poniedziałek, 1 lutego 2016

Humory Tora cz. 2

Uciec z miasta

Korzystanie z opcji 'snap to road' podczas rysowania trasy na Endomondo wiąże się z pewnym ryzykiem - ścieżka prowadzona jest po drogach dla samochodów. Ponieważ nie zakładałem zwiedzania miasta, pierwszy punkt ustawiłem w Bryggen, a kolejny jakieś 10km dalej i pozwoliłem algorytmowi wyznaczyć najkrótszą trasę. Przeoczyłem przez to dość istotny fakt - najkrótsza trasa biegnie przez tunel i jest zamknięta dla pieszych. Żeby przejść na drugą stronę, musieliśmy okrążyć niedawno opuszczony masyw górski.  W poprzek nie dało się przejść, bo Norwegowie odkrajają z gór bloki skalne i przystawiają do nich kolejne osiedla i domy. W końcu jednak trafiliśmy na ścieżkę prowadzącą na szczyt, mimo że nie widniała na mapie. Jej absencja szybko się wyjaśniła - droga jest dopiero w budowie :) Nie chcieliśmy jednak tracić czasu, więc brnęliśmy głębiej w las. Za ścieżki posłużyły nam koryta wymyte przez strumienie. Tam po raz pierwszy podlał nas Tor.




Za górami, za lasami trafiamy znowu na zabudowę miejską. Robi się ciemno, ale łuna miasta stwarza złudzenie jakby dzień się jeszcze nie skończył, bo w każdym domu palą się wszystkie światła. Kontrastuje to z kompletnie wyludnionymi ulicami. Po 20 kilometrach skręcamy na drogę, którą wyznaczyłem ręcznie, opierając się o mapę satelitarną, ponieważ endo traktowała ją jako nieprzejezdną. Początkowo stoją wzdłuż niej wille (każda obowiązkowo z zapalonymi wszystkimi światłami), później pojawiają się zabudowania rolników a nawet opuszczone domy. Aż wreszcie droga zamienia się w wąski żwirowy trakt przecinany kamiennymi murkami i bramami. Ogrodzenia służą do utrzymywania stad owiec w jednym miejscu. Jeden z bardziej klimatycznych odcinków trasy okazuje się dawną arterią pocztową.


Opuszczone domki z kamienia na szlaku pocztowym
Tor

Pojawiają się coraz liczniejsze zabudowania, aż docieramy do miasteczka, z którego rozciąga się szeroka panorama fiordu i zabudowań na wyspie Flatoy. Na wyspę prowadzi 1.8 kilometrowy most, "wąskie gardło" - jeżeli będzie zamknięty, to nici z wyprawy. Kiedy się do niego zbliżamy staje się cud - spotykamy dwóch ludzi! Jakiś dziadzio odprowadza wnuczka i na pytanie czy idziemy w dobrym kierunku mówi, że tak, ale że tam jest "windy". Dobiegając do mostu słyszymy dosłownie piekielne odgłosy. Próbujemy je nawet nagrać, ale komórki nie są w stanie oddać budzącego trwogę huku. Wejściu na most towarzyszy lekki szok - zaczyna nami miotać. Pędzę skulony trzymając czapkę, która prawie odfrunęła z latarką czołową. Docieram do przęsła i kucam, czekając na resztę ekipy. Tkwimy tam chwilę niczym żołnierze przyszpileni ostrzałem w okopie; chowamy czołówki do plecaków, sprawdzamy zapięcia kieszeni i szykujemy się do kolejnego skoku.

Na najtrudniejszym odcinku, na wybrzuszeniu mostu nie jestem w stanie łapać oddechu. Łykam powietrze niczym wigilijny karp w worku, wicher zarzuca jedną nogę i się o nią prawie potykam. Później jest trochę lżej i Robo kręci ten filmik ku pamięci (w minucie 1:12 widać jak było wcześniej) :




Gdy tylko schodzimy z mostu wszystko uspokaja się jakby nigdy nic. Aż ciężko uwierzyć, że kilkadziesiąt metrów dalej trwa takie piekło. Pokonanie Flatoy zajmuje chwilę, a kolejny, znacznie krótszy most do Knarviku jest o wiele spokojniejszy. Za nami ok. 1/3 dystansu, mnóstwo emocji i pięknych widoczków. Czas na kolację. Wsuwam bułki z kefirem, paczkę rukoli i słoiczek oliwek.



Gdybyśmy wiedzieli wtedy, że to ostatnia szansa na kupno żywności, wszystko potoczyłoby się inaczej...

Humory Tora cz. 1

Wszystko w tym przedsięwzięciu było kompletną prowizorką, a wyszło jak skrzętnie zaplanowana powieść. No bo tak: męczyłem od tygodni chłopaków z Tricity Ultra, żebyśmy wyskoczyli na weekend gdzieś za granicę, zamiast klasycznie na zorganizowany bieg ultra. Myślałem, że mam wszystkie argumenty - loty z Gdańska za kilka dych, nie trzeba kupować 2 noclegów, bo biegniemy całą dobę, kosztowo wyjdzie jak wyjazd na lokalną imprezę, a przecież zasmakujemy kawałek innej kultury i krajobrazu. Na drugą noc wynajmiemy pokój i trzeciego dnia wrócimy z kolejną porcją wspomnień. Przebiegliśmy w 2 noce Łemkowynę 150, zrobienie gdzieś turystycznie setki, obstawiając lokalne knajpki będzie czystym relaksem. Ale chłopacy są już odporni na moje euforyczne wystrzały wizji, więc musiałem szukać innych naiwniaków. A ci, jak to bywa w prowizorkach, znajdują się sami - ot biurko obok w pracy trafił się kolega, który ściga się zawodowo na dychę i półmaratony.

