środa, 28 października 2015

Fiesta Łemkowyna

Die schönen Mädchen sind nicht schön. 
Die warmen Hände sind so kalt. 
Alle Uhren bleiben stehen. 
Lachen ist nicht mehr gesund, und bald...
Rammstein "Wo Bist Du"

- Dziesięć! Nine! Osiem! Seven! Sześć! Five! Cztery! Three! Dwa! One! Pooszlii!
I poszli, a raczej przetruchtali deptak, równo o północy i wkrótce skręcili na górski szlak. Trzystu, wśród nich ja. Tak się wleczemy z Tomkiem, że po pierwszym kilometrze zostajemy na końcu stawki.
- Zobacz, mieliśmy czas 10 minut na kilometr, w zeszłym roku dałoby to nam podium - zauważa i 
wybuchamy śmiechem.

Łemkowyna Ultra Trail - 150 kilometrów z Krynicy Zdrój do Komańczy, blisko 6 km przewyższeń - kolejny cel w biegowej podróży. Czy robię to dla siebie? Czy aż tak bardzo lubię bieganie, żeby doprowadzać organizm na skraj wytrzymałości? Co i komu chcę udowodnić? Co leży poza granicą niemożliwego? W tym momencie o tym nie myślę, jest przyjemnie, ciekawie, a wizja końca równie odległa co Boże Narodzenie. Wystartowałem, bo się zapisałem. Zapisałem się, bo po jakimś biegu poczułem się silny. Czy to ma znaczenie? Jestem tu, bo tego chciałem. Jesteśmy tu we czterech (TriCity Ultra) : Stasiu i Michał, dwa psy gończe, które dawno temu pognały do przodu oraz Tomek i ja, dwa parowozy, które docisną w swoim czasie.

Posuwamy się spokojnie, do pierwszego punktu żywieniowego zgodnie z planem - razem. Razem mamy dojść do kolejnego na czterdziestym ósmym kilometrze, ale przy zejściu ze stromej góry biegnę za szybko i nie czekam wystarczająco długo. Zostawiam Tomka, który wkrótce przeżywa najcięższy kryzys. Taki biegowy standard, gdy umysł głupieje na myśl o końcowych cyfrach na mecie. Co zapamiętam z biegu? Że popierdzielałem, zdychałem, ale dolałem do pieca i och ach jaki piękny wynik? Rok temu dobiegła do mety połowa ludzi, marzyłem byśmy ukończyli wszyscy razem, a być może mój przyjaciel zejdzie z trasy, bo ja będę kilka minut szybciej. Te myśli przyjdą później. Na razie jest moc i wyprzedzanie. Nadchodzi dzień.

Nie mam żadnych żeli, batonów ani innej chemii. Na punktach piję herbatę, zupę pomidorową, colę, jem herbatniki, pieczone ziemniaki, w bukłaku czysta woda. Jadę na spalaniu tłuszczowym. Pół roku temu narobiłem masę błędów i zostałem sponiewierany, ale odrobiłem lekcje i nie widzę zagrożeń. Błąd - wspinając się na Łysą Górę nie chce mi się zdejmować wiatrówki i doprowadzam do lekkiego przegrzania organizmu. Ponad godzinę zajmie mi dojście do siebie. Przynajmniej wiem co najbardziej wyciąga siły :)

80-ty kilometr, stacja Chyrowa, najtrudniejszy 80 km odcinek za mną. Dotankowuję bukłak colą, ruszam do baru po posiłek i nagle ktoś zaczepia mnie na schodkach. Zdezelowany Misiek pokazuje stopę topielca i prosi o pomoc w naklejeniu plastra. Okazuje się, że Stasiu postąpił podobnie jak ja i pognał do przodu, nie słysząc nawoływań Michała, który właśnie złapał zmorę biegaczy: ITBS (w skrócie łupie w kolanie, bo nie wytrzymał jakiś mięsień w dupie). Dla mnie wyścig się kończy, nie zostawię drugiego kolegi. To znaczy wtedy jeszcze liczę, że przeciągnę go poniżej 30 godzin, może dlatego tak ochoczo przystaję na wspólną kontynuację biegu, ale gdybym sobie przypomniał że mi ITBS nie pozwalał przebiec więcej niż 5km, to oszczędziłbym sobie późniejszego zawodu.

