Pisałem kilka razy, że obecna sytuacja jest dla mnie dość niekomfortowa - z jednej strony długoterminowy sygnał kupna na polskich małych spółkach (SWIG80) oraz możliwość wystąpienia cyklicznej akumulacji przed kolejnym rynkiem byka, z drugiej dochodzenie przez S&P500 do poziomów czasowych, z których historycznie startowała bessa:
Co zatem robić? Zakupione od stycznia akcje dały zarobić już kilkanaście procent, ale wystarczy kilkudniowa panika, żeby cały zysk wyparował. Mimo to nie oddam już tych akcji - są kupione pod fundamenty, mają dużo gotówki na kontach i wypłacą dywidendy 3-8%. W razie spadków część zredukuję i odbiorę niżej, 2015 wciąż postrzegam jako czas akumulacji małych spółek przed solidną hossą.
Blog o inwestowaniu, grze na giełdzie, rozwoju osobistym, przemyślenia na temat egzystencji, poszerzanie świadomości. Czasem trochę o żarciu i bieganiu - życie :) Napisz do mnie: deedees małpa o2 kropcia pl
sobota, 18 kwietnia 2015
wtorek, 7 kwietnia 2015
TriCity Ultra 80 - III edycja, zdjęcia i opis trasy
Rok temu zamieściłem opis biegu dookoła Trójmiasta, który stał się dla kolegów z naszego "klubu" wstępem do przygody z biegami ultra. Wkręciłem się - w 2014 przebiegłem 5 biegów ultra na dystansie powyżej 60 km i 7 na dystansie maratońskim. Euforia, którą opisałem po pierwszym biegu na 80 km okazała się powtarzalnym zjawiskiem, jakiego doświadczam po pokonaniu ok. 60 km, dlatego chętnie planowałem na ten rok z kolegami kilka ambitnych startów w biegach górskich.
Nie interesuje mnie na nich wynik, nie kręci mnie pokonywanie bólu czy walka ze sobą. Biegam, bo na długim dystansie mój organizm wchodzi w rodzaj transu, który objawia się doświadczaniem radości, lekkości i jedności z naturą. Nie chodzi tu o stan jakiegoś narkotycznego odlotu, tylko o zakodowany w homo sapiens mechanizm, który tysiące lat temu pozwalał naszym przodkom biegać setki kilometrów dniami i nocami. Mechanizm, z którego korzysta już niewiele prymitywnych ludów w Afryce i niektóre szczepy indian Tarahumara. Teorie na wrodzone predyspozycje ludzi do długodystansowych biegów zebrał i opisał McDougall w swojej kultowej książce Urodzeni Biegacze, a chyba najlepszym przykładem, że do niesamowitych osiągnięć w biegach ultra nie potrzeba przestrzegać zawodowego sportowego reżimu był staruszek Cliff Young, który całe życie ganiał po swoich australijskich pastwiskach i w wieku 61 lat zwyciężył bieg Sydney-Melbourne na dystansie 875 km..
Choć każdy z nas jest urodzonym biegaczem, z oczywistych względów przygotowanie do biegów ultra wymaga czasu, treningów i odpowiedniego odżywiania. Gepard jest najszybszym zwierzęciem na świecie, ale nawet ten zwinny kot nie pobiegnie od razu 100km/godz. jeżeli przez całe życie wylegiwał się w klatce i objadał przetworzonym pokarmem.
Po pozytywnych doświadczeniach z drugiej edycji biegu TriCity Ultra 80 postanowiliśmy oficjalnie ogłosić edycję wiosenną. Myśleliśmy nawet o zorganizowaniu profesjonalnego biegu z pomiarem czasu, punktami odżywczymi i znakowaniem trasy, ale że zawodowo zajmujemy się czymś zupełnie innym, doszliśmy do wniosku, że na razie pozostaniemy przy formule koleżeńskiej. Musimy jednak bardziej skupić się na organizacji, bo przy trzydziestu osobach utrzymywanie grupy w całości jest skomplikowanym zadaniem.
Na starcie okazało się, że sporo osób zgłosiło się, by przebiec z nami pierwsze 10, 20, 40 km, niektórzy pierwszy raz mierzyli się z tak długim dystansem. Było to miłe i uatrakcyjniło pierwszą część biegu. Na oficjalny wyścig na pełnym dystansie by się nie zgłosili, zatem mamy o czym myśleć przed kolejnymi edycjami.
28 marca przy Neptunie stawiło się 29 biegaczy i dobry duszek trójmiejskiego światka biegowego Agata Masulaniec, która strzeliła nam pamiątkowe fotki:
Punkt 7 ruszyliśmy Traktem Królewskim:
Kolejne fotografie zawdzięczamy Krzysztofowi Janickiemu, który wykorzystał koleżeńskie tempo do udokumentowania całego biegu.
Pierwszy przystanek, góra Gradowa z fortyfikacjami, z których rozciąga się widok na historyczny Gdańsk:
Następnie zbiegamy na żółty szlak i ku zaskoczeniu nawet rodowitych Gdańszczan niemal cały czas biegniemy lasami. Od Śródmieścia przez Wrzeszcz, większa część trasy biegnie wśród parków i wzgórz:
Po ok. 10 km zbliżamy się do Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego, robimy przystanek by zebrać grupę i żegnamy pierwszych kolegów:
W Matemblewie obieramy kurs na zielony szlak, zaczynają się górki:
Pamiątkowe zdjęcie z punktu widokowego Pachołek na ok. 23 km trasy - tutaj grupa znów się przerzedza:
Zbliża się 30-sty kilometr i zaczyna (mi) robić się ciężko. Dotychczas sporo rozmawiałem, poznawałem towarzyszy biegu. Z Krzyśkiem wymienialiśmy doświadczenia z prowadzenia firmy i diety wegetariańskiej, z Piotrkiem bardzo ciekawą rozmowę o sposobach wysyłania satelitów na orbitę okołoziemską przerwała mi zadyszka przy wejściu na jedną z moren.
Obawiałem się tego biegu, bo ledwie tydzień wcześniej zakończyłem kurację antybiotykową na zapalenie zatok (niestety w głupi sposób załatwiłem się i zaprzepaściłem kilka miesięcy morsowania). Nie byłem jeszcze gotowy kondycyjnie na ten bieg, leśne krajobrazy i pagórki zaczęły tracić urok.
W Sopocie robimy zbiórkę, część towarzyszy kończy bieg, pora zatem na tradycyjną fotkę na schodach:
Na stacji Sopot Kamienny Potok kończy się szlak zielony i przechodzimy na czerwony.
Kolejne kilka kilometrów stało się koszmarem. Nie dawałem rady dogonić peletonu, a co zabawne, najbardziej wkurzało mnie to, że za miesiąc biegniemy 95 km w górach i będę znowu cierpiał. Zbieg, podejście, zbieg, podejście. Przecinamy Gdynię Karwiny i wbiegamy na szlak żółty. Na szczęście koło 40-stego km organizm uznał, że podtrzymywanie energii dla zrzędzącej części mózgu nie ma praktycznego uzasadnienia i odciął jej zasilanie. Zacząłem płynąć i zrobiło się pozytywnie. Przez parę km biegłem sam, nikogo nie ścigałem, zniknęli też biegacze z tyłu. Kawałek szlaku po grobli to jedno z najmilszych wspomnień:
Żółtym szlakiem docieramy do Gdyni Głównej:
Czas zatem na tradycyjną fotkę przy ORP Błyskawica!
