Napisałem wczoraj o efekcie spełnienia pod koniec dobrze przepracowanego dnia. Dziś krótko pociągnę temat w kontekście zamykania etapów.
Satysfakcja z pracy, poza atrakcyjnym wynagrodzeniem, koleżeńskim zespołem i przewidywalnym kierownictwem, bierze się również z poczucia tworzenia przydatnych rzeczy/usług. Znam przypadek człowieka, który zrezygnował z wymarzonej przez wielu pracy, ponieważ w przeciągu dwóch lat nie ukończył w niej żadnego programu. Rzucano go na różne odcinki projektów, gdzieś testował, gdzieś poprawiał, gdzieś dopisywał, natomiast nigdy nie miał okazji zidentyfikować się ze swoim dziełem. Brak poczucia zamknięcia projektu, nad którym bardzo się napracował i niemożność zaobserwowania jego wyników, zdemotywowały go do tego stopnia, że chętnie zmienił pracę na prawie dwukrotnie słabiej płatną.
Nieukończone zadania, niezamknięte sprawy ciągną się za nami przez całe lata. We snach spotykamy ludzi, z którymi rozstaliśmy się w gniewie, przepytują nas wykładowcy z rzuconych studiów, niespełniona miłość co jakiś czas przypomina o swoim istnieniu. Gdyby zauroczenie wypaliło się w paromiesięcznym związku, pozostałoby kilka wspomnień, nieujawnione wobec drugiej osoby, potrafi tlić się latami.
Jestem już na finiszu projektu, który zajął mi większość tego roku. Wyczerpany, przytłoczony pracami, które zostały jeszcze do wykonania. Perspektywa dnia, w którym obejrzę gotowe dzieło, pociąga mnie bardziej niż dzień otrzymania za nie wynagrodzenia.
Blog o inwestowaniu, grze na giełdzie, rozwoju osobistym, przemyślenia na temat egzystencji, poszerzanie świadomości. Czasem trochę o żarciu i bieganiu - życie :) Napisz do mnie: deedees małpa o2 kropcia pl
czwartek, 13 listopada 2008
środa, 12 listopada 2008
Motywacja
Kiedy zaczynamy coś nowego w życiu, często towarzyszy nam ekscytacja i silna motywacja. Rzucamy się w wir pracy i robimy dużo więcej, niż w stanie normalnym. Stan normalny to suma naszych przeciętnych nastrojów, mobilizacji do pracy i efektywności. Po jakimś czasie nowość staje się codziennością i pobudzające impulsy zanikają. To całkowicie normalne, powszechne ludzkie zjawisko, jednak musimy zdać sobie sprawę, jakie niebezpieczeństwa czyhają na nas, jeśli zignorujemy jego istotę.
Przede wszystkim tworzymy nierealne plany na przyszłość, biorąc pod uwagę stan nadaktywności. Pamiętam, że kiedy zacząłem prace nad własną firmą, pracowałem bardzo wydajnie przez 10-12 godzin dziennie, nie licząc ciągłych przemyśleń przed snem, w czasie kąpieli i spacerów. W 3 miesiące zrobiłem pracę, która normalnie zajmuje mi 5 miesięcy. Gdybym dziś w tym tempie pracował, popadłbym w stan skrajnego wyczerpania. Tamte dni przypomianją mi stan zakochania, kiedy człowiek nie musi jeść, spać i ciągle rozpiera go radość. Niestety (a raczej na szczęście) taki stan jest przejściowy, wywołany hormonami.
Po ukończeniu pierwszej pracy rozpisałem plany, które zakładały 4 prace rocznie (skoro udało mi się pierwszą wykonać w 3 miesiące). Niestety zaczęły się kłopoty ze znalezieniem odbiorców, zrozumiałem że kolejne produkty muszą być lepsze, więc spędzę nad nimi więcej czasu. Ponadto nie miałem już takiej motywacji, ponieważ dużo ciężej było stworzyć coś nowego w kolejnych pracach. Wiele szczegółów okazało się nużących, ale niezbędnych do wykonania. Nierealizowane terminy, słaby odzew potencjalnych odbiorców i koszty stałe sprawiły, że musiałem szukać zleceń jako podwykonawca, co na początku odrzucałem.
Jak poradzić sobie ze słabnącą motywacją i stanami zwątpienia?
Model naszego mózgu zakłada istnienie tzw. ośrodka nagrody i kary. Jeśli zrobimy coś dobrego, czujemy radość, kiedy czynimy odwrotnie, pojawiają się wyrzuty sumienia i przygnębienie. Stan spełnienia pojawia się np. na koniec dnia, gdy czujemy, że porządnie go przepracowaliśmy i widzimy tego efekty. Podobnie nie będziemy mieli dobrego samopoczucia, kiedy wiemy, że pracowaliśmy słabo, uciekaliśmy od obowiązków i niewiele posuneliśmy się do przodu. Jedne i drugie dni pojawiają się w naszym życiu. Od nas zależy czego się z nich nauczymy.
Poczucie spełnienia sprawia, że chce nam się zacząć kolejny dzień, jesteśmy wyrozumiali i mili dla otoczenia. Poczucie straconego dnia jest nieprzyjemne i chcemy się go pozbyć. Wtedy pojawia się zagrożenie, związane z nieumiejętnością radzenia sobie z problemami. Wielu sięga po substytuty szczęścia: alkohol, narkotyki. Ich pierwsze działanie jest podobne do hormonów wydzielanych przez mózg po udanym dniu. Człowiek czuje odprężenie, troski i problemy przestają istnieć. Niestety tylko do czasu trwania zamroczenia używką. Potem problemy uderzają ze zdwojoną mocą, człowieka gnębią wyrzuty sumienia i jedynym ukojeniem wydaje się kolejna dawka "lekarstwa".
Piszę bardzo skrótowo i ogólnikowo, problem polepszania nastroju alkoholem czy narkotykami jest bardzo złożony i zazwyczaj nawarstwia się latami. Pominąłem także problem stresu (napiszę o tym kiedy indziej). Chcę tylko wyczulić na pewne mechanizmy. Problemy alkoholowe dotyczą wielu ludzi sukcesu, jednym z ich początków są sytuacje, kiedy sięgamy po niego, by nie czuć stanu winy.
Widzimy zatem, że alkohol nie jest dobrym lekiem na spadek motywacji i poczucie niespełnienia. Absolutnie nie twierdzę, że z tego powodu alkohol jest zły - sam chętnie lubię wypić piwo z przyjaciółmi czy lampkę wina do obiadu. Wiem natomiast, że nigdy nie sięgam po alkohol, kiedy jestem przytłoczony problemami lub ciąży na mnie odpowiedzialne zadanie. Jeśli w takich wypadkach zdarza ci się nawalić z powodu alkoholu, powinieneś zainteresować się serwisami poświęconymi chorobie alkoholowej.
Załóżmy jednak, że miałeś zły dzień, nie zrobiłeś nic z tego co planowałeś i przeraża cię myśl, że jutro z tego powodu musisz zrobić dwa razy więcej. Łatwych rozwiązań niestety nie ma. Na pewno ważne jest zdefiniowanie problemu: twój zły stan może wynikać z faktu, że nie do końca wiesz co chcesz zrobić, w jakiej ilości i co będzie miarą dobrze przepracowanego dnia. Pracę trzeba rozpisać na etapy, etapy na zadania itd. Dobrą metodą jest tzw. lista TODO (od ang. "do zrobienia") - wypisanie wszystkich zadań do wykonania na dany dzień. To zwyczajne naturalne planowanie, dające bardzo dobre efekty.
Tworzę sobie taką listę codziennie wieczorem na kolejny dzień lub rano przed rozpoczęciem pracy. Zadanie rozbite na mniejsze podzadania okazuje się dużo łatwiejsze do ogarnięcia. Ponadto odhaczenie każdego wykonanego podpunktu z listy, przybliża mnie do finału i wpadam w lekki stan spełnienia. Kiedy cała lista zostaje "rozbita" zostaje tylko powiedzenie sobie "Good job!". Oczywiście nie zawsze listę wykonuję, często zdarza się, że niektóre podpunkty trzeba usunąć albo zabrać się za inną ważną rzecz. Idea listy polega na postawieniu prostego, mierzalnego zadania i rozwiązanie go. Kiedy je wykonamy, pozostanie zadaniem a nie problemem.
Kiedy zadania są bardzo duże i rozłożone w czasie, warto wygospodarować dziennie trochę czasu na inną aktywność. W moim przypadku jest to obecnie pisanie bloga. Od ponad roku nie ukończyłem żadnego projektu, choć wykonałem w tym czasie największą i najbardziej dojrzałą pracę w swoim życiu. Wcześniej po każdym ukończonym projekcie przeżywałem pewnego rodzaju katharsis i z ochotą brałem się za kolejny. Tym razem ogrom prac wykonanych i nadal stojących przede mną, działa silnie demotywująco. Nie wiem nawet czy sprzedam projekt w wystarczającej liczbie, by pokrył koszty. Nie wiem czy ktoś go zauważy. Wiem, że muszę go wkońcu zamknąć, by najpierw poczuć wielką ulgę i radość spełnienia a potem zabrać się za pomysły, które już kotłują się po głowie. Codzienny wpis przed pracą daje mi poczucie wykonanego zadania, które niczym efekt domina pcha do rozprawienia się z kolejnym.
