Maratony w otoczeniu przyrody mają w sobie coś z kontemplowania sztuki. Przyszłość nie istnieje, teraźniejszość odciska się w pamięci, że pamiętasz momenty z biegu jeszcze lata później. Lubię ten stan, kiedy wracasz na stary szlak i doświadczasz emocji z przeszłych wypraw. Łapiesz kontakt z wcześniejszymi instancjami siebie, jakby była między nimi ciągłość.
Niektórzy nie patrzą wstecz i prą do przodu. Ja byłem zawsze przywiązany do wspomnień. Ale te wraz z upływem życia zacierają się. Wszystko co nowe i ekscytujące wydarza się głównie w dzieciństwie i młodości. Kiedy doświadczysz już wystarczająco wiele, pojawia się rutyna. Nie istnieje już w pamięci konkretny wieczór spędzony z przyjaciółmi czy rodzinna wieczerza przy świątecznym stole - jest zlepek podobnych zdarzeń, strzępki konkretnych sytuacji, z których umysł wykreuje na zawołanie uśrednioną historię. Kiedyś chciałem zachować te wspomnienia, chciałem wierzyć, że nawet jeśli zacierają się w mózgu, to jakiś tajemniczy mechanizm świata zapisuje wszystko co do atomu. Pamiętam zdziwienie, kiedy przeczytałem wywiad z którymś z braci Gallagherów, jak stwierdził, że nic nie pamięta z lat największych sukcesów Oasis, bo ciągle imprezował i koncertował. Nie pojmowałem tego.
Z wiekiem zaakceptowałem ulotność historii i płynną strukturę mojej tożsamości. Tym co trzyma mnie przy wspomnieniach nie są konkretne fakty, tylko przyjemne uczucie, które pojawia się na skutek przeżywania ponownie przywoływanych z pamięci scen. Jest jeden typ wspomnień, które są bramą do stanu akceptacji, może tego mitycznego przebudzenia, jedności ze światem czy jak tam zwał. To wspomnienie zapisane jest w całym ciele. Jakiś bodziec: zapach, widok, głos otoczenia, aktywuje je i czuję wtedy zespolenie ze sobą z wszystkich poprzednich momentów. Widok drzewa czy kwiatu wywołuje szczery zachwyt.
Najczęściej ten stan aktywuje się w otoczeniu przyrody podczas długich spacerów bądź turystycznych maratonów z muzyką lub audiobookiem. Nie inaczej było 30 marca 2024, kiedy to postanowiłem przebiec las koło teściów (Rezerwat Ostoja Bobrów Marycha) i północną część Parku Wigierskiego.
Pogoda: prawie idealna, jak na bieg ciut za ciepło. Przygotowanie: dreszczyk emocji przy decydowaniu czy zabrać na trasę chałwę, czy marcepan. Tym razem padło na wafelka i maltanki, oba w czekoladzie. Plus tradycyjnie 0.3 l wody. Założenie: nie odwodnię się, bo będę oddychał wyłącznie nosem.
Rozdział I: Do lasu (1-4 km)
Zaczynam wśród krasnych pól, gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała, gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała. Jest tak pięknie, że jeszcze nie czas na muzykę. Tereny wokół gospodarstwa to pola i pastwiska na wzgórzach, przetykane kępami drzew, strumieniami, bagnami i oczkami wodnymi.
Na tę część trasy zawsze zabieram jakiegoś kija do odganiania przed luźno puszczonymi burkami.
Rozdział II: Ostoja Bobrów Marycha (5-13 km)
Kija nie wyrzucam, przyda się w lesie na wypadek kontaktu z jakimś dzikiem. Raczej nie pomoże, ale przynajmniej człowiek czuje się raźniej. Do lasu wchodzę jako Gandalf Szary.
Próbuję zapisać w historii piękno pierwszych kwiatków. Nie udaje się.
Las jest poprzecinany kilkoma drogami, którymi poruszają się leśnicy i okoliczni mieszkańcy. Próbuję znaleźć alternatywne ścieżki leśne. Te niestety gubią się i kończą w losowych miejscach. Wtedy biorę mapę Googla i szukam charakterystycznych cieni na drzewach. Te cienie to zazwyczaj dzikie ścieżki. Okazuje się jednak, że tym razem to strumyczek-bagienko i muszę się wycofać.
Efekt przedzierania przez moczary: 4 kleszcze i ubłocone nogi.
Suchymi ścieżkami docieram do rzeczki Marychy. Bobrów nie ma, ale też jest zajebiście.
To jest wciąż etap rozruchu. W ciele jest jeszcze zbyt wiele napięć i zmagazynowanej szybko dostępnej energii, żeby wejść w stan drogi.
Etap leśny kończy się nad jeziorem Gremzdel, gdzie filmuję ogromne mrowisko, a potem uciekam w podskokach, żeby strząsnąć mrówki (video na priv).
Rozdział III: Pustkowie Smauga (14-20 km)
Odcinek Jegliniec-Granowo-Wiatrołuża Pierwsza brzmi jak określenie kampanii drugo-wojennej. Kocham nazwy miejscowości z tego regionu: Widugiery, Półkoty, Wiłkopedzie. Sam Tolkien by nie wymyślił.