Mali ultrasi z lewej strony zdjęcia to latorośle Waldka, który tutaj kończy przygotowanie do triatlonu. Zostaje nas zatem 13-stu, a to oznacza, że nie będzie problemu z upakowaniem się w Green Wayu. Na przyszłość koniecznie musimy zapowiadać się telefonicznie i ustalać z góry menu, bo pomimo starań dziewczyn z obsługi, oczekiwanie na wydanie posiłków wydłuża przerwę do ponad 40-stu minut. Wreszcie ruszamy w kierunku plaży tylko po to, by zaraz skręcić na redłowskie klify:
Klify redłowski i orłowski to ostatni trailowy akcent, ale za to jakie widoki!
W końcu zbiegamy na plażę i promenadą kierujemy się w kierunku sopockiego mola. Ostatnie 20 kilka km to płaski odcinek po chodnikach.
Kolejny punkt zbiórki ustalamy przy PGE Arena. Kiedy opuszczamy molo pytam się organizmu, czy to już pora na prawdziwy bieg. Nie otrzymuję tak jednoznacznej odpowiedzi jak w listopadzie, jednak przyspieszaniu nie towarzyszą żadne oznaki zmęczenia, ani bólu. W ogóle przez cały bieg jedyne co mi doskwiera to słabsza kondycja, nogi, stawy i mięśnie znoszą wysiłek bez zarzutu. Postanawiam zatem choć przez chwilę pobiec na czele stawki. Ale gdzie tam, robocop w żółtej czapeczce lidera i amigo w okularach bez większego trudu oddalają się, aż znikają za horyzontem. Zobaczę ich dopiero za kilkanaście km przy stadionie, zatem nie ma co się męczyć, tylko cieszyć biegiem. Dość szybko spalam węglowodany, więc wizualizuję pepsi ze sklepiku w Brzeźnie. Znowu fajnie się rozmawia.
W Jelitkowie żegna się z nami Bartek - spieszy się na koncert Bryana Adamsa, do mety dobiegnie zatem dwunastu:
Widząc sylwetkę stadionu, czuję się jakbym był już na mecie. Do końca biegu co prawda jeszcze ok. 10 km, ale fizycznie nie czuje się już trudów. Wszystko co najtrudniejsze za nami, organizm wszedł w tryb ultra, gdybym miał biec do setki, musiałbym tylko uzupełnić bukłak z piciem i coś przetrącić:
Z atrakcji zostają jeszcze zabudowania stoczni i powrót na Główne Miasto przez bulwar nad Motławą:
Bieg kończymy prawie 12 godzin po starcie przy Złotej Bramie:
Niestety nie wszystkim, którzy planowali udało się zaliczyć pełen dystans. Trochę w tym naszej winy, bo opisaliśmy bieg jako wycieczkę dookoła Trójmiasta i wypunktowaliśmy najbardziej znane miejsca - stocznię, molo, Błyskawicę, zabytki, klify. Tymczasem ok. 50 z 80 kilometrów trasy to pagórkowate ścieżki leśne, a łączna ilość przewyższeń przekracza 1.5 km - niewiele mniej niż w lżejszych biegach górskich. Szczególnie pierwszy odcinek żółto-zielono-czerwono-żółty daje w kość biegaczom przyzwyczajonym do biegów po asfalcie. Dlatego m.in. powstał ten wpis, żeby pokazać trasę, podsunąć pomysły na treningi i zachęcić biegaczy z innych części kraju do odwiedzenia trójmiejskich szlaków - jak widzicie mamy tu sporo przyrody i nie wahamy się po niej biegać :)
Kolejną edycję biegu planujemy na cieplejszy miesiąc - może kwiecień jak w 2014 lub nawet maj. Jeszcze raz dziękuję Krzysztofowi za zdjęcia w wysokiej rozdzielczości, bez nich relacja byłaby znacznie uboższa.
Nie interesuje mnie na nich wynik, nie kręci mnie pokonywanie bólu czy walka ze sobą. Biegam, bo na długim dystansie mój organizm wchodzi w rodzaj transu, który objawia się doświadczaniem radości, lekkości i jedności z naturą. Nie chodzi tu o stan jakiegoś narkotycznego odlotu, tylko o zakodowany w homo sapiens mechanizm, który tysiące lat temu pozwalał naszym przodkom biegać setki kilometrów dniami i nocami. Mechanizm, z którego korzysta już niewiele prymitywnych ludów w Afryce i niektóre szczepy indian Tarahumara. Teorie na wrodzone predyspozycje ludzi do długodystansowych biegów zebrał i opisał McDougall w swojej kultowej książce Urodzeni Biegacze, a chyba najlepszym przykładem, że do niesamowitych osiągnięć w biegach ultra nie potrzeba przestrzegać zawodowego sportowego reżimu był staruszek Cliff Young, który całe życie ganiał po swoich australijskich pastwiskach i w wieku 61 lat zwyciężył bieg Sydney-Melbourne na dystansie 875 km..
Choć każdy z nas jest urodzonym biegaczem, z oczywistych względów przygotowanie do biegów ultra wymaga czasu, treningów i odpowiedniego odżywiania. Gepard jest najszybszym zwierzęciem na świecie, ale nawet ten zwinny kot nie pobiegnie od razu 100km/godz. jeżeli przez całe życie wylegiwał się w klatce i objadał przetworzonym pokarmem.
Po pozytywnych doświadczeniach z drugiej edycji biegu TriCity Ultra 80 postanowiliśmy oficjalnie ogłosić edycję wiosenną. Myśleliśmy nawet o zorganizowaniu profesjonalnego biegu z pomiarem czasu, punktami odżywczymi i znakowaniem trasy, ale że zawodowo zajmujemy się czymś zupełnie innym, doszliśmy do wniosku, że na razie pozostaniemy przy formule koleżeńskiej. Musimy jednak bardziej skupić się na organizacji, bo przy trzydziestu osobach utrzymywanie grupy w całości jest skomplikowanym zadaniem.
Na starcie okazało się, że sporo osób zgłosiło się, by przebiec z nami pierwsze 10, 20, 40 km, niektórzy pierwszy raz mierzyli się z tak długim dystansem. Było to miłe i uatrakcyjniło pierwszą część biegu. Na oficjalny wyścig na pełnym dystansie by się nie zgłosili, zatem mamy o czym myśleć przed kolejnymi edycjami.
28 marca przy Neptunie stawiło się 29 biegaczy i dobry duszek trójmiejskiego światka biegowego Agata Masulaniec, która strzeliła nam pamiątkowe fotki:
Punkt 7 ruszyliśmy Traktem Królewskim:
Kolejne fotografie zawdzięczamy Krzysztofowi Janickiemu, który wykorzystał koleżeńskie tempo do udokumentowania całego biegu.