Przede wszystkim tworzymy nierealne plany na przyszłość, biorąc pod uwagę stan nadaktywności. Pamiętam, że kiedy zacząłem prace nad własną firmą, pracowałem bardzo wydajnie przez 10-12 godzin dziennie, nie licząc ciągłych przemyśleń przed snem, w czasie kąpieli i spacerów. W 3 miesiące zrobiłem pracę, która normalnie zajmuje mi 5 miesięcy. Gdybym dziś w tym tempie pracował, popadłbym w stan skrajnego wyczerpania. Tamte dni przypomianją mi stan zakochania, kiedy człowiek nie musi jeść, spać i ciągle rozpiera go radość. Niestety (a raczej na szczęście) taki stan jest przejściowy, wywołany hormonami.
Po ukończeniu pierwszej pracy rozpisałem plany, które zakładały 4 prace rocznie (skoro udało mi się pierwszą wykonać w 3 miesiące). Niestety zaczęły się kłopoty ze znalezieniem odbiorców, zrozumiałem że kolejne produkty muszą być lepsze, więc spędzę nad nimi więcej czasu. Ponadto nie miałem już takiej motywacji, ponieważ dużo ciężej było stworzyć coś nowego w kolejnych pracach. Wiele szczegółów okazało się nużących, ale niezbędnych do wykonania. Nierealizowane terminy, słaby odzew potencjalnych odbiorców i koszty stałe sprawiły, że musiałem szukać zleceń jako podwykonawca, co na początku odrzucałem.
Jak poradzić sobie ze słabnącą motywacją i stanami zwątpienia?
Model naszego mózgu zakłada istnienie tzw. ośrodka nagrody i kary. Jeśli zrobimy coś dobrego, czujemy radość, kiedy czynimy odwrotnie, pojawiają się wyrzuty sumienia i przygnębienie. Stan spełnienia pojawia się np. na koniec dnia, gdy czujemy, że porządnie go przepracowaliśmy i widzimy tego efekty. Podobnie nie będziemy mieli dobrego samopoczucia, kiedy wiemy, że pracowaliśmy słabo, uciekaliśmy od obowiązków i niewiele posuneliśmy się do przodu. Jedne i drugie dni pojawiają się w naszym życiu. Od nas zależy czego się z nich nauczymy.
Poczucie spełnienia sprawia, że chce nam się zacząć kolejny dzień, jesteśmy wyrozumiali i mili dla otoczenia. Poczucie straconego dnia jest nieprzyjemne i chcemy się go pozbyć. Wtedy pojawia się zagrożenie, związane z nieumiejętnością radzenia sobie z problemami. Wielu sięga po substytuty szczęścia: alkohol, narkotyki. Ich pierwsze działanie jest podobne do hormonów wydzielanych przez mózg po udanym dniu. Człowiek czuje odprężenie, troski i problemy przestają istnieć. Niestety tylko do czasu trwania zamroczenia używką. Potem problemy uderzają ze zdwojoną mocą, człowieka gnębią wyrzuty sumienia i jedynym ukojeniem wydaje się kolejna dawka "lekarstwa".
Piszę bardzo skrótowo i ogólnikowo, problem polepszania nastroju alkoholem czy narkotykami jest bardzo złożony i zazwyczaj nawarstwia się latami. Pominąłem także problem stresu (napiszę o tym kiedy indziej). Chcę tylko wyczulić na pewne mechanizmy. Problemy alkoholowe dotyczą wielu ludzi sukcesu, jednym z ich początków są sytuacje, kiedy sięgamy po niego, by nie czuć stanu winy.
Widzimy zatem, że alkohol nie jest dobrym lekiem na spadek motywacji i poczucie niespełnienia. Absolutnie nie twierdzę, że z tego powodu alkohol jest zły - sam chętnie lubię wypić piwo z przyjaciółmi czy lampkę wina do obiadu. Wiem natomiast, że nigdy nie sięgam po alkohol, kiedy jestem przytłoczony problemami lub ciąży na mnie odpowiedzialne zadanie. Jeśli w takich wypadkach zdarza ci się nawalić z powodu alkoholu, powinieneś zainteresować się serwisami poświęconymi chorobie alkoholowej.
Załóżmy jednak, że miałeś zły dzień, nie zrobiłeś nic z tego co planowałeś i przeraża cię myśl, że jutro z tego powodu musisz zrobić dwa razy więcej. Łatwych rozwiązań niestety nie ma. Na pewno ważne jest zdefiniowanie problemu: twój zły stan może wynikać z faktu, że nie do końca wiesz co chcesz zrobić, w jakiej ilości i co będzie miarą dobrze przepracowanego dnia. Pracę trzeba rozpisać na etapy, etapy na zadania itd. Dobrą metodą jest tzw. lista TODO (od ang. "do zrobienia") - wypisanie wszystkich zadań do wykonania na dany dzień. To zwyczajne naturalne planowanie, dające bardzo dobre efekty.
Tworzę sobie taką listę codziennie wieczorem na kolejny dzień lub rano przed rozpoczęciem pracy. Zadanie rozbite na mniejsze podzadania okazuje się dużo łatwiejsze do ogarnięcia. Ponadto odhaczenie każdego wykonanego podpunktu z listy, przybliża mnie do finału i wpadam w lekki stan spełnienia. Kiedy cała lista zostaje "rozbita" zostaje tylko powiedzenie sobie "Good job!". Oczywiście nie zawsze listę wykonuję, często zdarza się, że niektóre podpunkty trzeba usunąć albo zabrać się za inną ważną rzecz. Idea listy polega na postawieniu prostego, mierzalnego zadania i rozwiązanie go. Kiedy je wykonamy, pozostanie zadaniem a nie problemem.
Kiedy zadania są bardzo duże i rozłożone w czasie, warto wygospodarować dziennie trochę czasu na inną aktywność. W moim przypadku jest to obecnie pisanie bloga. Od ponad roku nie ukończyłem żadnego projektu, choć wykonałem w tym czasie największą i najbardziej dojrzałą pracę w swoim życiu. Wcześniej po każdym ukończonym projekcie przeżywałem pewnego rodzaju katharsis i z ochotą brałem się za kolejny. Tym razem ogrom prac wykonanych i nadal stojących przede mną, działa silnie demotywująco. Nie wiem nawet czy sprzedam projekt w wystarczającej liczbie, by pokrył koszty. Nie wiem czy ktoś go zauważy. Wiem, że muszę go wkońcu zamknąć, by najpierw poczuć wielką ulgę i radość spełnienia a potem zabrać się za pomysły, które już kotłują się po głowie. Codzienny wpis przed pracą daje mi poczucie wykonanego zadania, które niczym efekt domina pcha do rozprawienia się z kolejnym.
poniedziałek, 10 listopada 2008
Czy chciwość jest dobra
Znane powiedzenie uknute przez Amerykanów, ukazuje właśnie swoje owoce. Wydaje się, że człowiek dążąc do maksymalizacji zysków, tnie koszty i ulepsza jakość usług. Niestety jak zwykle teoria odbiega od rzeczywistości. Po pierwsze wielu ludzi wybiera drogę na skróty - cena produktu maleje wraz z jego jakością, która pozornie się nie zmienia. Po drugie kiedy ktoś zyskuje dzięki nieuczciwym praktykom i nie zostanie dostatecznie szybko negatywnie zweryfikowany, inni zmuszeni są często iść w jego ślady.
Przykład: rynek wędlin. Większość ludzi kieruje się przy zakupie wyglądem produktu i ceną. Masarze w pogoni za zyskiem zaczęli moczyć mięso w roztworach azotowych, które zwiększają wagę o 50%. Takie napuchnięte szynki moczą następnie w kolejnych chemikaliach, tym razem zawierających barwniki i sztuczne aromaty. Ta patologia objęła już niemal cały rynek, ponieważ uczciwi producenci nie byli w stanie konkurować cenowo swoimi wyrobami. Mając wybór: upadek lub nieuczciwość, wybrali to drugie.
Jakie istnieje lekarstwo na nieuczciwe praktyki? Odpowiedź jest prosta: uczciwość i informowanie. Konsument nie jest idiotą, jeśli poczuje się oszukany, odejdzie od firmy i powie o tym znajomym. Zwróćmy uwagę jak często nieuczciwy producent zmienia markę firmy: najpierw wypuszcza produkty dobrej jakości, potem ją obniża i siłą rozpędu kasuje ogromne zyski. Ale kiedy prawda wychodzi na jaw, jedyne co mu pozostaje to zmiana logo i próba zrobienia ludzi w konia w ten sam sposób. Na szczęście historia się za nim ciągnie, raz utracone zaufanie bardzo ciężko nadrobić.
Dobry przykład odwrotnego podejścia prezentuje znana piekarnia Pellowski z Gdańska. Kiedy większość piekarzy dmuchała swoje wypieki spulchniaczami i innymi świństwami, żeby obniżyć cenę (podobno w marketach dodają do chleba gips, ale mam nadzieję, że to plotka), Pellowski pozostawił tradycyjny zakwas i wszedł w rynek zdrowej żywności. Zwykły chleb razowy na zakwasie jest bardzo zdrowy, naprawdę nie trzeba wiele, żeby wypromować swoją markę. Tymczasem nadal większość piekarzy sprzedaje pod tą nazwą bułki z karmelem i dziwi się, że obroty spadają.
Zarabianie pieniędzy to nie grzech, choć tak wielu ludzi w Polsce lubi to powtarzać. W szkole wszyscy klepią "lepiej być niż mieć", a potem robią dokładnie odwrotnie. Prawda jest taka, że łatwiej "być", kiedy "masz", ale nie ma to żadnego związku z chciwością. Majątek zdobyty uczciwą pracą się nie rozpłynie. Fortuny marnotrawią ludzie, którzy je dziedziczą, wygrywają na loterii lub kradną. Kolejny raz widzimy, że sukces jest miarą nie tylko umiejętności ale i moralności człowieka.
