Blog o inwestowaniu, grze na giełdzie, rozwoju osobistym, przemyślenia na temat egzystencji, poszerzanie świadomości. Czasem trochę o żarciu i bieganiu - życie :) Napisz do mnie: deedees małpa o2 kropcia pl
czwartek, 27 marca 2014
Wiedźmin jest wielki, Wiedźmin nie pęka
Wzrosty naszej rodzimej perełki CD Projekt "zbiegły się" z rajdem na NASDAQ:
Od początku roku rynki amerykańskie dostają lekkiej zadyszki. Wiele narzędzi wskazuje na możliwość wystąpienia mocniejszych spadków (jak wiadomo sam optuję za takim biegiem wypadków). Przypatrzmy się teraz naszemu CDR:
Na wykresie 5-letnim układ świec przypomina rok 2011. W perspektywie dziennej jeszcze gorzej:
Potężna luka i próba jej zamknięcia, która dla techników jest okazją do zajęcia krótkiej pozycji (FCDR). Fundamentalnie spółka jest bardzo droga, choć wskazuje się jej niedowartościowanie względem amerykańskich odpowiedników. Pytanie czy zdoła utrzymać trend wzrostowy przy spadającym NASDAQ? Nie sądzę..
W długim terminie życzę CDR aby zarabiał te 150 milionów rocznie jakie najwyraźniej dyskontuje dziś rynek, jednak póki co urósł za dużo i za szybko. Sprzedaż dóbr kultury za granicę, szczególnie tych umocowanych w rodzimej tradycji, to jedna z wyższych form aktywności gospodarczej.
środa, 12 marca 2014
Jak nie teraz to kiedy?
Od 3 lat rynki wschodzące są w bessach lub konsolidacjach. Nieliczne urosły w asyście pędzących giełd amerykańskich czy niemieckich (m.in. nasz WIG, bo WIG20 już nie). Im dłużej jednak dołowane są EM i im gorszy sentyment wśród inwestorów, tym bardziej rosną szanse na powrót do hossy, bowiem w erze pieniądza drukowanego giełdy są skazane na długoterminowe wzrosty (przy założeniu oczywiście, że sytuacja polityczna w tych krajach pozostaje stabilna).
Konsolidacja na rynkach wschodzących uległa już bardzo silnemu zwężeniu. Towarzyszą jej hiperboliczne wzrosty na niektórych indeksach amerykańskich oraz zmęczenie na innych dotychczasowych liderach hossy (DAX). Ponadto część indeksów oraz dr Copper wybiły dołem:
Jak zachowają się akcje polskie w tym środowisku? Na razie trzymamy się nad wsparciami, ale kiedyś balon w Stanach musi ulec korekcie. Miedź i sentyment u sąsiadów też nas nie pociągną w górę. Czy impuls spadkowy z 2011 roku dotknie także Polskę?
Obawiam się, że nie unikniemy mocniejszych spadków. Nie uważam, żeby akcje z WIG20 były przewartościowane, jednakże ceny na giełdach fluktują między przewartościowaniem a niedowartościowaniem w zależności od oczekiwań uczestników. A te w perspektywie najbliższych miesięcy wyglądają następująco:
byki:
- gospodarka dopiero wychodzi z marazmu, RPP nie zaczęła jeszcze schładzać koniunktury, bessa nigdy nie zaczynała się w takich warunkach;
misie:
- od 2009 mamy hossę płynnościową uzależnioną od dodruku dolarów, jenów, funtów i euro; wraz z wygaszaniem programów typu QE rynki czekają turbulencje;
- WIG20 P/E wskazuje, że najwyższe zyski spółki mają już za sobą:
Przy okazji znalazłem ciekawą analogię między S&P500 a WIG20:
Konsolidacja na rynkach wschodzących uległa już bardzo silnemu zwężeniu. Towarzyszą jej hiperboliczne wzrosty na niektórych indeksach amerykańskich oraz zmęczenie na innych dotychczasowych liderach hossy (DAX). Ponadto część indeksów oraz dr Copper wybiły dołem:
![]() |
| Pomimo dobrych odczytów w gospodarce węgierski BUX bardzo słaby |
![]() |
| Rosyjski RTS wybija dołem trójkąt |
![]() |
| Techniczne zasięgi spadku na miedzi to okolice 250 |
Jak zachowają się akcje polskie w tym środowisku? Na razie trzymamy się nad wsparciami, ale kiedyś balon w Stanach musi ulec korekcie. Miedź i sentyment u sąsiadów też nas nie pociągną w górę. Czy impuls spadkowy z 2011 roku dotknie także Polskę?
Obawiam się, że nie unikniemy mocniejszych spadków. Nie uważam, żeby akcje z WIG20 były przewartościowane, jednakże ceny na giełdach fluktują między przewartościowaniem a niedowartościowaniem w zależności od oczekiwań uczestników. A te w perspektywie najbliższych miesięcy wyglądają następująco:
byki:
- gospodarka dopiero wychodzi z marazmu, RPP nie zaczęła jeszcze schładzać koniunktury, bessa nigdy nie zaczynała się w takich warunkach;
misie:
- od 2009 mamy hossę płynnościową uzależnioną od dodruku dolarów, jenów, funtów i euro; wraz z wygaszaniem programów typu QE rynki czekają turbulencje;
- WIG20 P/E wskazuje, że najwyższe zyski spółki mają już za sobą:
Przy okazji znalazłem ciekawą analogię między S&P500 a WIG20:
wtorek, 11 marca 2014
Czarne stopy
Z korelacjami giełdowymi (szczególnie takimi publikowanymi na blogach i w literaturze) jest jeden problem: działają tylko na wykresach historycznych. Gdy zaczynamy budować bazującą na nich strategię, możemy być pewni, że w domowym zaciszu rynkowi Janusze już pod nią grają.
W połowie 2012 było już jasne, że hossa wystartuje lada moment. Wyceny spółek rewelacyjne, wszędzie strach i bessa w TV. Oczekiwano zatem, że w maju RPP rozpocznie cykl obniżek stóp procentowych. Tymczasem Belka łup podwyższył je o 0.25pkt . Wówczas inwestorzy makro-fundamentalni zajrzeli w odpowiednie tabelki i odłożyli decyzję o kupnie akcji o kolejne miesiące, ponieważ szanująca się hossa startuje dopiero po trzeciej obniżce stóp.
GPW wykonała jeszcze jeden zjazd, a potem rozpoczęła pierwszą falę hossy, która skończyła się... dokładnie po trzeciej obniżce:
Tyle WIG. Znacznie bliżej teorii zachował się indeks cenowy:
Hossa ruszyła zgodnie z założeniami po trzeciej obniżce.