Posnułem mu trochę, że fajnie byłoby zobaczyć fiordy w Norwegii, zamoczyć palec w Atlantyku, że Thorgal jest super, ale chyba sam pobiegnę, choć loty tylko do Oslo, a stamtąd za daleko do oceanu, ale coś tam znalazłem, pokazałem zdjęcia jakiejś skały. Na to wtrącił się kolejny, że przecież on pracował w Bergen i tam też są loty. Wtedy coś nam (tzn. mi i temu z biurka obok - Rafałowi vel Robo Runner) zaświeciło w główkach, odpaliliśmy stronę Wizzaira i za chwilę kupiliśmy bilety do Bergen po 39zł na 'za miesiąc' - mniej więcej tyle, co kosztuje taksówka na lotnisko. Przystąpiłem więc do planowania trasy na endo i po 2 minutach mieliśmy coś takiego:



Biegniemy z lotniska na koniec mapy, nocujemy, biegniemy znowu na lotnisko i wracamy do Polski. Witaj przygodo ;) Co tam jest na końcu tej mapy? Jakieś Hellesoy z przekreślonym 'o' - super, wchodzę na booking.com, wklepuję nazwę wiochy i bookuję najbliższe miejsce. Cały domek na 7 osób! Będzie się działo. Ale zaraz - domek jest po drugiej stronie wody.. Wtedy podejmuję decyzję, dzięki której bieg w ogóle się odbył - zamiast odwołać rezerwację (jakoś głupio już było odkręcać), rysuję nową mapę:



Też będzie Atlantyk w finale, a przy okazji bardziej górzyście. W swojej naiwności wierzę, że z każdej z tych miejscowości bez problemu dotrzemy do lotniska autobusem albo pociągiem. W końcu Norwegia to pierwszy świat. Skoro u nas wszędzie jeżdżą PKSy, to co dopiero tam. Jedno z wielu naiwnych założeń jak to, że nie trzeba targać jedzenia, bo w krajach pierwszego świata są całodobowe sklepy lub chociaż stacje benzynowe, albo że pogoda w Norwegii jest taka jak u nas, tylko dłużej jest ciemno.

Tak się cieszyliśmy z naszej wyprawy, że wkręciliśmy kolegę z biurka naprzeciwko. Piotr nigdy nie biegał ultra, ale niedawno zaliczył jakiś pierdolnik organizowany przez GROM, cięższą połówkę Tricity Ultra, a kilkanaście lat temu w trakcie półrocznego zwiedzania Ameryki Południowej wybrał się z kolegą na bezludny 6-tysięcznik w Peru i choć nie dotarli na szczyt, to udało im się wrócić po 4 dniach, idąc ostatnią dobę z połówką litra wody na dwóch. Jego spec-doświadczenie okazało się zbawcze w dwóch momentach, ale o tym później..

Drugie zrządzenie losu (pierwszym była zmiana trasy, ale o tym też później) rozwiązało problem komunikacji - gdy podzieliłem się planami wyprawy z sąsiadką, przekazała informację swojej przyjaciółce, która mieszka z mężem i dziećmi w Bergen. A ta przyjaciółka akurat zatrudnia do remontu majstra z Polski, który to majster pali i lubi wypić; a że w Norwegii są to towary luksusowe, spytała czy moglibyśmy przywieźć je samolotem z bezcłowego. Oferowała nocleg, podwózkę i zwrot kosztów używek. Na pierwsze i trzecie oczywiście nie mogliśmy przystać, ale z drugiego ochoczo skorzystaliśmy - nie dość, że mieliśmy już rozwiązany problem powrotu z domku na lotnisko, to mogliśmy ominąć pierwszy 17-kilometrowy odcinek z lotniska do centrum miasta.

No i w kwestii przygotowań to byłoby prawie na tyle - może poza tym, że Robo zaciągnął jeszcze starego druha od trampka i kielicha Maćka vel Gajowego. Kto pochodzi z Fromborka, wie o kim mowa, ja poznałem tego krzewiciela kultury fizycznej na Warmii pierwszy raz dopiero na lotnisku i.. czapki z głów, chyba że macie taśmę (o tym też później hehe).

Zbliżał się dzień wylotu, ale wyprawa nie zaprzątała nam głów. Zimą mało biegam; co tydzień morsuję, kilka razy zestaw 'pompki-przysiady-podciąganie na drążku'. Jeśli już biegałem, to z chłopakami z TU, a w pracy zajmowaliśmy się głównie programowaniem Skyneta. Robo i Piotr założyli, że się znam, a ja też byłem przekonany, że się znam. Robię odprawę, spisujemy co zabrać. Chłopaki wgrywają nabazgraną przeze mnie trasę do zegarków, Stasiu skwituje w trakcie biegu na naszej grupie "Kurwa oni są już martwi. Dominik ma trasę narysowana...". Żeby nie przynudzać, bo wino się kończy, przejdę w końcu do wyprawy.

