). Póki co, choć pomysły są, długo poczekamy na ich umasowienie. Wzrost indeksu USA przypominać będzie wzrost prędkości procesorów co 2 lata - najpierw było to konsekwencją zmniejszania tranzystorów, co wystarczyło do podbicia iteracji z tysięcy do miliardów. Niestety minimalizować już się nie da, więc producenci technologii krzemowych zdani są na rozdzielanie zadań na większą liczbę procesorów, optymalizację algorytmów, wrzucanie funkcji programowych w elektroniczne kości i upraszczanie połączeń między nimi. Do kolejnego skoku potrzebna jest nowa technologia taktowania procesora, której póki co nie udało się wyprodukować.
Jak w tym wszystkim widzę Polskę i te moje nieszczęsne akcje? Jesteśmy krajem na dorobku, dlatego nawet wybudowanie paru kilometrów autostrad, podbija nasz PKB. Porównując nasycenie rynku usługami czy liczbą metrów kwadratowych lokalu przypadających na obywatela, mocno odstajemy od krajów zachodnich. Dlatego liczę na kontynuację "wykładniczą", nawet pomimo możliwości odwrócenia wieloletniego trendu w USA. W programie do rysowania wykresów, brakuje mi skali do wyznaczenia maksimum kolejnej hossy, biorąc pod uwagę linię trendu opartą o maksima poprzednich hoss z lat 1997, 2000, 2007. Jesteśmy w klubie stabilnych państw z w miarę jasnymi kompetencjami rządów. Nie widzę na razie szans na podłączenie do wielkich wyzwań stojących przed ludzkością, sprzyjających poznawaniu rzeczywistości (jak LHC, stacje kosmiczne) i generujących nowe wynalazki. Mam natomiast nadzieję na powtórzenie drogi Hiszpanii czy Irlandii, które przez lata dynamicznie rozwijały się dzięki unijnym funduszom i bliskości krajów rozwiniętych.
Na obecny rząd wylewa się sporo żółci, każdy miał jakieś oczekiwania, które kumulują sie od lat. Wbrew obiegowej opinii, uważam ten rząd za całkiem niezły (pomijając cwaniaków z PSLu). Nie uległ paneuropejskiej modzie na socjalizm i mżonkom, że pobudzając konsumpcję uchronimy się przed kryzysem. Wreszcie ktoś nie uległ związkowcom i są szanse na ukrócenie przywilejów niektórych grup społecznych. Prowadzenie firmy w Polsce to trzeci świat, jednak wreszcie dotknęła i mnie jakaś korzyść - mogę w trudnym okresie zawiesić działalność i nie płacić Zusu, z czego mam zamiar niedługo skorzystać (obecnie siedząc nad projektem pół roku, potem negocjując sprzedaż i wystawiając fakturę, mogę czekać na pieniądze nawet 8 miesięcy, a w tym czasie muszę zapłacić ok. 6400 zł tzw. "ubezpieczeń"). Zaoszczędzone pieniądze będę częściowo odkładał we własny fundusz 3-letni na rozwój firmy. Zakładam 20% stopę zwrotu w skali roku.
Trayderem niestety dobrym nie jestem, wszystkie akcje jakie właśnie kupiłem, lecą na łeb (Agora, Lotos, trochę mniej KGHM), liczę jednak na przetrwanie trendu i zarobek lepszy niż z lokaty (w perspektywie roku). Jeśli nie spadniemy niżej niż 1470 z października (co przewidują moje wykresy), możliwe że utrzymaliśmy się w okolicach trendu wieloletniego i czeka nas wzrost. Poniżej 1470 oznacza, że nadal jesteśmy w trendzie spadkowym od 2007 i długo poczekam na zwrot (dla Lotosu póki co widzę dobre perspektywy, Agora to zagadka, słabo się osadzili w internecie, ale mają najlepszy w Polsce zespół dziennikarzy z moim ulubionym Dużym Formatem). Czaję się na PKO i PKN, jednak ich akcje nie lecą już tak pięknie jak w październiku (wtedy nieźle na nich zaspekulowałem, ale na przyszłość wolę unikać takich ruchów, zabierają za dużo czasu i nerwów). Czyżby zwiastowały trend rosnący?
Od jakiegoś czasu czytam blog AppFunds (polecam go w linkach) i dzięki niemu sporo dowiedziałem się o zasadach inwestowania. Niestety nadal uczę się na błędach (najpierw ostrożnie kupiłem w dołku, zarobiłem 20% i władowałem sporo pieniędzy przy wig20 ok. 1900). Dziś patrzę, jak szybko topnieją fundusze w akcjach. I zastanawiam się, jakie fundamenty ma nasza gospodarka, gdzie zatrzymają się spadki i czy w wielomiesięcznej perspektywie nie polecimy jeszcze niżej.
App stosuje zasadę cięcia kosztów, przy określonej stracie (stop loss) ucieka z waloru. Nie wybrałem tej opcji, bo psychicznie nie mogę uciągnąć fizycznej straty kapitału (jak tylko się odbiję, zacznę stosować tą taktykę :) ). Wiem, że postępuję nierozsądnie, bo mogę stracić dużo więcej, jednak na ten czas obrałem strategię średnioterminową. Założyłem, że mimo wszystko cały czas krążymy wokół minimów i za jakiś czas nastąpi odbicie do ok. 2500-2700 (kilka miesięcy), kolejny spadek do ok. 1700-1800 i mozolny początek kolejnej hossy.