W tej sytuacji gracze uwzględniający sytuację makroekonomiczną nie mogą bezkrytycznie liczyć, że bessa zacznie się np. 3 miesiące po podwyżkach stóp, bo równie dobrze możemy mieć już pół roku spadków za nami, a np. zaraz po trzeciej podwyżce mocne odbicie (fala B) ;)
Wydarzenia z Turcji, której bank centralny musiał na nadzwyczajnym posiedzeniu gwałtownie podwyższyć stopy o 5% pokazują, że tym razem banki centralne nie tyle muszą hamować rozgrzane głowy rodzimych kredytobiorców, tylko kusić kapitał zagraniczny, żeby nie likwidował pozycji. W Stanach Ben napompował balon na akcjach (szczególnie NASDAQ i Russel2000) czym doprowadził do opisywanej już gigantycznej dysproporcji w majętności miliarderów i całej reszty. Jeśli Yellen będzie zmuszona przekuć ten balon (na razie nie ma żadnych zapowiedzi), odpływ dolara z rynków wschodzących może spowodować wzrosty stóp procentowych podobne jak w Turcji. Być może taki scenariusz dyskontują giełdy rynków wschodzących, które spadają już od października zeszłego roku (pomijam fakt, że wiele giełd jest w bessie od 2011).
Podsumujmy zatem:
1. Giełda polska znajduje się od listopada w fazie korekty/konsolidacji/budowania szczytu - czy będzie kontynuacja hossy, czy bessa dowiemy się w przyszłości; ostrożnie stawiam, że jest szansa (bądź zagrożenie, zależy jak kto patrzy) na wykończenie impulsu spadkowego z 2011 roku, jak ma to miejsce aktualnie w Rosji czy na Węgrzech.
2. Okienko na flash-crash w Stanach zamknęło się w lutym. Nie mam pojęcia co dyskontuje tam rynek, ponieważ wszystkie znane wskaźniki wskazują bańkowe przewartościowanie akcji. Dopiero gdy podzielić kapitalizację giełdy przez ilość dodrukowanych dolarów, euro, funtów i jenów akcje nie są takie drogie. Aktualnie w grze scenariusz "koszmar minionego lata", czyli wspinaczka z rekordem every day jak w marcu 2010.
3. Drugorzędne znaczenie sytuacji makro w Polsce dla dużych indeksów (WIG, WIG20, MWIG40) - zagranica twardo tu siedzi, a dla niej liczy się przede wszystkim płynność w $. Małe spółki, w tym indeks cenowy powinny zachować się zgodnie z dotychczasowymi zasadami, tj. zależność od koniunktury w kraju i ceny kredytu.
Wniosek:
Pykam dalej na pochodnych i czekam aż skończy się szaleństwo w Stanach. W Europie czas gra na korzyść byków.
W połowie 2012 było już jasne, że hossa wystartuje lada moment. Wyceny spółek rewelacyjne, wszędzie strach i bessa w TV. Oczekiwano zatem, że w maju RPP rozpocznie cykl obniżek stóp procentowych. Tymczasem Belka łup podwyższył je o 0.25pkt . Wówczas inwestorzy makro-fundamentalni zajrzeli w odpowiednie tabelki i odłożyli decyzję o kupnie akcji o kolejne miesiące, ponieważ szanująca się hossa startuje dopiero po trzeciej obniżce stóp.
GPW wykonała jeszcze jeden zjazd, a potem rozpoczęła pierwszą falę hossy, która skończyła się... dokładnie po trzeciej obniżce:
Tyle WIG. Znacznie bliżej teorii zachował się indeks cenowy:
Hossa ruszyła zgodnie z założeniami po trzeciej obniżce.
W tej sytuacji gracze uwzględniający sytuację makroekonomiczną nie mogą bezkrytycznie liczyć, że bessa zacznie się np. 3 miesiące po podwyżkach stóp, bo równie dobrze możemy mieć już pół roku spadków za nami, a np. zaraz po trzeciej podwyżce mocne odbicie (fala B) ;)
Wydarzenia z Turcji, której bank centralny musiał na nadzwyczajnym posiedzeniu gwałtownie podwyższyć stopy o 5% pokazują, że tym razem banki centralne nie tyle muszą hamować rozgrzane głowy rodzimych kredytobiorców, tylko kusić kapitał zagraniczny, żeby nie likwidował pozycji. W Stanach Ben napompował balon na akcjach (szczególnie NASDAQ i Russel2000) czym doprowadził do opisywanej już gigantycznej dysproporcji w majętności miliarderów i całej reszty. Jeśli Yellen będzie zmuszona przekuć ten balon (na razie nie ma żadnych zapowiedzi), odpływ dolara z rynków wschodzących może spowodować wzrosty stóp procentowych podobne jak w Turcji. Być może taki scenariusz dyskontują giełdy rynków wschodzących, które spadają już od października zeszłego roku (pomijam fakt, że wiele giełd jest w bessie od 2011).
Podsumujmy zatem:
1. Giełda polska znajduje się od listopada w fazie korekty/konsolidacji/budowania szczytu - czy będzie kontynuacja hossy, czy bessa dowiemy się w przyszłości; ostrożnie stawiam, że jest szansa (bądź zagrożenie, zależy jak kto patrzy) na wykończenie impulsu spadkowego z 2011 roku, jak ma to miejsce aktualnie w Rosji czy na Węgrzech.
2. Okienko na flash-crash w Stanach zamknęło się w lutym. Nie mam pojęcia co dyskontuje tam rynek, ponieważ wszystkie znane wskaźniki wskazują bańkowe przewartościowanie akcji. Dopiero gdy podzielić kapitalizację giełdy przez ilość dodrukowanych dolarów, euro, funtów i jenów akcje nie są takie drogie. Aktualnie w grze scenariusz "koszmar minionego lata", czyli wspinaczka z rekordem every day jak w marcu 2010.
3. Drugorzędne znaczenie sytuacji makro w Polsce dla dużych indeksów (WIG, WIG20, MWIG40) - zagranica twardo tu siedzi, a dla niej liczy się przede wszystkim płynność w $. Małe spółki, w tym indeks cenowy powinny zachować się zgodnie z dotychczasowymi zasadami, tj. zależność od koniunktury w kraju i ceny kredytu.
Wniosek:
Pykam dalej na pochodnych i czekam aż skończy się szaleństwo w Stanach. W Europie czas gra na korzyść byków.
wtorek, 4 marca 2014
Nie wystarczy zobaczyć, żeby uwierzyć
Mądry człowiek uczy się na cudzych błędach,
przeciętny na własnych,
a głupiec popełnia wciąż te same błędy.