Otwarta przestrzeń, niemal brak chmur oznacza jedno: zabraknie mi wody. Mam jeszcze asa w rękawie: schłodzenie w jeziorze. Gremzdel był niedostępny, a jezioro Jegliniec mijam od najwęższego boku. Zakładam słuchawki i odpływam. Wchodzi faza chillout, faza drogi: pustkowie Smauga. Gdzie nie spojrzysz, droga i polne krajobrazy.
Zmierzam do finału tego odcinka: Wigierskiego Parku Narodowego.
Rozdział IV: Wigierski Park Narodowy (21-30 km)
Jeszcze tylko jeden zakręt, jeden mostek i wyłania się ona: brama do lasu
Na wejściu niespodzianka: zakaz wstępu, żółty szlak zamknięty ze względu na uszkodzony most na rzeczce Wiatrołuży. Wyobraźnia podsuwa różne pytania: czy ktoś będzie mnie ścigał, czy most się rozpadł i wejście grozi ugrzęźnięciem w bagnie, ile km trzeba będzie w razie czego zawracać. Trudno, coś wymyślę, kiedy tam dotrę.
W Parku jest tak jak miało być: zielono, pagórkowato, klimat jak na obrazach Grottgera, brakuje tylko niedźwiedzia ostrzącego pazury o korę.
Ponieważ na każdym rozstaju mój szlak jest przekreślony, coraz bardziej nurtuje mnie czy uda się przejść przez most lub czy ewentualnie znajdę bród z suchymi brzegami. W końcu docieram do mostku i dylemat się rozwiązuje: most jest w porządku, ktoś po prostu przewrócił stare spróchniałe barierki. Serio? Sama rzeczka jest płytka i spokojnie bym ją przeszedł w wielu miejscach, choć po drugiej stronie rozciąga się już bagienko.
Stąd już tylko 2 km do jeziorka Gałęzistego, gdzie zaplanowałem kąpiel. Małe, urocze, krystalicznie czyste oczko z niewielką plażą. Na miejscu mijam spacerujące rodziny i pary. Pytam dwóch facetów zmierzających w kąpielówkach do samochodu:
- Woda ciepła?
- Ciepła!
No to wchodzę i... Ja p..! Zimniej niż morsowanie w przeręblu. Ponad 20 stopni różnicy między temperaturą powietrza a wody.
Ale to schłodzenie było ważne, bo wraz z końcem szlaku w parku kończy mi się zapas wody pitnej.
Rozdział V: Wrony (31-45 km)
Do pokonania został już tylko ostatni odcinek do domu i żadnych atrakcji na trasie. Gdybym wybrał drogę dookoła, jak w poprzednich latach, zaliczyłbym jeszcze kilka fajnych miejsc, ale po pierwsze maraton zamieniłby się w ultra, a na to się tego dnia nie przygotowałem, a po drugie: nie chciałem przedobrzyć.
Zostaje mi niecałe 3 km do ścieżki rowerowej wzdłuż drogi Suwałki-Sejny, a potem 12 km po twardej nawierzchni na pełnym słońcu. Po kąpieli nie założyłem słuchawek, nie mam już nastroju na muzę. Wkrada się już zmęczenie i odwodnienie.
I wtedy widzę:
Mała przydrożna kapliczka, konary drzew. Widok miły sercu każdego Polaka.
Skręcam na punkt widokowy, żeby zerknąć na klasztor Wigry. Wpiszcie w Googlu wieża widokowa w Leszczewku, warto podskoczyć tam rowerem.
Nie mam już wody, nie mam wafelka i ciastek, minęła maratońska ścianka i znowu jestem szczęśliwy. Zostało jakieś półtora godziny do domu i nic nowego do zwiedzania: idealne warunki na podcast. Wyciągam słuchawki i przełączam mózg z analizowania "ile jeszcze" na wywiad o metodach poznawania własnych możliwości.
Ostatni widok, który zapada w pamięć: w pewnym momencie widzę wrony. O - myślę sobie - w Krasnopolu zawsze pełno ich przy cmentarzu. O - to już przecież Krasnopol. I wtedy impresja: rok wcześniej biegłem Maraton Suwałki-Krasnopol i urzekła mnie wieża krasnopolskiego kościoła na tle łąki z mleczami. Teraz widzę tę samą wieżę z drugiej strony - może dostrzeżesz ją i Ty? :D
Dla takich chwil/przeżyć warto biegać. Dla takich chwil/uczuć warto zaglądać na tego bloga. Dziękuję i pozdrawiam, mariusz
OdpowiedzUsuńDzięki
UsuńDlatego teraz mam w planach przerzucenie się na biegi górskie :)
OdpowiedzUsuńKocham te biegi ze względu na góry i ich nienawidzę ze względu na góry ;)
UsuńTen cień na zdjęciu to raczej Predator :-)
OdpowiedzUsuńFaktycznie :)
Usuń