wtorek, 29 września 2009

NIKKEI trzyma się w kanale bessy

Górne ograniczenie kanału bessy dla S&P500 oscyluje gdzieś w granicach 1150, tymczasem NIKKEI dwukrotnie liznął opór i gwałtownie odbił. Na wykresie dziennym wybicie dołem z trójkąta, nawrót i dalsze spadki:



Co gorsza na tygodniowym dynamika spadków jest identyczna jak 9 lat temu (obecne linie bessy przekopiowałem do bessy 2000-2003):



Jak pisał Wojciech Białek, inwestorzy są zawsze najlepiej przygotowani do ostatniej bessy (to taka aluzja do powiedzenia o generałach), więc nie przywiązuje dużej wagi do analogii z poprzedniej bessy. Ale z ciekawości popatrzmy jak zachował się indeks w podobnym punkcie oznaczym strzałkami. Prawie rok spadków! Jest ktoś przygotowany na taki scenariusz?

poniedziałek, 28 września 2009

WIG/GOLD Ratio

Oto zapowiadany wykres Wig/Xaupln (ze średnimi 50-cio i 30-sto tygodniowymi):



Wnioski każdy wyciąga sam, ale ja złota raczej teraz nie kupię.

niedziela, 27 września 2009

Wojna coraz bliżej


Co USA dostało za odpuszczenie Europy Środkowo-Wschodniej (tarcza, Ukraina) oraz rosyjskiej strefy wpływów na Kaukazie (Gruzja)?

Krótki przegląd nagłówków prasy: "Rosja krytykuje Iran za negowanie Holokaustu", "USA, UK i Francja: Iran stanowi zagrożenie dla regionu i świata". O tym, że Iran jest zagrożeniem światowego ładu niczym Saddam słyszymy już od lat, ale dotychczas tylko w kręgach zachodnich.

Pamiętacie niedawną akcję "Piraci na Bałtyku" z porwanym statkiem Arctic Sea? Nieoficjalnie mówi się, że Mosad uciął rosyjskie zaopatrzenie Iranu w broń. Podobno z tajną misją w Moskwie był premier Izraela.

Iranohisteria zaczyna się nasilać i tym razem brak wyraźnego potępienia zachodniego imperializmu w Rosji. Iran jest ostatnim niezależnym krajem w rejonie Zatoki, w dodatku z dwóch stron otoczony krajami okupowanymi przez Zachód. Niedawno podpisał umowę z władzami Turkmenistanu (byłą republiką ZSRR) na dostawy gazu. Z tym samym krajem umowę na budowę rurociągu podpisały Chiny, co wywołało w Rosji szok, gdyż ta traci monopol na gaz w regionie. Rurociąg przejdzie przez dwie inne byłe republiki: Kazachstan i Uzbekistan, z których ta pierwsza wydawała się być kontrolowaną.

Pozwalam sobie na luźne teorie spiskowe, nie mam rzetelnej wiedzy o faktycznych stosunkach w regionie. Tyle co przeczytam w gazetach (szczególnie polecam artykuły reportera regionu Wojciecha Jagielskiego). Ze straszenia w TV też można w miarę dobrze odczytywać intencje rządzących.

W wizję sprzed 10 lat, z jednej z najbardziej grywalnych serii gier strategicznych "People's General", w której w jednym szeregu stają USA, UE i Rosja przeciwko Chinom nie wierzę, ale moim zdaniem powstają właśnie bloki NATO-Rosja i Chiny-Iran. Puszczając wodze fantazji widzę takie nagłówki gazet w bliższej lub dalszej przyszłości:

- Iran chce zniszczyć Izrael, odkryto masowe groby jakiejś mniejszości (raczej nie Kurdów, żeby Turków nie wkurzyć) w Iranie, służby Iranu mordują i porywają; zbiegli studenci, aresztowani z powodu rozruchów po ostatnich wyborach, pokazują rany po torturach, niezależni eksperci twierdzą, że w Iranie są obozy koncentracyjne (trzeba ostro).