Spotykamy się w piątek na lotnisku, wylatujemy, dolatujemy i kurczę coś nie ten teges. Samolot opada, a chmury nie ustępują. Telepie jak w busie do Braniewa (słowa Gajowego), wody nie widać, w myślach słyszę już "pull up! pull up!". Lądujemy w Bergen z lekkim opóźnieniem, wychodzimy z aeroportu i "kuuurna ale piździ!". Nie żebyśmy nie byli przygotowani na wiatr z deszczem, zapakowaliśmy po kilka warstw różnego rodzaju plastiku, ale wiało jak cholera. Na wybrzeżach hulał orkan Tor i co jakiś czas rzucał młotkiem w naszą trasę. Odbiera nas Witek, równy chłop, miło się rozmawia. Miasto lekko przykorkowane, bo władze wypuściły ludzi do domów, żeby się pochowali przed sztormem; ostrzegają zamykaniem mostów, odcinaniem prądu itp. Oby tylko nie zamknęli naszych..

Rodacy ugościli nas obiadem i pierwszy raz od 5 lat pożałowałem, że jestem wegetarianinem. Zupa rybna i gulasz z renifera uświadomiły mi, jak wiele mnie ominie w podróżniczym życiu. Witek podrzuca nas jeszcze na starówkę do Bryggen i wreszcie jesteśmy zdani tylko na własne nogi! Zgodnie z 'pieczołowicie' opracowaną przeze mnie trasą biegniemy wzdłuż kamieniczek do zamku króla. A potem zmieniamy plan i lecimy w góry. Wierzcie mi lub nie, ale nie miałem pojęcia, że Bergen leży w górach. Były tak klimatyczne, że świadomie naraziłem kolegów (poza Robem, on jest najlepszym biegaczem z nas) na kilkaset metrów dodatkowych przewyższeń i ok. 10 nadmiarowych kilometrów, ale chyba żaden nie ma o to pretensji.



Znajdź dom fana Władcy Pierścieni







Na szczycie góry popełniamy jeden z największych błędów - zamiast włączyć mapę w telefonie i iść dalej szczytami, kierujemy się wskazówkami z zegarków z trackiem. A te kierują nas z powrotem do miasta. Co gorsza w czasie zbiegu rozrywa się "plecak" Robo. Master ultra zabrał na 100 km bieg po klifach worek rozdawany na gdyńskiej dyszce, ze sznurkami zamiast pasów na ramionach:

Nie utrzymał ciężaru chusteczek
Na szczęście do akcji wkracza Piotr-Commando - nauczony wyprawami do Peru, żeby zawsze nosić taśmę reperuje worek i ostatecznie ten wypełni powierzoną misję:



Część dalsza w odcinku "Escape the city"...

wtorek, 12 stycznia 2016

Kto nie z Mieciem, tego zmieciem

Niemoc twórcza na blogu trwa, niemniej trzeba w końcu napisać coś o rynku. Niedawno przeczytałem bardzo ciekawą informację na blogu bossy (http://blogi.bossa.pl/2016/01/06/czy-na-kazdym-rynku-mozna-zarabiac/) :

Trzeci problem podniesiony przez zarządzających Nevsky Fund dotyczy skutków istotnie powiększonej roli funduszy indeksowych i strategii algorytmicznych w obrocie giełdowym. Zdaniem Taylora i Barnesa obydwie grupy inwestorów mogą tworzyć trendy nie mające żadnego oparcia w sytuacji fundamentalnej. Jedno błędne zlecenie albo będący częścią rynkowego szumu ruch po publikacji danych mogą przeobrazić się w rozciągnięty w czasie ruch cen. Historyczne korelacje pomiędzy poszczególnymi aktywami mogą się utrzymywać długo po zniknięciu fundamentalnych powodów do ich istnienia. Wreszcie, zwiększona rola funduszy indeksowych i strategii algorytmicznych utrudnia analizę pozycji inwestorów na rynku, czyli oceny pod jaki scenariusz grają inwestorzy. W dużym uproszczeniu: Taylor i Barnes sugerują, że zmiany z ostatniej dekady spowodowały, że rynki mogą pozostać nieracjonalne częściej, dłużej i bardziej kuriozalnie niż wcześniej.

Myślę, że opisany proces odnosi się do wielu aktywów, m.in. polskich akcji z WIG20. A im bardziej nieefektywny rynek, tym większa szansa trafienia na okazję, jeśli wiemy jak grać. Pisałem rok temu, że traktuję ETF na wungiel jako jaskółkę zmiany:



Spadku z 50$ na 5.5$ nie mogą tłumaczyć tylko fundamenty, podobnie jak krachu na ropie. Nawet jeśli połowa kopalni zbankrutuje, a ich aktywa zjadą do 0, to wciąż ryzyko, że taka wycena utrzyma się (lub pogłębi) w długim terminie jest raczej niewielkie. Myślę, że mamy tu do czynienia z wydłużonym cyklem irracjonalności rynku.

Nałóżmy WIG_POLAND_MV (kapitalizacja polskich spółek z WIG) na WIG_POLAND_BV (book value) :


Widzimy 2 rzeczy:
- ceny dopiero się zbliżyły do poziomów wartości księgowych, więc może być taniej (jak w 2009)
- wartość księgowa (wewnętrzna) polskich spółek rośnie nieprzerwanie od lat dzięki wzrostowi gospodarczemu, większej liczbie spółek na giełdzie i inflacji.