Pierwszy przystanek, góra Gradowa z fortyfikacjami, z których rozciąga się widok na historyczny Gdańsk:
Następnie zbiegamy na żółty szlak i ku zaskoczeniu nawet rodowitych Gdańszczan niemal cały czas biegniemy lasami. Od Śródmieścia przez Wrzeszcz, większa część trasy biegnie wśród parków i wzgórz:
| Nie ma ultra bez efektownej wywrotki, okolice Akademii Medycznej |
| Ciężko uwierzyć, że wokół leżą wielkie blokowiska, ale takie właśnie jest Trójmiasto - w połowie zabudowania, w połowie lasy |
W Matemblewie obieramy kurs na zielony szlak, zaczynają się górki:
![]() |
| fot. waldekmis.pl |
Pamiątkowe zdjęcie z punktu widokowego Pachołek na ok. 23 km trasy - tutaj grupa znów się przerzedza:
Zbliża się 30-sty kilometr i zaczyna (mi) robić się ciężko. Dotychczas sporo rozmawiałem, poznawałem towarzyszy biegu. Z Krzyśkiem wymienialiśmy doświadczenia z prowadzenia firmy i diety wegetariańskiej, z Piotrkiem bardzo ciekawą rozmowę o sposobach wysyłania satelitów na orbitę okołoziemską przerwała mi zadyszka przy wejściu na jedną z moren.
Obawiałem się tego biegu, bo ledwie tydzień wcześniej zakończyłem kurację antybiotykową na zapalenie zatok (niestety w głupi sposób załatwiłem się i zaprzepaściłem kilka miesięcy morsowania). Nie byłem jeszcze gotowy kondycyjnie na ten bieg, leśne krajobrazy i pagórki zaczęły tracić urok.
W Sopocie robimy zbiórkę, część towarzyszy kończy bieg, pora zatem na tradycyjną fotkę na schodach:
Na stacji Sopot Kamienny Potok kończy się szlak zielony i przechodzimy na czerwony.
Kolejne kilka kilometrów stało się koszmarem. Nie dawałem rady dogonić peletonu, a co zabawne, najbardziej wkurzało mnie to, że za miesiąc biegniemy 95 km w górach i będę znowu cierpiał. Zbieg, podejście, zbieg, podejście. Przecinamy Gdynię Karwiny i wbiegamy na szlak żółty. Na szczęście koło 40-stego km organizm uznał, że podtrzymywanie energii dla zrzędzącej części mózgu nie ma praktycznego uzasadnienia i odciął jej zasilanie. Zacząłem płynąć i zrobiło się pozytywnie. Przez parę km biegłem sam, nikogo nie ścigałem, zniknęli też biegacze z tyłu. Kawałek szlaku po grobli to jedno z najmilszych wspomnień:
Żółtym szlakiem docieramy do Gdyni Głównej:
Czas zatem na tradycyjną fotkę przy ORP Błyskawica!
Mali ultrasi z lewej strony zdjęcia to latorośle Waldka, który tutaj kończy przygotowanie do triatlonu. Zostaje nas zatem 13-stu, a to oznacza, że nie będzie problemu z upakowaniem się w Green Wayu. Na przyszłość koniecznie musimy zapowiadać się telefonicznie i ustalać z góry menu, bo pomimo starań dziewczyn z obsługi, oczekiwanie na wydanie posiłków wydłuża przerwę do ponad 40-stu minut. Wreszcie ruszamy w kierunku plaży tylko po to, by zaraz skręcić na redłowskie klify:
Klify redłowski i orłowski to ostatni trailowy akcent, ale za to jakie widoki!
| Parszywa dwunastka |
W końcu zbiegamy na plażę i promenadą kierujemy się w kierunku sopockiego mola. Ostatnie 20 kilka km to płaski odcinek po chodnikach.
W Jelitkowie żegna się z nami Bartek - spieszy się na koncert Bryana Adamsa, do mety dobiegnie zatem dwunastu:
Widząc sylwetkę stadionu, czuję się jakbym był już na mecie. Do końca biegu co prawda jeszcze ok. 10 km, ale fizycznie nie czuje się już trudów. Wszystko co najtrudniejsze za nami, organizm wszedł w tryb ultra, gdybym miał biec do setki, musiałbym tylko uzupełnić bukłak z piciem i coś przetrącić:
Z atrakcji zostają jeszcze zabudowania stoczni i powrót na Główne Miasto przez bulwar nad Motławą:
Bieg kończymy prawie 12 godzin po starcie przy Złotej Bramie:
Niestety nie wszystkim, którzy planowali udało się zaliczyć pełen dystans. Trochę w tym naszej winy, bo opisaliśmy bieg jako wycieczkę dookoła Trójmiasta i wypunktowaliśmy najbardziej znane miejsca - stocznię, molo, Błyskawicę, zabytki, klify. Tymczasem ok. 50 z 80 kilometrów trasy to pagórkowate ścieżki leśne, a łączna ilość przewyższeń przekracza 1.5 km - niewiele mniej niż w lżejszych biegach górskich. Szczególnie pierwszy odcinek żółto-zielono-czerwono-żółty daje w kość biegaczom przyzwyczajonym do biegów po asfalcie. Dlatego m.in. powstał ten wpis, żeby pokazać trasę, podsunąć pomysły na treningi i zachęcić biegaczy z innych części kraju do odwiedzenia trójmiejskich szlaków - jak widzicie mamy tu sporo przyrody i nie wahamy się po niej biegać :)
Kolejną edycję biegu planujemy na cieplejszy miesiąc - może kwiecień jak w 2014 lub nawet maj. Jeszcze raz dziękuję Krzysztofowi za zdjęcia w wysokiej rozdzielczości, bez nich relacja byłaby znacznie uboższa.
czwartek, 26 marca 2015
Jak chłopiec w sklepie z cukierkami
Podobno tak czuł się Warren Buffett w czasie bessy 1973-74. Zakupy tanich akcji uczyniły Buffetta milionerem, a indeks S&P500 nigdy nie był już niżej notowany. Czy sytuacja na giełdzie wygląda jak wtedy? Oczywiście nie - dla Stanów odpowiednikiem tamtych czasów były poziomy z lat 2008-2009.