Jak odnieść do praktyki te wywody:
1. Postępuj zawsze uczciwie, nawet jeśli ci się to nie opłaca. Załóżmy taki przypadek: przyjmujesz niskopłatne zlecenie od małej firmy i zabierasz się za nie. W trakcie przychodzi bardzo atrakcyjna oferta od dużej firmy. W takiej sytuacji korci, żeby wyłgać się od słabego zlecenia i dobrze zarobić na lepszym. Zastanów się jednak ile tracisz: dla pierwszego zleceniodawcy jesteś spalony, wyrobił sobie o tobie złe zdanie (o którym napomknie innym, kto wie czy nie twojemu nowemu zleceniodawcy). Przekroczyłeś też pewną granicę, kolejna "zdrada" może ci przyjść łatwiej. Każdy "pierwszy raz" jest najtrudniejszy, kolejne dużo łatwiej podjąć i sobie wytłumaczyć. Twoja historia jest twoją wizytówką, od niej zależy ilość zleceń w dłuższej perspektywie. Małe cwaniactwo potrafi wszystko popsuć.
2. Szanuj każdego klienta i podwykonawcę. Kultura biznesu stoi w Polsce na niskim poziomie, wielokrotnie zdarzyło mi się zostać olanym przez potencjalnych kooperantów, którym zapomniało się zapłacić w ciągu 2 przepisowych tygodni faktury. Takie głupoty jak wywiązanie się z mniej istotnej umowy, nie zaprzątały im czasu, bo zajmowali się rzeczami "wielkimi". Niektórzy wręcz wychodzą z założenia, że jeśli ktoś nie wykona kilku telefonów, to można w ogóle mu nie zapłacić. Z tego też powodu (nauczony doświadczeniem), przed każdą transakcją przeszukuję dokładnie zasoby internetu o danej firmie i jej pracownikach.
Podchodzę do tematu tak: jeśli otwieram firmę, to muszę odsłonić swoją prywatność i umieścić swoje dane w serwisach temu poświęconych. Opisuję też rzetelnie swoje produkty i oddaję je pod ocenę społeczności. Nawet na głupią i złośliwą krytykę odpowiadam bez emocji, nigdy nie obrażam oponenta.
3. Myśl o swojej firmie w długoterminowej perspektywie. Nawet jeśli nie doczekasz lepszych czasów i wcześniej zamkniesz działalność, zachowasz dobre zdanie o sobie. Nie szukaj winnych na zewnątrz, nie buduj obrazu napastliwego świata. Nie zmienisz go, natomiast siebie tak. Nie myśl o ktrótkotrwałej korzyści, pilnuj żeby obie strony zyskały na współpracy - jeśli obaj nie wygrywacie, nikt nie wygrywa. Ja mam taką zasadę, że przy pierwszym przedsięwzięciu wyceniam swoją pracę niżej niż jest warta (informując o tym drugą stronę), żeby zmniejszyć ryzyko ewentualnej straty zleceniodawcy. Jeśli zlecenie mu się opłaci, kolejne jest bardziej intratne. Jeśli nie, zachowujemy dobrą relację a kontakt pozostaje w odwodzie na inne czasy.
4. Unikaj nieporozumień. Jeśli handlujesz z klientami detalicznymi, dokładnie wyjaśnij wszystkie aspekty transakcji. Miałem przypadek z aroganckim typem, który nazwymyślał mi, ponieważ poczta nie przysłała mu na czas produktu za 26 zł. Facet przez 15 minut wyliczał swoje stanowiska, zarobki i wykrzykiwał żale. Takim działaniem odkrył jedynie swoje kompleksy i niezbyt wygórowanych lotów kulturę, ja natomiast nauczyłem się, żeby przed każdą transakcją klient potwierdził, że rozumie warunki sprzedaży. Takich przypadków na szczęście jest bardzo mało, większość ludzi jest miła i rozumie przeciwności losu (poczta). Problematyczne firmy i klienci stanowią na szczęście mniejszość.
5. Nie stawiaj tylko na zysk. To co robisz, musi nieść wartość dla klientów, inaczej szybko ich stracisz. Jeśli naprawdę posiadasz unikalne zdolności, prędzej czy później na nich zarobisz. Spójrz w swoje życie: czy masz lojalnych przyjaciół, dobre stosunki z byłymi pracownikami/kooperantami, czy możesz bez negatywnych emocji spotkać wszystkich kolegów z byłej klasy. To jak jesteś odbierany przez otoczenie, wiele mówi o twojej przyszłej działalności (czy ludzie na niej skorzystają).
Przykład: rynek wędlin. Większość ludzi kieruje się przy zakupie wyglądem produktu i ceną. Masarze w pogoni za zyskiem zaczęli moczyć mięso w roztworach azotowych, które zwiększają wagę o 50%. Takie napuchnięte szynki moczą następnie w kolejnych chemikaliach, tym razem zawierających barwniki i sztuczne aromaty. Ta patologia objęła już niemal cały rynek, ponieważ uczciwi producenci nie byli w stanie konkurować cenowo swoimi wyrobami. Mając wybór: upadek lub nieuczciwość, wybrali to drugie.
Jakie istnieje lekarstwo na nieuczciwe praktyki? Odpowiedź jest prosta: uczciwość i informowanie. Konsument nie jest idiotą, jeśli poczuje się oszukany, odejdzie od firmy i powie o tym znajomym. Zwróćmy uwagę jak często nieuczciwy producent zmienia markę firmy: najpierw wypuszcza produkty dobrej jakości, potem ją obniża i siłą rozpędu kasuje ogromne zyski. Ale kiedy prawda wychodzi na jaw, jedyne co mu pozostaje to zmiana logo i próba zrobienia ludzi w konia w ten sam sposób. Na szczęście historia się za nim ciągnie, raz utracone zaufanie bardzo ciężko nadrobić.
Dobry przykład odwrotnego podejścia prezentuje znana piekarnia Pellowski z Gdańska. Kiedy większość piekarzy dmuchała swoje wypieki spulchniaczami i innymi świństwami, żeby obniżyć cenę (podobno w marketach dodają do chleba gips, ale mam nadzieję, że to plotka), Pellowski pozostawił tradycyjny zakwas i wszedł w rynek zdrowej żywności. Zwykły chleb razowy na zakwasie jest bardzo zdrowy, naprawdę nie trzeba wiele, żeby wypromować swoją markę. Tymczasem nadal większość piekarzy sprzedaje pod tą nazwą bułki z karmelem i dziwi się, że obroty spadają.
Zarabianie pieniędzy to nie grzech, choć tak wielu ludzi w Polsce lubi to powtarzać. W szkole wszyscy klepią "lepiej być niż mieć", a potem robią dokładnie odwrotnie. Prawda jest taka, że łatwiej "być", kiedy "masz", ale nie ma to żadnego związku z chciwością. Majątek zdobyty uczciwą pracą się nie rozpłynie. Fortuny marnotrawią ludzie, którzy je dziedziczą, wygrywają na loterii lub kradną. Kolejny raz widzimy, że sukces jest miarą nie tylko umiejętności ale i moralności człowieka.
Jak odnieść do praktyki te wywody:
1. Postępuj zawsze uczciwie, nawet jeśli ci się to nie opłaca. Załóżmy taki przypadek: przyjmujesz niskopłatne zlecenie od małej firmy i zabierasz się za nie. W trakcie przychodzi bardzo atrakcyjna oferta od dużej firmy. W takiej sytuacji korci, żeby wyłgać się od słabego zlecenia i dobrze zarobić na lepszym. Zastanów się jednak ile tracisz: dla pierwszego zleceniodawcy jesteś spalony, wyrobił sobie o tobie złe zdanie (o którym napomknie innym, kto wie czy nie twojemu nowemu zleceniodawcy). Przekroczyłeś też pewną granicę, kolejna "zdrada" może ci przyjść łatwiej. Każdy "pierwszy raz" jest najtrudniejszy, kolejne dużo łatwiej podjąć i sobie wytłumaczyć. Twoja historia jest twoją wizytówką, od niej zależy ilość zleceń w dłuższej perspektywie. Małe cwaniactwo potrafi wszystko popsuć.
2. Szanuj każdego klienta i podwykonawcę. Kultura biznesu stoi w Polsce na niskim poziomie, wielokrotnie zdarzyło mi się zostać olanym przez potencjalnych kooperantów, którym zapomniało się zapłacić w ciągu 2 przepisowych tygodni faktury. Takie głupoty jak wywiązanie się z mniej istotnej umowy, nie zaprzątały im czasu, bo zajmowali się rzeczami "wielkimi". Niektórzy wręcz wychodzą z założenia, że jeśli ktoś nie wykona kilku telefonów, to można w ogóle mu nie zapłacić. Z tego też powodu (nauczony doświadczeniem), przed każdą transakcją przeszukuję dokładnie zasoby internetu o danej firmie i jej pracownikach.
Podchodzę do tematu tak: jeśli otwieram firmę, to muszę odsłonić swoją prywatność i umieścić swoje dane w serwisach temu poświęconych. Opisuję też rzetelnie swoje produkty i oddaję je pod ocenę społeczności. Nawet na głupią i złośliwą krytykę odpowiadam bez emocji, nigdy nie obrażam oponenta.
3. Myśl o swojej firmie w długoterminowej perspektywie. Nawet jeśli nie doczekasz lepszych czasów i wcześniej zamkniesz działalność, zachowasz dobre zdanie o sobie. Nie szukaj winnych na zewnątrz, nie buduj obrazu napastliwego świata. Nie zmienisz go, natomiast siebie tak. Nie myśl o ktrótkotrwałej korzyści, pilnuj żeby obie strony zyskały na współpracy - jeśli obaj nie wygrywacie, nikt nie wygrywa. Ja mam taką zasadę, że przy pierwszym przedsięwzięciu wyceniam swoją pracę niżej niż jest warta (informując o tym drugą stronę), żeby zmniejszyć ryzyko ewentualnej straty zleceniodawcy. Jeśli zlecenie mu się opłaci, kolejne jest bardziej intratne. Jeśli nie, zachowujemy dobrą relację a kontakt pozostaje w odwodzie na inne czasy.