Coraz więcej ekonomistów wieszczy krach porównywalny z tym z 1929 roku. W tym przypadku moja strategia ległaby w gruzy i po kupieniu akcji przecenionych po 50-80%, czekają mnie jeszcze ostre spadki i być może bankructwa (mam nadzieję, że te nie nastąpią, wybrałem raczej duże spółki z monopolem i udziałem państwa). Dorzuciłem trochę walorów spekulacyjnych za niskie kwoty - jeśli firmy przetrwają kryzys, w czasie hossy można na nich sporo zarobić, jeśli padną, stracę kilka stówek.
Polska gospodarka jest silnie skorelowana ze światową, kryzys lat 30-stych uderzył w nas mocniej niż państwa rozwinięte i trwał 2 lata dłużej. Dlatego nawet rozsądna polityka wewnętrzna może nie mieć wielkiego znaczenia, kiedy zachodni kapitał rzuci się do ucieczki z GPW. Nie wierzę w przetrwanie dominacji USA, ten kraj się bardzo wypalił. W technologiach kosmicznych przegrywają wyścig, mimo że nadal posiadają najlepsze światowe uczelnie, poza przemysłem zbrojeniowym, informatycznym, medycznym i rozrywką, nie widzę wielkich amerykańskich koncernów. Gałęzie, które wymieniłem, ciągną świat do przodu, współgrają z długoterminowym celem ludzkości (przetrwanie -> kolonizacja kosmosu), ale bez budowy potężnej infrastruktury, ich rozwój przestaje mieć cel.
Niestety przez lata dominacji kulturowej i ekonomicznej, Amerykanie zatracili etos solidnej pracy, konkurencyjności i fantazję. Zamiast dążyć do harmonijnego rozwoju, rzucili się w wir konsumpcji, w której nadal upatrują źródeł rozwoju. Nie dotarły z USA żadne odkrywcze prądy religijne i metafizyczne. Z buddyzmu i chrześcijaństwa zrodziła się wielka filozofia, obecnie powstają liczne teorie psychologiczne i eksperymenty, jednak płynąca z nich wiedza nie wykracza poza prawdy spisane tysiące lat temu. O ile w technologii osiągnęli wykładniczy rozwój, w rozwoju człowieka widzę wręcz regres (kraj zestresowanych hedonistów i grubasów).
Pod koniec lat 80-tych japoński indeks NIKKEI przeżył załamanie, z którego nie wydostał się do dziś. Co więcej, jeśli popatrzymy na wykres logarytmiczny, od tamtego czasu gospodarka japońska znajduje się ciągle w trendzie spadkowym. Czyżby Japończycy wykorzystali w ramach tego czasu i swojej kultury możliwości wzrostu ekonomicznego? Czy poza ekonomią są jakieś dziedziny, w których się rozwijają? Ponieważ dziś piszę o sprawach finansowych, poprzestanę na tych pytaniach. Zwróćmy teraz uwagę na indeks amerykański S&P. Obserwując minima w skali logarytmicznej od czasu wielkiego kryzysu, nadal trzyma się w trendzie. Co więcej, ma jeszcze lekki margines spadku. Czy nadszedł jednak kres tego rozwoju?
Wzrost wykładniczy jest tak ogromny, że w realiach fizycznych, może wystąpić tylko przez krótki czas. Ostatnie lata amerykańskiego rozwoju przypominają wielki pożar z ogniska. Szalone rozdawnictwo kredytów, wirtualne zabezpieczenia instrumentów finansowych i potężne zadłużanie wywindowały wykresy do szczytowych poziomów. Nawet jeśli uwzględnimy w indeksach inflację, wzrost nadal jest potężny. Żadna działalność człowieka nie może tak długo rosnąć. Po osiągnięciu pewnego etapu, rozwój może być tylko logarytmiczny, co jest odwrotnością postępu wykładniczego! Porównałbym tu kondycję gospodarki do wyczynów sportowych. Najpierw rekordy szybko rosły, by po osiągnięciu pewnego pułapu wzrastać o sekundy, dziesiętne, setne, wreszcie milisekundy. Ciężko mi wyobrazić sobie, by przy obecnym poziomie gospodarczym, indeks S&P posunął się z trendem na kolejne maksima (chyba, że dolar będzie tracił odwrotnie proporcjonalnie do "rozwoju", wtedy USA będzie stało w miejscu, ale wykresy pokażą wzrost).
Nie przekreślam rozwoju, nadal widzę ogromne perspektywy, jednak nie wiem, jak długo będziemy na nie czekać. Przełom widziałbym w nowych źródłach potężnej i taniej energii (bardzo podoba mi się tu działalność Niemców). Póki co, choć pomysły są, długo poczekamy na ich umasowienie. Wzrost indeksu USA przypominać będzie wzrost prędkości procesorów co 2 lata - najpierw było to konsekwencją zmniejszania tranzystorów, co wystarczyło do podbicia iteracji z tysięcy do miliardów. Niestety minimalizować już się nie da, więc producenci technologii krzemowych zdani są na rozdzielanie zadań na większą liczbę procesorów, optymalizację algorytmów, wrzucanie funkcji programowych w elektroniczne kości i upraszczanie połączeń między nimi. Do kolejnego skoku potrzebna jest nowa technologia taktowania procesora, której póki co nie udało się wyprodukować.