A co z naszym rynkiem? Szybki rzut oka na WIG czy tym bardziej MWIG40 świadczy, że na dużych i średnich spółkach tanio nie jest:
Cena do zysku oraz cena do wartości księgowej podobne jak przed krachem z 2011 roku. Jednak cechą charakterystyczną wzrostów z ostatnich 6 lat była ich wybiórczość. Indeksy ważone kapitalizacją były ciągnięte do góry nielicznymi spółkami, które zostały napompowane do niebotycznych poziomów (LPP c/wk 12.5 w szczycie, CCC 9.5, CDR 11.2 itd.), tymczasem indeks szerokiego rynku od 2011 roku szorował po dnie:
Obejrzyjmy wskaźniki c/z i c/wk dla całego rynku:
Tutaj sytuacja wygląda diametralnie inaczej niż dla MWIG40. Jest bardzo wiele tanich akcji. Można kupić zarabiające spółki, których kapitalizacja nieznacznie przekracza wartość gotówki na koncie. Co ważniejsze, wiele z nich szoruje po dnie od 2-3 lat, co często wskazuje na akumulację przez silne ręce. Jedną z takich spółek, z którą przygodę zacząłem w 2012 roku i zniechęcony zbijaniem wybić wyszedłem w 2013, żeby wrócić na początku 2015 jest Procad:
W tym momencie nie kupiłbym już tej spółki - moja strategia opiera się na kupowaniu kiedy:
- szeroki kontekst rynkowy przemawia za akumulacją akcji (końcówka bessy, niskie zainteresowanie akcjami, rekordowe wpływy na lokaty i obligacje),
- spółka zarabia na sprzedaży realnych dóbr lub usług, które generują gotówkę, a nie zapisy księgowe,
- jest bardzo tania, zazwyczaj zdołowana przez wychodzący fundusz, czasem na skutek słabych zysków z powodu wypadków zewnętrznych, ale bez wyraźnego wpływu na przychody,
- jest zabezpieczona przed bankructwem dużą ilością gotówki (wskaźnik Altmana > 6),
- ma wysokie przychody, najlepiej 2-4 krotność aktualnej kapitalizacji - wystarczy, że poprawi się rentowność i nagle spółka zarabia 1/5 kapitalizacji,
- średnie kroczące wypłaszczają się, widać słabość podaży i dywergencje na miesięcznych/tygodniowych oscylatorach, przełamanie linii trendu spadkowego na wysokich obrotach to ostatni moment na kupno,
- jest zapomniana, niemodna, nikt nie zauważa poprawiających się wyników albo dywidend, ale w akcjonariacie zaczynają pojawiać się fundusze, a insajderzy powiększają udziały,
- wykres kapitalizacji pokrywa się z wykresem kursu, zabronione są dodruki akcji, "dokapitalizowanie" przez tajemnicze fundusze inwestycyjne z Cypru czy USA.
Jak widzimy Procad spełniał wiele z tych założeń, ale aktualnie nie jest już bardzo tani, więc pozostaje mi nadzieja, że przez ostatnie 3 był kupowany przez podmiot zainteresowany napompowaniem kursu przed dystrybucją i uda się sprzedać go po 4 zł. Nie chcę popełnić tego samego błędu co przy Monnari, Ambrze czy ATM Grupie, na których zadowoliłem się 50-100% zysku, a mogłem zarobić 400-1500%.
Obserwuję kilkanaście spółek, z czego 10 nabyłem. Nie od razu za całą kwotę - podbieram pakietami. Jeśli za szybko uciekną nie kupuję więcej, wolę dokupić obiecujące tańsze. Zastanawiam się nad napisaniem ebooka, w którym opisałbym kontekst rynkowy oraz strategie na każdą ze spółek, obejmującą zasady obrony kapitału, powiększania pozycji, realizacji zysku. Odstrasza mnie od tego fala niechęci, z jaką spotykają się sprzedawcy biuletynów, sygnałów czy szkoleń. Mnie taki biznes zdecydowanie nie interesuje, jako programista mam ciekawsze i pewniejsze sposoby zarabiania, z drugiej strony korci mnie, żeby wykorzystać wiedzę i wyniki badań spółek, którym poświęciłem ostatnie kilka lat. Uważam, że niektóre akcje są teraz w niezwykle korzystnym okienku inwestycyjnym i mogą zmienić trendy na lata. Jestem też przekonany, że "moje" spółki dadzą porządnie zarobić w przeciągu roku-dwóch, więc połechtam ego upubliczniając je przed faktem. Byłaby to zatem jednorazowa publikacja bazująca na okazji cenowej i czasowej.
Istnieje oczywiście ryzyko, że rynek wie coś więcej i zweryfikuje moje oczekiwania. Miałem np. niedawno w portfelu Instal Kraków - wskaźniki fundamentalne super, siedzi na gotówce, 50 groszy za złotówkę majątku spółki (wtedy było ciut więcej), technicznie przygotowany do wzrostów. Aż tu nagle strzała -10% i spada. Czytam: wniosek o upadłość. Szybko się upewniłem, że bezzasadny (ostatnio w budowlance to jedna z form nacisku między firmami), ale gdy inwestuję nie odejmuję zagrożeń od szans - mnożę je, wystarczy więc niewielka rysa, żeby wypłoszyć mnie z akcji. Dlatego na odbiciu pozbyłem się pakietu i wyszedłem na 0. Biłem się z myślami czy wrócić do spółki, gdy tydzień temu akcje dostały porządnego kopa w dół:
Tragedii jeszcze nie ma, ale strata by była. Mimo, że spełnione były moje restrykcyjne warunki zakupu. Wydaje mi się, że w skali roku-dwóch nadal będzie tu można zarobić, ale jeśli rynek chce testować denko z 2013, to może je wybić, a wtedy jak pokazuje historia kursu szybki wodospad nie jest niczym nadzwyczajnym. Wtedy pojawia się okazja techniczna na V-odbicie, ale zagrania techniczne pod 10-50% rajdy to nie temat na ebooka.
Ciekaw jestem Waszego zdania - czy jesteście zainteresowani taką publikacją? Niezależnie czy ją napiszę, czy nie, będę robił swoje - powiększał zaangażowanie w wybrane akcje i w razie spadków grał opcjami i kontraktami.
A co z naszym rynkiem? Szybki rzut oka na WIG czy tym bardziej MWIG40 świadczy, że na dużych i średnich spółkach tanio nie jest:
Cena do zysku oraz cena do wartości księgowej podobne jak przed krachem z 2011 roku. Jednak cechą charakterystyczną wzrostów z ostatnich 6 lat była ich wybiórczość. Indeksy ważone kapitalizacją były ciągnięte do góry nielicznymi spółkami, które zostały napompowane do niebotycznych poziomów (LPP c/wk 12.5 w szczycie, CCC 9.5, CDR 11.2 itd.), tymczasem indeks szerokiego rynku od 2011 roku szorował po dnie:
Obejrzyjmy wskaźniki c/z i c/wk dla całego rynku:
![]() |
| niebieski c/z, różowy c/wk |
Tutaj sytuacja wygląda diametralnie inaczej niż dla MWIG40. Jest bardzo wiele tanich akcji. Można kupić zarabiające spółki, których kapitalizacja nieznacznie przekracza wartość gotówki na koncie. Co ważniejsze, wiele z nich szoruje po dnie od 2-3 lat, co często wskazuje na akumulację przez silne ręce. Jedną z takich spółek, z którą przygodę zacząłem w 2012 roku i zniechęcony zbijaniem wybić wyszedłem w 2013, żeby wrócić na początku 2015 jest Procad:
W tym momencie nie kupiłbym już tej spółki - moja strategia opiera się na kupowaniu kiedy:
- szeroki kontekst rynkowy przemawia za akumulacją akcji (końcówka bessy, niskie zainteresowanie akcjami, rekordowe wpływy na lokaty i obligacje),
- spółka zarabia na sprzedaży realnych dóbr lub usług, które generują gotówkę, a nie zapisy księgowe,
- jest bardzo tania, zazwyczaj zdołowana przez wychodzący fundusz, czasem na skutek słabych zysków z powodu wypadków zewnętrznych, ale bez wyraźnego wpływu na przychody,
- jest zabezpieczona przed bankructwem dużą ilością gotówki (wskaźnik Altmana > 6),
- ma wysokie przychody, najlepiej 2-4 krotność aktualnej kapitalizacji - wystarczy, że poprawi się rentowność i nagle spółka zarabia 1/5 kapitalizacji,
- średnie kroczące wypłaszczają się, widać słabość podaży i dywergencje na miesięcznych/tygodniowych oscylatorach, przełamanie linii trendu spadkowego na wysokich obrotach to ostatni moment na kupno,
- jest zapomniana, niemodna, nikt nie zauważa poprawiających się wyników albo dywidend, ale w akcjonariacie zaczynają pojawiać się fundusze, a insajderzy powiększają udziały,
- wykres kapitalizacji pokrywa się z wykresem kursu, zabronione są dodruki akcji, "dokapitalizowanie" przez tajemnicze fundusze inwestycyjne z Cypru czy USA.