Przed nami dystans zeszłorocznego ŁUT70 i wydaje się, że to już bułka z masłem, tyle że w nogach mamy 80 km i jedną nieprzespaną noc, a za rogiem czai się kolejna i wciąż 70km przed nami. Zaczynam tracić złudzenia, że popędzę Michała - z ITBSem nie może zbiegać, ale pod górę też spowalnia. Się gnało na początku, się nie ma powera, sorry Misiu ale taka prawda, trzeba było na początku zamykać stawkę z Tomkiem i ze mną :) Zapada zmrok, mijają nas zawodnicy, których dawno temu zostawiłem z tyłu, czuję wewnętrzną złość, że nic nie mogę zrobić. Ale coraz częściej pojawiają się momenty, które sprawiają, że znika myślenie o biegu, mecie. Pierwszy taki moment: po zejściu z Cergowej przystaję by popatrzeć na tę piękną górę. Rok temu podziwiałem ją za dnia, teraz jest noc, niebo czyściutkie, zasłane gwiazdami, księżyc prawie w pełni. Na podłużnym szczycie góry błyskają co jakiś czas światełka - promienie latarek biegaczy, znak że walka ludzi z żywiołem trwa. Kilka kilometrów dalej, Iwonicz Zdrój, witają nas okrzyki z estrady, grupka wolontariuszy zachowuje się jak gwiazdy z Opola mające za publiczność dwóch, w porywach do czterech biegaczy. Jest chwila na ciepłą kawę, pączka, ciastka. Już nie biegnę, teraz świętuję! Jeden lubi przetańczyć noc w dyskotece, ja lubię przebiec noc w górach!

Chwile fiesty mieszają się z bezsilnością. Tempo jest dla mnie za wolne, zaczynam marznąć. Temperatura szybko spada, zrywa się silny wiatr. Zakładam wszystkie warstwy ubrań, łącznie z płaszczem przeciwdeszczowym. Michał każe mi biec samemu do stacji w Puławach. Tu kolejna impresja. Suniesz sam przez noc w sąsiedztwie mając tylko majestatyczne czarne szczyty i gdzieniegdzie wątłe światełka z okien domków, by w finale wejść w gwarny rozświetlony punkcik na ziemi. Małe kolorowe mrowisko w wielkiej ciemnej pustce. Stacja Puławy Górne, 121 km - to już standard na tym biegu, że witają mnie niezwykle przyjacielscy i pomocni wolontariusze. To tutaj serwują kultową zupę z dyni i imbiru. Jest ciepło, akumulatory ładuje spora grupa biegaczy. Wkrótce dociera Michał i gdy się wzmacniamy, do środka dziarsko wparowuje Tomek. Moment gdy nas dostrzega zapamiętam na zawsze, uśmiech rozlewa się mu po twarzy, a dłonie unoszą gdy krzyczy "Kogo ja tu widzę?!" Ulga i radość spływają na mnie, już wiem że wszyscy skończymy ten bieg.

Tomek zamierza zdrzemnąć się pół godziny, ja również podejmuję taką decyzję i coś jakby puszcza w głowie, bo zaczynam przysypiać na siedząco. Ale Misiek nie może się zatrzymywać, bo pół godziny bezruchu może go przygwoździć, więc musimy ruszać na ostatnią trzydziestkę. Pierwsze kilometry gdy wchodzimy polami pod górę są niemal mistycznym doznaniem. Niebo gwiaździste nade mną, wichura świszcze, a mimo to ciepło we mnie. Przez myśli przelatuje mi na okrągło obraz Frodo i Sama przemierzających Mordor. Byłem pewien, że taki obraz istnieje, ale złożyłem go z wielu innych, niemniej kruchość tych dwóch postaci w kapturach oddaje jak wtedy się czułem:



Przez kilka km idziemy pod górę otwartą przestrzenią, a później ok. 10 km szczytami. Na tych szczytach przeżywam poważny kryzys - gdyby nie potworne zimno, zasnąłbym. Zdaje mi się, że przysypiam gdy mrugam, czasem zarzuca mnie na bok. Krzaki układają się w postacie zwierząt, taśmy odblaskowe znaczące trasę w węże. Niebo nade mną płynie. Rozhulany wiatr przenika każdą szparę w ubraniu. Zejście, podejście, zimno, taśma, zejście, podejście, zimno, taśma... Jestem świadomy, że nie myślę racjonalnie gdy mieszam program komputerowy z trasą, ale nie potrafię naprowadzić umysłu na właściwe tory. Najgorsza jest świadomość, że taki stan będzie trwał jeszcze całe godziny! Michał mówi, żebym pił, ale woda z colą ciężko przechodzi przez gardło. Nagle coś mu się przestawia i rusza gwałtownie do przodu - idzie tak szybko, że muszę za nim truchtać. Szybsze tempo wreszcie mnie otrzeźwia, gdy nagle Michał mówi:
- Teraz będzie rzeźnia.

Zejście z Tokarni do ostatniego punktu. Na początku tak strome, w dodatku pokryte błotem, że z połowa ludzi się wywraca (w zeszłym roku sam zaliczyłem glebę). Jestem bez kijków, więc jedyna taktyka polega na zjeżdżaniu po błocie od drzewa do drzewa i machaniu rękami. Tak, teraz już senność zupełnie odchodzi. Wreszcie kończy się błoto. Biegnę, a wbite w trawę chorągiewki przewijają się niczym kadry filmu. Znowu jest ciepło. W przełęczy trwa walka z żywiołem - trzech zakapturzonych mężczyzn podtrzymuje prowiant na stoliku razem ze stolikiem. Zachęcają mnie bym usiadł w namiocie i schronił się przed wiatrem - faktycznie Misiek ze znokautowanym kolanem raczej z góry nie pobiegnie, więc mam trochę czasu :) Delektuję się kawą i czekoladą oglądając przedstawienie o polarnikach walczących z żywiołem. Wreszcie schodzi.. Tomek :) Razem z poznanym na trasie Kubą. Wkrótce ruszamy we czterech na ostatni 14-sto kilometrowy odcinek.

- A gdzie Misiek?
- Chyba został z tyłu.
- No to zrobimy to co on zawsze nam, zostawimy go :)
Jakby ktoś nie wiedział, to to był humor sytuacyjny. Do teraz gdy myślę o tej sytuacji automatycznie się uśmiecham. Szczególnie, że później Michał nam opowiedział, że pozostawiony sam w nocy w górach, w lesie,  czuł się jak pokarm dla niedźwiedzia :) Kilkanaście km przed metą czuję się, jakby było już po biegu. Owszem, trzeba dorobić te kilometry, ale organizm już odpoczywa. Do tego świta i choć wciąż cholernie wieje, rozwiewają się też resztki senności.

Na metę wpadam wyjątkowo niezajechany. Przypadkowo spełniło się moje marzenie o tym, żeby wybrać się na jakiś długi dystans i pokonać go bez dużego zmęczenia. Jest właśnie tak jak piszą w mundrych książkach: człowiek może biegać całymi dniami i nocami! Poza granicą naszych możliwości tkwią pokłady niedostępnej dotychczas energii. Sięgamy po nią, a gdy dochodzimy do kresu, znowu się odradzamy. Bieganie ultra, to bieganie głową, słabszy biegacz pokona lepszego, jeśli potrafi słuchać swojego organizmu, nie daje ponieść się euforii i regularnie uzupełnia płyny, zamiast uparcie ich odmawiać ;) Rok temu ten bieg wydawał się czymś nieosiągalnym, zwieńczeniem amatorskiej kariery ultrasa, ale wystarczyło dobrze się przygotować, zebrać doświadczenia i regularnie trenować, żeby doświadczyć go nie jako drogi przez mękę, ale prawdziwe święto biegaczy.