Jak w tym wszystkim widzę Polskę i te moje nieszczęsne akcje? Jesteśmy krajem na dorobku, dlatego nawet wybudowanie paru kilometrów autostrad, podbija nasz PKB. Porównując nasycenie rynku usługami czy liczbą metrów kwadratowych lokalu przypadających na obywatela, mocno odstajemy od krajów zachodnich. Dlatego liczę na kontynuację "wykładniczą", nawet pomimo możliwości odwrócenia wieloletniego trendu w USA. W programie do rysowania wykresów, brakuje mi skali do wyznaczenia maksimum kolejnej hossy, biorąc pod uwagę linię trendu opartą o maksima poprzednich hoss z lat 1997, 2000, 2007. Jesteśmy w klubie stabilnych państw z w miarę jasnymi kompetencjami rządów. Nie widzę na razie szans na podłączenie do wielkich wyzwań stojących przed ludzkością, sprzyjających poznawaniu rzeczywistości (jak LHC, stacje kosmiczne) i generujących nowe wynalazki. Mam natomiast nadzieję na powtórzenie drogi Hiszpanii czy Irlandii, które przez lata dynamicznie rozwijały się dzięki unijnym funduszom i bliskości krajów rozwiniętych.
Na obecny rząd wylewa się sporo żółci, każdy miał jakieś oczekiwania, które kumulują sie od lat. Wbrew obiegowej opinii, uważam ten rząd za całkiem niezły (pomijając cwaniaków z PSLu). Nie uległ paneuropejskiej modzie na socjalizm i mżonkom, że pobudzając konsumpcję uchronimy się przed kryzysem. Wreszcie ktoś nie uległ związkowcom i są szanse na ukrócenie przywilejów niektórych grup społecznych. Prowadzenie firmy w Polsce to trzeci świat, jednak wreszcie dotknęła i mnie jakaś korzyść - mogę w trudnym okresie zawiesić działalność i nie płacić Zusu, z czego mam zamiar niedługo skorzystać (obecnie siedząc nad projektem pół roku, potem negocjując sprzedaż i wystawiając fakturę, mogę czekać na pieniądze nawet 8 miesięcy, a w tym czasie muszę zapłacić ok. 6400 zł tzw. "ubezpieczeń"). Zaoszczędzone pieniądze będę częściowo odkładał we własny fundusz 3-letni na rozwój firmy. Zakładam 20% stopę zwrotu w skali roku.
Trayderem niestety dobrym nie jestem, wszystkie akcje jakie właśnie kupiłem, lecą na łeb (Agora, Lotos, trochę mniej KGHM), liczę jednak na przetrwanie trendu i zarobek lepszy niż z lokaty (w perspektywie roku). Jeśli nie spadniemy niżej niż 1470 z października (co przewidują moje wykresy), możliwe że utrzymaliśmy się w okolicach trendu wieloletniego i czeka nas wzrost. Poniżej 1470 oznacza, że nadal jesteśmy w trendzie spadkowym od 2007 i długo poczekam na zwrot (dla Lotosu póki co widzę dobre perspektywy, Agora to zagadka, słabo się osadzili w internecie, ale mają najlepszy w Polsce zespół dziennikarzy z moim ulubionym Dużym Formatem). Czaję się na PKO i PKN, jednak ich akcje nie lecą już tak pięknie jak w październiku (wtedy nieźle na nich zaspekulowałem, ale na przyszłość wolę unikać takich ruchów, zabierają za dużo czasu i nerwów). Czyżby zwiastowały trend rosnący?
środa, 19 listopada 2008
Czym się zająć i nie wypalić
Stojąc przed wyborem drogi zawodowej, ludzie często kierują się aktualną modą, decyzjami znajomych czy rodzinną tradycją. Niestety niejednokrotnie okazuje się, że swojej pracy nie lubią lub się w niej nie sprawdzają. Pół biedy, jeśli praca ma być wyłącznie źródłem dochodów, a prawdziwe życie toczy po wyjściu z niej. Jednak kiedy myślisz poważnie o założeniu firmy, musisz liczyć się z tym, że w pierwszych latach poświęcisz pracy większą część aktywnego czasu. Szanse na utrzymanie motywacji i chęci rozwoju przy nielubianym zajęciu są minimalne.
Psychologowie mają prostą receptę (jak pamiętamy recepty na sukces zawsze brzmią prosto:) na karierę: pomyśl co chciałbyś robić, gdybyś nie musiał nic robić i zacznij to robić. Problemy finansowe czy brak czasu zrekompensuje ci satysfakcja z pracy. Jestem przykładem człowieka, który realizuje tę ideę. Robię dziś to (poza księgowością, negocjacjami, zarządzaniem zespołem i planowaniem :] ), co zajmowało mi większość dzieciństwa. Będąc dzieckiem niewiele musisz, masa rzeczy cię pasjonuje i tym najciekawszym poświęcasz tysiące beztroskich godzin.
Jak to w życiu, nie wszystko co brzmi prosto, jest proste. Pasji musi towarzyszyć warsztat (nie piszę talent, bo to temat na inny wpis) i w wielu dziedzinach żeby się wybić, potrzebowalibyśmy lat nauki i wytrwałości. Jeśli kochałeś grać na pianinie 20 lat temu i teraz chcesz zostać pianistą, swoją karierę póki co planuj na etapie chałturek weselnych. W życiu obowiązuje zasada "mierz sukces podług sił".
Nawet z ukochanym zawodem wiąże się ryzyko wypalenia, które dotyka szczególnie ludzi poświęcających swój czas problemom innych (np. terapeuci, księża, pielęgniarki, nauczyciele). Ciężko mi powiedzieć w jaki sposób temu zaradzić, póki co ten problem mnie nie dotknął. Bywam przemęczony i zniechęcony, jednak czuję że robię to co lubię i wierzę, że spełnię marzenia. Najczęściej spotykam się z opinią, że wypaleniu powinna zaradzić zmiana. Jak nakreśliłem w poprzednim wpisie, zmiana powinna być głęboko przemyślana, prowizoryczne podejście może przynieść więcej szkód niż pożytku. Jeśli wypalony nauczyciel z powołania, zmieni posadę na np. księgowego, może odżyć, ale może też się jeszcze bardziej pogrążyć, bo np. w jego przypadku zmiana powinna dotyczyć podejścia do porażek czy odejścia z toksycznej grupy współpracowników.