Jak widzimy Procad spełniał wiele z tych założeń, ale aktualnie nie jest już bardzo tani, więc pozostaje mi nadzieja, że przez ostatnie 3 był kupowany przez podmiot zainteresowany napompowaniem kursu przed dystrybucją i uda się sprzedać go po 4 zł. Nie chcę popełnić tego samego błędu co przy Monnari, Ambrze czy ATM Grupie, na których zadowoliłem się 50-100% zysku, a mogłem zarobić 400-1500%.
Obserwuję kilkanaście spółek, z czego 10 nabyłem. Nie od razu za całą kwotę - podbieram pakietami. Jeśli za szybko uciekną nie kupuję więcej, wolę dokupić obiecujące tańsze. Zastanawiam się nad napisaniem ebooka, w którym opisałbym kontekst rynkowy oraz strategie na każdą ze spółek, obejmującą zasady obrony kapitału, powiększania pozycji, realizacji zysku. Odstrasza mnie od tego fala niechęci, z jaką spotykają się sprzedawcy biuletynów, sygnałów czy szkoleń. Mnie taki biznes zdecydowanie nie interesuje, jako programista mam ciekawsze i pewniejsze sposoby zarabiania, z drugiej strony korci mnie, żeby wykorzystać wiedzę i wyniki badań spółek, którym poświęciłem ostatnie kilka lat. Uważam, że niektóre akcje są teraz w niezwykle korzystnym okienku inwestycyjnym i mogą zmienić trendy na lata. Jestem też przekonany, że "moje" spółki dadzą porządnie zarobić w przeciągu roku-dwóch, więc połechtam ego upubliczniając je przed faktem. Byłaby to zatem jednorazowa publikacja bazująca na okazji cenowej i czasowej.
Istnieje oczywiście ryzyko, że rynek wie coś więcej i zweryfikuje moje oczekiwania. Miałem np. niedawno w portfelu Instal Kraków - wskaźniki fundamentalne super, siedzi na gotówce, 50 groszy za złotówkę majątku spółki (wtedy było ciut więcej), technicznie przygotowany do wzrostów. Aż tu nagle strzała -10% i spada. Czytam: wniosek o upadłość. Szybko się upewniłem, że bezzasadny (ostatnio w budowlance to jedna z form nacisku między firmami), ale gdy inwestuję nie odejmuję zagrożeń od szans - mnożę je, wystarczy więc niewielka rysa, żeby wypłoszyć mnie z akcji. Dlatego na odbiciu pozbyłem się pakietu i wyszedłem na 0. Biłem się z myślami czy wrócić do spółki, gdy tydzień temu akcje dostały porządnego kopa w dół:
Tragedii jeszcze nie ma, ale strata by była. Mimo, że spełnione były moje restrykcyjne warunki zakupu. Wydaje mi się, że w skali roku-dwóch nadal będzie tu można zarobić, ale jeśli rynek chce testować denko z 2013, to może je wybić, a wtedy jak pokazuje historia kursu szybki wodospad nie jest niczym nadzwyczajnym. Wtedy pojawia się okazja techniczna na V-odbicie, ale zagrania techniczne pod 10-50% rajdy to nie temat na ebooka.
Ciekaw jestem Waszego zdania - czy jesteście zainteresowani taką publikacją? Niezależnie czy ją napiszę, czy nie, będę robił swoje - powiększał zaangażowanie w wybrane akcje i w razie spadków grał opcjami i kontraktami.
środa, 25 marca 2015
Ropa po krachu
Na wykresie miesięcznym ropy brent zaznaczyłem wszystkie krachy, które kulminowały w okolicach lutego:
Jak widać niemal każdy krach z ostatnich 30 lat kulminował w okresie styczeń-marzec. Zasadę tę potwierdzają wykresy cykli:
Interesuje mnie brent ze względu na kilka certyfikatów na ropę, które są notowane na GPW...
Jak widać niemal każdy krach z ostatnich 30 lat kulminował w okresie styczeń-marzec. Zasadę tę potwierdzają wykresy cykli:
Interesuje mnie brent ze względu na kilka certyfikatów na ropę, które są notowane na GPW...
piątek, 20 marca 2015
Wskaźnik LC daje niepokojący sygnał w kwietniu
W ostatnich latach niezwykle skutecznym wskaźnikiem szczytu cen akcji jest wskaźnik LC. Prawie idealnie wychwycił początek wielkiej bessy w 2007:
Niemal w punkt wychwycił start bessy w 2011:
Kolejny sygnał padnie prawdopodobnie 16 kwietnia.
Niemal w punkt wychwycił start bessy w 2011:
Kolejny sygnał padnie prawdopodobnie 16 kwietnia.
poniedziałek, 16 marca 2015
Kupić w dołku i...?
Wydarzenia z początków mojej przygody z giełdą ustawiły na lata moje podejście do giełdy. Gdy w listopadzie 2008 roku zacząłem kupować akcje, które w 1-2 dni rosły po 20%, wydawało mi się, że zarabianie na giełdzie jest proste. Kupić jak mocno spadło (najpierw się upewnić, że spółka ma fundamenty, w ten sposób do portfela trafiały takie perły jak Agora, Duda, IDM, Mostostal Export :D ). Otrzeźwienie przyszło w styczniu-lutym 2009 roku, gdy perełki z mojego portfela potraciły 30-50% pomimo wcześniejszych przecen o 70-80%, ale i tak V-hossa z 2009 roku wybaczyła wszystko. Już wtedy, choć byłem kompletnie zielony, przeczuwałem, że niektóre spółki nie spadają z powodu wewnętrznych problemów, tylko są wyprzedawane przez wychodzące fundusze.
Taką spółką była Ambra, przeceniona z 20zł na 1.17 (na stooq historyczne wartości są skorygowane o dywidendy), którą wyzbierałem średnio po 1.55 i planowałem trzymać do 10zł. Nic z tego nie wyszło, bo szybko wyprzedałem pakiet, a potem jeszcze kilka razy wracałem za mniejsze kwoty i oddawałem wyżej żałując, że gdybym nic nie robił, to bym 10-razy więcej zarobił:
Przyczyną zdołowania kursu było wychodzenie funduszu Trigon. Gdy tylko fund się wysypał, kurs wystrzelił w kierunku wartości księgowej. W późniejszych latach spółka wypłaciła więcej w dywidendach, niż zapłaciłem za akcję.