- Na Kaukazie wybucha rebelia. Niskie ceny ropy szybko unaoczniły słabość Rosji i rozpoczęły rozpad ostatniego imperium kolonialnego. Rosja potrzebuje wysokich cen ropy, żeby mieć kasę na wojnę, tak się składa że ceny można gwałtownie napompować wykluczając na jakiś czas Iran z gry.

- Uaktywnili się piraci na wschodnio-afrykańskich wybrzeżach, na cel obrali sobie pare zachodnich jachtów (o tych będzie sporo w TV) i chińskie statki z towarami (o tym ewentualnie w chińskiej TV).

- Tusk podwyższa płacę minimalną i obiecuje sprawiedliwą rewaloryzację emerytur dla najuboższych.

Bałkany XXI wieku, czyli Bliski Wschód, już płoną, pytanie jak daleko rozprzestrzeni się ogień. Raczej neutralne zostaną Indie i Turcja. Przez kraje arabskie konflikt rozlewa się na północno-wschodnią Afrykę. W Rosji stale tli się Kaukaz, teraz odpadają "Kazachstany". Muzułmanie są realnym problemem dla integralności zachodnich Chin, w przypadku konfliktu medialnego również Tybet (oczywiście wyłącznie jako narzędzia wywiadu). Mamy też sporo krajów chętnych do resetu długów z powodu łamania międzynarodowych umów..

Dodajmy do tego dramatyczną nadwyżkę mężczyzn w Chinach, jako efekt polityki jednego dziecka (co skończyło się zabijaniem płodów dziewczynek), bardzo młode społeczeństwa arabskie i perskie (najlepsze fanatyczne mięso armatnie) i ryzyko rośnie. Mało kto zdaje sobie również sprawę, że eksplozja demograficzna w Azji możliwa była dzięki nowoczesnym uprawom, które zwielokrotniły wydajność plonów. Wcześniej liczba ludności nie przekraczała naturalnego progu głodowego. Czy kraje azjatyckie wykształciły już naukowców zdolnych do produkcji tak płodnych nasion?

Nasuwa się pytanie: czy z samych suchych faktów można budować tak dramatyczne scenariusze? W jednym z kolejnych wpisów o historii podam swoje powody, że to jak najbardziej uprawniona droga.

piątek, 25 września 2009

Dziennik transakcji 4w09.2009

W tym tygodniu przeprowadziłem niewiele transakcji, ponieważ w każdej chwili spodziewam się spadków. Postanowiłem zatem zastosować taktykę z czasów bessy, czyli zarzucić nisko sieci i oddawać akcje na zniesieniach Fibonacciego.

Tymczasem WIG przekornie wystrzelił do góry i do garnka wpadł tylko TSC. Oddałem go wyżej a różnicę zostawiłem w akcjach. Na wybranych spółkach (drastycznie przecenionych lub rokujących na przyszłość) będę stosował właśnie taką taktykę: zamiast inkasować zysk, zostawię "darmowe" akcje na długi termin.

Kupiłem także Mercora intraday, którego dziś oddałem. Myślę, że 23 zł spokojnie zdobędzie, ale zobaczę co dziś zrobi S&P500 (znając życie na koniec wystrzeli w górę, zamknie na plusie i w poniedziałek europejskie sierotki będą czekać na znak zza oceanu). W sumie to sprzedanie go nie było zbyt mądre, ale ostatnio większość pozycji, na których miałem zysk, zamykałem na stopie z lekkim minusem, więc dziś wymiękłem i zgarnąłem pieniądze.

Pisałem poprzednio, że przez niestosowanie się do "trade what you see" straciłem wiele okazji. Technicznie mamy trend wzrostowy i rezygnowanie z zajmowania pozycji jest znowu zgadywaniem szczytu. Fundamentalnie natomiast widzę tylko piętrzące się problemy i brak realnych działań naprawczych. Może na takim pesymiźmie rodzi się hossa i nadal warto kupować, ale jak patrzę na indeksy azjatyckie, na wielu rynkach osiągające wartości z 2006 roku, kiedy bessa nikomu się nie śniła, powstrzymuję się od zakupów.