Problemy biorą się stąd, że fałszywie przekonuje się nas, że pewne zawody są misją i człowiek powinien poświęcać swoje życie innym. Niestety ludzie obdarowywani mają tendencję do przyzwyczajania się do brania, bywają roszczeniowi i niewdzięczni. Stara prawda mówi, że tylko ten kochać potrafi, kto kocha sam siebie. Nikogo na siłę nie uszczęśliwimy, tego musi pragnąć sam potrzebujący, a jeśli nie wykazuje ochoty, nie ma sensu tracić swojej energii.
Jedno z podstawowych praw ekonomii mówi, że etycznie wypracowany zysk przynosi korzyści otoczeniu. W naszym społeczeństwie ta nauka niestety słabo się przyjęła, dominuje kult cwaniactwa, załatwiania korzyści na lewo i kosztem innych grup. Moje lekarstwo na takich ludzi (przetestowane na własnej skórze), to unikanie kontaktów z nimi. Jakiś czas temu współpracowałem z człowiekiem, o którym wiedziałem wcześniej że jest cwany. Pomyślałem, że taki "zaradny" współpracownik lepiej zadba o wspólne interesy, bo będzie ryzykował własne pieniądze. Przekonałem się, że dba, ale wyłącznie o swoje.
Psychologowie mają prostą receptę (jak pamiętamy recepty na sukces zawsze brzmią prosto:) na karierę: pomyśl co chciałbyś robić, gdybyś nie musiał nic robić i zacznij to robić. Problemy finansowe czy brak czasu zrekompensuje ci satysfakcja z pracy. Jestem przykładem człowieka, który realizuje tę ideę. Robię dziś to (poza księgowością, negocjacjami, zarządzaniem zespołem i planowaniem :] ), co zajmowało mi większość dzieciństwa. Będąc dzieckiem niewiele musisz, masa rzeczy cię pasjonuje i tym najciekawszym poświęcasz tysiące beztroskich godzin.
Jak to w życiu, nie wszystko co brzmi prosto, jest proste. Pasji musi towarzyszyć warsztat (nie piszę talent, bo to temat na inny wpis) i w wielu dziedzinach żeby się wybić, potrzebowalibyśmy lat nauki i wytrwałości. Jeśli kochałeś grać na pianinie 20 lat temu i teraz chcesz zostać pianistą, swoją karierę póki co planuj na etapie chałturek weselnych. W życiu obowiązuje zasada "mierz sukces podług sił".
Nawet z ukochanym zawodem wiąże się ryzyko wypalenia, które dotyka szczególnie ludzi poświęcających swój czas problemom innych (np. terapeuci, księża, pielęgniarki, nauczyciele). Ciężko mi powiedzieć w jaki sposób temu zaradzić, póki co ten problem mnie nie dotknął. Bywam przemęczony i zniechęcony, jednak czuję że robię to co lubię i wierzę, że spełnię marzenia. Najczęściej spotykam się z opinią, że wypaleniu powinna zaradzić zmiana. Jak nakreśliłem w poprzednim wpisie, zmiana powinna być głęboko przemyślana, prowizoryczne podejście może przynieść więcej szkód niż pożytku. Jeśli wypalony nauczyciel z powołania, zmieni posadę na np. księgowego, może odżyć, ale może też się jeszcze bardziej pogrążyć, bo np. w jego przypadku zmiana powinna dotyczyć podejścia do porażek czy odejścia z toksycznej grupy współpracowników.
Problemy biorą się stąd, że fałszywie przekonuje się nas, że pewne zawody są misją i człowiek powinien poświęcać swoje życie innym. Niestety ludzie obdarowywani mają tendencję do przyzwyczajania się do brania, bywają roszczeniowi i niewdzięczni. Stara prawda mówi, że tylko ten kochać potrafi, kto kocha sam siebie. Nikogo na siłę nie uszczęśliwimy, tego musi pragnąć sam potrzebujący, a jeśli nie wykazuje ochoty, nie ma sensu tracić swojej energii.
Jedno z podstawowych praw ekonomii mówi, że etycznie wypracowany zysk przynosi korzyści otoczeniu. W naszym społeczeństwie ta nauka niestety słabo się przyjęła, dominuje kult cwaniactwa, załatwiania korzyści na lewo i kosztem innych grup. Moje lekarstwo na takich ludzi (przetestowane na własnej skórze), to unikanie kontaktów z nimi. Jakiś czas temu współpracowałem z człowiekiem, o którym wiedziałem wcześniej że jest cwany. Pomyślałem, że taki "zaradny" współpracownik lepiej zadba o wspólne interesy, bo będzie ryzykował własne pieniądze. Przekonałem się, że dba, ale wyłącznie o swoje.
wtorek, 18 listopada 2008
Śmierć Tytana
Wczoraj przeczytałem, że zmarł Janusz Christa. Twórca Kajka i Kokosza oraz paru bohaterów uwielbianych przez polskie dzieci na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Nie będę pisał pośmiertnego hymnu, choć Christę traktuję jako swego Mistrza. Nakreślę krótki obraz człowieka, który dokonał więcej niż inni, dzięki ogromnej pracy nad sobą.
