piątek, 29 sierpnia 2025

Maraton, który nie poszedł zgodnie z planem

 Technologia ułatwia życie. I często je z tego powodu komplikuje. Po kilku latach ogarnąłem w końcu jak wgrać trasę do zegarka. To otworzyło nowe możliwości: zamiast polegać na publicznych drogach bądź znajomych szlakach, mogę wyznaczyć trasy oparte o szlaki turystyczne. Nie przeszkadza brak internetu, zegarek pokazuje kierunek na podstawie GPS oraz trasę na bazie wgranej wcześniej ścieżki.

Dlatego przy okazji wylotu do Lecco nad jeziorem Como przygotowałem sobie taką trasę. Miasteczko leży pod uroczą górą Monte Coltignone (1479 m n.p.m.), na którą postanowiłem wejść.



9 lat temu przebiegliśmy z Tomkiem sąsiadujące z Como jezioro d'Iseo. Tomek opisał wyprawę w 3 częściach:

https://runaroundthelake.blogspot.com/2016/11/giro-del-lago-diseo-dzien-1-idea-i.html

https://runaroundthelake.blogspot.com/2016/11/giro-del-lago-diseo-dzien-2-bieg.html

https://runaroundthelake.blogspot.com/2016/11/giro-del-lago-diseo-dzien-3-powrot-i.html


Trasa wokół Iseo miała 70 km, Como ze względu na charakterystyczny kształt odwróconego Y jest o wiele dłuższe, zatem bieg dookoła jeziora nie wchodził w rachubę. Postanowiłem zatem przebiec ok. 20 km wzdłuż jeziora, zwiedzić małe miasteczka i wioski a potem wrócić przez Monte Coltignone, robiąc ok. 40 km.

Planując trasę z mapami internetowymi wyznaczyłem sobie dwa główne punkty wycieczki: kąpiel w wodospadzie Cascata Del Cenghen oraz punkt widokowy Belvedere Parco Valentino blisko szczytu, z którego rozciąga się niesamowity widok na całą odnogę jeziora. Z punktu widokowego już krótka droga na szczyt i zbieg niczym kozica do miasteczka Laorca, skąd asfaltowymi drogami miałem wygodnie wrócić do Lecco.

Wszystkie punkty planu zaliczyłem. Tyle, że poszło zupełnie inaczej niż się spodziewałem... Ale po kolei.


Przerwany szlak

Początek biegu zaczyna się od śniadania. Tutaj jestem od lat konsekwentny: jajecznica z 3 jaj, pomidory, papryka, pieczywo, kawa. Solidne śniadanie, które co prawda ciąży przez 2 godziny, ale daje paliwo na pierwsze 20 km.

Na trasę zabrałem wafelki kakaowe, pół litra (kefiru) i 2 litry wody. Miało padać późnym popołudniem, ale już się poznałem na parnym podalpejskim klimacie, który przy niewielkiej ilości słońca potrafi skutecznie przegrzać organizm. Stąd zresztą planowana kąpiel w wodospadzie - nie tylko jako atrakcja, ale i schłodzenie ciała.

Spakowałem również słuchawki, żeby w drodze powrotnej słuchać muzykę i utwór, który najbardziej pasował mi do wyprawy: Donaukinder zespołu Rammstein.

Kwadrans po 9 zaczynam z głównego skweru.




Pierwszy kilometr krążę po mieście, w tym czasie zegarek nie może złapać GPSa, albo ja nie umiem go obsługiwać. W końcu pod samą górą zaskakuje.


Kończy się miasteczko, zaczyna szlak turystyczny. Na mapie wygląda na płaski, jednak to tylko iluzja wykresu liniowego zestawionego z wejściem na górę. W praktyce są to liczne podejścia i zejścia między górą a jeziorem. Bardziej niebezpieczne odcinki zabezpieczone są siatkami przed spadnięciem lub kamieniami, które mogą spaść z góry.









Biegnie się bardzo przyjemnie, gdy nagle w połowie trasy do pierwszego miasteczka natykam się na taki znak (ten konkretny jest akurat z drugiego końca szlaku):



Zamknięte i cześć. Zawracaj, nie ma innego przejścia, kończ waść wyprawę.

Dlaczego zamknięty? Pewnie gdzieś przerwany. Ale tu nie jest wysoko, więc jak dotrę w miejsce, które się osunęło, podejmę decyzję co dalej. Wysokość przekracza już 300 metrów, wyłaniają się zza drzew pierwsze panoramy.