BDI nadal spada i bardziej prawdopodobne wydaje się dogonienie go przez S&P500 niż odwrotny rajd:



A tu Dow/Gold ratio:



Jak widać akcje wyrażone w złocie nawet nie widziały odbicia i bessa trwa w pełni. W przyszłym tygodniu zrobię taki wykres dla WIG i złota w PLN. Biorąc pod uwagę cenę uncji w lutym, mieliśmy chyba niezłą hossę.

czwartek, 24 września 2009

Motywy cz. 3 ost. Kiedy trzeba zrobić 10 rzeczy naraz

Mamy już historię bloga, mamy teorię osiągnięcia mistrzostwa, czas na dokończenie wywodów i konkrety.

Publikując wpisy giełdowe liczyłem na nawiązanie dialogu z innymi graczami (w szczególności krytykę moich posunięć), jednak nie pojawiły się żadne dyskusje. Może nie została przekroczona masa krytyczna czytelników, może mój sposób wyrażania się nie zachęca do podjęcia tematu. Jest pozytyw, niedawno pojawił się czytelnik, który nigdy nie ukrywa swojego zdania (a potem się dziwi, że nie ma szczęścia do kobiet ;) .

Blog przybrał formę pamiętnika, jednak zależy mi, żeby niósł wartościowe treści. Chłonę różne teorie, sprawdzam je na sobie a potem opisuję efekty. Dla mnie korzyścią jest nabyte doświadczenie, dla czytelnika zwrócenie uwagi na coś potencjalnie interesującego i przy okazji możliwość zaobserwowania tego w praktyce. Nadal liczę, że z czasem czytelnicy podzielą się swoimi przemyśleniami/doświadczeniami.

Wiosną po ukończeniu dużego projektu stanąłem przed nieprzyjemną sytuacją zajmowania się wieloma zajęciami naraz. Kiedy wisi nad tobą 10 zadań, ich ukończenie wydaje się niemożliwe. Zadania przytłaczają. Nie ma radości z wymęczenia któregoś, bo dochodzą wciąż nowe i nowe.

W jednym z wpisów poddałem w kompletne zwątpienie wszystko, co się w materii organizowania czasu nauczyłem. Postawiłem na prowizorkę i odwalanie zadań na koniec, pod przymusem. Jak można się domyśleć, z prowizorki efekty są conajwyżej prowizoryczne. Zwłaszcza zaległości w zajęciach, które z zasady nie mają finału (księgowość, katalogowanie materiałów produkcyjnych, korespondencji) ogromnie się nawarstwiły.

Od miesięcy nie czułem radości z pracy. Człowiek jest szczęśliwy, kiedy wykonuje zajęcie, które pochłania go bez reszty. Czas się wtedy nie liczy, odcinamy się od otoczenia, cała uwaga skupia się na pracy. Silne skupienie sprzyja pojawianiu się nowych pomysłów, ulepszeń, uproszczeń i kształtowaniu własnego, świadomego stylu.

Niestety posiadając firmę musimy robić wiele nudnych i wiele stresujących rzeczy, zupełnie nie związanych z naszą specjalnością. Szukając sposobów poradzenia sobie z problemem organizacji pracy, trafiłem na ciekawy blog BIZNES BEZ STRESU i opisaną w nim metodę Getting Things Done (GTD) oraz autorskie rozwinięcie Zen To Done (ZTD). Szczegóły metod można sobie przeczytać na blogu, ja dostosowałem je do swoich doświadczeń i osiągnałem bardzo wymierne efekty: pozbyłem się wszystkich zaległości papierkowych i utrzymuję porządek w zawartości komputera i miejsca pracy (tu by się pewnie żona ze mną nie zgodziła, ale patrzę teraz przez moje okulary :)

Na czym polega metoda? Twórczość jest cykliczna, czasem chęć budowania nie daje nam spać i nie możemy się oderwać od zajęcia (mówimy wtedy, że mamy natchnienie), czasem natomiast wszystko wydaje się bez sensu i niepotrzebne. Myślę, że z cyklami jest jak z trendami na giełdzie - jeśli pędzisz do przodu, mózg nagradza cię endorfinkami za dobrze wykonaną robotę i z satysfakcją zabierasz się za kolejne poziomy. Kiedy kończysz duży projekt, czujesz się spełniony. Jeśli projekt się dobrze sprzedaje, chcesz robić coś jeszcze większego - robienie tego samego będzie już rutyną. Klapa projektu natomiast wypala, przestajesz wierzyć w siebie, proste zadania się nawarstwiają i przygniatają.