W 2011 roku grałem na spadki i wieściłem krach. 2000 na WIG20 wydawało się wtedy rozsądnym poziomem do zatrzymania paniki. Gdy dołki nie zostały pogłębione w 2012 roku, byłem pewien, że już nigdy nie zobaczę cyfry "1" z przodu. A jednak niedawno licznik pokazał 1698. Być może to preludium do prawdziwych tarapatów, ale gram jednak pod trzecią szansę. I trzymam kciuki za Węgrów:

2 dekady temu, gdy na GPW zaczęła się najbardziej szalona hossa, parkiet węgierski spadał jeszcze przez 11 miesięcy. Teraz role się odwróciły, a rozstrzał między GPW a BUX wynosi 9 miesięcy:

Kibicuję Madziarom w dalszych wzrostach, jak najbardziej nieprawdopodobnych i niespodziewanych :)

piątek, 1 stycznia 2016

Big short

Tytułowy "Big short" nie nawiązuje do zajętej przeze mnie ostatnio pozycji - to tytuł filmu, który miałem przyjemność dziś obejrzeć. Gwiazdorska obsada (Christian Bale, Brad Pitt, Ryan Gosling, Steve Carell) w filmie o tematyce rynkowej - takie rzeczy tylko w Ameryce! Ponieważ ostatnio nie mam kompletnie serca do pisania i wycofuję się po 2-3 zdaniach, wypiszę po myślnikach swoje przemyślenia bez składania całości do kupy :)

- Film jest świetnie zrealizowany - odniosłem wrażenie, że autorzy bardzo chcieli pokazać Amerykanom jak zdemoralizowany jest system w którym żyjemy, dlatego takie nagromadzenie gwiazd w filmie. Choć Pitt czy Gosling grają poprawnie, zawsze przyciągną kilka milionów widzów; Bale stworzył sugestywną kreację, która zasługuje na osobny myślnik, a Carell ze swoim funduszem cyników zagrał chyba jeszcze lepiej. Fabularnie to kawał inteligentnego kina, może nie hipnotyzuje jak "Wall Street" z Michaelem Douglasem, gdyż dotyka szerszej tematyki i jest oparty o fakty, ale ogląda się go bardzo dobrze, a gracze giełdowi wyłowią wiele smaczków:

- scena, w której pracownicy funduszu Bauma (granego przez Carella) prowadzą prywatne śledztwo mające odpowiedzieć na pytanie czy na rynku nieruchomości jest bańka, unaocznia jak powszechna była głupota i krótkowzroczność banków, brokerów, doradców i ich klientów. Każdy chciał szybko i dużo zarobić i choć widział, że coś tu nie gra, nie przyjmował do świadomości konsekwencji.

- dr medycyny Michael Bury (Bale), przykład nietuzinkowego tradera (kiedyś powiedzianoby pewnie geniusza, ale jak wiemy geniusz to wypadkowa mądrej, wytrwałej pracy). Pracuje jako analityk w funduszu i jako jedyny analizuje setki raportów na temat spłat rat kredytów, będących zabezpieczeniem obligacji hipotecznych. Nikomu nie chce się tych raportów czytać, a ci którzy je przygotowują nie bardzo rozumieją co piszą. Dostrzega, że pod papierami z ratingiem AAA kryją się niespłacane hipoteki i te konstrukcje muszą się zawalić. Postanawia zatem zagrać na bankructwo obligacji. Ma tylko jeden problem - nie istnieją żadne instrumenty finansowe, które to umożliwiają. Dlatego udaje się do banków inwestycyjnych i namawia je na stworzenie takiego produktu. Scena w siedzibie Goldmana i reakcja bankierów na szaleńca, który chce grać przeciwko nieruchomościom to majstersztyk.

- Bury trafnie przewidział co się stanie, ma tylko jeden problem - timing nie zgadza mu się o 2 lata, a klienci chcą wycofywać pieniądze z tracącej inwestycji. Zderza się z jedną z najbrutalniejszych mądrości giełdowych: rynek może pozostać dłużej nieracjonalny, niż ty pozostaniesz wypłacalny. Przeciwko nieruchomościom grają też inni, wątpliwości ich zżerają, szukają jakiejś fundamentalnej przyczyny, którą mogli przeoczyć (jak się okaże była taka przyczyna - gdy banki zorientowały się, że obligacje są bezwartościowe, zaczęły sztucznie podtrzymywać ich wartość, żeby sprzedać je nieświadomym zagrożenia ludziom i instytucjom). Bury jest w swoim 2-letnim czekaniu osamotniony, naciskają go wszyscy wspólnicy, klienci grożą pozwami, gdy zamraża ich pieniądze. Nie upiera się dlatego, że wierzy w swoją wyjątkowość czy gwiazdę szczęścia - z takim podejściem już dawno wypadłby z biznesu. Po prostu widzi fakty, widzi jak rzeczywistość realizuje jedyny możliwy scenariusz, ale musi czekać, a tego komfortu nie może dostać od ludzi wierzących w odwieczne prawdy.