Praca potrafi wyzwolić w nas szczęście. Nie mam tu na myśli radości z wykonania dzieła i cieszenia się efektem. Chodzi mi o zatopienie się w pracy, bez początku i końca. Do dziś widzę w pamięci obraz Michała Anioła z fabularyzowanego filmu dokumentalnego, który zaprzągł się na lata to katorżniczej pracy nad freskami w Kaplicy Sykstyńskiej. Codziennie pokonywał ból ramion, trzymanych godzinami w górze. Sama wizja celu nie dałaby mu sił do zwieńczenia pracy. Faktycznie pchał go wciąż do niej moment kontemplowania pracy. Często przytrafia nam się ten stan, kiedy skupiamy się całkowicie na wykonywanej czynności, umysł wgłębia się w istotę problemu i zespalamy się z dziełem, tracąc poczucie rzeczywistości.
Ten stan choć piękny, bywa wyczerpujący. Dlatego mimo że wspominamy miło chwile wytężonej, owocnej pracy, ciężko się zabrać za nią ponownie. Być może organizm musi się doenergetyzować przed kolejnym natchnieniem. Różne są zdania twórców: jedni potrafią czekać latami na kolejny napływ sił twórczych, inni przełamują się i codziennie wytrwale pracują bite 8 godzin.
Przykładem człowieka z drugiej grupy był Christa. Codziennie przez kilkadziesiąt lat produkował pasek komiksu. Z każdym rokiem doskonalił warsztat, by osiągnąć mistrzostwo. Komiksy, które pozostawił, są graficznie dopracowane do perfekcji. Z opowieści pisanych z dnia na dzień, wyrosły z czasem złożone fabuły i ciekawe postacie drugoplanowe. Niejednokrotnie spotykałem ludzi o szerokich zainteresowaniach, z którymi zdarzyło się wymienić krótkie "Lelum Polelum", "na Trygława i Swaroga" czy "posadźcie orchidee na moim grobie".
Sukces rodzi się w bólach, w biznesie dochodzi do tego stres i niepewność. Pomyślmy jednak: czy człowiek, który tak wiele zbudował i większość życia spędził nad rysunkami, był galernikiem? Zdecydowanie nie! Wręcz przeciwnie - całe życie walczył o możliwość robienia tego, co kochał. Udało mu się (komercyjnie niestety nie do końca), ponieważ drążył swoją pasję. Więcej o tym jutro.
Praca potrafi wyzwolić w nas szczęście. Nie mam tu na myśli radości z wykonania dzieła i cieszenia się efektem. Chodzi mi o zatopienie się w pracy, bez początku i końca. Do dziś widzę w pamięci obraz Michała Anioła z fabularyzowanego filmu dokumentalnego, który zaprzągł się na lata to katorżniczej pracy nad freskami w Kaplicy Sykstyńskiej. Codziennie pokonywał ból ramion, trzymanych godzinami w górze. Sama wizja celu nie dałaby mu sił do zwieńczenia pracy. Faktycznie pchał go wciąż do niej moment kontemplowania pracy. Często przytrafia nam się ten stan, kiedy skupiamy się całkowicie na wykonywanej czynności, umysł wgłębia się w istotę problemu i zespalamy się z dziełem, tracąc poczucie rzeczywistości.
Ten stan choć piękny, bywa wyczerpujący. Dlatego mimo że wspominamy miło chwile wytężonej, owocnej pracy, ciężko się zabrać za nią ponownie. Być może organizm musi się doenergetyzować przed kolejnym natchnieniem. Różne są zdania twórców: jedni potrafią czekać latami na kolejny napływ sił twórczych, inni przełamują się i codziennie wytrwale pracują bite 8 godzin.
Przykładem człowieka z drugiej grupy był Christa. Codziennie przez kilkadziesiąt lat produkował pasek komiksu. Z każdym rokiem doskonalił warsztat, by osiągnąć mistrzostwo. Komiksy, które pozostawił, są graficznie dopracowane do perfekcji. Z opowieści pisanych z dnia na dzień, wyrosły z czasem złożone fabuły i ciekawe postacie drugoplanowe. Niejednokrotnie spotykałem ludzi o szerokich zainteresowaniach, z którymi zdarzyło się wymienić krótkie "Lelum Polelum", "na Trygława i Swaroga" czy "posadźcie orchidee na moim grobie".
Sukces rodzi się w bólach, w biznesie dochodzi do tego stres i niepewność. Pomyślmy jednak: czy człowiek, który tak wiele zbudował i większość życia spędził nad rysunkami, był galernikiem? Zdecydowanie nie! Wręcz przeciwnie - całe życie walczył o możliwość robienia tego, co kochał. Udało mu się (komercyjnie niestety nie do końca), ponieważ drążył swoją pasję. Więcej o tym jutro.
poniedziałek, 17 listopada 2008
Podstawy do zmiany siebie
Wielu ludzi sądzi, że nie ma wpływu na swoje życie. Poddają się biegowi wydarzeń, zmiany traktują jak wychylenie od trendu, który zawsze powraca. Z zazdrością patrzą na ludzi sukcesu i doszukują się w ich powodzeniu oszustwa. Nie potrafią zrozumieć, że sukces jest wynikiem ciężkiej pracy i uświadamiania sobie życiowych prawd. Pisząc ludzie sukcesu nie mam na myśli przeciętnej telewizyjnej gwiazdy czy prezesa spółki. Ludzie ci często błyszczą warsztatowo, jednak cierpią na ciągłe depresje i nie mogą pogodzić się z życiem. Zabrakło im pokory, niczym dzieci próbują przerobić świat na swoją zachciankę i obrażają się z każdą porażką.