4. Unikaj nieporozumień. Jeśli handlujesz z klientami detalicznymi, dokładnie wyjaśnij wszystkie aspekty transakcji. Miałem przypadek z aroganckim typem, który nazwymyślał mi, ponieważ poczta nie przysłała mu na czas produktu za 26 zł. Facet przez 15 minut wyliczał swoje stanowiska, zarobki i wykrzykiwał żale. Takim działaniem odkrył jedynie swoje kompleksy i niezbyt wygórowanych lotów kulturę, ja natomiast nauczyłem się, żeby przed każdą transakcją klient potwierdził, że rozumie warunki sprzedaży. Takich przypadków na szczęście jest bardzo mało, większość ludzi jest miła i rozumie przeciwności losu (poczta). Problematyczne firmy i klienci stanowią na szczęście mniejszość.
5. Nie stawiaj tylko na zysk. To co robisz, musi nieść wartość dla klientów, inaczej szybko ich stracisz. Jeśli naprawdę posiadasz unikalne zdolności, prędzej czy później na nich zarobisz. Spójrz w swoje życie: czy masz lojalnych przyjaciół, dobre stosunki z byłymi pracownikami/kooperantami, czy możesz bez negatywnych emocji spotkać wszystkich kolegów z byłej klasy. To jak jesteś odbierany przez otoczenie, wiele mówi o twojej przyszłej działalności (czy ludzie na niej skorzystają).
piątek, 7 listopada 2008
Początek
Przez pierwsze pół roku działalności ruchy są dość chaotyczne, jeśli nie miałeś zleceniodawcy przed założeniem firmy i szukasz klientów, musisz szybko nauczyć się odporności i pokory wobec rynku. W szkole czy na studiach przyzwyczajasz się, że ktoś twoje prace sprawdza, zdarzają się nauczyciele, którym na twojej pracy zależy bardziej niż tobie. Potencjalny klient prawdopodobnie w ogóle nie przeczyta twojej wymuskanej przez 2 dni oferty. Dla niego to spam, który skasuje po zerknięciu na temat. Im szybciej nauczysz się nie przejmować brakiem reakcji i tworzeniem oferty maksymalnie wygodnej dla klienta, tym większe masz szanse powodzenia.
Jeśli ktoś decyduje się na przeczytanie twojej oferty, nie będzie się wgryzał w szczegóły, tylko przeskanuje zawartość i ewentualnie kliknie na dołączony link. Jeśli wysyłasz plik .doc lub .pdf, utrzymaj limit wielkości 1MB, żeby nie zdenerwować zapychaniem czytnika maili. Warto wykonać dla swojego produktu stronę internetową z dokładnymi, rzetelnymi informacjami. Jeśli kierujesz ofertę do innych firm, unikaj ogólników typu "najlepszy produkt, spełnia marzenia" etc. Jeśli uważasz, że twój produkt jest faktycznie taki dobry, napisz konkretnie w czym, żeby czytający ofertę mógł wstępnie skalkulować opłacalność.
Ofertę pisz starannie i indywidualnie dla każdego odbiorcy, nawet jeśli piszesz tę samą do kilku firm, nie wysyłaj do wszystkich naraz, tylko pojedynczo. Przed wysłaniem zadzwoń czy firma jest zainteresowana otrzymaniem e-maila. Jeśli pomimo wielu wysłanych ofert nie otrzymujesz odzewu, pracuj nad ulepszeniem oferty a nie zwiększeniem ilości e-maili. Starannie wykonana oferta często zasiewa ziarno, mój pierwszy poważny zleceniodawca odezwał się pół roku po otrzymaniu maila.
Bardzo ważna i często pomijana w różnych witrynach poświęconych otwieraniu firmy, jest psychika. Zetknięcie z brakiem stabilności, często problemami finansowymi bardzo rzutuje na samopoczucie. Pierwszym krokom towarzyszą ciągłe niepowodzenia, rodzi się odruch buntu: tyle pracuję, tyle się staram i nic. Nikogo nie interesuje co mam do zaoferowania, umiem to lepiej niż inni a nikt nie chce mnie wysłuchać itd. Rynek to bardzo dobra lekcja pokory, szybko sprowadza na ziemię. Nadmierny optymista przeżywa rozczarowanie, pesymista utwierdza się w beznadziei. Zapewne działają czasem niekorzystne zewnętrzne czynniki, niestety smutna prawda jest zazwyczaj taka, że nie umiemy, nie chcemy przystosować się do realiów.
W momencie kiedy trzeba się najbardziej spiąć, wielu często odpuszcza albo się obraża. Nie ma niestety leku na poprawę kondycji finansowej, możesz zwiększyć swoje szanse realizując "dobre rady": ucz się, pracuj, bądź cierpliwy, przekuj swoje pomysły na złoto etc. Rynek to wielka niewiadoma i każde rozsądne działanie zwiększa szansę powodzenia, ale nie daje pewności.
Możesz natomiast wiele zrobić, żeby szybko zmienić swój stan psychiczny. Jeśli przed założeniem firmy twoja ścieżka zawodowa była pasmem sukcesów, motywujących cię do kolejnych wyzwań, mogłeś przyzwyczaić się do euforycznych uniesień. W dzisiejszej kulturze takie euforie kojarzy się ze szczęściem: rozpiera mnie radość, jestem szczęśliwy, przenika mnie zwątpienie, jestem nieszczęśliwy. Pod ręką masz dziesiątki atrakcji, które mają cię utrzymywać w stanie "szczęścia". Niestety ich działanie jest krótkotrwałe, prawdziwe szczęście wiąże się z poczuciem własnej wartości, zrealizowanymi ważnymi etapami życia. Nadmiar skrajnych bodźców (dobrych lub złych) jest w obu przypadkach niebezpieczny.
Kiedy wszystko się wciąż udaje, zaczynasz bać się porażki, unikasz ryzyka i trzymasz się utartych schematów. Gdy przychodzi pierwsze niepowodzenie, urasta do rangi katastrofy. Podobnie może się zdarzyć, kiedy wciąż ci nie wychodzi (tu trzeba dużo pracować nad rozpoznaniem przyczyn porażek) - wpadnie pierwszy sukces i chcesz góry przenosić. Do czasu kolejnej porażki. Sztuką jest uświadomienie sobie, że nie można ciągle wygrywać, ani trwale przegrywać. Do sukcesu na rynku (i nie tylko) potrzebne jest stoickie podejście i trzymanie emocji na wodzy.
Uświadom sobie, że:
1. Wszystko co posiadasz, kiedyś stracisz.
2. Wszyscy, których kochasz kiedyś umrą.
3. Wszystko co zbudujesz, obróci się kiedyś w pył.
Nawet jeśli dziś odrzucasz myśli o tych prawdach, prędzej czy później będziesz się musiał z nimi zmierzyć. Wypieramy je ze świadomości, bo boimy się implikacji: skoro wszystko umrze, to jest nic nie warte. Po co próbować poprawić swój los? To fałszywy wywód: każdy byt ma w swoim czasie wartość, nasz czas jest również ograniczony, zatem w skończonym życiu wszystkie byty mają znaczenie. Nie znamy ich znaczenia w całej historii, jeśli czas nie ma początku ani końca, mogą nic nie znaczyć, ale równie dobrze mogą być częścią innego nieskończonego procesu, który posiada swój cel.
Po co roztrząsać takie fundamentalne kwestie? Żeby spojrzeć na swoje życie z boku, nie przez pryzmat doraźnych zachcianek, ale planu na cały swój czas. Ludziom wierzącym jest tu łatwiej, mając w życiu cel (zbuduję firmę, założę rodzinę), będą się cieszyć, że dobrze wypełniają boski plan. Człowiek niewierzący nie stoi na przegranej pozycji. Jeśli wypełni swoje życie treścią, na łożu śmierci będzie mógł powiedzieć: odchodzę spełniony, bo choć dla mnie to koniec świata, ten w którym żyłem był bardzo udany.
Paradoksalnie uświadomienie sobie zmierzchu wszystkiego, sprawia że stajemy się faktycznie szczęśliwi. Jak to się ma do prowadzenia firmy? Myśląc o wieczności, przestajesz patrzeć na bieżące wahania, ważne żeby trend był rosnący. I nie martw się przesadnie co będzie, kiedy ciebie zabraknie, swój plan wypełnij najlepiej jak potrafisz.
Jeśli ktoś decyduje się na przeczytanie twojej oferty, nie będzie się wgryzał w szczegóły, tylko przeskanuje zawartość i ewentualnie kliknie na dołączony link. Jeśli wysyłasz plik .doc lub .pdf, utrzymaj limit wielkości 1MB, żeby nie zdenerwować zapychaniem czytnika maili. Warto wykonać dla swojego produktu stronę internetową z dokładnymi, rzetelnymi informacjami. Jeśli kierujesz ofertę do innych firm, unikaj ogólników typu "najlepszy produkt, spełnia marzenia" etc. Jeśli uważasz, że twój produkt jest faktycznie taki dobry, napisz konkretnie w czym, żeby czytający ofertę mógł wstępnie skalkulować opłacalność.
Ofertę pisz starannie i indywidualnie dla każdego odbiorcy, nawet jeśli piszesz tę samą do kilku firm, nie wysyłaj do wszystkich naraz, tylko pojedynczo. Przed wysłaniem zadzwoń czy firma jest zainteresowana otrzymaniem e-maila. Jeśli pomimo wielu wysłanych ofert nie otrzymujesz odzewu, pracuj nad ulepszeniem oferty a nie zwiększeniem ilości e-maili. Starannie wykonana oferta często zasiewa ziarno, mój pierwszy poważny zleceniodawca odezwał się pół roku po otrzymaniu maila.