- Film przedstawia sylwetki traderów, którzy zarobili na krachu (i brokera granego przez Goslinga, który szukał chętnych do skracania rynku nieruchomości, choć było to wbrew interesom jego banku-pracodawcy, ale wiedział, że prowizja jaką zgarnie pozwoli mu się ustawić do końca życia..). Wszyscy oni wykonali przed podjęciem decyzji ogromną pracę, której nie chciało się wykonać ogółowi. Następnie musieli wbrew wszystkim utrzymać tę pozycję. A na koniec, gdy wreszcie pozycje weszły w zysk, a druga strona transakcji wpadła w kolosalne kłopoty, musieli te pozycje utrzymać. Wyobraźcie sobie: utrzymujecie przez 2 lata stratną pozycję przeciwko czemuś, co w świadomości wszystkich ludzi nie może upaść i wreszcie pozycja wychodzi na plus, ale nagle dowiadujecie się, że instytucje które te pozycje przeciwko wam otworzyły mogą przestać istnieć i stracicie wszystko, co wpłaciliście. Czy brać szybko wysokie 30% zysku i ratować kapitał, czy dalej czekać na to, co założyliście 2 lata temu?

- Skupiłem się głównie na wątkach związanych z psychiką inwestowania. Film jednak dotyka również problemu nieuczciwości i bezkarności instytucji finansowych, ich destrukcyjnego wpływu na społeczeństwo. Poprzez postać wycofanego tradera Rickerta (Brad Pitt) autorzy zarysowali jak pieniądze uprzedmiotawiają relacje człowieka ze światem. "Gdy się im poddajesz, wszystko staje się liczbami", mówi Rickert dwójce garażowych inwestorów. Kiedy tamci skaczą z radości, że pomógł im otworzyć życiową pozycję przeciwko obligacjom opartym o hipoteki, ruga ich, że cieszą się z tragedii ludzi, którzy stracą pracę i domy. Czułem się wiele razy jak Bury, stojąc samotnie w pozycji, którą z ulgą bym odpuścił, gdyby nie fakty. Doskonale rozumiem finałowe załamanie Bauma, który stracił kompletnie wiarę w system. Na pozór cyniczny gracz żarliwie wygłasza na sympozjum, że oszustwo i krótkowzroczność nigdy nie przyniosły ludzkości pozytywnego efektu, by zobaczyć jak po krachu historia zatacza koło: tłuste koty ratują się za pieniądze podatników, a wina zrzucona zostaje na biednych i emigrantów (a nawet nauczycieli!).

"Big short" - wielopłaszczyznowa fabuła, wartka akcja i niesamowite aktorstwo (szczególnie teamu Bauma) - zdecydowanie polecam!

sobota, 19 grudnia 2015

Prawdziwy cel wojny w Polsce

Nie miałem ostatnio czasu, by obejrzeć wiadomości, ale orientuję się, że mamy w Polsce jakąś wojnę. Widziałem, że był wielki protest przeciwko powołaniu sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Co prawda PO po przegranych wyborach Bronka wywinęła podobny numer, ale wtedy media nie krzyczały, że się pali, więc wszyscy mieli na to wylane. No i w sumie przeszedłbym nad tym do porządku dziennego, ale przeglądając portale w nadziei, że wreszcie zobaczę na pierwszej stronie artykuły w stylu "krach i pożoga na giełdzie", zobaczyłem galerię z tego protestu i w niej takie zdjęcia:


Potem znajomi z fejsa zaczęli o sobie pisać, że są najgorszym sortem Polaków, więc postanowiłem sprawdzić o co biega i znalazłem wypowiedź Jarka:

To powrót do metod z lat 2005 – 2007, ale także z czasów rządu Jana Olszewskiego, czyli też naszych, bo to był też rząd Porozumienia Centrum. To się powtarza. Ten nawyk donoszenia na Polskę za granicę. W Polsce jest taka fatalna tradycja zdrady narodowej. I to jest właśnie nawiązywanie do tego. To jest w genach niektórych ludzi, tego najgorszego sortu Polaków. Ten najgorszy sort właśnie w tej chwili jest niesłychanie aktywny bo czuje się zagrożony. 

Wojna, później komunizm, później transformacja przeprowadzona tak, jak ją przeprowadzono właśnie ten typ ludzi promowała, dawała mu wielkie szanse. On dziś boi się, że te czasy się zmienią, że przyjdzie czas, że tak jak to być powinno – inny typ ludzi, mających motywacje wyższe, patriotyczne będzie wysunięty na czoło i to będzie dotyczyło wszystkich dziedzin życia społecznego, także ze strony gospodarczej. Tu jest ten wielki strach o to, jaki rodzaj Polaków będzie miał te największe szanse. Czy ci, dla których wszelkie sprawy związane z czymś szerszym, niż własny interes, narodem, godnością narodową, są ważne. Czy ci, dla których to nie ma żadnego znaczenia, a cała filozofia sprowadza się do takiego powiedzenia „nie ma takich grabi, które by od siebie grabiły”

Niech sobie przypomnę. W XVII wieku niejaki Hieronim Radziejowski tak bardzo nienawidził polskiego króla, że namówił szwedzkiego do napaści na Rzeczpospolitą (wcześniej próbował spiskować m.in. na dworze wiedeńskim). W efekcie 5-letniej wojny Polska straciła 40% ludności i już nigdy się nie podźwignęła. 140 lat później zniknęła z mapy, bo paru typkom tak bardzo nie podobała się Konstytucja 3 maja, że poprosili w Targowicy carycę Katarzynę o przywrócenie demokracji szlacheckiej w Polsze. Przez następne 120 lat świat (europejski) uważał, że Polacy nie zasługują na własne państwo, bo i tak się pokłócą, a przegrani polecą do sąsiadów po pomoc. To lepiej niech już rządzi nimi ten sąsiad.