środa, 30 września 2015

WIG20 w kanałach

Dziś kilka zabaw z wykresami długoterminowymi:

WIG20 
Indeks polskich blue chipów po cenach zamknięcia w skali miesięcznej - blisko mocnego wsparcia.


Linie po ekstremach wyglądają trochę gorzej, jest miejsce do kilkunastoprocentowego zjazdu - to by dopiero była okazja!



S&P500 - porównanie bessy z czasów Wielkiego Kryzysu do sytuacji po 1994 - czasowo niemal w punkt.

poniedziałek, 21 września 2015

Ładnie kreślą

Sierpniowy kraszek narobił smaku na 'big short', czyli szybki, duży zysk z krótkich pozycji. W 2014 roku dwa razy próbowałem zarobić na tzw. fali C :


Czyli: po pierwszej silnej fali wyprzedaży, która łamie jakieś istotne wsparcie (np. sma200), mamy szybką korektę 3-falową znoszącą ok. 50-62% spadku, po której występuje kolejna fala wyprzedaży. Obie próby złapania trendu spadkowego (styczeń i październik) zakończyły się porażką:


Tym razem sytuacja wygląda lepiej dla niedźwiedzi, ponieważ:
- Została wyłamana znacznie ważniejsza średnia (sma200, a nie sma50) i dodatkowo wygenerowany został tzw. krzyż śmierci. Przez ostatnie lata ten sygnał dawał jednak fałszywe sygnały, podobnie jak wszystkie wskaźniki makro sugerujące wysokie przewartościowanie amerykańskich akcji.
- Indeks nie odrobił natychmiast strat, tylko zaczął się konsolidować, kreśląc trójkąt; nie zdołał również zakryć luki z 21 sierpnia i zniósł przepisowe ~60% spadku.

Formacja wygląda aż za pięknie i każdy ją widzi, ale w ostatnim roku wiele aktywów czy walut wpadło w silne trendy spadkowe (ropa, miedź, eur, aud itd.), choć trzymały się długo i co chwila padały fałszywe sygnały sprzedaży.

Długoterminowo nadal obstawiam łagodną bessę w Polsce, podobną do tej z lat 2004-2005 która powinna skończyć się jeszcze w tym roku. Spadki wykorzystuję do powiększania pozycji w akcjach. Co ciekawe gdy zapuściłem dziś dawno nie odkurzanego analizera S&P500, dostałem tylko 1 analogię:



1953 rok, czyli przystanek w silnej hossie po Wielkim Kryzysie.

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Trochę perspektywy

Wyczekiwałem tych spadków przez cały 2014 rok, ale rynek znowu był sprytniejszy i poczekał aż kupię za dużo :) W styczniu zacząłem tracić cierpliwość i powoli wracałem na rynek:
http://podtworca.blogspot.com/2015/01/nie-o-take-besse-zesmy-walczyli.html
Była to dobra decyzja, bo bardzo szybko zarobiłem na fali wzrostowej. Jednak w pewnym momencie powstał dylemat - jeśli zainkasuję zyski, mogą ominąć mnie prawdziwe wzrosty (opisywałem to wiele razy na przykładzie Monnari czy ATM Grupy), jeśli natomiast wzrosty są tylko falą B bessy i nadejdzie mordercza fala C, zyski zamienią się w straty.

Ostatecznie wybrałem rozwiązanie pośrednie - nieznacznie powiększałem pozycje, pozostawiając większą część portfela w gotówce. Niestety z czasem pozycja w akcjach stawała się coraz większa i obecnie dochodzi do blisko połowy. Dobierałem na sygnałach kupna akcje, które pozostają w świeżych trendach wzrostowych. Dzisiejsze spadki były pierwszymi, które odczułem na portfelu, ale gdy patrzę na akcje w skali miesięcznej, to właściwie nic się nie stało:

Atrem - kupowany między kwietniem a majem - wciąż jest zysk, ale co z tego
skoro długoterminowe wsparcie trendu wzrostowego biegnie na 4 zł...