Bardzo ważna i często pomijana w różnych witrynach poświęconych otwieraniu firmy, jest psychika. Zetknięcie z brakiem stabilności, często problemami finansowymi bardzo rzutuje na samopoczucie. Pierwszym krokom towarzyszą ciągłe niepowodzenia, rodzi się odruch buntu: tyle pracuję, tyle się staram i nic. Nikogo nie interesuje co mam do zaoferowania, umiem to lepiej niż inni a nikt nie chce mnie wysłuchać itd. Rynek to bardzo dobra lekcja pokory, szybko sprowadza na ziemię. Nadmierny optymista przeżywa rozczarowanie, pesymista utwierdza się w beznadziei. Zapewne działają czasem niekorzystne zewnętrzne czynniki, niestety smutna prawda jest zazwyczaj taka, że nie umiemy, nie chcemy przystosować się do realiów.
W momencie kiedy trzeba się najbardziej spiąć, wielu często odpuszcza albo się obraża. Nie ma niestety leku na poprawę kondycji finansowej, możesz zwiększyć swoje szanse realizując "dobre rady": ucz się, pracuj, bądź cierpliwy, przekuj swoje pomysły na złoto etc. Rynek to wielka niewiadoma i każde rozsądne działanie zwiększa szansę powodzenia, ale nie daje pewności.
Możesz natomiast wiele zrobić, żeby szybko zmienić swój stan psychiczny. Jeśli przed założeniem firmy twoja ścieżka zawodowa była pasmem sukcesów, motywujących cię do kolejnych wyzwań, mogłeś przyzwyczaić się do euforycznych uniesień. W dzisiejszej kulturze takie euforie kojarzy się ze szczęściem: rozpiera mnie radość, jestem szczęśliwy, przenika mnie zwątpienie, jestem nieszczęśliwy. Pod ręką masz dziesiątki atrakcji, które mają cię utrzymywać w stanie "szczęścia". Niestety ich działanie jest krótkotrwałe, prawdziwe szczęście wiąże się z poczuciem własnej wartości, zrealizowanymi ważnymi etapami życia. Nadmiar skrajnych bodźców (dobrych lub złych) jest w obu przypadkach niebezpieczny.
Kiedy wszystko się wciąż udaje, zaczynasz bać się porażki, unikasz ryzyka i trzymasz się utartych schematów. Gdy przychodzi pierwsze niepowodzenie, urasta do rangi katastrofy. Podobnie może się zdarzyć, kiedy wciąż ci nie wychodzi (tu trzeba dużo pracować nad rozpoznaniem przyczyn porażek) - wpadnie pierwszy sukces i chcesz góry przenosić. Do czasu kolejnej porażki. Sztuką jest uświadomienie sobie, że nie można ciągle wygrywać, ani trwale przegrywać. Do sukcesu na rynku (i nie tylko) potrzebne jest stoickie podejście i trzymanie emocji na wodzy.
Uświadom sobie, że:
1. Wszystko co posiadasz, kiedyś stracisz.
2. Wszyscy, których kochasz kiedyś umrą.
3. Wszystko co zbudujesz, obróci się kiedyś w pył.
Nawet jeśli dziś odrzucasz myśli o tych prawdach, prędzej czy później będziesz się musiał z nimi zmierzyć. Wypieramy je ze świadomości, bo boimy się implikacji: skoro wszystko umrze, to jest nic nie warte. Po co próbować poprawić swój los? To fałszywy wywód: każdy byt ma w swoim czasie wartość, nasz czas jest również ograniczony, zatem w skończonym życiu wszystkie byty mają znaczenie. Nie znamy ich znaczenia w całej historii, jeśli czas nie ma początku ani końca, mogą nic nie znaczyć, ale równie dobrze mogą być częścią innego nieskończonego procesu, który posiada swój cel.
Po co roztrząsać takie fundamentalne kwestie? Żeby spojrzeć na swoje życie z boku, nie przez pryzmat doraźnych zachcianek, ale planu na cały swój czas. Ludziom wierzącym jest tu łatwiej, mając w życiu cel (zbuduję firmę, założę rodzinę), będą się cieszyć, że dobrze wypełniają boski plan. Człowiek niewierzący nie stoi na przegranej pozycji. Jeśli wypełni swoje życie treścią, na łożu śmierci będzie mógł powiedzieć: odchodzę spełniony, bo choć dla mnie to koniec świata, ten w którym żyłem był bardzo udany.
Paradoksalnie uświadomienie sobie zmierzchu wszystkiego, sprawia że stajemy się faktycznie szczęśliwi. Jak to się ma do prowadzenia firmy? Myśląc o wieczności, przestajesz patrzeć na bieżące wahania, ważne żeby trend był rosnący. I nie martw się przesadnie co będzie, kiedy ciebie zabraknie, swój plan wypełnij najlepiej jak potrafisz.
czwartek, 6 listopada 2008
Dotacje
Większość ludzi otwierających firmy, interesują dotacje. Sam z jednej skorzystałem i przyznam, że pomimo początkowego sceptycyzmu, sporo na tym zyskałem.
Jednym z większych problemów przy rozpoczynaniu jakichkolwiek przedsięwzięć, jest brak wiedzy o tym, co mamy robić. Piszę wiedzy a nie informacji, bo nawet najlepiej poinformowany człowiek nie jest świadom co będzie robił, dopóki tego nie zacznie. Temat dotacji wydaje się prosty, kiedy komuś doradzamy "weź dotację" i trudny gdy poznajemy, co należy zrobić, żeby ją otrzymać. Nim dostaniemy jakiekolwiek pieniądze, będziemy musieli przejść cykl szkoleń (nie wszędzie), napisać biznesplan, oszacować potencjalne koszty i przychody. Dla większości ludzi będzie to pierwsze zetknięcie z usystematyzowanym i rozbudowanym planowaniem.
Opiszę jak wyglądały dotacje z funduszy unijnych i krótko (nie mam dużej wiedzy, tyle co mi kolega opowiedział) o dotacjach z urzędu pracy.
Dotacje unijne. Używam potocznej nazwy, w rzeczywistości to dotacje realizowane przy udziale środków unijnych i budżetowych, głównie przez PARP. Nie wiem jak teraz wyglądają szczegółowe zasady (z nimi jest zawsze taki problem, że trudno wyłowić to co istotne w zalwie informacji), ale chodzi o to, że PARP zleca projekty różnym organizacjom (wtedy nazywały się beneficjentami) a te organizacje robią szkolenia i przekazują pieniądze przedsiębiorcom (zwanym beneficjentami ostatecznymi). Pamiętam, że nazwy miały być zmienione, bo ludzie mylili beneficjentów z beneficjentami ostatecznymi.
Jeśli chcesz założyć firmę i szukasz dotacji, kierujesz się do takiego beneficjenta (by zostać beneficjentem ostatecznym :). Organizacja przeprowadza selekcję, jeśli chętnych jest więcej niż miejsc (i żeby odrzucić niepoważne pomysły). Nie jest to nic trudnego, jeśli wierzysz w swój biznes, masz doświadczenie w tym, co chesz robić lub zrobiłeś już pierwsze kroki, możesz być prawie pewny przejścia. Jest też test i rozmowa z psychologiem, w których przekonujesz, że warto ufać ludziom i by osiągnąć sukces, trzeba być uczciwym (uwierz mi, że choć to brzmi jak banał, jest to szczera prawda). Selekcji nie powinni się zwłaszcza bać ludzie skromni, pracowici introwertycy - przebojowość nie jest promowana, nikt nie zakłada że będziesz budować korporację, wystarczy że łatwo się nie poddajesz, masz plany awaryjne i wykazujesz odpowiedzialność.
Załóżmy, że przechodzisz selekcję i wydaje ci się, że dotację masz w ręku. Tu niestety zaczynają się schody: nie możesz jeszcze założyć firmy, najpierw przechodzisz cykl szkoleń (wszystko darmowe). Trwają ok. 2 miesiące (z pisaniem biznesplanu). Nie wszystkie szkolenia są wartościowe czy potrzebne, ale masz dużą szansę, by posłuchać doświadczonego biznesmena, księgowego czy prawnika. Poznasz też ludzi ze swojej grupy, wymienisz doświadczenia i dowiesz coś o sobie podczas wspólnych gier z psychologiem. Przygotowujesz biznesplan (z pomocą doradców), składasz i czekasz na pieniądze.
Jeśli liczyłeś, ze szybko je dostaniesz, kupisz sprzęt i zaczniesz pracować, możesz się mocno rozczarować. Parę lat temu średni czas oczekiwania wynosił jakieś pół roku, warto poszukać na googlu czy coś się zmieniło. Za pieniądze z dotacji możesz kupić tylko środki inwestycyjne (np. komputer, biurko, samochód, telefon, strona internetowa), nie możesz kupić żadnych towarów ani usług, które byś potem odsprzedał. Na szczęście jest coś takiego jak wsparcie pomostowe, czyli pewna kwota wypłacana co miesiąc przez pół roku od momentu rozpoczęcia działalności (np. 700 zł/mies.). Opłacisz z tego ZUS i jeszcze trochę w kieszeni zostanie.
Choć na papierze koszt inwestycji wygląda atrakcyjnie (dostajesz 75% pieniędzy), w rzeczywistości musisz posiadać kapitał, bo w początkowej fazie ponosisz prawie połowę wydatków. Po pierwsze płacisz VAT (który możesz nieprędko odzyskać), po drugie nie dostajesz od razu całych 75% ceny netto inwestycji, tylko zaliczkę 80% (czyli 60% ceny netto) a pozostałe 20% rozliczysz po wielu miesiącach.
