środa, 13 października 2021

Ultra Bieszczady 90 cz. 1: Motywacje i trening

I

Decyzja


1 sierpnia przyszła wiadomość od Michała z naszego starego teamu TriCity Ultra:

Michał

Hallllloooooo

Jedziemy z Piotrem na początku października na ultramaraton do Cisnej, 90 km w Bieszczadach, może chcesz na przygodę się zapisać?

Ja

Chcę, choć nie wiem czy podołam 😃

Ale jeszcze czas, żeby się przygotować

Michał

To się zapisz a myśleć będziesz podczas biegu 😃


16 sierpnia dalej myślałem, więc Michał ponowił pytanie. Trzeba było podjąć decyzję. Zrobiłem szybki bilans:

- ostatni raz biegłem ultramaraton w 2019 z Tomkiem (również w Bieszczadach),

- tydzień wcześniej przebiegłem dopiero pierwszy maraton w 2021,

- od listopada zeszłego roku biegam rekreacyjnie, poniżej 20 km tygodniowo,

- do ultra zostało niespełna 3 miesiące (tu się autentycznie pomyliłem, bo zostało niecałe 2).

Dam radę - zapisuję się! Dopiero tydzień później Michał uświadomił mnie, że dodałem 1 miesiąc. I wtedy zacząłem odczuwać respekt przed biegiem.


II

Motywacje

Do ultra trzeba być porządnie przygotowanym, inaczej na trasie będzie cierpienie i walka o limit czasowy. Szczerze to nie przepadam za zorganizowanymi górskimi ultra - robisz 90 km po pięknych górach, wchodzisz na kilkanaście szczytów, a przez większość czasu koncentrujesz się na ścieżce pod nogami, żeby nie połamać nóg na wystających kamieniach, nie poślizgnąć się na błocie czy nie kopnąć w wystający korzeń. Do tego zmęczenie i ból nóg. Zdecydowanie wolę ultra turystyczne organizowane w wąskim gronie kolegów - dystans do pokonania podobny, ale wejście na górę jest punktem kulminacyjnym wyprawy. Jest też czas na odpoczynek, podziwianie widoków i bezpośrednie doświadczenie nowej krainy.

Są też plusy zorganizowanych biegów: ktoś zadbał o atrakcje na trasie, punkty odżywcze a w dobie koronawirusa łatwiej pojechać gdzieś w Polskę, niż latać po Europie. Ponadto człowiek lubi się sprawdzić, "znaleźć w elicie", bo w końcu nie każdego stać na taki wysiłek. Kiedyś mi to imponowało, znalezienie się w statystykach, punkty ITRA itp. Porównywaliśmy się z kolegami, ścigaliśmy, chcieliśmy zaskakiwać coraz bardziej wyśrubowanymi wynikami. Już mnie to od dawna nie kręci, najbardziej lubię po prostu wspólną męską wyprawę, podczas której przez kilka dni możemy odciąć się od bieżącej rzeczywistości. A Bieszczady nadają się do tego idealnie :)


III

Trening

Bieganie ultra jak każdy sport ekstremalny jest proste, ale nie łatwe. Musisz po prostu dużo i mądrze trenować, a wyniki przychodzą same. Wyniki są funkcją uczciwej pracy. Gdyby życie było takie proste! W biznesie, sztuce czy na giełdzie możesz poświęcić tysiące godzin i litrów potu na naukę i pracę, a rezultat będzie zbliżony do tego, jakbyś przeleżał cały ten czas. Sport jest z grubsza liniowy (z grubsza, bo z gry mogą cię wykluczyć np. kontuzje), biznes natomiast jest nieliniowy: ilość czynników jest zbyt wielka, żeby znaleźć sposób na sukces. Możesz tylko koncentrować się na działaniach zwiększających szansę i liczyć na szczęście lub być przygotowanym na sprzyjające okoliczności. Dlatego tak wielu ludzi wciąga się w sporty ekstremalne: robią rzeczy które kiedyś wydawały się nieosiągalne i budują na tym swoją tożsamość.