Niektóre spółki jak Procad czy 08Octava mocno się oddaliły od ceny zakupu i korekty zjadają tylko zysk, inne jak Komputronik czy Tesgas weszły w stratę. Nastawiam się psychicznie, że będzie dużo gorzej, ale akcji nie oddam. Po pierwsze choć wszyscy piszą o krachu i bessie, rynek jest całkiem silny i ma wiele do nadrobienia:


Analizuję ten indeks (cały rynek) od lat i dzisiejszy kraszek niespecjalnie zmienił cokolwiek w wieloletnim odbiorze. Gorzej wygląda już SWIG80:


ale i tutaj jest światełko w tunelu - do końca 40-miesięcznego cyklu hossa-bessa zostały "tylko" 4 miesiące. Jeszcze raz C_ pozbawiony tym razem kresek:


Akcje spadają od 8 lat, w tym czasie tylko raz - w 2009 roku - mieliśmy do czynienia z silną hossą na szerokim rynku. Większość uczestników rynku od 8 lat traci pieniądze, w pierwszym półroczu 2015 (oficjalne dane z GPW) udział inwestorów indywidualnych w obrocie akcjami spadł do najniższego poziomu: 12%. Tyko na rynku Newconnect indywidualni rządzą: 79% udział w obrocie. Być może dlatego ten indeks wygląda tak:


Nie mam złudzeń: jeśli mamy do czynienia z falą C, to spadki mogą dojść do absurdalnych poziomów. Obserwowałem to w 2008, gdy zaczynałem przygodę z giełdą i z głupia frant udało mi się kupić blisko dna październikowej paniki, obserwowałem w 2011, gdy od miesięcy grałem na spadki. Tym razem po ponad roku czekania wróciłem do akcji za wcześnie (a raczej nie pozbyłem się ich na czas), ale nie żałuję - spadki są mi na rękę, bo moje analizy wskazują, że po tej bessie nadejdzie wreszcie moda na akcje i chcę kupić nadpłynne spółki jak najtaniej, aby trzymać je przez lata. Gdybym kupił PKO po 40zł albo PGE za 20, to pewnie miałbym stresa, ale niewielkie pakiety za 28 i 16 nie spędzają mi snu z powiek - chętnie dobiorę taniej. Może uda się przyszorcić kontraktami i opcjami, choć wolałbym poczekać na jakąś korektę spadków.

środa, 19 sierpnia 2015

3 grosze w kwestii strategii

Ostatni wpis o strategii (a raczej taktyce) gry na płynnych, dywidendowych mułach spotkał się z  emocjonalnym przyjęciem. Zauważyłem, że nie przekazałem bardzo istotnej informacji: jeśli za pomocą narzędzi technicznych identyfikuję silne wsparcie, które daje nadzieję na uformowanie lokalnego dna, to nie kupuję tylko raz z nadzieją na 5% zysk. Interesuje mnie "uklepywanie" dna, czyli kilkuprocentowe ruchy o wysokiej zmienności. Wówczas jest szansa na kilka zyskownych zagrań. Rozpatrzmy to na przykładzie PGE. Dotychczas obróciłem nim 4 razy osiągając stopy zwrotu (po uwzględnieniu prowizji): 5.48%, 1.41%, 2.16%, 0.5% . Razem daje to 9.55% . Po ostatniej transakcji pakiet oczywiście odebrałem taniej.