Przykładowo: planujesz kupić komputer za 2000 netto i nie osiągasz jeszcze dochodów (start biznesu). Dostajesz zaliczkę 1200, jednak za komputer płacisz 2440 (2k + VAT). Czyli na starcie musisz wyłożyć ponad 50% kwoty. Dopiero jak coś zarobisz i odzyskasz VAT (przy dotacji 20 tys. może to potrwać), rozliczysz faktury (długotrwały proces), ostateczny koszt komputera wyniesie 500 zł - 19% (wkońcu wrzucasz go w koszt) = 405 zł.
Dużo łatwiej jest w przypadku dotacji z Urzędu Pracy. Musisz być bezrobotny (w praktyce rejestrujesz się, żeby następnego dnia złożyć wniosek z biznesplanem, chyba że mieszkasz w dużym mieście, gdzie trzeba być trwale bezrobotnym i zarejestrowanym ponad 3 miesiące - to zadecydowało, że musiałem szukać unijnej). Pieniędzy dostajesz mniej, ale od razu całą kwotę i z tego co wiem rozliczanie jest mniej restrykcyjne. Szkolenie jeśli jest, to krótkie kilkudniowe. Jeśli spieszysz się z założeniem firmy i uczysz na własną rękę, to rozwiązanie wydaje się lepsze.
Dla mnie osobiście rozwiązanie pierwsze okazało się lepsze - z planowanych źródeł dochodu niewiele wypaliło i opóźnienie o 2 miesiące założenia firmy, wsparcie przez pół roku (łącznie 4200), poznanie kilku ciekawych ludzi i szkolenie z księgowości i prawa, bardzo się przydały.
Jednym z większych problemów przy rozpoczynaniu jakichkolwiek przedsięwzięć, jest brak wiedzy o tym, co mamy robić. Piszę wiedzy a nie informacji, bo nawet najlepiej poinformowany człowiek nie jest świadom co będzie robił, dopóki tego nie zacznie. Temat dotacji wydaje się prosty, kiedy komuś doradzamy "weź dotację" i trudny gdy poznajemy, co należy zrobić, żeby ją otrzymać. Nim dostaniemy jakiekolwiek pieniądze, będziemy musieli przejść cykl szkoleń (nie wszędzie), napisać biznesplan, oszacować potencjalne koszty i przychody. Dla większości ludzi będzie to pierwsze zetknięcie z usystematyzowanym i rozbudowanym planowaniem.
Opiszę jak wyglądały dotacje z funduszy unijnych i krótko (nie mam dużej wiedzy, tyle co mi kolega opowiedział) o dotacjach z urzędu pracy.
Dotacje unijne. Używam potocznej nazwy, w rzeczywistości to dotacje realizowane przy udziale środków unijnych i budżetowych, głównie przez PARP. Nie wiem jak teraz wyglądają szczegółowe zasady (z nimi jest zawsze taki problem, że trudno wyłowić to co istotne w zalwie informacji), ale chodzi o to, że PARP zleca projekty różnym organizacjom (wtedy nazywały się beneficjentami) a te organizacje robią szkolenia i przekazują pieniądze przedsiębiorcom (zwanym beneficjentami ostatecznymi). Pamiętam, że nazwy miały być zmienione, bo ludzie mylili beneficjentów z beneficjentami ostatecznymi.
Jeśli chcesz założyć firmę i szukasz dotacji, kierujesz się do takiego beneficjenta (by zostać beneficjentem ostatecznym :). Organizacja przeprowadza selekcję, jeśli chętnych jest więcej niż miejsc (i żeby odrzucić niepoważne pomysły). Nie jest to nic trudnego, jeśli wierzysz w swój biznes, masz doświadczenie w tym, co chesz robić lub zrobiłeś już pierwsze kroki, możesz być prawie pewny przejścia. Jest też test i rozmowa z psychologiem, w których przekonujesz, że warto ufać ludziom i by osiągnąć sukces, trzeba być uczciwym (uwierz mi, że choć to brzmi jak banał, jest to szczera prawda). Selekcji nie powinni się zwłaszcza bać ludzie skromni, pracowici introwertycy - przebojowość nie jest promowana, nikt nie zakłada że będziesz budować korporację, wystarczy że łatwo się nie poddajesz, masz plany awaryjne i wykazujesz odpowiedzialność.
Załóżmy, że przechodzisz selekcję i wydaje ci się, że dotację masz w ręku. Tu niestety zaczynają się schody: nie możesz jeszcze założyć firmy, najpierw przechodzisz cykl szkoleń (wszystko darmowe). Trwają ok. 2 miesiące (z pisaniem biznesplanu). Nie wszystkie szkolenia są wartościowe czy potrzebne, ale masz dużą szansę, by posłuchać doświadczonego biznesmena, księgowego czy prawnika. Poznasz też ludzi ze swojej grupy, wymienisz doświadczenia i dowiesz coś o sobie podczas wspólnych gier z psychologiem. Przygotowujesz biznesplan (z pomocą doradców), składasz i czekasz na pieniądze.
Jeśli liczyłeś, ze szybko je dostaniesz, kupisz sprzęt i zaczniesz pracować, możesz się mocno rozczarować. Parę lat temu średni czas oczekiwania wynosił jakieś pół roku, warto poszukać na googlu czy coś się zmieniło. Za pieniądze z dotacji możesz kupić tylko środki inwestycyjne (np. komputer, biurko, samochód, telefon, strona internetowa), nie możesz kupić żadnych towarów ani usług, które byś potem odsprzedał. Na szczęście jest coś takiego jak wsparcie pomostowe, czyli pewna kwota wypłacana co miesiąc przez pół roku od momentu rozpoczęcia działalności (np. 700 zł/mies.). Opłacisz z tego ZUS i jeszcze trochę w kieszeni zostanie.
Choć na papierze koszt inwestycji wygląda atrakcyjnie (dostajesz 75% pieniędzy), w rzeczywistości musisz posiadać kapitał, bo w początkowej fazie ponosisz prawie połowę wydatków. Po pierwsze płacisz VAT (który możesz nieprędko odzyskać), po drugie nie dostajesz od razu całych 75% ceny netto inwestycji, tylko zaliczkę 80% (czyli 60% ceny netto) a pozostałe 20% rozliczysz po wielu miesiącach.
Przykładowo: planujesz kupić komputer za 2000 netto i nie osiągasz jeszcze dochodów (start biznesu). Dostajesz zaliczkę 1200, jednak za komputer płacisz 2440 (2k + VAT). Czyli na starcie musisz wyłożyć ponad 50% kwoty. Dopiero jak coś zarobisz i odzyskasz VAT (przy dotacji 20 tys. może to potrwać), rozliczysz faktury (długotrwały proces), ostateczny koszt komputera wyniesie 500 zł - 19% (wkońcu wrzucasz go w koszt) = 405 zł.
Dużo łatwiej jest w przypadku dotacji z Urzędu Pracy. Musisz być bezrobotny (w praktyce rejestrujesz się, żeby następnego dnia złożyć wniosek z biznesplanem, chyba że mieszkasz w dużym mieście, gdzie trzeba być trwale bezrobotnym i zarejestrowanym ponad 3 miesiące - to zadecydowało, że musiałem szukać unijnej). Pieniędzy dostajesz mniej, ale od razu całą kwotę i z tego co wiem rozliczanie jest mniej restrykcyjne. Szkolenie jeśli jest, to krótkie kilkudniowe. Jeśli spieszysz się z założeniem firmy i uczysz na własną rękę, to rozwiązanie wydaje się lepsze.
Dla mnie osobiście rozwiązanie pierwsze okazało się lepsze - z planowanych źródeł dochodu niewiele wypaliło i opóźnienie o 2 miesiące założenia firmy, wsparcie przez pół roku (łącznie 4200), poznanie kilku ciekawych ludzi i szkolenie z księgowości i prawa, bardzo się przydały.
środa, 5 listopada 2008
Jak się uchronić przed fallstartem
Większość mediów sprowadza problemy przedsiębiorców do trudności z rejestracją firmy i braku jednego okienka. Są to przeszkody podobne do utknięcia w korku w czasie dojazdu do pracy. Uciążliwe jednego dnia, w dłuższej perspektywie nikt o nich nie pamięta. Prawdziwa szkoła to pierwsze pół roku działalności, kiedy budujemy mechanizmy naszej firmy oraz pierwsze pół roku po dwóch latach, kiedy ZUS skacze nam do 800 zł/miesiąc. Dla tych, którym się udało, zmiana "składki" nie ma znaczenia, dla wciąż raczkujących (a tych jak pokazują moje doświadczenia jest więcej) to koszmar.
Jeśli wyciągałeś 2000 zł miesięcznie, po opłaceniu ubezpieczenia społecznego (ok. 100 zł) i składki zdrowotnej (ok. 200 zł), podatku (ok. 100-200 zł po odliczeniu różnych kosztów i ok. 160 zł zdrowotnej), zostało ci na rękę jakieś 1500 zł. Kwota pozwalająca przeżyć i planować dalsze ruchy. Po 2 latach z ok. 300 zł ZUS rośnie do 800 zł i jeśli co miesiąc wystawiasz fakturę na 2000 zł, zostanie ci w kieszeni ok. 1000 zł.