W końcu poznaję przyczynę zamknięcia szlaku. Pierwsze osunięcie:




Ok, może zimą jak jest ślisko to może być niebezpieczne, ale teraz nie stanowi przeszkody. Myślę sobie: jeśli pojawi się coś naprawdę niebezpiecznego, to w relacji pominę cały dany szlak. Nie chcę, żeby ktoś na niego wchodził pod wpływem mojej relacji. Na pewno nie szedłbym tu z dziećmi, ale dla doświadczonego górskiego biegacza ten odcinek nie przedstawiał trudności.

Widzę już pierwsze miasteczko: Abbadia Lariana.




Trafiam na parę pierwszych turystów na szlaku. Idą z naprzeciwka - dobry zwiastun - jest przejście! I wtedy wyłania się już konkretnie zawalona ścieżka:



Czy ci turyści szli z Abbadii, czy zawrócili? Po chwili namysłu piszę do chłopaków z Tricity Ultra:

Ja: Tomek, iść dalej?
Tomasz: Iść
Tomasz: Też mi kazałeś iść

To nawiązanie do naszej przeprawy wzdłuż tuneli d'Iseo. Opracowuję przeprawę powyżej ścieżki, gdzie chwytam się drzewek i bez większego problemu pokonuję odcinek. 





II

Nad Como

Kilometr później jestem już w Abbadio. Miejscowość dla plażowiczów, bez większych zabytków. Założyłem swoją ulubioną koszulkę z biegu Solidarności z czerwonymi rękawami:


oraz białe skarpetki do sandałów, żeby wraz z sarmackim wąsem dopełnić narodowego anturażu.




Schłodziłem twarz i ruszyłem dalej. Szlak zmienił się w malowniczą trasę dla pieszych. Przed Mandello ujrzałem uroczy stary kościółek.





W środku pokryty był w całości freskami. Ech, gdybym mógł dłużej zostać...



W miasteczku był jeszcze drugi kościół, ale wystrój miał już barokowy, więc nie wzbudził większych emocji. Za to zaintrygowały mnie obrazy drogi krzyżowej. Mój przyjaciel Marek, historyk sztuki, zawsze się ze mnie śmiał, że nie odróżniam wesołej twórczości od sztuki. No dla mnie te obrazy coś w sobie miały, więc je zachowałem.






Dłużej nie było co kręcić się w miasteczku, zacząłem kierować się do wyjścia. Ale ze względu na prace remontowe na linii kolejowej musiałem zboczyć z wyznaczonej trasy. Postanowiłem zajść do niewielkiej Maggiany, która wznosi się już nad Mandello. W nogach miałem 17 km i ponad 600 metrów wzniesień. Zaczynałem odczuwać skutki upału. Maggiana wyglądała uroczo, jakby żywcem wyjęta ze średniowiecza. Na placyku był kamienny zlew i kranik z chłodną wodą.



III

W górę

Powoli opuszczałem zamieszkane tereny.




 Kolejne 10 km miałem iść już niemal ciągle pod górę leśnym szlakiem.



Na 20-stym km tradycyjnie zjadłem kilka wafelków i popiłem kefirem. Kwaśny kefir świetnie łagodzi słodycz, a razem dają energię na drugą część trasy. Zbliżałem się do pierwszego ważnego punktu na trasie: wodospadu.



Woda - cudownie lodowata! Odzyskałem lekkość.


Która z kolejnym kilometrem wyparowała. Szlak był ciężki. Kamienisty, obijał stopy w nieamortyzowanych sandałach. I ciągle pod górę. Przypominały mi się górskie ultra. To miał być maraton turystyczny, a nie górski! Że też nie wpadłem na to kreśląc mapę z ponad 2 km przewyższeń...







Byłem coraz wyżej, ale jak to w górach: za każdym szczytem wyłaniał się kolejny i kolejny. Człapałem w parnym powietrzu nie siląc się na oczekiwania, że to się kiedyś skończy. Górskie ultra wyleczyły mnie z nadziei. Trzeba po prostu iść.

W końcu kamienisty szlak przeszedł w uliczkę. Usiadłem, dopiłem kefir i wciągnąłem kolejne wafle.



I tak dotarłem do turystycznej wioski Meridiana. To ja tu wypruwam sobie żyły, żeby wdrapać się na punkt widokowy, a inni wsiadają w autobus lub samochód, dojeżdżają do wioski i idą kilka km wygodnym szlakiem :)



Skorzystałem z wygód i ja. Zmęczenie odeszło. Za to przyszły skurcze nóg. Jakby tylko na to czekały. Z przodu pod lewym kolanem. Wygina mi nogę, powłóczę nią. Ale nie panikuję - już to przechodziłem na ostatnich biegach górskich. Za kilka minut przejdzie. Przeszło. I wyszło za prawym kolanem. To nawet było zabawne. Jakby każdy mięsień chciał ponarzekać, że było mu ciężko.