Istnieje pogląd, że każdy rodzi się geniuszem, jednak sposób w jaki zostaje uformowany i skłonność do wybierania łatwych rozwiązań, powodują, że pędzi żywot nieświadomie i bezbarwnie. Możliwości naszego mózgu są praktycznie nieznane. Owszem, potrafimy obserwować jego wpływ na odruchy, statystycznie badać zachowania w prostych sytuacjach czy testować aktywność płatów podczas rozwiązywania zadań. Jednak posiadając takie informacje nie potrafimy przewidzieć zachowania pojedynczego człowieka. Możemy z dużym prawdopodobieństwem przewidywać, że człowiek zaplątany w matni swoich nałogów czy fobii, będzie wokół nich krążył i powtarzał błędy. Nie wiemy natomiast czy i kiedy z nich się uwolni, ani tym bardziej w jakim kierunku wówczas podąży.
Informatycy obserwując działanie ludzkiego mózgu, stworzyli tzw. sieci neuronowe. Kiedy słyszymy termin "sztuczna inteligencja", wydaje nam się, że mamy do czynienia z symulacją prawdziwego myślenia. Tymczasem jest to zbiór wielu obiektów ("neuronów"), opisanych prostymi logicznymi zależnościami i matematycznych powiązań między tymi neuronami. Niektóre zastosowania sieci budzą zdumienie, jednak ich działanie nigdy nie jest twórcze. Sieci potrafią rozpoznawać, kojarzyć pewne fakty, których wcześniej je uczono. W praktyce wygląda to tak, że buduje się sieć neuronów, następnie zamienia obiekty, które ta sieć ma badać na liczby (pojedynczy obiekt opisany jest wieloma liczbami jako wektor) i wprowadza te wektory do sieci. Jest to tzw. etap uczenia sieci. Neurony przyjmują wówczas pewne wartości, tworzą się połączenia między nimi. Kiedy sieć zostaje "nauczona", podaje jej się wektory na wejście, sieć dokonuje porównań i klasyfikuje te wektory. Np. stwierdza: obraz z kamery, który został do mnie wprowadzony, jest podobny do danej grupy obrazów, które wprowadzono w trakcie uczenia.
Dlaczego piszę najpierw o wielkich możliwościach mózgu, a potem o sposobach symulowania niektórych jego zachowań. Otóż wyuczone mechanizmy niezwykle silnie wpływają na to, jak postrzegamy i interpretujemy otoczenie. Podobnie jak informatyk nie zna struktury sieci neuronowej, która formuje się podczas podawania tysięcy wektorów uczących, nie jesteśmy świadomi w jaki sposób podejmujemy nasze decyzje, bo ukształtowały nas lata doświadczeń i wydarzenia, które dawno zapomnieliśmy lub wyparliśmy z pamięci. Jednak nasza "sieć" jest dynamiczna - cały czas się uczymy. Jeśli powiążemy ten fakt z wiedzą o procesie uczenia sztucznych sieci neuronowych, możemy z dużą dozą prawdopodobieństwa założyć, że jesteśmy w stanie "zaprogramować się" na zmianę.
Od razu zaznaczam, że nie jestem żadnym propagatorem technik NLP czy tym podobnych, swoje przemyślenia formułuję na podstawie obserwacji, nauk filozoficzno-matematycznych i wykonywanego zawodu (informatyk). Uważam, że zmienianie siebie nie ma sensu, jeśli nie idzie za tym powiększanie świadomości o ludzkiej naturze, swoich ograniczeniach i potrzebach. Za proces programowania siebie, uznamy powtarzanie pewnych prawd, które często determinują sukces (pracuj wytrwale, dziel problemy na mniejsze, nie odkładaj zadań itd.), czyli w żargonie informatycznym podajemy sobie na wejście sieci neuronowej wektory uczące. Jednak te "wektory" muszą być pełne, tzn. musi towarzyszyć im ciągłe rozmyślanie o istocie tych prawd.
Dla rozjaśnienia podam przykład sieci neuronowej, rozpoznającej jabłka i ogórki. Programista postanowił, że sieć będzie pobierać dwuliczbowe wektory: [kolor, kształt]. Oczywiście każdy wektor będzie liczbą, załóżmy że program komputerowy odbiera sygnały z kamery i podaje wartości: 0-zielony, 0.1-zielonkawy, 0.5-żółty, 0.7-pomarańczowy 1-czerwony (dopuszczalne są wartości 0.135 itd. , podaję przykładowe interpretacje liczb koloru). Kształt zapisany będzie również od 0 do 1, np. 0 - koło (obraz z kamery jest dwuwymiarowy), 0.2 - elipsa przypominająca koło, 0.5-owal, 1-długi prostokąt. Wektory uczące wyglądałyby tak: ogórek[0.15, 0.65], ogórek[0.2, 0.8], jabłko[0.65, 0.15], jabłko[0.9, 0.05] itd. Po nauczeniu, sieć zaczyna pracę w przetwórni - kamera podaje obrazy do komputera, program zamienia je na wektory i wprowadza je do sieci, która na otrzymany wektor [0.8, 0.2] odpowiada: jabłko, kiedy otrzyma [0.2,0.8] wypisuje: ogórek. Nagle pojawia się pomidor, program zapisuje go jako [0.9, 0.25]. Co odpowie sieć neuronowa? Jabłko.