Jeśli zarabiałeś 1500 zł miesięcznie, po opłaceniu ZUS i rozliczeniu rocznym miałeś średnią ok. 1350 zł, kiedy zaczynasz płacić 800 zł, albo zaciskasz zęby i zarabiasz 750 zł z wiarą, że jeszcze będzie lepiej, albo zamykasz interes, albo przepisujesz go na kogoś z rodziny i dalej płacisz 300 zł. Ostatni przypadek szczególnie boli ludzi praworządnych, ciężko pracujących by poprawić swój los, ponieważ co jakiś czas muszą wysłuchiwać wszelakiej maści socjologów z ciepłych budżetowych posadek, którzy pouczają jak pięknie by w Polsce było, gdyby ludzie nie kombinowali.
Skok składek musisz przewidzieć, jeśli wystawiasz faktury rzadko. Np. tworzysz produkt, za który wystawisz fakturę za pół roku na 20000 zł. Nim zobaczysz pieniądze, wpłacisz 4800 zł. Przykłady które podaję, dotyczą działalności o niskich kosztach, inaczej wygląda to kiedy zakładasz sklep, jednak problemy z ZUS dla małych pozostają zawsze.
Dlaczego tyle piszę o składkach. Otóż bardzo ważnym problemem ludzi startujących w biznesie, jest nie zwracanie uwagi na koszty stałe. Startujący przedsiębiorca liczy, że szybko zacznie zarabiać, często posiada wypracowany lub pożyczony kapitał. Tymczasem rezerwy szybko się kurczą, bo zakładane plany sprzedaży zazwyczaj drastycznie odbiegają od rzeczywistości. Ludzie przyzwyczajeni do wysokich dochodów na etacie, czują stres, kiedy miesięczny przychód jest niższy a już w ogóle wielu załamuje się, kiedy nie zarabiają nic i dokładają do interesu.
Żeby uniknąć fallstartu, musisz się odpowiednio przygotować:
1. Zbierz kapitał, który pozwoli ci przetrwać najbliższe pół roku przy założeniu, że nic nie zarobisz. Jeśli zakładasz firmę, ponieważ to jedyny sposób byś zaczął zarabiać, poszukaj możliwości wsparcia w rodzinie, urzędzie pracy. Im więcej dowiesz się przed założeniem firmy, tym mniej potem stracisz. Jeśli decydujesz się na kredyt, zrób biznesplan, nawet gdy nie jest wymagany.
2. Staraj się znaleźć zleceniodawcę przed założeniem firmy. Stałe zlecenia od początku to wielki komfort, uważaj jednak, żeby nie uśpił cię brak zagrożeń. Sytuacja może się w każdej chwili zmienić, trzeba przeżyć trochę goryczy porażki i "biedy", żeby nauczyć się je pokonywać.
3. Naucz się jak prowadzić księgowość, nawet jeśli będziesz ją podzlecać firmie księgowej. Umiejętność kalkulowania kosztów i przychodów jest niezbędna do stabilnej pracy. Produkty, które kupujesz jako zwykły klient, zaliczone w koszt firmy są ok. 40% tańsze (odzyskujesz 22% VAT i odpisujesz 19% ceny netto od podatku). Żyj oszczędnie, na konsumowanie owoców przyjdzie czas. Wielu znanych bogaczy, którzy doszli do majątku swoją pracą (a nie odziedziczyli), żyje skromnie i oszczędnie. Podkreślają, że większą wartością jest kształtowanie charakteru i poczucie własnej wartości, niż rozrywka. Człowiek spełniony się nie nudzi, nie potrzebuje kupować przyjemności, żeby zasypać pustkę życia.
4. Oszacuj dokładnie co naprawdę będzie ci potrzebne. Załóżmy, że masz trochę kapitału i chcesz poczynić pewne inwestycje. Jako przyszły biznesmen potrzebujesz laptopa, komórkę z abonamentem i drukarkę laserową. Tylko czy na pewno musisz mieć to wszystko od razu? Jeśli nie masz jeszcze stałych zarobków, używaj stary komputer. Jeśli nie potrzebujesz ciągle dzwonić do klientów, wystarczy ci na początek komórka na kartę. Jak drukujesz niewielkie ilości na swoje potrzeby, kup tanią drukarkę atramentową lub używaną laserową. Zachowaj pieniądze na czarną godzinę albo zainwestuj w towary.
Jeśli chcesz otworzyć firmę za rok czy w bliższej przyszłości, zacznij odkładać pieniądze na inwestycje. Choć rozsądnym wydawałoby się kupować je wcześniej, byłaby to duża strata, ponieważ np. laptop kosztowałby cię jako osobę prywatną ok. 40% więcej.
Pamiętaj, że choć sprzęt się bardzo szybko rozwija, to nie oznacza to, że stary jest słaby. Ja kupiłem skaner za 200 zł, który parę lat wcześniej kosztował kilkukrotnie więcej i miał wysoką pozycję w rankingu jakość/cena. Sprawuje się bardzo dobrze. Komputery do pracowni nabyłem w firmie sprzedającej zachodni sprzęt poleasingowy renomowanych marek i zaoszczędziłem ponad 60%. Jeśli potrzebujesz specyficzną maszynę czy narzędzia, śledź licytacje - firmy wciąż bankrutują i ich majątek wyprzedawany jest często za bezcen.
Jeśli wyciągałeś 2000 zł miesięcznie, po opłaceniu ubezpieczenia społecznego (ok. 100 zł) i składki zdrowotnej (ok. 200 zł), podatku (ok. 100-200 zł po odliczeniu różnych kosztów i ok. 160 zł zdrowotnej), zostało ci na rękę jakieś 1500 zł. Kwota pozwalająca przeżyć i planować dalsze ruchy. Po 2 latach z ok. 300 zł ZUS rośnie do 800 zł i jeśli co miesiąc wystawiasz fakturę na 2000 zł, zostanie ci w kieszeni ok. 1000 zł.
Jeśli zarabiałeś 1500 zł miesięcznie, po opłaceniu ZUS i rozliczeniu rocznym miałeś średnią ok. 1350 zł, kiedy zaczynasz płacić 800 zł, albo zaciskasz zęby i zarabiasz 750 zł z wiarą, że jeszcze będzie lepiej, albo zamykasz interes, albo przepisujesz go na kogoś z rodziny i dalej płacisz 300 zł. Ostatni przypadek szczególnie boli ludzi praworządnych, ciężko pracujących by poprawić swój los, ponieważ co jakiś czas muszą wysłuchiwać wszelakiej maści socjologów z ciepłych budżetowych posadek, którzy pouczają jak pięknie by w Polsce było, gdyby ludzie nie kombinowali.
Skok składek musisz przewidzieć, jeśli wystawiasz faktury rzadko. Np. tworzysz produkt, za który wystawisz fakturę za pół roku na 20000 zł. Nim zobaczysz pieniądze, wpłacisz 4800 zł. Przykłady które podaję, dotyczą działalności o niskich kosztach, inaczej wygląda to kiedy zakładasz sklep, jednak problemy z ZUS dla małych pozostają zawsze.
Dlaczego tyle piszę o składkach. Otóż bardzo ważnym problemem ludzi startujących w biznesie, jest nie zwracanie uwagi na koszty stałe. Startujący przedsiębiorca liczy, że szybko zacznie zarabiać, często posiada wypracowany lub pożyczony kapitał. Tymczasem rezerwy szybko się kurczą, bo zakładane plany sprzedaży zazwyczaj drastycznie odbiegają od rzeczywistości. Ludzie przyzwyczajeni do wysokich dochodów na etacie, czują stres, kiedy miesięczny przychód jest niższy a już w ogóle wielu załamuje się, kiedy nie zarabiają nic i dokładają do interesu.
Żeby uniknąć fallstartu, musisz się odpowiednio przygotować:
1. Zbierz kapitał, który pozwoli ci przetrwać najbliższe pół roku przy założeniu, że nic nie zarobisz. Jeśli zakładasz firmę, ponieważ to jedyny sposób byś zaczął zarabiać, poszukaj możliwości wsparcia w rodzinie, urzędzie pracy. Im więcej dowiesz się przed założeniem firmy, tym mniej potem stracisz. Jeśli decydujesz się na kredyt, zrób biznesplan, nawet gdy nie jest wymagany.
2. Staraj się znaleźć zleceniodawcę przed założeniem firmy. Stałe zlecenia od początku to wielki komfort, uważaj jednak, żeby nie uśpił cię brak zagrożeń. Sytuacja może się w każdej chwili zmienić, trzeba przeżyć trochę goryczy porażki i "biedy", żeby nauczyć się je pokonywać.
3. Naucz się jak prowadzić księgowość, nawet jeśli będziesz ją podzlecać firmie księgowej. Umiejętność kalkulowania kosztów i przychodów jest niezbędna do stabilnej pracy. Produkty, które kupujesz jako zwykły klient, zaliczone w koszt firmy są ok. 40% tańsze (odzyskujesz 22% VAT i odpisujesz 19% ceny netto od podatku). Żyj oszczędnie, na konsumowanie owoców przyjdzie czas. Wielu znanych bogaczy, którzy doszli do majątku swoją pracą (a nie odziedziczyli), żyje skromnie i oszczędnie. Podkreślają, że większą wartością jest kształtowanie charakteru i poczucie własnej wartości, niż rozrywka. Człowiek spełniony się nie nudzi, nie potrzebuje kupować przyjemności, żeby zasypać pustkę życia.
4. Oszacuj dokładnie co naprawdę będzie ci potrzebne. Załóżmy, że masz trochę kapitału i chcesz poczynić pewne inwestycje. Jako przyszły biznesmen potrzebujesz laptopa, komórkę z abonamentem i drukarkę laserową. Tylko czy na pewno musisz mieć to wszystko od razu? Jeśli nie masz jeszcze stałych zarobków, używaj stary komputer. Jeśli nie potrzebujesz ciągle dzwonić do klientów, wystarczy ci na początek komórka na kartę. Jak drukujesz niewielkie ilości na swoje potrzeby, kup tanią drukarkę atramentową lub używaną laserową. Zachowaj pieniądze na czarną godzinę albo zainwestuj w towary.