Tak jak wcześniej byłem sam na szlaku (nie licząc grupki Włochów, która chyba szła do wodospadu), tak teraz mijam sporo turystów. I wielu z nich rozmawia po polsku. Nagle patrzę: idzie z dziewczyną gość podobny do Tomka i rozmawiają po naszemu. Mówi mi - buongiorno!, ja mu - cześć! Nawet zdziwił się jak Tomek. Zanim wyciągnąłem aparat zdążyli się oddalić.



Czuję bliskość głównego celu wyprawy. Jestem na wysokości chmur.



Wreszcie docieram do platformy. Tego momentu najbardziej się obawiałem na kanapie: że w trakcie kręcenia filmiku telefon mi spadnie w przepaść.




Cały film z panoramą jest w teledysku, który zamieszczę na końcu wpisu. Widok był nieziemski. Nagle zobaczyłem, że chmury gwałtownie wznoszą się w kierunku szczytu. Trzeba się zbierać, nim zacznie padać.

Jestem już mentalnie w domu. Wszystkie cele osiągnięte. Dochodzę jeszcze na szczyt Coltignone, który jednak jest zarośnięty lasem, a chmury zasłaniają widoki.






IV 

Walka o życie

I tutaj zaczyna się etap, którego kompletnie nie wziąłem pod uwagę. Otóż zdając się na aplikację do wyznaczania trasy, wybrałem szlak pieszy, który okazał się częściowo wspinaczkowy. Pierwsze zaniepokojenie tknęło mnie, kiedy zacząłem schodzić ze szczytu. Samotna tabliczka wskazywała w... przepaść.



Ścieżka prowadziła granią, ale gdzie nie spojrzeć to otchłań.



Zszedłem kawałek i usiadłem, żeby zrobić zdjęcia. 


Spojrzałem w górę: uff ale stromizny pokonałem. Na razie wciąż nie byłem świadom, co mnie czeka.



Tu jeszcze dało się usiąść, wyszedłem wreszcie z chmur. Widok... budził respekt.



Zaczynam schodzić i nagle widzę leżące w trawie łańcuchy. A dalej przypięte do skał. Bo kolejny odcinek trzeba pokonać wzdłuż takiego klifu nad przepaścią! Wtedy zacząłem się naprawdę bać. Trzymałem się kurczowo łańcuchów i ostrożnie stąpałem. W głowie kotłowanina myśli: co jeśli to szlak wspinaczkowy? Co jeśli trzeba mieć jakieś przypinacze, kask i inne przybory? Co jeśli szlak będzie nieczynny w połowie trasy? Co wtedy? Czy dam radę wrócić? 

- Przestań panikować! - usłyszałem głos z Cienia. Skup się na nie popełnieniu błędu. To wszystkie "co jeśli" to tylko niepewność. Prawdziwe ryzyko to nieostrożność. Podłoże jest stabilne, łańcuchy solidne, mam trasę na zegarku, szlak jest oznaczony, a sandały są przyczepne do chodzenia po górach.

Wszedłem w tryb przetrwania. Widzenie tunelowe, pełna koncentracja na pokonaniu przeszkód, tętno spadło o połowę do 80, podczas gdy pod górę dochodziło do 180. Kolejny problem: jeden odcinek trzeba zejść po skale. Jedną ręką trzymam łańcuch, drugą skały. Uspokajam się - to nie jest ścianka, gdzie ześlizgują mi się palce. To bardziej jak schodzenie po drabinie. 

Pierwsze "pionowe" zejście za mną. Idę wzdłuż góry, czasem udaje się potruchtać. Nawet trochę pod górę (co w tym momencie mocno obniża morale). Wdrapuję się na mały szczyt i zonk. Nie ma szlaku. Gdzie nie spojrzę - przepaść. W jedną stronę wygląda jak ścieżka, ale zegarek pokazuje, że to przeciwny kierunek. Za to zgodnie z zegarkiem schodzę z 2 metry w dół i takie skały, że nie wrócę. Wchodzę znowu na szczyt. Niech mnie już lepiej piorun trafi (zaczyna kropić), niż miałbym tu spaść. Została ostatnia opcja: krzaki. Rozsuwam je - i jest! Czerwona kropka na kamieniu. Ależ ulga.