Zrozumiałem, że muszę się wyrwać z tego schematu wzrastającego apetytu i pogłębiającej niemocy. Za bardzo skupiałem się na celach. W efekcie w okresie natchnienia połykałem kolejne cele i wyznaczałem coraz większe, a w czasie "zjazdu" przygniatały mnie zadania tysiąc razy prostsze.

Żeby dłużej nie przynudzać, podam algorytm postępowania w sytuacji, kiedy masz do wykonania wiele zadań stałych oraz z odległymi terminami realizacji (coś dla studentów).

Jeśli czujesz natchnienie, podążaj za nim. Wszystko się udaje, jest hossa, każdy zarabia. Zajmuj się najtrudniejszymi, wymagającymi największej uwagi/koncentracji zadaniami. Pierdoły zostaw sobie na czas posuchy.

Kiedy natchnienie się kończy (zaczęła się bessa):

1. Wyłącz cele. W cyklu natchnienia tworzyłeś listy TODO i odhaczałeś kolejne zadania. Teraz listy niewykonanych zadań przyprawią cię tylko o wyrzuty sumienia.

2. Listę zadań zamień na listę czynności. Im więcej czynności do wykonywania, tym lepiej. Spisz wszystko, co musisz zrobić na pół roku wprzód, ale w żadnym wypadku nie myśl o tym, że masz to zrobić :)

3. Zamień się w system wielozadaniowy. Do każdej czynności dołącz procedury "atomowe", tj. prosty ciąg kroków powodujący wykonanie kawałka czynności.

Opiszę to na przykładzie. W toku prac nad projektem a potem przy wysyłaniu ofert i negocjacjach, nazbierało mi się kilka tysięcy maili. Wcześnie starałem się grupować otrzymane i wysłane wiadomości w katalogi, jak tylko ich liczba przekroczyła 100. Jednak raz, drugi, trzeci tego nie zrobiłem i wkońcu dnia by nie starczyło na uporządkowanie wszystkiego.

Zaznaczę, że chodzi wyłącznie o istotne maile, spam, reklamy i nadsyłane cv kasuję z automatu ;) Procedura atomowa wyglądała następująco: za każdym razem jak sprawdzam maila:
3.1 Grupuję wszystkie wiadomości, na które nie muszę odpisywać (przerzucam do odpowiednich katalogów).
3.2 Odpowiadam na wszystkie maile, na które muszę odpisać i grupuję je oraz odpowiedzi w katalogi.
3.3 Grupuję conajmniej jeden mail z puli maili nieuporządkowanych.
Ponieważ w tym czasie sprawdzałem maila średnio co pół godziny, liczba nieuporządkowanych maili sukcesywnie spadała. Najważniejsze w metodzie jest aby nie zwracać uwagi na to, ile jeszcze zostało do zrobienia; cel się nie liczy, jest procedura, wykonujemy i pach, zajmujemy się czym innym.

Istotą podejścia czynnościowego jest skupienie się na przełączaniu pomiędzy zadaniami atomowymi. Te mikrozadania są bardzo proste, ale nie zdążą nas znudzić, bo zaraz robimy coś innego. Wchodzę do kuchni zrobić herbatę. Procedura: zmyj conajmniej jedno naczynie, nawet jeśli jest to łyżeczka. Kiedy odnosisz kubek umyj go + conajmniej jedno naczynie. Problem góry niezmytych naczyń załatwiony.

Przyszła fakturka, księgujemy. Jeśli uważamy, że biurko jest zagracone, przy każdym siadaniu na fotelu odkładamy na miejsce jeden przedmiot. Odrobina treningu i możemy jednocześnie pisać kilka maili i wpis na blogu. Wszędzie czytam, że należy pokonywać każde takie zadanie po kolei, ale to nie zawsze działa.