W zeszłym roku prezentowałem wykres kawy, na podstawie którego zakładałem bardzo dynamiczne odbicie. Otworzyłem pod niego niewielką pozycję na certyfikatach, którą bezpiecznie uśredniałem. Nie bałem się uśredniać w dół, bo po pierwsze pozycja nie zagrażała portfelowi, a po drugie założyłem, że kawa nie zbankrutuje w ciągu najbliższych kilkunastu miesięcy.
I faktycznie, odbicie nadeszło. Kurs pędził po 5-7% dziennie. Kiedy zaglądałem na wykres miesięczny:
wszystko zgadzało się z historycznymi analogiami. Jednakże gdy zaglądałem na wykresy dzienne i notowania, pojawiał się strach, że zaraz będzie mocna korekta. Resztę już znamy - zbyt wczesna sprzedaż i obserwowanie, jak po krótkich korektach kurs pędzi dalej po 5%. Nie wystarczyło widzieć na wykresie, że tak się zachowuje kurs kawy od dziesięcioleci - musiałem sam doświadczyć, jak kolejny raz ucieka okazja. No cóż, mądry nie jestem, ale nadrabiam uporem - poczekam na kolejną bessę na kofeinie i tym razem tak łatwo nie odpuszczę.
czwartek, 27 lutego 2014
Analizer - skończyły się proste odpowiedzi
Publikowane na blogu analogie z analizera bardzo skutecznie pomagały trzymać rękę na pulsie do 2011 roku. Po tamtym czasie jednoznaczne wskazania się skończyły. Dziś na prośbę Czytelnika publikuję aktualne wykresy dla S&P500 (300 ostatnich tygodni) :
Najbardziej zbliżone kształtem okresy kończą się odpowiednio:
2007-11-09
1993-03-12
1926-04-02
W jednym przypadku mamy początek wielkiej bessy z 2008, w obu pozostałych niewielkie korekty przed dalszymi wzrostami zakończonymi eksplozją indeksu po kilku latach.
Przychylam się do analiz z bloga Solarcycles, że demografia nie sprzyja już akcjom. Przez cały XX wiek liczba ludzi na świecie rosła hiperbolicznie, ale na początku XXI w. trend zaczął się odwracać. Jeszcze pod koniec XX wieku w Japonii, która weszła we wciąż trwającą bessę (24 lata!), ok. 2006 w Europie Zachodniej, a 5 lat później w USA. Za rok szczyt demograficzny powinny osiągnąć Chiny (spotęgowany prowadzoną od lat polityką jednego dziecka).
Zatem dla dalszych wzrostów liczy się tylko dodruk i rozwój gospodarczy (w tej kolejności). Wstrzykiwanie bilionów dolarów, euro czy jenów do systemu wywołało inflację aktywów. W założeniach miało to zapobiec spirali deflacyjnej, która pogrążyła gospodarki w latach 30-stych. W skrócie gdy ceny spadają, rośnie wartość pieniądza, ludzie więc oszczędzają zamiast kupować i brać kredyty; brak zamówień w firmach powoduje topnienie zysków, firmy więc zaczynają zwalniać, bezrobotni nie kupują, więc popyt spada jeszcze bardziej. Ci, którzy mają pieniądze czają się na okazje, bo taka jest natura homo sapiens, że nie kupuje gdy cena spada, tylko gdy rośnie, najlepiej wtedy gdy kupują wszyscy wokół, a wyceny są kosmiczne. Brak kredytów to również brak świeżej krwi w systemie, a ta upływa wraz ze spłacanymi ratami.
W latach 30-stych rządy radziły sobie z deflacją inicjując masowe zbrojenia, budowę okręgów przemysłowych, infrastruktury. Zaciągany pod te inwestycje kredyt był źródłem podaży pieniądza i pozwalał zwalczać bezrobocie. Niestety pokłosiem polityki państwowych zamówień była II Wojna Światowa. Świadomy podobnych zagrożeń Fed postanowił walczyć z deflacją w inny sposób - skupił bezwartościowe aktywa banków, żeby nie padły jak Lehman i pozwolił im zaciągać darmowy kredyt, licząc że rynek wie lepiej niż rząd, jak wydać pieniądze.
Ten pieniądz powędrował do korporacji i w miarę stabilnych państw, bo tylko one mogły i chciały pożyczać. Przeciętny Kowalski wyszedł z giełdy w trakcie paniki 2008, a nadwyżki zamiast inwestować, przelewa na raty za mieszkanie warte dziś 30% mniej, niż gdy zaciągał kredyt. Ludzie oszczędzają, korporacje i rządy tanio pożyczają. Rządy głównie na podtrzymanie socjalu/dobrobytu/spokoju społecznego (gdy kończy się tani kredyt, pierwsze dostają po łbie państwa peryferyjne, widzimy to choćby na Ukrainie, Turcji, a wkrótce w Rosji).
Dlaczego natomiast pożyczają korporacje, skoro mają gigantyczne rezerwy? W założeniach "prywatne" firmy powinny inwestować i tworzyć miejsca pracy, jednakże odbicie w gospodarce i zatrudnieniu jest tak rachityczne, że nie odzwierciedla wkładanego do firm kapitału. Korporacje są już tak wielkie, że nie bardzo mogą dalej rosnąć, dlatego np. pożyczają pod skup własnych akcji. Mniej akcji, rośnie wartość księgowa i dywidenda na akcję, rośnie zatem też cena. Zyskują na tym główni udziałowcy, gdyż nie są zainteresowani zarabianiem na fluktuacjach ceny, tylko na dywidendach; im mniej akcji, tym większy mają udział w przedsiębiorstwie. Doszło do takiego absurdu, że 85 najbogatszych ludzi świata ma tyle, co 3.5 miliarda biednych.
Na dłuższą metę taka oligarchizacja ludzkości jest nie do utrzymania. Stosunek majątku najbogatszych do reszty urósł do ekstremów, ponieważ dodrukowany pieniądz poszedł w ich aktywa. Wzrost był tak szybki, że raczej spodziewam się równie szybkiego spadku (tego stosunku), niż powolnego odrabiania strat przez biednych. Dla rządzących najlepszym rozwiązaniem byłaby łagodna inflacja rozpoczęta wzrostami pensji pracowników, czyli biedni bogaciliby się w relacji do najbogatszych. Czarny scenariusz to Ukraina, gdzie ludzie biednieli, biednieli, aż obalili paru oligarchów i sfilmowali ich złote sedesy.
Tyle można powiedzieć ogólnie, bo gdy wchodzimy w szczegóły, to liczą się uwarunkowania w danym kraju, mentalność mieszkańców, relacje z sąsiadami, baza kapitałowa itd. itp. Nas graczy-inwestorów interesuje odpowiedź na pytanie jak zachowają się giełdy. Czy będzie bessa związana z zakończeniem taniego finansowania korporacji i państw (analogia 2007-2008), czy raczej pieniądza nadrukowano tak dużo, że rynki pomielą trochę w miejscu, a potem wystrzelą wraz z inflacją jak po 1993 czy 1926.