PGE spełnia wszystkie opisane wcześniej założenia tj.:

- spadł na wsparcia z okolic rocznego max i wyznaczył nowe roczne minima,
- płynność finansowa bez zarzutu (Altman 7.81, blisko 5 mld gotówki i kredytów),
- niskie c/wk (0.64) i c/z (7.48),
- wkrótce wypłaci dywidendę ok. 4.5%

Załóżmy teraz kilka scenariuszy dla mojego pakietu:
- pesymistyczny nr 1:
  spółka dalej pikuje bez korekty i przełamuje kolejne wsparcia - wówczas JEŻELI jej sytuacja fundamentalna się nie zmienia, czekam - może dobiorę na kolejnym wsparciu licząc na korektę, na której zredukuję, żeby obniżyć cenę. Jeśli będę na minusie jeszcze przez miesiąc zainkasuję dywidendę 4.5% i mogę czekać wiele miesięcy na powrót do ceny zakupu - w końcu żadna lokata tyle nie płaci. Łączny zysk wyniesie 9.55% + 4.5% = 14.05% - całkiem przyzwoicie. JEŻELI pogorszy się sytuacja fundamentalna spółki i jej spadki okażą się uzasadnione, zainkasuję stratę pomniejszoną o dotychczas ugrane 9.55%.
- pesymistyczny nr 2:
 spółka zaczyna gwałtownie rosnąć (korekta typu V) - owszem zainkasuję kilka %, ale moja przygoda z PGE skończy się na długi czas, łącznie zarobię 9.55% + ostatnia transakcja
- optymistyczny nr 1:
 spółka zacznie ubijać dno w kształcie L - każdy wystrzał do góry będzie zbijany do dna i będę mógł wiele razy obracać pakietem, osiągając łącznie np. 20% lub więcej
- optymistyczny nr 2:
 po uklepaniu dna pojawi się wiarygodna dla mnie formacja techniczna nowego trendu wzrostowego, wówczas ostatnie zagranie będę mógł wykonać większym pakietem.

Mam nadzieję, że teraz obrane reguły stały się jaśniejsze.

Przy okazji pozdrowienia dla hejtera, który brylował po jednej spadkowej sesji: pierwszy zysk z TPE już wzięty, zgodnie z regułami gry czekam na odebranie pakietu, PKO polecane na blogu po 26.xx już po 28.8 (ale jak napisałem ostatnio, na PKO wyjątkowo nie będę pogrywał, bo trafiło do portfela fundamentalnego pod przyszłe dywidendy).

czwartek, 13 sierpnia 2015

3 spółki i trochę strategii

Motyw kupowania dużych, płynnych, bezpiecznych od bankructwa i płacących sowite dywidendy spółek z WIG20 przewija się od początku bloga. I niemal zawsze jest podejmowany w czasie bessy na tych spółkach. Odpowiedź jest oczywista: te spółki nie rosną z dnia na dzień o 100%, jak wiele maluchów, ale też nie tracą 30% w 2 dni po ogłoszeniu niekorzystnego newsa.

Kupuję niewielkie pakiety takich spółek, gdy mam ochotę trochę pograć. Póki co zawsze wychodzę z niewielkim zyskiem, ale tylko dlatego, że nie kupuję ich na długi termin. Interesuje mnie "dywidenda", czyli zysk 4-5%, dlatego patrzę na nie, gdy spełnione są założenia:
- spółka spada od dłuższego czasu,
- płynność finansowa i wskaźniki fundamentalne są atrakcyjne, brak jakichkolwiek zagrożeń,
- wskaźniki c/z, c/wk stają się bardzo atrakcyjne,
- spółka wypłaci dywidendę, która w razie dalszych spadków przyniesie zysk.

Na dziś biorę na warsztat PGE, TPE i PKO. PKO nie wypłaci w tym roku dywidendy, TPE już to zrobił, a PGE dopiero wypłaci 0.78PLN, co przy aktualnej cenie daje ok. 4.6% brutto.

Zaczynam od TPE (a dokładniej fut na TPE - FTPE), który jest najsłabszy w zestawieniu. Teoretycznie silniejsze spółki nie powinny już spadać, gdy najsłabsze ogniwo osiąga dno. Wsparcie biegnie na 3.30:


Załóżmy, że kupię po 3.30 pakiet, wówczas 3.30 * 105% = 3.47 . Max z tego roku to ponad 5.5 zł.