Aby sieć poprawnie rozpoznawała nowy rodzaj warzywa, musi zostać zaprogramowana na nowo, a wektor powinien być opisany w taki sposób, żeby wektor dla jabłka różnił się znacznie od wektora dla pomidora. Zazwyczaj dodaje się nowe cechy (np. ciężar, gęstość). Tak samo jest z nami - nie wystarczy wmawiać sobie prawd, postanowień, bo taki wektor uczący jest zbyt ubogi. Musimy go rozszerzać o ciągłe przemyślenia, aby zmieniał ukryte współczynniki, które zawsze ściągają nas do poziomu. Tylko wtedy będziemy mogli kierować trend naszych decyzji na inne tory, a zmiana okaże się trwała.
Istnieje pogląd, że każdy rodzi się geniuszem, jednak sposób w jaki zostaje uformowany i skłonność do wybierania łatwych rozwiązań, powodują, że pędzi żywot nieświadomie i bezbarwnie. Możliwości naszego mózgu są praktycznie nieznane. Owszem, potrafimy obserwować jego wpływ na odruchy, statystycznie badać zachowania w prostych sytuacjach czy testować aktywność płatów podczas rozwiązywania zadań. Jednak posiadając takie informacje nie potrafimy przewidzieć zachowania pojedynczego człowieka. Możemy z dużym prawdopodobieństwem przewidywać, że człowiek zaplątany w matni swoich nałogów czy fobii, będzie wokół nich krążył i powtarzał błędy. Nie wiemy natomiast czy i kiedy z nich się uwolni, ani tym bardziej w jakim kierunku wówczas podąży.
Informatycy obserwując działanie ludzkiego mózgu, stworzyli tzw. sieci neuronowe. Kiedy słyszymy termin "sztuczna inteligencja", wydaje nam się, że mamy do czynienia z symulacją prawdziwego myślenia. Tymczasem jest to zbiór wielu obiektów ("neuronów"), opisanych prostymi logicznymi zależnościami i matematycznych powiązań między tymi neuronami. Niektóre zastosowania sieci budzą zdumienie, jednak ich działanie nigdy nie jest twórcze. Sieci potrafią rozpoznawać, kojarzyć pewne fakty, których wcześniej je uczono. W praktyce wygląda to tak, że buduje się sieć neuronów, następnie zamienia obiekty, które ta sieć ma badać na liczby (pojedynczy obiekt opisany jest wieloma liczbami jako wektor) i wprowadza te wektory do sieci. Jest to tzw. etap uczenia sieci. Neurony przyjmują wówczas pewne wartości, tworzą się połączenia między nimi. Kiedy sieć zostaje "nauczona", podaje jej się wektory na wejście, sieć dokonuje porównań i klasyfikuje te wektory. Np. stwierdza: obraz z kamery, który został do mnie wprowadzony, jest podobny do danej grupy obrazów, które wprowadzono w trakcie uczenia.
Dlaczego piszę najpierw o wielkich możliwościach mózgu, a potem o sposobach symulowania niektórych jego zachowań. Otóż wyuczone mechanizmy niezwykle silnie wpływają na to, jak postrzegamy i interpretujemy otoczenie. Podobnie jak informatyk nie zna struktury sieci neuronowej, która formuje się podczas podawania tysięcy wektorów uczących, nie jesteśmy świadomi w jaki sposób podejmujemy nasze decyzje, bo ukształtowały nas lata doświadczeń i wydarzenia, które dawno zapomnieliśmy lub wyparliśmy z pamięci. Jednak nasza "sieć" jest dynamiczna - cały czas się uczymy. Jeśli powiążemy ten fakt z wiedzą o procesie uczenia sztucznych sieci neuronowych, możemy z dużą dozą prawdopodobieństwa założyć, że jesteśmy w stanie "zaprogramować się" na zmianę.
Od razu zaznaczam, że nie jestem żadnym propagatorem technik NLP czy tym podobnych, swoje przemyślenia formułuję na podstawie obserwacji, nauk filozoficzno-matematycznych i wykonywanego zawodu (informatyk). Uważam, że zmienianie siebie nie ma sensu, jeśli nie idzie za tym powiększanie świadomości o ludzkiej naturze, swoich ograniczeniach i potrzebach. Za proces programowania siebie, uznamy powtarzanie pewnych prawd, które często determinują sukces (pracuj wytrwale, dziel problemy na mniejsze, nie odkładaj zadań itd.), czyli w żargonie informatycznym podajemy sobie na wejście sieci neuronowej wektory uczące. Jednak te "wektory" muszą być pełne, tzn. musi towarzyszyć im ciągłe rozmyślanie o istocie tych prawd.
Dla rozjaśnienia podam przykład sieci neuronowej, rozpoznającej jabłka i ogórki. Programista postanowił, że sieć będzie pobierać dwuliczbowe wektory: [kolor, kształt]. Oczywiście każdy wektor będzie liczbą, załóżmy że program komputerowy odbiera sygnały z kamery i podaje wartości: 0-zielony, 0.1-zielonkawy, 0.5-żółty, 0.7-pomarańczowy 1-czerwony (dopuszczalne są wartości 0.135 itd. , podaję przykładowe interpretacje liczb koloru). Kształt zapisany będzie również od 0 do 1, np. 0 - koło (obraz z kamery jest dwuwymiarowy), 0.2 - elipsa przypominająca koło, 0.5-owal, 1-długi prostokąt. Wektory uczące wyglądałyby tak: ogórek[0.15, 0.65], ogórek[0.2, 0.8], jabłko[0.65, 0.15], jabłko[0.9, 0.05] itd. Po nauczeniu, sieć zaczyna pracę w przetwórni - kamera podaje obrazy do komputera, program zamienia je na wektory i wprowadza je do sieci, która na otrzymany wektor [0.8, 0.2] odpowiada: jabłko, kiedy otrzyma [0.2,0.8] wypisuje: ogórek. Nagle pojawia się pomidor, program zapisuje go jako [0.9, 0.25]. Co odpowie sieć neuronowa? Jabłko.