Nikt nie potrafi dziś przewidzieć jak zachowają się rynki w skali najbliższych lat. Czasem analogii jest bardzo wiele, stare miary funkcjonują i wtedy można z wysokim prawdopodobieństwem odgadnąć przyszłość. Tym razem stare miary zawodzą, od kilkunastu lat predykcje oparte o klasyczne wskaźniki P/E czy div yield wskazują nieustanne przewartościowanie, a jednak rynki potrafią rosnąć o kilkaset procent. Dopiero gdy koryguje się indeksy o podaż pieniądza, znajduje się uzasadnienie dla nieustającej hossy. Nie możemy być jednak pewni, że banki centralne będą nieustannie drukowały - BOJ przez kilkanaście lat nie drukował i choć NIKKEI zaliczał wciąż nowe dołki, przeciętni Japończycy nie biednieli. Ich klasa średnia ma się lepiej od amerykańskiej, której Fed podobno pomaga swoimi programami.
Scenariusz bazowy pod który gram zakłada coś na kształt flash-crash lub łagodną bessę w Stanach i Niemczech oraz dokończenie fali spadkowej z 2011 na rynkach wschodzących, spowodowane ograniczaniem dolarowej płynności. Sytuacja może wymknąć się spod kontroli w przypadku Chinageddonu czy jakiejś konfrontacji Zachodu z Rosją, ale pod takie wydarzenia pozycje budują tylko najbardziej wtajemniczeni lub wyznawcy AT:
Najbardziej zbliżone kształtem okresy kończą się odpowiednio:
2007-11-09
1993-03-12
1926-04-02
W jednym przypadku mamy początek wielkiej bessy z 2008, w obu pozostałych niewielkie korekty przed dalszymi wzrostami zakończonymi eksplozją indeksu po kilku latach.
Przychylam się do analiz z bloga Solarcycles, że demografia nie sprzyja już akcjom. Przez cały XX wiek liczba ludzi na świecie rosła hiperbolicznie, ale na początku XXI w. trend zaczął się odwracać. Jeszcze pod koniec XX wieku w Japonii, która weszła we wciąż trwającą bessę (24 lata!), ok. 2006 w Europie Zachodniej, a 5 lat później w USA. Za rok szczyt demograficzny powinny osiągnąć Chiny (spotęgowany prowadzoną od lat polityką jednego dziecka).
Zatem dla dalszych wzrostów liczy się tylko dodruk i rozwój gospodarczy (w tej kolejności). Wstrzykiwanie bilionów dolarów, euro czy jenów do systemu wywołało inflację aktywów. W założeniach miało to zapobiec spirali deflacyjnej, która pogrążyła gospodarki w latach 30-stych. W skrócie gdy ceny spadają, rośnie wartość pieniądza, ludzie więc oszczędzają zamiast kupować i brać kredyty; brak zamówień w firmach powoduje topnienie zysków, firmy więc zaczynają zwalniać, bezrobotni nie kupują, więc popyt spada jeszcze bardziej. Ci, którzy mają pieniądze czają się na okazje, bo taka jest natura homo sapiens, że nie kupuje gdy cena spada, tylko gdy rośnie, najlepiej wtedy gdy kupują wszyscy wokół, a wyceny są kosmiczne. Brak kredytów to również brak świeżej krwi w systemie, a ta upływa wraz ze spłacanymi ratami.
W latach 30-stych rządy radziły sobie z deflacją inicjując masowe zbrojenia, budowę okręgów przemysłowych, infrastruktury. Zaciągany pod te inwestycje kredyt był źródłem podaży pieniądza i pozwalał zwalczać bezrobocie. Niestety pokłosiem polityki państwowych zamówień była II Wojna Światowa. Świadomy podobnych zagrożeń Fed postanowił walczyć z deflacją w inny sposób - skupił bezwartościowe aktywa banków, żeby nie padły jak Lehman i pozwolił im zaciągać darmowy kredyt, licząc że rynek wie lepiej niż rząd, jak wydać pieniądze.
Ten pieniądz powędrował do korporacji i w miarę stabilnych państw, bo tylko one mogły i chciały pożyczać. Przeciętny Kowalski wyszedł z giełdy w trakcie paniki 2008, a nadwyżki zamiast inwestować, przelewa na raty za mieszkanie warte dziś 30% mniej, niż gdy zaciągał kredyt. Ludzie oszczędzają, korporacje i rządy tanio pożyczają. Rządy głównie na podtrzymanie socjalu/dobrobytu/spokoju społecznego (gdy kończy się tani kredyt, pierwsze dostają po łbie państwa peryferyjne, widzimy to choćby na Ukrainie, Turcji, a wkrótce w Rosji).
Dlaczego natomiast pożyczają korporacje, skoro mają gigantyczne rezerwy? W założeniach "prywatne" firmy powinny inwestować i tworzyć miejsca pracy, jednakże odbicie w gospodarce i zatrudnieniu jest tak rachityczne, że nie odzwierciedla wkładanego do firm kapitału. Korporacje są już tak wielkie, że nie bardzo mogą dalej rosnąć, dlatego np. pożyczają pod skup własnych akcji. Mniej akcji, rośnie wartość księgowa i dywidenda na akcję, rośnie zatem też cena. Zyskują na tym główni udziałowcy, gdyż nie są zainteresowani zarabianiem na fluktuacjach ceny, tylko na dywidendach; im mniej akcji, tym większy mają udział w przedsiębiorstwie. Doszło do takiego absurdu, że 85 najbogatszych ludzi świata ma tyle, co 3.5 miliarda biednych.
Na dłuższą metę taka oligarchizacja ludzkości jest nie do utrzymania. Stosunek majątku najbogatszych do reszty urósł do ekstremów, ponieważ dodrukowany pieniądz poszedł w ich aktywa. Wzrost był tak szybki, że raczej spodziewam się równie szybkiego spadku (tego stosunku), niż powolnego odrabiania strat przez biednych. Dla rządzących najlepszym rozwiązaniem byłaby łagodna inflacja rozpoczęta wzrostami pensji pracowników, czyli biedni bogaciliby się w relacji do najbogatszych. Czarny scenariusz to Ukraina, gdzie ludzie biednieli, biednieli, aż obalili paru oligarchów i sfilmowali ich złote sedesy.
Tyle można powiedzieć ogólnie, bo gdy wchodzimy w szczegóły, to liczą się uwarunkowania w danym kraju, mentalność mieszkańców, relacje z sąsiadami, baza kapitałowa itd. itp. Nas graczy-inwestorów interesuje odpowiedź na pytanie jak zachowają się giełdy. Czy będzie bessa związana z zakończeniem taniego finansowania korporacji i państw (analogia 2007-2008), czy raczej pieniądza nadrukowano tak dużo, że rynki pomielą trochę w miejscu, a potem wystrzelą wraz z inflacją jak po 1993 czy 1926.