Faktycznie, wplątywanie obcych służb, królów, armii w nasz grajdołek nigdy nie wyszło Polsce na dobre. Zgadzam się z Jarkiem, że raczej chujowi obywatele RP tak robią. Ale czy sympatyczni skądinąd ludzie z tego zdjęcia rzeczywiście donoszą obcym mediom o dyktaturze w Polsce? Cóż, nie sądzę. Jeszcze niedawno na jakimś heheszkowym portalu zbijano się z Rosjan, którzy tak łykali propagandę w czasie wojny z Ukrainą, że uwierzyli w strollowany artykuł jak to oddział NATO wylądował na polu i zgwałcił wszystkie krowy, albo że Ukraińcy ukrzyżowali 7-letniego chłopca. Cóż, po tym co się tu wyprawia nie zdziwiłby mnie nowy masowy protest, gdyby Gazeta napisała, że PiSiaki też gwałcą krowy.

Zanim zostanie mi przyklejona gęba polityczna, określam się: nie po drodze mi z PiS do tego stopnia, że oglądanie przygłupów pokroju Kurskiego czy Brudzińskiego skutecznie zniechęciło mnie lata temu do telewizji. Złodziejaszków z PO oceniałem równie nisko dopóki nie wybuchła tzw. "afera taśmowa". Pokazała ona, że na górze nie jest tak źle - nagrani ministrowie nie byli w nic umoczeni, interesowali się światem, narzekali na lokalną niemoc. Autentycznie poczułem wtedy, że mentalnie jesteśmy częścią Zachodu, a nie Rosji.

Co zatem jest nie tak? Skąd taki masowy opór przed Kaczyńskim. Skąd nieprawdopodobna kariera nowego Dyzmy: Rysia Petru? Przecież w PiS są nie tylko debile, działają tam też wyważeni konserwatyści. Dlaczego wali się do nich ze wszystkich medialnych armat? Dlaczego nikomu nie przeszkadzało ułaskawianie mafiosów i morderców przez poprzednich prezydentów, a larum po ułaskawieniu fanatycznego pro-państwowca Kamińskiego rozeszło się aż na portale o kotach?

Od kilku lat działa w Polsce niewidzialna armia, której budżet w 2015 roku szacowany jest na 53 miliardy zł (3% PKB). Dla porównania budżet Ministerstwa Obrony Narodowej to ok. 38 miliardów. Kto dysponuje blisko połowę większą kwotą niż polska Armia? Mafia wyłudzająca podatek VAT. Nie mówimy tu o jakichś Słowikach czy Dziadach. Za 50 miliardów nie kupuje się łysych z bejsbolami. Za 50 miliardów można sfinansować armię większą, niż 100 tys. żołnierzy Wojska Polskiego wyposażonych w czołgi, 1000 generałów i samoloty F-16.

Czym jest ten niewidzialny twór? Mieszanki lokalnych i zagranicznych służb, sitwy prokuratorskie, sędziowskie, mafia polska, ruska, czeczeńska, służby PRL, oligarchowie, potentaci medialni? Nie mam pojęcia! Ale 3% PKB nie wsiąka sobie w ziemię ot tak. Nie mówimy o kasie, która nie została zapłacona przez firmy, tylko o pieniądzach jakie przelewane są przez urzędy skarbowe na konta fikcyjnych spółek. Państwo Polskie płaci jakimś anonimowym gangsterom więcej niż swojej armii! Czy siły te będą na tyle zdeterminowane w utrzymaniu swojej realnej władzy, by po fiasku nagonki medialnej ściągać do Polski pomoc z zewnątrz albo zabijać urzędników, jak św. pamięci Michała Falzmanna?

Zbieram się od roku do opisania wstrząsających wniosków z lektury "Dlaczego narody przegrywają" i uwierzcie mi - za każdym razem gdy ułożę wpis w głowie, dostaję doła, bo dochodzi do mnie beznadzieja naszego [Polaków] położenia. Od tego doła nie chce się pisać. Jeżeli interesuje was, dlaczego od 500 lat Ameryka Łacińska jest biedna i czy ta bieda ma związek z faktem, że rządzą nią do dziś potomkowie konkwistadorów, sięgnijcie po cegłę panów Acemoglu i Robinsona. A jeśli nie macie czasu i szukacie szybkiej odpowiedzi dlaczego jako naród przegrywamy, przestudiujcie zasady ustroju pańszczyźnianego.

Wszystko wybaczę PiSowi, mogę nawet oglądać TV, jeśli poprawnie wskażą i usuną mafię niszczącą przyszłość Polaków. Na razie jednak podkurwiają społeczeństwo: a to chcą usuwać gimnazja (po co, skoro Polska awansowała do elity światowej we wczesnym szkolnictwie), a to chcą znieść reformę 6-latki do szkół (po 5 latach wprowadzania, pozdrowienia dla wszystkich posyłających dzieci do prywatnych przedszkoli, będziecie płacić 9 stów miesięcznie jeszcze rok dłużej). Przywrócenie przywilejów emerytalnych - skąd na to kasa? Pewnie tradycyjnie pójdą pożyczyć od Żyda - spieszcie się, bo jeszcze da się na 3%, potem będziecie musieli opylić resztki Taurona i PGE. Cena co prawda już niezbyt dobra, ledwie połowa tego co 5 lat temu, ale parę miliardów jeszcze wleci.