Aby sieć poprawnie rozpoznawała nowy rodzaj warzywa, musi zostać zaprogramowana na nowo, a wektor powinien być opisany w taki sposób, żeby wektor dla jabłka różnił się znacznie od wektora dla pomidora. Zazwyczaj dodaje się nowe cechy (np. ciężar, gęstość). Tak samo jest z nami - nie wystarczy wmawiać sobie prawd, postanowień, bo taki wektor uczący jest zbyt ubogi. Musimy go rozszerzać o ciągłe przemyślenia, aby zmieniał ukryte współczynniki, które zawsze ściągają nas do poziomu. Tylko wtedy będziemy mogli kierować trend naszych decyzji na inne tory, a zmiana okaże się trwała.
piątek, 14 listopada 2008
Porównywanie się
Jest takie ciekawe powiedzenie, że człowiek z milionem jest szczęśliwy wśród ludzi z setką tysięcy i nieszczęśliwy pośród ludzi z dwoma milionami. Kiedy studiowałem na uczelni technicznej, około czwartego roku większość ludzi rozpoczynała pracę. Ktoś poszedł, opowiadał z zacięciem jak jest super, zrobił imprezkę z pierwszej wypłaty i reszta też tak chciała. Sam się już nudziłem trochę studiami, przestałem grać, nauczyłem się Linuxa, potrzebowałem stabilizacji finansowej, więc jako jeden z pierwszych poszedłem do pracy. Z czasem niepracujący zostali w mniejszości i wielu z nich czuło z tego powodu dyskomfort.
Za jedną z większych wartości uzyskanych dzięki założeniu firmy, uważam uwolnienie się od porównywania do innych. Przez pare lat od tamtych wydarzeń, głównym tematem rozmów w naszej studenckiej grupie były kwestie związane z pracą. Ktoś awansował, ktoś zmienił na lepszą, inny nie chciał być gorszy i szukał lepszej posady. Dość szybko wypadłem z tego trybu, bo uznałem, że etat nie jest moim przeznaczeniem. Odszedłem z pracy i zaoszczędzony kapitał przeznaczyłem na rozruch firmy. Minęły 3 lata, o pracy już prawie nie rozmawiamy (teraz chodliwy temat to mieszkania i dzieci :) .
Choć moja średnia zarobków za czas prowadzenia firmy jest bardzo niska (dobre tyle, że co rok wyższa), nie mogę sobie pozwolić na kredyt na mieszkanie, uważam że podjąłem dobrą decyzję. Żyję w warunkach bytowych, o jakich 20 lat temu 90% Polaków mogło tylko pomarzyć. Kwestia zdobycia balerona czy pralki, sprowadza się do odwiedzenia sklepu a nie zapisów na kolejkę i pilnowania czy ktoś się w nią nie wpycha. Dziwię się, że tak niewielu ludzi dostrzega te zalety - martwią się, że nie byli w Egipcie, bo znajomi przysłali piękne fotki albo że ich samochód jest najstarszy na parkingu.
Nie warto marnować czasu na jałowe porównania z innymi, tym bardziej nie ma sensu przejmować się, że oni już coś mają, a ja nie. Buduj swoje cele pod kątem tego, co ty chcesz osiągnąć a nie tego, co osiągnęli inni. Następnym razem opiszę kilka dróg do uświadomienia sobie swoich prawdziwych pragnień.
Za jedną z większych wartości uzyskanych dzięki założeniu firmy, uważam uwolnienie się od porównywania do innych. Przez pare lat od tamtych wydarzeń, głównym tematem rozmów w naszej studenckiej grupie były kwestie związane z pracą. Ktoś awansował, ktoś zmienił na lepszą, inny nie chciał być gorszy i szukał lepszej posady. Dość szybko wypadłem z tego trybu, bo uznałem, że etat nie jest moim przeznaczeniem. Odszedłem z pracy i zaoszczędzony kapitał przeznaczyłem na rozruch firmy. Minęły 3 lata, o pracy już prawie nie rozmawiamy (teraz chodliwy temat to mieszkania i dzieci :) .
Choć moja średnia zarobków za czas prowadzenia firmy jest bardzo niska (dobre tyle, że co rok wyższa), nie mogę sobie pozwolić na kredyt na mieszkanie, uważam że podjąłem dobrą decyzję. Żyję w warunkach bytowych, o jakich 20 lat temu 90% Polaków mogło tylko pomarzyć. Kwestia zdobycia balerona czy pralki, sprowadza się do odwiedzenia sklepu a nie zapisów na kolejkę i pilnowania czy ktoś się w nią nie wpycha. Dziwię się, że tak niewielu ludzi dostrzega te zalety - martwią się, że nie byli w Egipcie, bo znajomi przysłali piękne fotki albo że ich samochód jest najstarszy na parkingu.
Nie warto marnować czasu na jałowe porównania z innymi, tym bardziej nie ma sensu przejmować się, że oni już coś mają, a ja nie. Buduj swoje cele pod kątem tego, co ty chcesz osiągnąć a nie tego, co osiągnęli inni. Następnym razem opiszę kilka dróg do uświadomienia sobie swoich prawdziwych pragnień.
Subskrybuj:
Posty (Atom)