Nikt nie potrafi dziś przewidzieć jak zachowają się rynki w skali najbliższych lat. Czasem analogii jest bardzo wiele, stare miary funkcjonują i wtedy można z wysokim prawdopodobieństwem odgadnąć przyszłość. Tym razem stare miary zawodzą, od kilkunastu lat predykcje oparte o klasyczne wskaźniki P/E czy div yield wskazują nieustanne przewartościowanie, a jednak rynki potrafią rosnąć o kilkaset procent. Dopiero gdy koryguje się indeksy o podaż pieniądza, znajduje się uzasadnienie dla nieustającej hossy. Nie możemy być jednak pewni, że banki centralne będą nieustannie drukowały - BOJ przez kilkanaście lat nie drukował i choć NIKKEI zaliczał wciąż nowe dołki, przeciętni Japończycy nie biednieli. Ich klasa średnia ma się lepiej od amerykańskiej, której Fed podobno pomaga swoimi programami.
Scenariusz bazowy pod który gram zakłada coś na kształt flash-crash lub łagodną bessę w Stanach i Niemczech oraz dokończenie fali spadkowej z 2011 na rynkach wschodzących, spowodowane ograniczaniem dolarowej płynności. Sytuacja może wymknąć się spod kontroli w przypadku Chinageddonu czy jakiejś konfrontacji Zachodu z Rosją, ale pod takie wydarzenia pozycje budują tylko najbardziej wtajemniczeni lub wyznawcy AT:
piątek, 21 lutego 2014
Dramat Słowian
Ten tekst chodził mi od jakiegoś czasu po głowie, ale za każdym razem gdy siadałem do pisania, zderzałem się z pustką. Czegoś brakowało. Dopiero ostatnie tragiczne wydarzenia na Ukrainie pchnęły mnie do przelania na ekran tego co myślę, ponieważ patrząc na rozstrzeliwanych powstańców, chowających się za drewnianymi tarczami, wiedziałem co czują.
Wiecie na czym się bogacili nasi przodkowie za czasów sprzed króla Ćwieczka? W VIII wieku Europa przeżywała gigantyczną hossę napędzaną handlem niewolnikami. Kto miał trochę wojów, brał się za najazdy i eksport podbitych ludzi do potężnych kalifatów arabskich, sięgających od Bagdadu po Hiszpanię. Najliczniejszą grupę niewolników stanowili Słowianie, których napadali Germanie, Skandynawowie oraz.. słowiańscy sąsiedzi np. Czesi. Tereny dawnego Cesarstwa Rzymskiego miały cywilizacyjne fundamenty, miasta, zamki, na terenach słowiańskich były tylko bory, pola, drewniane grody i słabo zorganizowani rolnicy, których łatwo było pobić i powyłapywać. Nie ma się co dziwić, że na ludzkim towarze majątki zbijały także lokalne rzezimieszki.
Bez wdawania się w dywagacje pokażę, że deficyt wolności utrzymał się w krajach słowiańskich do dziś. Dokonam tego porównując w przejaskrawiony sposób jak rozumiane są pewne pojęcia w państwie słowiańskim (PS), a jak w "mitycznym państwie zachodnim" (MPZ).
1. Obywatel
MPZ: jednostka dostarczająca wartość do społeczeństwa np. w postaci podatków. Im bogatszy, tym lepiej, bo bogatsze i silniejsze jest państwo. Obywatele MPZ są bogaci i generalnie martwią się konsekwencjami swoich wyborów, a nie zewnętrznymi zagrożeniami.
PS: własność państwa, która ma dostarczać środki (podatki, mięso armatnie) na utrzymanie władzy. Nie może być zbyt bogaty, bo będzie chciał wolności i zmian, nie może być za biedny, bo będzie się buntował. Obywatele są trzymani na smyczy paragrafów, urzędów, kredytów itd. Obywatel ma nie podskakiwać.
2. Policja i inne resorty siłowe
MPZ: mają chronić obywateli przed przestępcami i pilnować, żeby majątek publiczny nie był rozkradany. Zabójstwa polityków i dziennikarzy są rzadkie. Kary rzadko dotyczą zwykłych ludzi, na drobne występki przymyka się oko.
PS: Policja i służby mają chronić władzę przed obywatelami i ściągać z nich haracz. Wielkie afery olewane są z automatu, przy mniejszych szuka się kozły ofiarne. Zbyt natarczywi dziennikarze i politycy popełniają samobójstwa przed weekendem lub giną w wypadkach. Z całą surowością egzekwowane jest prawo, gdy dochodzi do takich przestępstw jak niezapalenie świateł w słoneczny dzień, przejście przez ulicę na czerwonym świetle gdy nic nie jedzie, jazda po piwku na rowerze itp. To ostatnie nie dotyczy oczywiście przedstawicieli władzy, resortów siłowych, wymiaru sprawiedliwości i innych nietykalnych.
3. Prawo, praca, administracja
MPZ: prawo służy harmonijnej koegzystencji w społeczeństwie. Podatki rozłożone równomiernie: dochody minimalne nieopodatkowane, płaci się podatki od posiadanego majątku. Władza to praca, można do niej dojechać metrem lub rowerem.
PS: prawo służy eliminacji podskakujących władzy oraz ograniczaniu konkurencji monopolistom. Majątki generalnie nieopodatkowane, bo w rękach "swoich", natomiast bardzo wysoko opodatkowana praca, z góry blokowana przepisami i koncesjami wszelka inicjatywa. Władza to prestiż, limuzyny i bezkarność.
Mógłbym tak pisać jeszcze dużo, ale nie to jest istotą wpisu - chciałem tylko pokazać, że to niewolnictwo ciągle w nas tkwi. Jasne, że mityczne państwa zachodnie mają multum problemów, mafia włoska jest gorsza od polskiej. Nasze słowiańskie państwo jest tylko odbiciem naszego zniewolonego społeczeństwa. Jest takie, jakimi my jesteśmy w swojej masie. Jeśli tego nie akceptujemy możemy próbować to zmienić, wyjechać lub zacząć pić. Wiele się w Polsce zmienia na lepsze, ale wszystko to może prysnąć, jeśli nie zmieni się nasza mentalność.
Wiele razy pisałem, że największą "zbrodnią" jaką popełniła PO było porzucenie programu z 2007 roku, który wyniósł ich do władzy. W przeciwieństwie do przeciwników Tuska nie uważam go za żadnego aferzystę. Jest to zwyczajny nieudolny lider, który miał możliwość uczynić Polskę bogatą bogactwem swoich obywateli, ale odpuścił w przedbiegach. Czy nie uwierzył w Polaków, czy przeraziła go skala kontroli obcych służb nad państwem, tego się pewnie nie dowiemy.