Ważne jest, żeby lista zadań była długa i dało się rozbić je na proste mikrozadania. System nie sprawdzi się, kiedy pracujemy nad złożonym projektem, ale na czas skupienia i wyłączności przyjdzie inna pora. Metoda ma jeszcze jedną ogromną zaletę: czujemy zadowolenie, kiedy kończymy zadanie (zmyliśmy wszystkie naczynia, uporządkowaliśmy biurko, skrzynkę pocztową etc.) ale nie czujemy żadnego dyskomfortu, kiedy zadanie wisi nad nami! Ale nie dajmy się zwieść temu zadowoleniu i nie wyznaczajmy nowych większych celów, dopóki nie wejdziemy w tryb natchnieniowy.

Temat metody czynnościowej będę jeszcze rozwijał, na razie chcę powiedzieć, że jest to początek budowania zdrowych nawyków.

I wreszcie finał. Co mają motywy pisania bloga, do teorii 10 tys. godzin i radzenia sobie z nudnymi zadaniami? Stawiam sobie duży cel: chciałbym ciekawie i poprawnie pisać, żeby kiedyś napisać książkę. Co robię? Wpisuję bloga na listę czynności, poświęcam na niego kilka godzin w tygodniu i za 11 lat będę sprawnym rzemieślnikiem :)

Ponieważ wiem już, że blog będzie czymś trwałym, dodałem do niego reklamy. Zarobek z reklam jest dobrym miernikiem wartości moich wpisów dla czytelników. Przez 3 dni reklamy zarobiły na 2 piwa, mniej więcej tyle średnio alkoholu spożywam. Wypiszę zatem zalety prowadzenia bloga:

- uczę się pisać, uczestnicząc w dyskusjach poszerzam świadomość
- blog jako pamiętnik zwiększa szansę na długie, aktywne życie (będzie jeszcze o tym wpis), pozwala przeanalizować swoje decyzje, znaleźć przyczyny sukcesów/niepowodzeń
- piję za darmo :D

wtorek, 22 września 2009

Motywy cz.2, 10000 godzin

Wczoraj zamieściłem krótką historię bloga i moich działań w 2009 roku. Dzisiaj dalsza część i pare ważnych wniosków praktycznych.

Czy wiecie co odróżnia geniuszy od przeciętnych ludzi? Praktyka. Tak przynajmniej twierdzi prof. K. A. Ericcson, który przeprowadził badania w Berlińskiej Akademii Muzycznej na grupie wiolonczelistów. Studentów podzielono na 3 grupy pod kątem umiejętności: wirtuozi klasy światowej, dobrzy fachowcy i przyszli nauczyciele. Okazało się, że tym co decyduje o ich "talencie" jest czas poświęcony na własny rozwój.

Mistrzowie z pierwszej grupy spędzili na ćwiczeniach średnio 10000 godzin, fachowcy 4000 a przyszli nauczyciele 2000. W grupie pierwszej nie było ani jednego muzyka, który trenował 4000 godzin, podobnie jak wśród fachowców nie znalazł się żaden student z 10-tys. godzinną praktyką.

Dlaczego zatem zdecydowana większość z nas nie osiąga mistrzostwa w żadnej dziedzinie? Po pierwsze brakuje nam motywacji, żeby całymi latami powtarzać żmudne ćwiczenia. Prędzej czy później nudzimy się danym zajęciem i szukamy czegoś nowego. Po drugie wielu ludzi pracując latami na tym samym stanowisku, osiąga faktyczne mistrzostwo, jednak jest ono na tyle powszechne, że nie zwraca uwagi. Np. wybitny chirurg czy stolarz nie zachwyci ludzi tak jak muzyk.

Przykładem geniusza jest Mozart. Wykształceni muzycznie rodzice uczyli go od okresu niemowlęcego muzyki, dzięki czemu już w wieku kilku lat osiągnął mistrzostwo. Podobnie było z mistrzem skrzypiec Paganinim, którego ojciec katował ćwiczeniami, żeby zarabiać na talencie "cudownego dziecka". Niedawno widziałem na youtube film o kilkunastoletnim mistrzu perkusji, którego ojciec (perkusista) wdrażał w tajniki grania już w wieku 2 lat (z tego okresu są pierwsze ujęcia).