Od nowej władzy nie oczekiwałem nic twórczego, liczyłem za to że nie będą kradli. Niestety, na razie remis z PO, wstawili swoich na stołki i już doją - nihil novi, złodzieje tacy sami. Teraz chcą psuć to, co już działa - będzie opór jak sk..syn. Myślicie, że ci protestujący 3 lata temu w obronie przedszkolaków jeszcze się tym interesują? Dzieciaki poszły do szkoły rok szybciej, nauczyły się czytać, nadal biegają i wrzeszczą - pozostały dziećmi. Nikogo to już nie interesuje, nawet fundacja tej krzykliwej baby zajmuje się już tylko wypłacaniem pensji zarządowi (czyli krzykliwej babie i jej mężowi). Przepis na utrzymanie władzy jest prosty:
1. nie kraść,
2. nie dotykać tego co jako tako funkcjonuje, bo spieprzycie,
3. zlokalizować i usuwać sitwy oraz święte krowy (pamiętaj Gazeto, liczę wtedy na artykuł o gwałceniu!)

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Trzecia szansa

Tytułowa trzecia szansa to możliwość zajęcia długiej pozycji u zarania nowej hossy w okolicy dołka. W 2009 roku taką pozycję miałem, ale byłem tak zielony, że roztrwoniłem ją na day-trading w silnym trendzie wzrostowym. W 2012 znowu kupiłem tanio dobre akcje, ale nie dowiozłem ich do najsilniejszych fal wzrostowych, biorąc tylko to co pewne. Tym razem postanowiłem zaryzykować i zbudowałem pozycję opcyjną na seriach C (marzec 2016) i F (czerwiec 2016). Na długi termin do portfela małych spółek dołączyłem w zeszłym tygodniu pakiet z WIG20 (wróciły m.in. PGE i Tauron, powiększyłem pozycję na PKO i kupiłem Orange oraz ETFWIG20).

Zajrzyjmy na wykresy.


Skala miesięczna: wieloletnie wsparcie - kupuję akcje na lata

Skala tygodniowa: złote fibo61.8 - kupuję opcje z założeniem, że w skali
kilku miesięcy wejdą in-the-money

Wig20 Total Return (z dywidendami): fibo38.2 - trend wzrostowy zachowany

Wig20Usd - trochę zabrakło do idealnego obrazu, wolałbym kupić przy ~430,
z drugiej strony gdyby miało tam spaść, z opcji mnie nie wystopuje :)
WIG: tu też zabrakło trochę do wsparcia na fibo38.2
Wig banki: negatywny bohater ostatnich miesięcy, dobił do wsparcia...
... i jest tani jak w poprzednich dołkach bess
PGE wykonał techniczne zasięgi spadków i rysuje dywergencję
Indeks nieważony całego rynku znajduje się w hossie...
A c/wk akcji z GPW i Newconnect ma dużo miejsca do wzrostów

sobota, 28 listopada 2015

La vita e bella


Mam dwadzieścia pięć lat,
i życie połamane jak patyk.
Co spojrzę wstecz, ogromna czarna plama.
Co spojrzę przed się, twardy, zimny głaz.
Czułem powołanie w życiu swym
na księdza albo na żołnierza
i poznałem, że ni ten ani tamten
nie mają już, czego bronić.
Byłem Faustem i byłem Prometeuszem,
porównywałem pyłek wiedzy,
z wszechświatowym pyłem tajemnicy.
I wydzierałem ogień niebu,
aby go nieść swoim braciom...

Kat, Delirium Tremens

Mam 35 lat i życie tak poskładane, że może być chyba tylko gorzej. Gdy spojrzę 10 lat wstecz, widzę rozdzierającą trzewia ambicję i nieustanną potrzebę udowadniania czegoś. Czy to tylko czas, czy bieganie i wegetarianizm, czy przesiąknięcie naukami de Mello i Eckharta Tolle dołożyły swoje 3 grosze, przeżywam najlepszy okres swojego życia (w sumie fajniej było jak poznałem małżonkę, ale wtedy byłem na zakochaniowym haju :) . Marzyłem kiedyś o rysowaniu komiksów, robieniu gier komputerowych. Przez 10 lat te marzenia napędzały moje działania; kariery nie zrobiłem, ale kilkanaście gier stworzyliśmy z chłopakami, w tym przygodówkę z bohaterami naszego dzieciństwa: Kajkiem i Kokoszem. Właśnie widzę, że pisałem o tym w maju, więc nie będę się powtarzał.

Po co zatem ten wpis? Zawsze starałem się, żeby to co piszę niosło jakąś wartość dla czytelnika. Sącząc browarka natchnęło mnie, by podzielić się paroma spostrzeżeniami. Wiecie dlaczego najbardziej nie chciałem iść na etat? Bo strasznie nie cierpiałem stania w korkach. Pod koniec studiów zamieszkałem z dziewczyną i dojeżdżałem golfikiem na polibudę oraz do pracy. Kiedy miałem zajęcia na 8, musiałem wyjechać ok. 7, żeby się nie spóźnić. To doświadczenie było tak nieprzyjemne, że przez kolejne 10 lat wolałem nie ruszać się z domu :) Teraz pracuję 32 km od domu w innym mieście, ale przejazdy są jednym z najprzyjemniejszych momentów dnia. Odpalam autko, audiobooka z powieścią i przez ok. 40 minut zatapiam się w świecie komisarza Harry'ego Hole albo innego Cormorana Strike'a. Nawet przy pustej obwodnicy staram się nie przekraczać 90-100 km/h, żeby zbyt szybko nie dotrzeć na miejsce. To czas tylko dla mnie; przez lata czytałem w łóżku między 22 a północą, teraz ok. półtora godziny dziennie słucham powieści w samochodzie i to co zawsze postrzegałem jako stratę bezcennego czasu stało się relaksem.