To był najbardziej kryzysowy punkt zejścia. Mimo, że zaczęło padać, poczułem się pewniej. Zszedłem już kilkaset metrów. Był jeszcze jeden bardziej niebezpieczny odcinek, pod takim nawisem. Nie pamiętam już czy przed tym szczytem, czy za nim. 

Pojawiły się dłuższe odcinki leśne. Zacząłem wdrażać plan zbiegania na kozicę. Kilka odcinków zjechałem na tyłku, kilka razy zatrzymałem się na drzewie. Podrapałem ręce i nogi, pobrudziłem się błotem. To było ryzyko. Niepotrzebne. Zwolniłem. Łańcuchy pojawiały się na odcinkach, gdzie nie było drzew. Ale już nie czułem lęku, bo nie było takiej przepaści jak ze szczytu. A zatem to siedziało w głowie. Lęk wysokości.

Deszcz przeszedł w ulewę. Byłem kompletnie przemoczony. Wyszedłem z lasu i ujrzałem mroczne szczyty góry na tle czarnych chmur. Cóż za zniewalający widok. Oparłem się o drzewo i wyciągnąłem telefon, żeby zrobić TO zdjęcie. Byłoby idealnym podsumowaniem wszystkiego, co przeszedłem. Ale nie miałem suchego skrawka materiału, żeby osuszyć szybkę i nie byłem w stanie odblokować telefonu. Palec ślizgał się, kreśląc losowe zygzaki. Schowałem telefon, żeby się nie zalał i ruszyłem dalej. 

Który to był kilometr? Wszystko już się zlewa. Ścieżka szlaku była nitką z kamykami, która często znikała, zegarek miał odchylenia po kilka metrów. Ale to nie mogło mnie zaskoczyć. Najbardziej stromy odcinek szedł 330 metrów w dół na 1 kilometrze. I technicznie był bardziej wymagający niż to przesuwanie się z łańcuchami "na klifie". W końcu wybiegłem z lasu, zobaczyłem asfalt i wykrzyknąłem "Jestem uratowany!". Cieszyłem się jak dzieciak. Podziękowałem najwyższemu jak Salieri: Grazie Signore!


Tylko u mnie to było z autentyczną wdzięcznością :)

Zostało 5 km do domu. Z góry, w ulewie, po asfalcie. Czyli: będzie lekko, będzie chłodzenie i nie będzie ryzyka potknięcia. Spływałem sobie z wodą płynącą ulicami.


Epilog

Pisałem przy okazji pierwszego szlaku, że jeśli zrobię coś niebezpiecznego, to tego nie opiszę. W tym wpisie opisałem wszystko jak było. Bo po fakcie dowiedziałem się, że to jednak normalny szlak pieszy Sentiero G.E.R. Dla wspinaczy i doświadczonych piechurów. Nie zrobiłem nic nielegalnego. Zapewne dla ludzi, którzy wchodzą na góry typu Orla Perć, to przedszkole. Teraz kiedy już wiem, że szlak jest w pełni zabezpieczony, niepewność zniknęła. Nie ma już miejsc, które mogą mnie zaskoczyć. Wiem gdzie rozsunąć krzaki, żeby odnaleźć kamień z czerwoną kropą. Gdybym miał wejść czy zejść nim po raz drugi, nie byłoby tego strachu przed nieznanym.




Na koniec utwór, który towarzyszył mi przy planowaniu tej wyprawy. Epicka solówka z widokiem ze szczytu - tak jak sobie wyobrażałem :)




1 komentarz:

  1. Aleś mi wspomnienia rozbudził. Spałem kiedyś 15 lat temu na Lago De Iseo 3 dni w sadzie figowo oliwnym, na dziko pod namiotem - autostopem z Polski, spanie tam wyszło przypadkiem. Obok kilka opuszczonych domów, nikt nas nie niepokoił. Od strony brzegu przypływały wielkie jachty z milionerami i młodymi paniami, rzucały kotwicę, bawili się zakładając że od tej strony wyspy będzie cisza i prywatność. Ile ja się tam tych fig najadłem...

    W Como jeśli nie byłeś to polecam muzeum Wolta (od baterii).

    Pozdro w44

    OdpowiedzUsuń

W ramach eksperymentu wyłączam moderację komentarzy.

Zasady komentowania:
- żadnego spamu i reklam (także linków do serwisów w nazwie użytkownika),
- komentarze obraźliwe będą usuwane,
- proszę o zachowanie kultury i brak kłótni; różnice zdań należy wyrażać poprzez dyskusję wspartą argumentami.

Podtwórca