Droga nieustannych ćwiczeń prowadząca do mistrzostwa, jest niekwestionowana we wschodnich sztukach walki. Aby dotknąć wyżyn Tai-chi potrzeba minimum 30 lat regularnych treningów. Na swoim przykładzie pamiętam, że zaledwie rok ćwiczeń judo wystarczył mi, żeby obijać o matę świeżo przybyłych adeptów, jak i samemu fruwać od rzutów kolegów z trzyletnim doświadczeniem. A treningi zajmowały zaledwie kilka godzin w tygodniu! To co potrafi uczeń ze stażem 3-4 tys. godzin wystarczy, żeby połamać dziesięciu takich jak ja na raz.

Wydaje mi się, że sama praktyka nie tłumaczy niektórych geniuszy. Wiadomo, że Einstein miał inaczej zbudowany mózg, pływak Phelps ma genetyczne predyspozycje do bicia rekordów w wodzie, mimo to 10000 godzin praktyki w dowolnej dziedzinie, daje nam możliwość osiągnięcia wybitnej biegłości i wylądowania w wikipedii ;)

Najlepszy okres na naukę to dzieciństwo, ponieważ wtedy nasz czas ogranicza tylko sen i pare godzin szkoły. A jak wykrzesać w wieku dorosłym chociaż te 4000 godzin na ćwiczenia, skoro cały dzień spędzamy na miotaniu się między pracą a domem? Jeśli uda nam się wykrzesać godzinę dziennie, to na osiągnięcie biegłości potrzebujemy 11 lat!

O moich eksperymentach będzie w części 3 :)

poniedziałek, 21 września 2009

Po co blog

W związku ze zbliżającą się rocznicą działania bloga, zastanawiam się nad motywami, które doprowadziły do jego obecnej zawartości.

Najpierw pisałem o swoich doświadczeniach związanych z prowadzeniem firmy. Przy okazji wylałem przemyślenia filozoficzne, którymi chciałem podzielić się z ludźmi. Na samym początku liczyłem, że w jakiś sposób wykorzystam bloga komercyjnie, więc szukałem tematów pożytecznych.

Potem pomysł zarabiania odrzuciłem i korzystając z internetowej anonimowości pozwoliłem sobie na uzewnętrznianie rozterek i złości. Blog przybrał formę pamiętnika, co przyda się do rozliczeń i autoanalizy :)

Na początku 2009 roku sytuacja firmy pogorszyła się, większość firm w związku z kryzysem wstrzymało współpracę. Popełniłem duży błąd odmawiając zlecenia na produkcję narzędzi internetowych. Wtedy wydawało mi się, że dalej będę w stanie utrzymać się z produkcji przygodówek, w których chciałem się specjalizować.

Fiasko sprzedaży licencji w pierwszej połowie roku (zaledwie 2 licencje z planowanych 5) zachwiało moją wiarą w to co robię. Świat poszedł do przodu, rozrywka przechodzi do sieci a ja się upierałem w produkcji niskobudżetowych programów na CD.

W tym samym czasie coraz większą uwagę poświęcałem giełdzie. Zachowanie rynków, cykle koniunkturalne, walka z emocjami, to wszystko wciągało jak narkotyk. Mój pierwszy entuzjazm już przygasł (całe szczęście), ale taki był cel od początku: nauczyć się inwestowania i traktować giełdę jako kolejne źródło zarobku. Dowiedziałem się jeszcze kilku ważnych rzeczy.

Wejście na giełdę unaoczniło mi skłonność do fantazjowania, lęk przed porażką i uwolniło od skrajnych emocji związanych z poczuciem straty oraz zaprzepaszczonej okazji. Uogólniając, giełdę można odnieść do realnego biznesu. Np. kiedyś składając ofertę bardzo wiązałem się z nią emocjonalnie. Potrafiłem całymi godzinami pisać mail do firmy i blokować inne działania w oczekiwaniu na odpowiedź. Poszukiwałem zleceń bezpiecznych, tj. zapewniających długie miesiące pracy bez potrzeby poszukiwania innych kontaktów biznesowych.