Przykład Ukrainy pokazuje, jak kończą państwa nie dające ludziom perspektyw. Powstańcy nie giną na barykadach, bo uwiodły ich obietnice walczących o wpływy mocarstw. Oni po prostu mają dość tej gównianej beznadziei, kłamstw, wszechobecnej korupcji. Po latach upodleń nie mają nic do stracenia i choć przez chwilę walcząc z systemem czują się wolni. W jednym z wywiadów redaktorka pyta grupkę protestujących - Co sądzicie o waszych (opozycyjnych) przywódcach? - Odpowiada jej parsknięcie - Nie mamy liderów, to my wszyscy jesteśmy przywódcami. Podobne świadectwa składali uczestnicy polskich powstań czy wydarzeń z czasów stanu wojennego. Tamte chwile gdy byli razem i przeżywali wolność utkwiły im do końca życia. Założę się, że większość z nich nie wierzyła, że w kraju będzie lepiej. Inaczej nie szliby na śmierć, jak kamienie na szaniec.
Słowiański głód wolności nie ma zaspokojenia w żadnym słowiańskim państwie. Najsilniejsze z nich, Rosja, to rządzona przez bezlitosnych bandytów satrapia, nie mająca żadnej oferty dla swojego społeczeństwa. Jedyne co potrafią robić najlepiej na świecie, to siać chaos i zniewolenie. Są najlepsi jeśli trzeba rozmontować inne państwo czy wybić jego elity, ale gdy trzeba podłączyć prąd lub kanalizację w mieście, system już nie daje rady.
Trudno w to uwierzyć, ale dla Ukraińców Polska jest uosobieniem sukcesu. Osobiście niczego mi nie brakuje i zgadzam się z tymi, którzy głoszą, że nigdy w historii nie mieliśmy tak dobrze. Niestety uważam, że polskie elity nie zdają sobie sprawy, jak kruche jest nasze położenie, ponieważ nie jest poparte szacunkiem dla własnego państwa. Nie mieliśmy rozruchów tylko dzięki temu, że 2 miliony Polaków wyemigrowało za chlebem/szacunkiem/perspektywami. Przez 7 lat rządów Tuska nie zrobiono prawie nic, żeby umożliwić Polakom rozwój - podatki podniesione, administracja rozdęta (słynne redukcje etatów, po których wzrosła liczba urzędników), dokręcanie śruby zwykłym obywatelom, zamiatanie afer i żenujące wpadki prokuratury czy urzędów (w stylu nie kontrolowaliśmy Amber Gold, bo urzędniczka zapomniała wpisać do jakiegoś rejestru).
Mamy jeden z najwyższych poziomów kontroli nad obywatelami, państwo polskie spełnia w różnym stopniu wszystkie grzechy, które wypisałem w punktach. Kto będzie bronił takiego państwa? Gdzie są nasi liderzy? Nie ma ich! Nie ma nikogo w Polsce, kto spełniałby moje potrzeby: budowy państwa opartego na szacunku do człowieka, silnego gospodarczo, wynoszącego na wysokie stanowiska mądrych ludzi. Jeśli kacapy rozmontują Ukrainę, będziemy następni w kolejce. Ucieczka pod skrzydła Niemiec, zamiast budować silne państwo jest skrajną głupotą; dziś są z nami w sojuszu, jutro mogą dogadać się z Rosją na nowy porządek i dowiemy się, że nie zasługujemy na własne państwo, że jesteśmy burzycielami. W kraju będzie szalał inspirowany przez obce służby chaos, a Polacy będą przekonani, że nie potrafią sami się rządzić. Dopiero z kolejną okupacją przyjdzie otrzeźwienie, że może być jeszcze gorzej. Wtedy co? Nowe beznadziejne powstanie, bezsensowne śmierci. Historia znowu ma zatoczyć koło?
Wiecie na czym się bogacili nasi przodkowie za czasów sprzed króla Ćwieczka? W VIII wieku Europa przeżywała gigantyczną hossę napędzaną handlem niewolnikami. Kto miał trochę wojów, brał się za najazdy i eksport podbitych ludzi do potężnych kalifatów arabskich, sięgających od Bagdadu po Hiszpanię. Najliczniejszą grupę niewolników stanowili Słowianie, których napadali Germanie, Skandynawowie oraz.. słowiańscy sąsiedzi np. Czesi. Tereny dawnego Cesarstwa Rzymskiego miały cywilizacyjne fundamenty, miasta, zamki, na terenach słowiańskich były tylko bory, pola, drewniane grody i słabo zorganizowani rolnicy, których łatwo było pobić i powyłapywać. Nie ma się co dziwić, że na ludzkim towarze majątki zbijały także lokalne rzezimieszki.
Bez wdawania się w dywagacje pokażę, że deficyt wolności utrzymał się w krajach słowiańskich do dziś. Dokonam tego porównując w przejaskrawiony sposób jak rozumiane są pewne pojęcia w państwie słowiańskim (PS), a jak w "mitycznym państwie zachodnim" (MPZ).
1. Obywatel
MPZ: jednostka dostarczająca wartość do społeczeństwa np. w postaci podatków. Im bogatszy, tym lepiej, bo bogatsze i silniejsze jest państwo. Obywatele MPZ są bogaci i generalnie martwią się konsekwencjami swoich wyborów, a nie zewnętrznymi zagrożeniami.
PS: własność państwa, która ma dostarczać środki (podatki, mięso armatnie) na utrzymanie władzy. Nie może być zbyt bogaty, bo będzie chciał wolności i zmian, nie może być za biedny, bo będzie się buntował. Obywatele są trzymani na smyczy paragrafów, urzędów, kredytów itd. Obywatel ma nie podskakiwać.
2. Policja i inne resorty siłowe
MPZ: mają chronić obywateli przed przestępcami i pilnować, żeby majątek publiczny nie był rozkradany. Zabójstwa polityków i dziennikarzy są rzadkie. Kary rzadko dotyczą zwykłych ludzi, na drobne występki przymyka się oko.
PS: Policja i służby mają chronić władzę przed obywatelami i ściągać z nich haracz. Wielkie afery olewane są z automatu, przy mniejszych szuka się kozły ofiarne. Zbyt natarczywi dziennikarze i politycy popełniają samobójstwa przed weekendem lub giną w wypadkach. Z całą surowością egzekwowane jest prawo, gdy dochodzi do takich przestępstw jak niezapalenie świateł w słoneczny dzień, przejście przez ulicę na czerwonym świetle gdy nic nie jedzie, jazda po piwku na rowerze itp. To ostatnie nie dotyczy oczywiście przedstawicieli władzy, resortów siłowych, wymiaru sprawiedliwości i innych nietykalnych.