Pracuję w Gdyni, w linii prostej 1.2 km od plaży miejskiej. Bieg na plażę, kąpiel i powrót zajmują równe pół godziny - dzięki temu morsowanie załatwiam między poniedziałkiem i piątkiem. W promieniu 1km od pracy mam do wyboru 2 bio-waye, 1 green way i bardzo fajne bistro 'feed your soul', gdzie serwują dania wegańskie bez cukru, laktozy i glutenu - wiem, brzmi to dość radykalnie, ale jedzenie smakuje tak, że koledzy z pracy stwierdzili, że mogą zostać wegetarianami, jeśli będą jedli tak codziennie.

Dzięki darmowej aplikacji duolingo uczę się od września francuskiego i niemieckiego. Francuski miałem w średniej, a niemieckiego nigdy się nie uczyłem, ale kocham kilka utworów Rammsteina i pomyślałem, że fajnie byłoby wiedzieć o czym są. Zawsze uważałem, że do życia wystarczy mi dobra znajomość angielskiego, a nauka innych języków to strata czasu. Ale teraz niemiecki mnie porwał i zmieniłem zdanie. Warto znać niemiecki, żeby wiedzieć o czym śpiewa Rammstein w Wo bist du :) Najlepsze jest to, że nauka obu języków to czysta przyjemność, bo stosuję wszystkie zasady, które wyłożyłem w cyklu o wyrabianiu nawyków. Przez lata czytałem na kibelku Duży Format, potem rozwiązywałem sudoku, a teraz trzaskam na telefonie lekcje z niemca i francuza. Czasem mam wystrzał motywacji i robię kilkanaście lekcji i powtórzeń z rzędu, czasem tłumaczę posiłkując się google translate jakiś utwór. To wystarczyło, bym po niecałych 3 miesiącach zaczął czytać proste artykuły w obu językach z serwisów dla nastolatków. Bez konkretnego celu, bez konkretnego terminu, mam zamiar powtarzać lekcje, aż będę w stanie czytać niemieckie i francuskie serwisy.

Wymieniłem wreszcie gitarę elektryczną. Starą jeszcze z czasów szkoły średniej dałem dzieciakom na dobicie, a na nowej odkryłem, że tapping na dobrej gitarze nie jest żadną magią. Z youtuba uczę się jak zagrać solówkę do One Metalliki - przez całe życie niepoprawnie trzymałem kostkę i źle czytałem niektóre znaczki przy tabulaturach, przez co kilkaset godzin nauki grania poszło w pizdu. Czyż internet nie jest największym wynalazkiem ludzkości?

Na koniec pora wspomnieć o IV biegu TriCity Ultra 80. Jesienna edycja wyszła bardzo fajnie. Wyrabiamy się jako organizatorzy, bieg staje się coraz bardziej popularny. I znowu napiszę to co przy słuchaniu audiobooków czy nauce języków: nie kieruje tu nami jakiś konkretny cel, robimy to co lubimy i wraz ze zmianą skali dostosowujemy się. Po raz pierwszy dwóch z nas musiało zrezygnować z biegu, żeby zapewnić uczestnikom prowiant, rzeczy na przebranie, podwieźć kogoś z trasy na przystanek itp. Zrobiliśmy coś dla innych i poczuliśmy satysfakcję. W zamian otrzymaliśmy sporo dowodów sympatii, jeden z biegaczy przyniósł pyszne muffinki, inni zapowiedzieli że na wiosenną edycję coś ugotują. Ponieważ to nieoficjalny bieg koleżeński, będziemy musieli po raz pierwszy wprowadzić limit uczestników, żeby nie podpaść pod jakieś przepisy.. Mieliśmy też kilka minut "sławy" w lokalnej TV:



Tricity Ultra - TVP Gdańsk
Pobudka o 5:30, wskakujemy w ciuchy biegowe, Dominik (nasz przewdonik Tarahumara) się trochę zgubił, bo pomylił Spacerową ze Słowackiego, ale ostatecznie szczęśliwie stanęliśmy na starcie... eee ... przed kamerą :D
Posted by TriCity Ultra on 27 listopada 2015


Nowa 10-latka rozwija się niespodziewanie szybko i w wielu kierunkach, więc za jakiś czas powinny pojawić się nowe tematy na blogu. Także pamiętajcie: trening, trening i jeszcze raz trening.

PS Nie piszę na razie o giełdzie, bo szykuję się do "złotego strzału". Jeśli WIG20 zjedzie poniżej 1900, zacznę planowe działanie i być może opiszę co nieco.

PS2 Musiałem wprowadzić moderację komentarzy, bo jakiś spamer wrzucił na raz 100 komentarzy, ale jak zawsze zachęcam do dzielenia się swoimi opiniami.