Jeśli chcesz otworzyć firmę za rok czy w bliższej przyszłości, zacznij odkładać pieniądze na inwestycje. Choć rozsądnym wydawałoby się kupować je wcześniej, byłaby to duża strata, ponieważ np. laptop kosztowałby cię jako osobę prywatną ok. 40% więcej.
Pamiętaj, że choć sprzęt się bardzo szybko rozwija, to nie oznacza to, że stary jest słaby. Ja kupiłem skaner za 200 zł, który parę lat wcześniej kosztował kilkukrotnie więcej i miał wysoką pozycję w rankingu jakość/cena. Sprawuje się bardzo dobrze. Komputery do pracowni nabyłem w firmie sprzedającej zachodni sprzęt poleasingowy renomowanych marek i zaoszczędziłem ponad 60%. Jeśli potrzebujesz specyficzną maszynę czy narzędzia, śledź licytacje - firmy wciąż bankrutują i ich majątek wyprzedawany jest często za bezcen.
wtorek, 4 listopada 2008
Dla kogo firma
Potocznie przyjmuje się, że by prowadzić firmę, trzeba mieć pewne cechy osobowości: przebojowość, umiejętność przewodzenia, silne poczucie własnej wartości, łatwność nawiązywania kontaktów - jednym słowem energiczny ekstrawertyk z grupy tych 20%, które decydują o życiu pozostałych 80. Jeśli posiadasz te cechy, trochę pokory, do tego potrafisz się uczyć i nie poddajesz się z byle powodu, masz spore szanse na sukces. Nie ma dla Ciebie znaczenia czy będziesz sprzedawał skarpetki, produkował śrubki, czy stawiał domy. Liczy się organizowanie, budowanie i mnożenie zysków. Okazuje się, że jakkolwiek wśród rekinów biznesu wielu pasuje do tego profilu, większość właścicieli firm (często bardzo dobrze prosperujących) posiada cechy osobowości zupełnie przeciętne. Sukces osiągnęli dzięki determinacji i zdolności uczenia się dzięki kryzysom.
Zacznijmy od tego, czym w ogóle jest sukces dla przedsiębiorcy. Dla jednego to zbudowanie potężnej korporacji, innego zadowala stały pokaźny przychód, niejeden realizuje poprzez firmę swoje pasje i wcale nie musi zarabiać wielkich pieniędzy. Już te różnice ukazują, że branie pod uwagę wyłącznie cech osobowości, nie determinuje powodzenia.
Na swojej drodze spotkałem wielu ludzi startujących i okrzepłych w biznesie. Część z nich zamknęła już działalność, niektórzy bardzo się rozwinęli, najliczniejsza jest grupa (do której sam należę) "walczących" czyli takich, którzy nadal kumulują środki i zbierają doświadczenia. Przedsiębiorców dzielę na kilka typów:
Organizator. Przywołany wcześniej przeze mnie tzw. człowiek sukcesu. W szkole uczył się przeciętnie (poza przedmiotami, które go zaintrygowały), brylował wśród wielu grup towarzyskich, na studniówkę przyprowadził jedną ze szkolnych "lasek". Podejmuje ryzyko, nie przywiązuje nadmiernej wagi do strat, poszukuje optymalnych form działalności. Zajmuje się rzeczami najważniejszymi, co tylko może podzleca innym firmom, buduje zespół wspólników/pracowników. Ma duże szanse na zbudowanie solidnej firmy, jednak często płaci za to zdrowiem, rozpadem rodziny. Towarzyszy mu napięcie związane z ogromną odpowiedzialnością (negocjuje umowy, dopilnowuje pracowników, wysłuchuje narzekania dziewczyny, że nie ma dla niej czasu). Wiecznie w drodze i przy telefonie.
Rzemieślnik. Typ człowieka, który posiadł (dzięki ciężkiej pracy i/lub talentom) unikatową umiejętność lub zwyczajnie solidny fach. Znajdziemy ich na budowie, kładą kafelki, przycinają bukiety, piszą oprogramowanie, grzebią w samochodach lub wywożą szambo. Pracę nie zawsze kochają, większą wagę przywiązują do życia osobistego. Zazwyczaj pracują sami lub w małym zespole podobnych fachowców (często na czarno). Zarabiają różnie, generalnie z racji posiadanych umiejętności, zapotrzebowanie na nich jest. Z punktu widzenia zamawiającego wystarczy, żeby byli w miarę kontaktowi, solidni i dotrzymywali terminy. Do tej grupy dorzuciłbym artystów (ilustratorzy, muzycy), którzy mają trudniejszy start (atutem są niskie koszty) i dłużej pracują na uznanie, ale mają dużo wyższy potencjał rozwoju.
Handlowiec. Człowiek o pewnych wspólnych cechach organizatora (brak sztywnego przywiązania do dziedziny działalności, łatwe nawiązywanie kontaktów) i rzemieślnika (celem nie jest budowa coraz większej organizacji, tylko maksymalizacja zysków i konsumpcja). Największy kapitał to kontakty, wbrew obiegowej opinii dobry handlowiec musi być uczciwy, przy współpracy najważniejsze jest zaufanie.
Spełniony. Ludzie, którzy odnieśli jakieś sukcesy w pracy, mają pieniądze, przyjaciół, odbyli dziesiątki inspirujących podróży po świecie i chcieliby spełnić swoje marzenie: otworzyć knajpkę, biuro podróży, galerię czy firmę szkoleniową. Ich cechy osobowościowe są przeróżne, łączy stabilizacja życiowa, zaufanie do własnych umiejętności i wyborów (potwierdzona dotychczasowym życiem).
Z każdym typem (w rzeczywistości jest ich dużo więcej, nakreśliłem tylko kilka podstawowych, z którymi najczęściej się stykam) wiążą się szanse i zagrożenia. Niedługo je opiszę.
Zacznijmy od tego, czym w ogóle jest sukces dla przedsiębiorcy. Dla jednego to zbudowanie potężnej korporacji, innego zadowala stały pokaźny przychód, niejeden realizuje poprzez firmę swoje pasje i wcale nie musi zarabiać wielkich pieniędzy. Już te różnice ukazują, że branie pod uwagę wyłącznie cech osobowości, nie determinuje powodzenia.
Na swojej drodze spotkałem wielu ludzi startujących i okrzepłych w biznesie. Część z nich zamknęła już działalność, niektórzy bardzo się rozwinęli, najliczniejsza jest grupa (do której sam należę) "walczących" czyli takich, którzy nadal kumulują środki i zbierają doświadczenia. Przedsiębiorców dzielę na kilka typów:
Organizator. Przywołany wcześniej przeze mnie tzw. człowiek sukcesu. W szkole uczył się przeciętnie (poza przedmiotami, które go zaintrygowały), brylował wśród wielu grup towarzyskich, na studniówkę przyprowadził jedną ze szkolnych "lasek". Podejmuje ryzyko, nie przywiązuje nadmiernej wagi do strat, poszukuje optymalnych form działalności. Zajmuje się rzeczami najważniejszymi, co tylko może podzleca innym firmom, buduje zespół wspólników/pracowników. Ma duże szanse na zbudowanie solidnej firmy, jednak często płaci za to zdrowiem, rozpadem rodziny. Towarzyszy mu napięcie związane z ogromną odpowiedzialnością (negocjuje umowy, dopilnowuje pracowników, wysłuchuje narzekania dziewczyny, że nie ma dla niej czasu). Wiecznie w drodze i przy telefonie.
Rzemieślnik. Typ człowieka, który posiadł (dzięki ciężkiej pracy i/lub talentom) unikatową umiejętność lub zwyczajnie solidny fach. Znajdziemy ich na budowie, kładą kafelki, przycinają bukiety, piszą oprogramowanie, grzebią w samochodach lub wywożą szambo. Pracę nie zawsze kochają, większą wagę przywiązują do życia osobistego. Zazwyczaj pracują sami lub w małym zespole podobnych fachowców (często na czarno). Zarabiają różnie, generalnie z racji posiadanych umiejętności, zapotrzebowanie na nich jest. Z punktu widzenia zamawiającego wystarczy, żeby byli w miarę kontaktowi, solidni i dotrzymywali terminy. Do tej grupy dorzuciłbym artystów (ilustratorzy, muzycy), którzy mają trudniejszy start (atutem są niskie koszty) i dłużej pracują na uznanie, ale mają dużo wyższy potencjał rozwoju.
Handlowiec. Człowiek o pewnych wspólnych cechach organizatora (brak sztywnego przywiązania do dziedziny działalności, łatwe nawiązywanie kontaktów) i rzemieślnika (celem nie jest budowa coraz większej organizacji, tylko maksymalizacja zysków i konsumpcja). Największy kapitał to kontakty, wbrew obiegowej opinii dobry handlowiec musi być uczciwy, przy współpracy najważniejsze jest zaufanie.
Spełniony. Ludzie, którzy odnieśli jakieś sukcesy w pracy, mają pieniądze, przyjaciół, odbyli dziesiątki inspirujących podróży po świecie i chcieliby spełnić swoje marzenie: otworzyć knajpkę, biuro podróży, galerię czy firmę szkoleniową. Ich cechy osobowościowe są przeróżne, łączy stabilizacja życiowa, zaufanie do własnych umiejętności i wyborów (potwierdzona dotychczasowym życiem).
Z każdym typem (w rzeczywistości jest ich dużo więcej, nakreśliłem tylko kilka podstawowych, z którymi najczęściej się stykam) wiążą się szanse i zagrożenia. Niedługo je opiszę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)