Znacznie gorzej poszło na Lotosie, którego miałem ze średnią 16zł, a sprzedałem z 50% stratą po 8 2 dni przed dołkiem:
2009 rok był bonanzą dla tych, którzy wiedzieli jak trzymać zyski. Przygotowując się na kolejną hossę postanowiłem nie popełnić wcześniejszych błędów i trzymać zyski. Jednak jak wiadomo inwestorzy jak generałowie, są przygotowani do ostatniej wojny, dlatego przegrywają nowe. Hossa rozpoczęta w połowie 2012 roku pokiereszowała mnie tak mocno, że gdy przyszły prawdziwe wzrosty w 2013 roku zacząłem zbyt szybko ucinać zyski. Przyczyną była ta inwestycja:
Udało mi się zakupić pakiety blisko dna i szybko zarobić ponad 30%. Jednak pomny doświadczeń z 2009 roku nie chciałem zadowolić się byle zyskiem - liczyłem na min. 80% zysku przy pierwszym zniesieniu fibo. Jak widać spółka zrobiła psikusa i nigdy póki co nie wróciła w tamte rejony, a ja wymęczony nieustannym zbijaniem każdego wybicia pożegnałem się rok później z Tesgasem ze stratą, bo redukowałem się zawsze w dołku..
Podobnie było z Agorą: najpierw szybki zysk od dołka, by potem wpaść w stratę, którą jednak tym razem wykorzystałem do powiększenia pakietu, ale i tak zniechęcony zachowaniem spółki oddałem ją z niewielkim zyskiem:
Choć w 2012 kupiłem sporo akcji w okolicach dołków, musiałem czekać prawie rok, żeby zaczęły zarabiać. W tym czasie ich kursy bujały się od -30 do +40%, a moja cierpliwość i długoterminowe plany wyczerpywały się. Przybliżmy sytuację na wykresie:
Hossie na WIG20 towarzyszyła bessa na Całym rynku (głównie przez Newconnect, bo małe spółki z WIG szły w bok). Choć rozpoczynałem rok 2013 w byczym nastroju, moja wiara w sens trzymania zysku była już zachwiana przez ciągłe wahania na Colianie, Agorze i Tesgasie. Przez to sknociłem najlepsze pozycje jakie zająłem w życiu. Pierwszą było Monnari, które tak mi się podobało fundamentalnie i technicznie, że zaczynałem wietrzyć jakieś przekręty w księgach, bo przecież nie taka spółka nie może kosztować 1zł:
Przekrętu nie było, gruby wyzbierał akcje i rozpoczął wielkie pompowanie, które skończy się wielką dystrybucją. Choć zarobiłem łącznie 100% na Monnari, to inwestycja okazała się porażką wziąwszy pod uwagę, że kurs oscylował niedawno blisko 15zł - 1500%, tyle można było wyciągnąć. Drugą wtopą była ATG, również kupiona w idealnym momencie - koniec akumulacji, wybicie na wysokim obrocie:
Zamiast 400% zainkasowałem 40% zysku. Gdzie popełniłem błąd? Pomijając dewastujące doświadczenia z 2012, moim głównym błędem było przeświadczenie, że akcje rosną bezpiecznie do wartości godziwej, czyli gdzieś w okolice wartości księgowej, a potem jest już tylko ryzykowna spekulacja. Skoro Monnari było handlowane za 1zł, a wartość księgowa wynosiła bodajże 3.4zł, to stosunek zysku do ryzyka wyglądał bardzo atrakcyjnie. W okolicy 2.36 wyznaczyłem poziom redukcji (na wypadek gdyby kurs wywinął numer podobny do Tesgasa czy Agory), a resztę miałem sprzedać po 3.4.
Tymczasem to założenie było kompletnie oderwane od rzeczywistości - wartość księgowa nie ma większego znaczenia przy wzrostach. Nawet zyski nie są najważniejsze. Najważniejsze jest czy akcje spółki przechodzą w silne ręce, bo tylko duży, większościowy udziałowiec będzie pchał kurs do góry wbrew wszelkim wyliczeniom i logice. I tutaj, gdy już fundamenty mówią nam, że jest bezpiecznie, a komunikaty potwierdzają wchodzenie funduszy, najważniejsza jest Analiza Techniczna. Jest trend wzrostowy, wybicia zgodne z trendem, wsparcia. Wtedy się zarabia.
Czy odrobiłem lekcje z dwóch poprzednich rynków byka? Jaki kształt na wykresie przybierze kolejna hossa? Na razie kupiłem trochę walorów, które obserwowałem przez rok. Na przykładzie dwóch spółek: jedna już sprzedana, bo kompletnie nie potrafię określić tu fundamentów i obawiałem się powtórki z Tesgasa/Agory:
druga kupiona z założeniem, że będę dobierał na korektach i trzymał dopóki nowe dołki będą powyżej poprzednich:
Cechą wspólną wszystkich spółek, które pojawiły się w tym wpisie była niska wartość księgowa w momencie zakupu, ale broniona realnymi przychodami z działalności podstawowej. Taka jest moja taktyka - długo czekać na optymalny moment, kupić perełkę w dołku i... No właśnie - za tym "i" są różne drogi. Czasem chwycisz 100% zysku i wściekasz się, że mogłeś polować na 1000%, a czasami zamieniasz te 100% w stratę i wkurzasz się na swoją pazerność.
Podskórnie czuję, że 2015 jest rokiem akumulacji na GPW. Może będzie jakiś szybki pogrom - podwójne dno pasowałoby po V-hossie 2009 i długiej akumulacji z 2012, ale to co było tanie i zarabia raczej mocno nie spadnie. Fundusze napompowały to co ciągnęło indeksy, jakieś LPP, CCC, Azoty. Nie patrzę na takie spółki, bo są drogie - nawet jeśli kontynuują trendy wzrostowe; nie kupiłem ich w dołku, więc teraz nie ryzykuję, że przy C/WK w okolicy 7 fundy podbijają na kolejny szczebel, bo mogą zrobić pułapkę jak w wrześniu 2014 na LPP.
Taką spółką była Ambra, przeceniona z 20zł na 1.17 (na stooq historyczne wartości są skorygowane o dywidendy), którą wyzbierałem średnio po 1.55 i planowałem trzymać do 10zł. Nic z tego nie wyszło, bo szybko wyprzedałem pakiet, a potem jeszcze kilka razy wracałem za mniejsze kwoty i oddawałem wyżej żałując, że gdybym nic nie robił, to bym 10-razy więcej zarobił:
![]() |
Znacznie gorzej poszło na Lotosie, którego miałem ze średnią 16zł, a sprzedałem z 50% stratą po 8 2 dni przed dołkiem:
2009 rok był bonanzą dla tych, którzy wiedzieli jak trzymać zyski. Przygotowując się na kolejną hossę postanowiłem nie popełnić wcześniejszych błędów i trzymać zyski. Jednak jak wiadomo inwestorzy jak generałowie, są przygotowani do ostatniej wojny, dlatego przegrywają nowe. Hossa rozpoczęta w połowie 2012 roku pokiereszowała mnie tak mocno, że gdy przyszły prawdziwe wzrosty w 2013 roku zacząłem zbyt szybko ucinać zyski. Przyczyną była ta inwestycja:
Udało mi się zakupić pakiety blisko dna i szybko zarobić ponad 30%. Jednak pomny doświadczeń z 2009 roku nie chciałem zadowolić się byle zyskiem - liczyłem na min. 80% zysku przy pierwszym zniesieniu fibo. Jak widać spółka zrobiła psikusa i nigdy póki co nie wróciła w tamte rejony, a ja wymęczony nieustannym zbijaniem każdego wybicia pożegnałem się rok później z Tesgasem ze stratą, bo redukowałem się zawsze w dołku..