Do ultra trafiłem trochę z przypadku. Początkowo bieganie traktowałem rekreacyjnie i nie zamierzałem wychodzić poza strefę komfortu. Dopiero gdy zacząłem biegać z Tomkiem zobaczyłem, że można pokonywać dystanse zarezerwowane wcześniej w świadomości dla zawodowców. Do przodu zaczęła pchać mnie ciekawość: jak to jest przebiec maraton, dwa maratony, 100 km, 150. Potem zacząłem realizować marzenia z dzieciństwa o przygodowych wyprawach do innych krajów. Tanie loty i podróżowanie na nogach pozwalały zwiedzić fiordy czy jezioro alpejskie taniej niż spędzić weekend nad polskim morzem.

Nigdy jednak bieganie nie stało się wiodącą częścią mojej tożsamości. Zbyt wiele spraw jest ważnych, by miały ucierpieć na skutek jednej aktywności. Bieganie musi mi więcej dawać, niż odbierać. Dlatego opracowałem bardzo efektywny trening. Chłopacy się zawsze ze mnie śmiali, gdy zamiast wydeptywać kilometry robiłem kilka serii pompek i przysiadów. Owszem - potem mieli na biegu czas lepszy ode mnie, z drugiej strony prezentuję najbardziej równy poziom. Ukończyłem wszystkie ultra, nawet jak zaliczałem zgon na mecie, to z powodu upału a nie braku sił. Nie miałem spektakularnych zrywów, po których przychodziły miesiące odchorowywania, że trzeba było zejść z trasy. Te pompki i przysiady mają swój głębszy cel: konserwują formę, gdy mało biegam i przyspieszają jej wzrost gdy przygotowuję się do startu. Nie inaczej było przed Ultra Bieszczadami.

Wiedziałem, że nie mogę zbyt szybko i dużo biegać, bo nabawię się kontuzji. Nie miałem też czasu na długie treningi, bo jest jeszcze rodzina, biznes i giełda. Tradycyjną 5 km pętelkę po parkach wymieniłem na 8 km pętlę "5 wzgórz" do Parku Oruńskiego, która dobrze nadaje się do trenowania podbiegów. Biegałem ją co drugi dzień przy okazji jak zwykle słuchając audiobooki. W weekendy robiłem dłuższe biegi 15-25 km nad morze lub jezioro otomińskie, gdzie przy okazji popływałem.


W dni, w które nie biegałem, robiłem w południe spacery (ok. 5 km), żeby odetchnąć świeżym powietrzem i oczywiście słuchać audiobooki. Przy okazji zacząłem wykonywać ćwiczenia na rozstawionych wzdłuż ścieżek stepperach, drążkach i innych atlasach. Do tego wieczorem tabaty na balkonie (pompki i przysiady :) , co się fajnie łączyło z treningiem wytrzymałości na chłód.

Spacer do biblioteki połączony z treningiem

Wprowadziłem też różne zasady typu wszędzie chodzę pieszo, nie używam windy, rozciąganie po kąpieli itd. Użyłem wiedzy o projektowaniu nawyków, żeby aktywności dnia powszedniego pracowały na zwiększenie formy. 

Na miesiąc przed startem zrobiliśmy z Miśkiem i Piotrem maraton po Trójmiejskim Parku Krajobrazowym (TPK). Forma była wyraźnie lepsza niż w Krasnopolu, nogi nie bolały na finiszu. Uwierzyłem wtedy, że dam radę w Bieszczadach.

Klasyczna fotka na punkcie widokowym Pachołek

Nagroda na mecie

Na tydzień przed startem miałem jeszcze zaplanowane 30 km wolnym tempem, żeby osiągnąć tzw. kompensację. Niestety z powodu obowiązków biznesowych bieg wyleciał z kalendarza, ale i tak uważam, że przez te dwa miesiące wykonałem optymalny trening.

C.D.N.



sobota, 18 września 2021

Let's get ready to rumble!

 Jeden z moich systemów wygenerował po piątkowej sesji sygnał sprzedaży na szerokim rynku:


Interpretacja prosta: jak czerwona linia jest na 1, to można kupować/pogrywać na akcjach, jak czerwona jest na -1, spodziewam się spadków. Żółty wykres wskazuje zmienność sygnału, której często towarzyszy ruch boczny lub zmiana trendu.