3. Prawo, praca, administracja
MPZ: prawo służy harmonijnej koegzystencji w społeczeństwie. Podatki rozłożone równomiernie: dochody minimalne nieopodatkowane, płaci się podatki od posiadanego majątku. Władza to praca, można do niej dojechać metrem lub rowerem.
PS: prawo służy eliminacji podskakujących władzy oraz ograniczaniu konkurencji monopolistom. Majątki generalnie nieopodatkowane, bo w rękach "swoich", natomiast bardzo wysoko opodatkowana praca, z góry blokowana przepisami i koncesjami wszelka inicjatywa. Władza to prestiż, limuzyny i bezkarność.
Mógłbym tak pisać jeszcze dużo, ale nie to jest istotą wpisu - chciałem tylko pokazać, że to niewolnictwo ciągle w nas tkwi. Jasne, że mityczne państwa zachodnie mają multum problemów, mafia włoska jest gorsza od polskiej. Nasze słowiańskie państwo jest tylko odbiciem naszego zniewolonego społeczeństwa. Jest takie, jakimi my jesteśmy w swojej masie. Jeśli tego nie akceptujemy możemy próbować to zmienić, wyjechać lub zacząć pić. Wiele się w Polsce zmienia na lepsze, ale wszystko to może prysnąć, jeśli nie zmieni się nasza mentalność.
Wiele razy pisałem, że największą "zbrodnią" jaką popełniła PO było porzucenie programu z 2007 roku, który wyniósł ich do władzy. W przeciwieństwie do przeciwników Tuska nie uważam go za żadnego aferzystę. Jest to zwyczajny nieudolny lider, który miał możliwość uczynić Polskę bogatą bogactwem swoich obywateli, ale odpuścił w przedbiegach. Czy nie uwierzył w Polaków, czy przeraziła go skala kontroli obcych służb nad państwem, tego się pewnie nie dowiemy.
Przykład Ukrainy pokazuje, jak kończą państwa nie dające ludziom perspektyw. Powstańcy nie giną na barykadach, bo uwiodły ich obietnice walczących o wpływy mocarstw. Oni po prostu mają dość tej gównianej beznadziei, kłamstw, wszechobecnej korupcji. Po latach upodleń nie mają nic do stracenia i choć przez chwilę walcząc z systemem czują się wolni. W jednym z wywiadów redaktorka pyta grupkę protestujących - Co sądzicie o waszych (opozycyjnych) przywódcach? - Odpowiada jej parsknięcie - Nie mamy liderów, to my wszyscy jesteśmy przywódcami. Podobne świadectwa składali uczestnicy polskich powstań czy wydarzeń z czasów stanu wojennego. Tamte chwile gdy byli razem i przeżywali wolność utkwiły im do końca życia. Założę się, że większość z nich nie wierzyła, że w kraju będzie lepiej. Inaczej nie szliby na śmierć, jak kamienie na szaniec.
Słowiański głód wolności nie ma zaspokojenia w żadnym słowiańskim państwie. Najsilniejsze z nich, Rosja, to rządzona przez bezlitosnych bandytów satrapia, nie mająca żadnej oferty dla swojego społeczeństwa. Jedyne co potrafią robić najlepiej na świecie, to siać chaos i zniewolenie. Są najlepsi jeśli trzeba rozmontować inne państwo czy wybić jego elity, ale gdy trzeba podłączyć prąd lub kanalizację w mieście, system już nie daje rady.
Trudno w to uwierzyć, ale dla Ukraińców Polska jest uosobieniem sukcesu. Osobiście niczego mi nie brakuje i zgadzam się z tymi, którzy głoszą, że nigdy w historii nie mieliśmy tak dobrze. Niestety uważam, że polskie elity nie zdają sobie sprawy, jak kruche jest nasze położenie, ponieważ nie jest poparte szacunkiem dla własnego państwa. Nie mieliśmy rozruchów tylko dzięki temu, że 2 miliony Polaków wyemigrowało za chlebem/szacunkiem/perspektywami. Przez 7 lat rządów Tuska nie zrobiono prawie nic, żeby umożliwić Polakom rozwój - podatki podniesione, administracja rozdęta (słynne redukcje etatów, po których wzrosła liczba urzędników), dokręcanie śruby zwykłym obywatelom, zamiatanie afer i żenujące wpadki prokuratury czy urzędów (w stylu nie kontrolowaliśmy Amber Gold, bo urzędniczka zapomniała wpisać do jakiegoś rejestru).
Mamy jeden z najwyższych poziomów kontroli nad obywatelami, państwo polskie spełnia w różnym stopniu wszystkie grzechy, które wypisałem w punktach. Kto będzie bronił takiego państwa? Gdzie są nasi liderzy? Nie ma ich! Nie ma nikogo w Polsce, kto spełniałby moje potrzeby: budowy państwa opartego na szacunku do człowieka, silnego gospodarczo, wynoszącego na wysokie stanowiska mądrych ludzi. Jeśli kacapy rozmontują Ukrainę, będziemy następni w kolejce. Ucieczka pod skrzydła Niemiec, zamiast budować silne państwo jest skrajną głupotą; dziś są z nami w sojuszu, jutro mogą dogadać się z Rosją na nowy porządek i dowiemy się, że nie zasługujemy na własne państwo, że jesteśmy burzycielami. W kraju będzie szalał inspirowany przez obce służby chaos, a Polacy będą przekonani, że nie potrafią sami się rządzić. Dopiero z kolejną okupacją przyjdzie otrzeźwienie, że może być jeszcze gorzej. Wtedy co? Nowe beznadziejne powstanie, bezsensowne śmierci. Historia znowu ma zatoczyć koło?
czwartek, 20 lutego 2014
Stary-nowy paradygmat, czyli business as usual
Co jakiś czas natrafiam w sieci na wykresy np. wielkiej formacji megafona, która miałaby się zrealizować w Stanach. Wg autorów tych projekcji (zazwyczaj bazujących na falach Elliotta albo astrologii finansowej) indeksy amerykańskie zejdą poniżej dołków z 2009 roku. Cóż, na świecie wszystko jest możliwe, ale nie postawiłbym złotówki na takie projekcje. Z prostego powodu - w obecnym systemie pieniądza fiat rynki są skazane na wzrosty, ponieważ aby system trwał, musi zachodzić nieustanna kreacja pieniądza. Popatrzmy jak przybywało dolarów w ciągu ostatnich 14-stu lat:
Od 2000 roku "total money" wzrosło z ok. 43 bilionów do blisko 120 bln. Do 2008 roku było to "zdrowy" wzrost oparty o kredyt (zdrowy z punktu widzenia monetarystów, którym nie przeszkadzało dmuchanie bani na nieruchomościach), ale nawet gdy doszło do słynnej deflacji, Fed natychmiast uruchomił drukarki i uzupełnił braki w bilansach. Kiedy firmy i ludzie nie brali kredytów, brał je rząd, co jakiś czas serwując obywatelom szopkę pod tytułem podnoszenie limitu zadłużenia (mogliby ustawić ten limit do PKB i bolączki by zniknęły, ale może o to chodzi, żeby był show).