Podobnie było z Agorą: najpierw szybki zysk od dołka, by potem wpaść w stratę, którą jednak tym razem wykorzystałem do powiększenia pakietu, ale i tak zniechęcony zachowaniem spółki oddałem ją z niewielkim zyskiem:
Choć w 2012 kupiłem sporo akcji w okolicach dołków, musiałem czekać prawie rok, żeby zaczęły zarabiać. W tym czasie ich kursy bujały się od -30 do +40%, a moja cierpliwość i długoterminowe plany wyczerpywały się. Przybliżmy sytuację na wykresie:
Hossie na WIG20 towarzyszyła bessa na Całym rynku (głównie przez Newconnect, bo małe spółki z WIG szły w bok). Choć rozpoczynałem rok 2013 w byczym nastroju, moja wiara w sens trzymania zysku była już zachwiana przez ciągłe wahania na Colianie, Agorze i Tesgasie. Przez to sknociłem najlepsze pozycje jakie zająłem w życiu. Pierwszą było Monnari, które tak mi się podobało fundamentalnie i technicznie, że zaczynałem wietrzyć jakieś przekręty w księgach, bo przecież nie taka spółka nie może kosztować 1zł:
Przekrętu nie było, gruby wyzbierał akcje i rozpoczął wielkie pompowanie, które skończy się wielką dystrybucją. Choć zarobiłem łącznie 100% na Monnari, to inwestycja okazała się porażką wziąwszy pod uwagę, że kurs oscylował niedawno blisko 15zł - 1500%, tyle można było wyciągnąć. Drugą wtopą była ATG, również kupiona w idealnym momencie - koniec akumulacji, wybicie na wysokim obrocie:
Zamiast 400% zainkasowałem 40% zysku. Gdzie popełniłem błąd? Pomijając dewastujące doświadczenia z 2012, moim głównym błędem było przeświadczenie, że akcje rosną bezpiecznie do wartości godziwej, czyli gdzieś w okolice wartości księgowej, a potem jest już tylko ryzykowna spekulacja. Skoro Monnari było handlowane za 1zł, a wartość księgowa wynosiła bodajże 3.4zł, to stosunek zysku do ryzyka wyglądał bardzo atrakcyjnie. W okolicy 2.36 wyznaczyłem poziom redukcji (na wypadek gdyby kurs wywinął numer podobny do Tesgasa czy Agory), a resztę miałem sprzedać po 3.4.
Tymczasem to założenie było kompletnie oderwane od rzeczywistości - wartość księgowa nie ma większego znaczenia przy wzrostach. Nawet zyski nie są najważniejsze. Najważniejsze jest czy akcje spółki przechodzą w silne ręce, bo tylko duży, większościowy udziałowiec będzie pchał kurs do góry wbrew wszelkim wyliczeniom i logice. I tutaj, gdy już fundamenty mówią nam, że jest bezpiecznie, a komunikaty potwierdzają wchodzenie funduszy, najważniejsza jest Analiza Techniczna. Jest trend wzrostowy, wybicia zgodne z trendem, wsparcia. Wtedy się zarabia.
Czy odrobiłem lekcje z dwóch poprzednich rynków byka? Jaki kształt na wykresie przybierze kolejna hossa? Na razie kupiłem trochę walorów, które obserwowałem przez rok. Na przykładzie dwóch spółek: jedna już sprzedana, bo kompletnie nie potrafię określić tu fundamentów i obawiałem się powtórki z Tesgasa/Agory:
druga kupiona z założeniem, że będę dobierał na korektach i trzymał dopóki nowe dołki będą powyżej poprzednich:
Cechą wspólną wszystkich spółek, które pojawiły się w tym wpisie była niska wartość księgowa w momencie zakupu, ale broniona realnymi przychodami z działalności podstawowej. Taka jest moja taktyka - długo czekać na optymalny moment, kupić perełkę w dołku i... No właśnie - za tym "i" są różne drogi. Czasem chwycisz 100% zysku i wściekasz się, że mogłeś polować na 1000%, a czasami zamieniasz te 100% w stratę i wkurzasz się na swoją pazerność.
Podskórnie czuję, że 2015 jest rokiem akumulacji na GPW. Może będzie jakiś szybki pogrom - podwójne dno pasowałoby po V-hossie 2009 i długiej akumulacji z 2012, ale to co było tanie i zarabia raczej mocno nie spadnie. Fundusze napompowały to co ciągnęło indeksy, jakieś LPP, CCC, Azoty. Nie patrzę na takie spółki, bo są drogie - nawet jeśli kontynuują trendy wzrostowe; nie kupiłem ich w dołku, więc teraz nie ryzykuję, że przy C/WK w okolicy 7 fundy podbijają na kolejny szczebel, bo mogą zrobić pułapkę jak w wrześniu 2014 na LPP.
czwartek, 12 marca 2015
Grosz do grosza
Jedną z zalet (dla rządu) posiadania własnej waluty jest możliwość dodrukowanie tejże. Kryzys się przedłuża, brakuje na podwyżki dla swojaków upakowanych w administracji lub trzeba kupić poparcie którejś ze zorganizowanych grup (z szarą masą na szczęście nie trzeba się liczyć)? Zaciąga się kredyt za granicą, wprowadza fajnie nazwany program społeczny i państwo kula się dalej. Niestety w pewnym momencie zasób pożyczkodawców się kurczy, żądają wyższych odsetek za ryzyko, więc rząd musi kombinować z emisją obligacji we własnej walucie, aby sfinansować deficyt. Kurs rodzimej waluty zaczyna się osłabiać (oczywiście z winy zachodnich spekulantów) a ceny na półkach sklepowych rosną. Rośnie też coś jeszcze i to często szybciej niż produkty podstawowej potrzeby: akcje spółek.