Szeroki rynek na wykresie Stooq pozostaje w konsolidacji od kwietnia. Zwraca uwagę podwyższona zmienność. Zauważyłem, że ostatnio z wielu spółek ewakuował się fundusz Quercus. Chcą być sprytniejsi niż w 2017, kiedy to zostali w papierach i rynek wyciskał ich przez 2 lata. Tylko czy tym razem będzie tak samo jak wtedy? Czas pokaże. Póki co skłaniam się do wersji płaskiej bessy do wiosny-lata 2022.




piątek, 10 września 2021

Analizer S&P500 2021

Dawno temu (ponad 10 lat) napisałem proste narzędzie analizer do porównywania wykresów. Nie ma tam żadnej filozofii, podobnych programów na świecie są tysiące. Liczy się interpretacja. Co kilka miesięcy uruchamiam program i patrzę czy widać jakieś historyczne prawidłowości do obecnego układu na jakimś wykresie. S&P500 świetnie się nadaje do analizy z 2 powodów:

- najlepsze wyniki osiąga się analizując wieloletnie zachowanie,

- dane zawierają historię sięgającą XVIII wieku.


Ok, poszukajmy zatem 19 najbardziej podobnych wykresów do ostatnich 250 tygodni:




















Wrzuciłem aż tyle wykresów, ponieważ ich wymowa robi się dość jednoznaczna. Praktycznie wszystkie analogie wskazują na końcówkę hossy. Jedynie analogie do 1929 i 1987 wskazują na możliwość rakiety w górę przed krachem.

Kontynuuję zatem taktykę RR (redukcja ryzyka).


niedziela, 22 sierpnia 2021

Postawa RR

 Chciałem dziś zrobić analizy, żeby uzasadnić moją defensywną postawę wobec rynku. Nie jestem jednak w stanie przedstawić wykresów, które byłyby jednoznacznie pro-spadkowe. Wszystko wygląda jak "na dwoje babka wróżyła". Swoją postawę zdefiniuję zatem jako RR - redukcja ryzyka.

Mogę łatwo wskazać, że na szerokim rynku zrobiło się drogo (wig poland cena do wartości księgowej):


W latach 2018/2019 gdy wskaźnik przebywał w okolicach 1 kupowałem akcje bez stresu. Nawet krach z marca 2020 nie zachwiał mojej wiary, że akcje odbiją. Statystyka przemawiała za powrotem do poziomu 1.4-1.6. I ten powrót tradycyjnie nastąpił.

Pytanie: co dalej? Nadal wiele spółek jest wycenianych poniżej wartości godziwej. Z drugiej strony sporo spółek technologicznych z wysokim c/wk zawyża wskaźnik. Szeroki rynek nie jest tak drogi jak wskazywałby indeks.

W praktyce moja strategia RR polega teraz na sprzedawaniu akcji, które mocniej wybiły i akumulowaniu gotówki. Lepsza strata okazji niż strata kapitału. Ponadto musiałem zredukować o ponad połowę XTB, na którym miałem zbyt skoncentrowaną pozycję. Po fatalnych wynikach z Q2 pogodziłem się mentalnie z rzezią, jednak kurs pokazał siłę wspinając się na 15 zł. Wykorzystałem ten ruch, żeby zejść z pozycją do poziomów, które nie zmasakrują portfela w razie kolejnego 30-50% zjazdu.

Nadal pozycja akcyjna jest bardzo wysoka - ponad 50%. Po obecnych cenach nie widzę powodów, żeby sprzedać PZU, Azoty czy Monnari. Zgodnie z opisaną wcześniej strategią czekam na tąpnięcia na rynku z elementami paniki, żeby wykorzystywać je do grania pod odbicia. Natomiast od 2022 zamierzam znowu kupować akcje long term.


wtorek, 10 sierpnia 2021

Samotność długodystansowca

 W noworocznym postanowieniu na 2019 założyłem, że do końca roku będę pisał pamiętnik. Do grudnia w każdy wieczór spisywałem myśli i wydarzenia minionego dnia. Czasem zdarzało mi się zapomnieć o pamiętniku i wtedy z trudem odtwarzałem wydarzenia sprzed 2-3 dni. Niewiarygodne jak łatwo przychodzi nam zapominanie przeciętnych dni. Nie wierzysz? Spróbuj sobie przypomnieć co robiłeś wczoraj, przedwczoraj czy tydzień temu.