Na giełdzie ilość ofert i okazji jest nieograniczona, mamy zatem szansę, żeby zawieranie transakcji i wystawianie ofert sało się rutyną. Podejmowałem decyzje tak często, że wkońcu udało mi się pozbyć emocji towarzyszących transakcjom. Przede mną jeszcze długa droga w przyswajaniu umiejętności traderskich, ale wiem, że już procentują.

Kolejne cenne doświadczenie to zauważenie, jak wiele okazji tracimy z powodu uprzedzeń. Kiedy pokazałem bloga jednemu z przyjaciół, zaskoczyło go, że zająłem się giełdą, przecież gracz giełdowy nic nie wytwarza. No i co z tego? Jakby patrzeć na życie w ten sposób, to poza rolnikiem, budowlańcem, szambonurkiem i browarnikiem wszyscy inni są niepotrzebni ;)

W akademiku spędziłem tysiące godzin na rozgrywkach sieciowych w Starcrafa czy Counter-Strike'a. Byłem uczestnikiem sporej społeczności, która potrafiła przegadać o graniu całą noc w klubie. Spędzaliśmy zupełnie niepożytecznie czas i byliśmy szczęśliwi. Nie potrzebuję już tłumaczyć sobie zasadności tego co robię, ani czy ktoś tego potrzebuje, czy nie. Konsekwencją mojego grania na giełdzie jest np. kilkadziesiąt wpisów, które przeczytało kilka tysięcy osób - zagospodarowałem komuś trochę czasu i może coś dzięki temu zbudowałem?

Różne postawy skłaniają nas do założenia firmy. U podstaw mojej decyzji leżała chęć uniezależnienia się, robienia rzeczy, które chciałbym mieć jako dziecko/uczeń a czasem zwyczajnie wyrzucenia z siebie kotłowaniny pomysłów. Motywy były artystyczne, a nie biznesowe. Niestety smykałki do handlu nie mam, póki co nie zanosi się na zmianę, ale nie jest to powód do poddania się. W każdej sytuacji można znaleźć swoją niszę.

Biorąc pod uwagę moje możliwości i nastawienie, opracowałem prosty plan. Obecnie negocjuję kilka długich projektów, od których zależy przyszłość. Jeśli nie wypali żaden, trudno, zadekuję się na jakiś czas w pierwszej lepszej firmie i popracuję jako inżynier. Brakuje mi dużego programistycznego projektu, przy którym mógłbym całkowicie zagłębić się w wymyślanie rozwiązań i algorytmów. Z całej historii prowadzenia działalności najmilej wspominam właśnie te momenty, kiedy budowałem narzędzia programistyczne, wymyślałem fabuły gier i jednocześnie nie musiałem zajmować się całą resztą spraw firmowych. Jednocześnie będę pracował nad bazą aktywów.

Jeśli wypali więcej projektów, będę musiał nauczyć się zatrudniać ludzi, czego się trochę boję. Już teraz jedną trzecią czasu zajmują mi korespondencje i negocjacje. Przestawienie się z rzemieślnika na menadżera obnaży kolejne wady, ale zmusi do dalszej nauki i pozwoli lepiej postrzegać rzeczywistość. Pewnie zawartość bloga też stałaby się ciekawsza.

Optymalnie byłoby dostać jedno zlecenie, które sfinansuje wszystkie koszty, ale nie zje całego czasu. Wtedy mógłbym skupić się na budowaniu bazy aktywów, które w przyszłości zapewnią finansowanie i będę mógł zająć się wyłącznie produkcją "artystyczną".

Jak zauważyliście dziś pojawiły się reklamy na blogu. Motywy chciałem podać w tym wpisie, ale wstęp tak się rozwlókł, że dokończę w kolejnym :) Ogólnie: w związku z ciągłymi problemami organizowania czasu, wypróbowywałem różne metody, czytałem psychologów etc. i opracowałem zestaw technik, które pozwoliły mi zrzucić bagaż stresu i jednocześnie pchnąć wiele spraw do przodu. O tym i aktywach będzie w kolejnym wpisie.