Wytłumaczenie jest proste - podaż nowej waluty trafia w pierwszym rzędzie do znajomych królika, a ci nie są w stanie (i nie chcą) skonsumować wszystkiego. Szukają sposobu na utrzymanie/zwiększenie bogactwa: "inwestują" w krajach rozwiniętych, żeby w razie przewrotu mieć miękkie lądowanie dla siebie i rodziny oraz zwiększają swoje wpływy w lokalnej gospodarce. Jak powstrzymać drenaż narodowego majątku przez wąską elitę napiszę w serii artykułów, teraz napomknę, że im więcej zorganizowanych grup społecznych korzystających ze wspólnego dobra tym lepiej dla państwa (dlatego np. zmieniłem całkowicie swoje nastawienie do związków zawodowych, ale o tym innym razem). Przykładem państwa w którym lokalny dodruk wywołał eksplozję giełdy jest odcięta od zagranicznego kredytu Argentyna:
W Polsce na szczęście nie doszliśmy jeszcze do etapu druku złotego, rząd nigdy nie zaciągał kredytów tak tanio. Ale to się niestety zmieni. Aby upilnować rządzących potrzebne są tysiące organizacji i związków, wiodąca rola krajowych mediów oraz koncentracja kapitału w krajowych rękach. W Polsce wygląda to tak: uzwiązkowienie wynosi kilkanaście procent (w Szwecji 75%), media pomimo przejęcia większości gazet przez zachodnie koncerny pozostają w krajowych rękach dzięki TV, kapitał w filiach kontrolowanych przez centrale zachodnich banków. To za mało by upilnować "układ". Słowo to po fatalnych rządach PiS zostało wyrzucone z dyskursu publicznego, niestety trafnie opisuje elity sprawujące władzę w Polsce - niechętne oddolnym inicjatywom i organizacjom publicznym, nawet w obliczu rosyjskiego zagrożenia i jawnej cybernetycznej napaści nie chcą pozwolić obywatelom organizować ochotniczych struktur obronnych. Mi ostatecznie opadły łuski z oczu po zachowaniu władz po wyborach. Arogancja, stygmatyzowanie ludzi domagających się publicznego sprawdzenia głosów i szybkie zniszczenie kart do głosowania podważyły wiarę wielu Polaków w uczciwość oraz sens wyborów.
Póki co jednak pozostajemy gospodarczo na fali wznoszącej i pozostaje nam mieć nadzieję, że zdążą wyłonić się inne grupy pragnące partycypować w podziale dochodu narodowego. Nie ma nic lepszego by pilnować uczciwych zasad.
OK, po tym przydługim wstępie mogę przejść do dzisiejszej analizy. Czy państwo pożycza, czy dodrukowuje, czy jest zdrowy wzrost inflacyjny, czy kryzysowe programy, efekt w erze pieniądza papierowego jest zawsze ten sam: zwiększanie podaży. Podaż pieniądza M3 zwiększyła się z 0.5 biliona w 2007 do 1 biliona PLN w styczniu 2015:
Podwojeniu pieniądza w obiegu w ciągu niecałych 8 lat nie towarzyszył wzrost kapitalizacji spółek publicznych. Kapitalizacja indeksu SWIG80 zdążyła spaść w 2008 3-krotnie, aktualnie utrzymuje się kilkanaście procent poniżej szczytu z 2007 roku:
Podzielmy zatem kapitalizację małych spółek przez ilość pieniądza:
W długim terminie widzimy szerokie pole do wzrostów, które mogą odbyć się nawet mimo słabych wyników spółek. Zwyczajnie pieniądza zrobi się na tyle dużo w rękach grup nie zainteresowanych bieżącą konsumpcją, że będą szukały miejsc ucieczki przed inflacją. Chyba, że będą uciekali przed czymś innym:
Na koniec taka anegdotka. Znajomy z niemieckim obywatelstwem sprzedaje bardzo okazyjnie nieruchomość, którą lata temu kupił w Polsce jako inwestycję. Dlaczego tak tanio? Podobno Niemcy są przekonani, że Rosja zajmie Polskę...
Wytłumaczenie jest proste - podaż nowej waluty trafia w pierwszym rzędzie do znajomych królika, a ci nie są w stanie (i nie chcą) skonsumować wszystkiego. Szukają sposobu na utrzymanie/zwiększenie bogactwa: "inwestują" w krajach rozwiniętych, żeby w razie przewrotu mieć miękkie lądowanie dla siebie i rodziny oraz zwiększają swoje wpływy w lokalnej gospodarce. Jak powstrzymać drenaż narodowego majątku przez wąską elitę napiszę w serii artykułów, teraz napomknę, że im więcej zorganizowanych grup społecznych korzystających ze wspólnego dobra tym lepiej dla państwa (dlatego np. zmieniłem całkowicie swoje nastawienie do związków zawodowych, ale o tym innym razem). Przykładem państwa w którym lokalny dodruk wywołał eksplozję giełdy jest odcięta od zagranicznego kredytu Argentyna:
![]() |
| Merval rośnie szybciej, niż więdnie peso |
W Polsce na szczęście nie doszliśmy jeszcze do etapu druku złotego, rząd nigdy nie zaciągał kredytów tak tanio. Ale to się niestety zmieni. Aby upilnować rządzących potrzebne są tysiące organizacji i związków, wiodąca rola krajowych mediów oraz koncentracja kapitału w krajowych rękach. W Polsce wygląda to tak: uzwiązkowienie wynosi kilkanaście procent (w Szwecji 75%), media pomimo przejęcia większości gazet przez zachodnie koncerny pozostają w krajowych rękach dzięki TV, kapitał w filiach kontrolowanych przez centrale zachodnich banków. To za mało by upilnować "układ". Słowo to po fatalnych rządach PiS zostało wyrzucone z dyskursu publicznego, niestety trafnie opisuje elity sprawujące władzę w Polsce - niechętne oddolnym inicjatywom i organizacjom publicznym, nawet w obliczu rosyjskiego zagrożenia i jawnej cybernetycznej napaści nie chcą pozwolić obywatelom organizować ochotniczych struktur obronnych. Mi ostatecznie opadły łuski z oczu po zachowaniu władz po wyborach. Arogancja, stygmatyzowanie ludzi domagających się publicznego sprawdzenia głosów i szybkie zniszczenie kart do głosowania podważyły wiarę wielu Polaków w uczciwość oraz sens wyborów.
Póki co jednak pozostajemy gospodarczo na fali wznoszącej i pozostaje nam mieć nadzieję, że zdążą wyłonić się inne grupy pragnące partycypować w podziale dochodu narodowego. Nie ma nic lepszego by pilnować uczciwych zasad.
OK, po tym przydługim wstępie mogę przejść do dzisiejszej analizy. Czy państwo pożycza, czy dodrukowuje, czy jest zdrowy wzrost inflacyjny, czy kryzysowe programy, efekt w erze pieniądza papierowego jest zawsze ten sam: zwiększanie podaży. Podaż pieniądza M3 zwiększyła się z 0.5 biliona w 2007 do 1 biliona PLN w styczniu 2015:
Podwojeniu pieniądza w obiegu w ciągu niecałych 8 lat nie towarzyszył wzrost kapitalizacji spółek publicznych. Kapitalizacja indeksu SWIG80 zdążyła spaść w 2008 3-krotnie, aktualnie utrzymuje się kilkanaście procent poniżej szczytu z 2007 roku:
Podzielmy zatem kapitalizację małych spółek przez ilość pieniądza:
W długim terminie widzimy szerokie pole do wzrostów, które mogą odbyć się nawet mimo słabych wyników spółek. Zwyczajnie pieniądza zrobi się na tyle dużo w rękach grup nie zainteresowanych bieżącą konsumpcją, że będą szukały miejsc ucieczki przed inflacją. Chyba, że będą uciekali przed czymś innym:
Na koniec taka anegdotka. Znajomy z niemieckim obywatelstwem sprzedaje bardzo okazyjnie nieruchomość, którą lata temu kupił w Polsce jako inwestycję. Dlaczego tak tanio? Podobno Niemcy są przekonani, że Rosja zajmie Polskę...
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)




