W internecie możemy znaleźć dziesiątki wykresów pokazujących, że aktualne wyceny akcji są księżycowe. Choć uważam, że mamy do czynienia z przegrzaniem i przewartościowaniem w USA czy Niemczech, to daleki jestem od twierdzenia, że na akcjach jest bańka porównywalna do tej z 2000 roku. Wystarczy do tego prosta matematyka (wielkości podaję na oko z wykresu, nie chodzi o dokładne wyliczenia, ale pokazanie skali) :
top 2000: 1550
total money: 43 bln
top/money: 36
top 2007: 1560
total money: 83
top/money: 18.8
top 2014: 1850
total money: 120
top/money: 15.4
Gdybym miał dane pod ręką i więcej czasu, pobawiłbym się w poszukiwanie średnich i ekstremalnych kapitalizacji giełd, ale myślę że z tych wyliczeń widać, że o ile oczekiwanie solidnej korekty ala flash-crash ma racjonalne uzasadnienie, to granie pod armagedon jest obarczone bardzo wysokim ryzykiem.
Permabears mają jeszcze 2 argumenty w zanadrzu:
1. Rekordowy sentyment na giełdach ("ostatecznie jeśli wzrosty potrwają, to będę jednym z tych 10%, który zapłaci 90% byków"). Jest to dobry wskaźnik na mocniejszą korektę, ale po pierwsze nie wiadomo jaki będzie sentyment na dnie korekty, a po drugie nie zwracają uwagi na inwestorów, którzy siedzą w obligacjach i przechodzą na rynki akcyjne.
2. 24-letnia bessa na NIKKEI. Japonia jest specyficznym krajem - zamkniętym dla obcych z hermetycznym rynkiem i silnym kultem pracy (kraje bez takiego kultu przebywają w permanentnej inflacji). Kiedy pękała bańka na akcjach i nieruchomościach, odwracał się również trend demograficzny, jednak ubywających Japończyków nie zastąpili imigranci. Bank centralny nie drukował też waluty jak szalony, co widać choćby na tym wykresie:
800 u szczytu bańki w 1989 roku vs ok. 1000 pod koniec 2007. Jak na 18 lat to tyle co nic - tymczasem w Stanach od 2000 do 2014 mamy wzrost blisko 3-krotny! Zupełnie inne kraje, zupełnie inna polityka monetarna. Jak to mawiają misie przez zaciśnięte zęby po każdej pompce: "liczy się tylko dodruk".
Nie biorę pod uwagę krajów nie prowadzących własnej polityki pieniężnej jak np. Grecja, której giełda jest na poziomach z 1990 roku. Gdyby nie mieli euro, drukarki pracowałyby pełną parą, a świeżutkie drahmy pompowałyby giełdy, towary, ziemię i co tam jeszcze się da.
Od 2000 roku "total money" wzrosło z ok. 43 bilionów do blisko 120 bln. Do 2008 roku było to "zdrowy" wzrost oparty o kredyt (zdrowy z punktu widzenia monetarystów, którym nie przeszkadzało dmuchanie bani na nieruchomościach), ale nawet gdy doszło do słynnej deflacji, Fed natychmiast uruchomił drukarki i uzupełnił braki w bilansach. Kiedy firmy i ludzie nie brali kredytów, brał je rząd, co jakiś czas serwując obywatelom szopkę pod tytułem podnoszenie limitu zadłużenia (mogliby ustawić ten limit do PKB i bolączki by zniknęły, ale może o to chodzi, żeby był show).
W internecie możemy znaleźć dziesiątki wykresów pokazujących, że aktualne wyceny akcji są księżycowe. Choć uważam, że mamy do czynienia z przegrzaniem i przewartościowaniem w USA czy Niemczech, to daleki jestem od twierdzenia, że na akcjach jest bańka porównywalna do tej z 2000 roku. Wystarczy do tego prosta matematyka (wielkości podaję na oko z wykresu, nie chodzi o dokładne wyliczenia, ale pokazanie skali) :
top 2000: 1550
total money: 43 bln
top/money: 36
top 2007: 1560
total money: 83
top/money: 18.8
top 2014: 1850
total money: 120
top/money: 15.4
Gdybym miał dane pod ręką i więcej czasu, pobawiłbym się w poszukiwanie średnich i ekstremalnych kapitalizacji giełd, ale myślę że z tych wyliczeń widać, że o ile oczekiwanie solidnej korekty ala flash-crash ma racjonalne uzasadnienie, to granie pod armagedon jest obarczone bardzo wysokim ryzykiem.
Permabears mają jeszcze 2 argumenty w zanadrzu:
1. Rekordowy sentyment na giełdach ("ostatecznie jeśli wzrosty potrwają, to będę jednym z tych 10%, który zapłaci 90% byków"). Jest to dobry wskaźnik na mocniejszą korektę, ale po pierwsze nie wiadomo jaki będzie sentyment na dnie korekty, a po drugie nie zwracają uwagi na inwestorów, którzy siedzą w obligacjach i przechodzą na rynki akcyjne.
2. 24-letnia bessa na NIKKEI. Japonia jest specyficznym krajem - zamkniętym dla obcych z hermetycznym rynkiem i silnym kultem pracy (kraje bez takiego kultu przebywają w permanentnej inflacji). Kiedy pękała bańka na akcjach i nieruchomościach, odwracał się również trend demograficzny, jednak ubywających Japończyków nie zastąpili imigranci. Bank centralny nie drukował też waluty jak szalony, co widać choćby na tym wykresie:
800 u szczytu bańki w 1989 roku vs ok. 1000 pod koniec 2007. Jak na 18 lat to tyle co nic - tymczasem w Stanach od 2000 do 2014 mamy wzrost blisko 3-krotny! Zupełnie inne kraje, zupełnie inna polityka monetarna. Jak to mawiają misie przez zaciśnięte zęby po każdej pompce: "liczy się tylko dodruk".
Nie biorę pod uwagę krajów nie prowadzących własnej polityki pieniężnej jak np. Grecja, której giełda jest na poziomach z 1990 roku. Gdyby nie mieli euro, drukarki pracowałyby pełną parą, a świeżutkie drahmy pompowałyby giełdy, towary, ziemię i co tam jeszcze się da.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