PGE - ustalenie prawa do dywidendy 28 września, sporo czasu. 2 wsparcia osiągnięte, duża szansa, że odbije, mi wystarczy 5%.


FPKO - zgodnie z wcześniejszymi analizami poziom 27 osiągnięty. Nie wykluczam dalszych spadków, ale 5% raczej w tym roku zarobię. PKO zresztą postanowiłem kupić na dłużej. Łamię w ten sposób wcześniejsze zasady co do gry, jednak kusi mnie budowanie długoterminowego portfela ala Buffet. Dotychczas kupowałem akcje pod hossę i sprzedawałem, gdy z moich analiz wynikało, że nadchodzi bessa. PKO mogłoby być taką inwestycją w płynność: kupić tanio i przez lata wyciągać wysokie dywidendy. Kto nie chciałby kupić Wells Fargo w latach 80-tych:


Niestety jest jeden problem: Polska to nie Ameryka, tutaj bankructwa, golenie lokalsów i reset własności są wpisane w system, dlatego w perspektywie 20 lat powinienem się raczej spodziewać scenariusza greckiego:
Koszmar inwestora - wyjść na 0 po 25 latach

Dlatego zapewne jeśli uzbiera mi się większy kapitał, zacznę szukać przystani na długoterminowe oszczędności w bardziej cywilizowanych zakątkach globu.

czwartek, 6 sierpnia 2015

Don't panic when everyone is panic

PKO zaliczyło dziś prognozowane 26 z hakiem i choć nie zanosi się, żeby na tym miało się skończyć, dla mnie to czas niewielkich zakupów. Nikomu nie polecam naśladowania moich ruchów, niejeden sparzył się kupując w ciemno blogowe prognozy. Właściwie od ostatniego giełdowego wpisu nic się nie zmieniło: indeks nieważony całego rynku idzie w górę (dzisiaj mimo paniki zanotował najwyższy wynik od 4 lat!), a WIG20 w dół. Stąd mój portfel złożony głównie z małych spółek stoi w miejscu, bo ich wzrosty równoważą spadki na tanio kupowanych bankach, dywidendowych energetykach i ropie. Czasem coś przytnę na opcjach, czasem wtopię, czasem wpadnie dywidenda.

Bankowa panika sprowadziła indeks WIG_BANKI zaledwie na zniesienie fibo38.2 od dołków z 2009:



Nie jest to poziom, przy którym kupuje się akcje za grosze, ale jeśli popatrzymy na c/wk dla PKO, to zbliża się już do historycznego dołka:


Przez ostatnie 11 lat PKO wypłaciło 12.57 zł dywidendy na akcję. Jak ktoś kupował niespełna rok temu po 40 zł, to mniej więcej tyle już stracił na jednej akcji... Ale teraz są po 27.6 i kiedy spółka wróci do wypłacania dywidend div yield zrobi się atrakcyjny.

Jak napisałem, kupuję bardzo ostrożnie małymi pakietami. Mimo, że uważam obecne ceny wielu akcji za bardzo atrakcyjne w skali 5 lat, to przeżyłem już krachy na akcjach, towarach, walutach i wiem, że z trendem się nie dyskutuje. Fale spadkowe są bardzo dewastujące i trwają tak długo, aż każdy zwątpi. Niektórzy przetrzymają pozycję, ale pozbędą się jej, gdy tylko wyjdą z dużej straty na 0, a potem będą się wkurzać, że mogli zarobić krocie. I tak wyjdą lepiej od tych, którzy chcieli przetrzymać bankrutów. Dlatego kluczowe jest zarządzanie wielkością pozycji. A także wyczucie rynku, opracowanie planu trzymania pozycji, reagowania w sytuacjach nieprzewidzianych.

Nie widzę jeszcze kulminacji paniki, długoterminowych hiobowych prognoz przy rekordowo niskich cenach. Pozostaje czekać i cieszyć się słońcem.