Niedawno przeczytałem pamiętnik z 2019. Uderzyło mnie jak wiele spraw straciło w tym czasie znaczenie. Niespełna 2 lata po eksperymencie jestem innym człowiekiem. Potrafię sobie odtworzyć co i dlaczego wtedy myślałem, ale nie towarzyszą temu emocje. Sprawy człowieka z tamtych lat są mi obojętne.

Taką refleksję miałem na początku pierwszego w tym roku maratonu. Natłok spraw związanych z zarządzaniem firmą i zespołem wymusił na mnie w 2021 porzucenie tożsamości biegacza długodystansowego. Poświęcenie jednego dnia w miesiącu na maraton lub ultra (tu często wypadał cały weekend) okazało się po 7 intensywnych latach nie do utrzymania. W tym czasie zaliczyłem ok. 80  biegów 40-150 km. Wydawało się, że to droga na całe życie. A jednak zaprzestałem wypraw i im dłużej trwała przerwa, tym trudniej było wrócić na szlak.

Decyzja o maratonie przyszła dość spontanicznie po rowerowej wycieczce dookoła Wigier, którą odbyliśmy niedawno z żoną. 70 km, 5 i pół godziny, klimatyczne widoki, lasy, trochę niewygód gdy złapał nas deszcz. 








W podróży można się zatracić. Szczególnie na urlopie, gdy nie musisz wracać do obowiązków. Podobnie miałem z biegami ultra - jechaliśmy gdzieś w Polskę lub lecieliśmy w Europę i jutro nie istniało. Droga była celem. Maraton daje namiastkę wyprawy - co prawda musisz wrócić do codziennej rzeczywistości, ale spędzasz ze sobą wystarczająco dużo godzin, żeby nabrać dystansu.

Start zaplanowałem na poniedziałek. Miałem sporo oczekiwań - odwiedzić gościniec Kukle, w którym mieliśmy wesele, wpaść na jakieś błyskotliwe myśli, doznać katharsis.

Ledwo wybiegłem, zaczęło padać. Po kilku minutach, kompletnie przemoczony, zacząłem rozważać powrót. Wiedziałem, że tego nie zrobię, nie poddawanie się jest częścią mojej tożsamości, ale dałem myślom płynąć. "Moja tożsamość" jest tą ulotną częścią bytu, która ginie wraz z ciałem. Właściwie to regularnie kolejne tożsamości giną wraz z trwaniem życia. Ale kurczowo się ich trzymamy. Dopóki ich nie zapomnimy, o czym przypomniał mi pamiętnik z 2019.

Pierwsze kilometry upływają na myśleniu, bo ciało ma dużo energii a nogi nie bolą. Potem się rozpogodziło, więc założyłem słuchawki i wkroczyłem w świat audiobooka o zarządzaniu zespołem. Przestawienie umysłu z aktywnego myślenia na słuchanie i wyciąganie wniosków przy jednoczesnym rejestrowaniu widoków i kolejnych miejsc w pełni angażuje biegnące ciało. Jestem w stanie przepływu i akceptacji rzeczywistości. 

Obrałem trasę lokalnymi drogami przez Giby. Samochodów prawie nie spotykałem, minęło mnie kilku turystów na rowerach, gdzieniegdzie rolnicy. Zbliżając się do Kukli zauważyłem zagęszczenie turystycznych atrakcji: stadniny koni, wypożyczalnie kajaków, ośrodki wypoczynkowe, nawet gliniane domki na wynajem. Na liczniku 19 km, prawie półmetek.






Audiobook się skończył wraz z lekkim etapem biegu. Chmury całkowicie zniknęły, słońce prażyło. Miałem buteleczkę 0.2l wody, ale jeszcze nie czułem pragnienia. Jak zawsze po skończonej książce poleciało Happy Up Here zaczynające płytę Junior Röyksopp. Od zawsze biegam z tym samym MP3 playerem z prawie tą samą listą utworów. Jest tego kilka giga, więc nigdy się nie nudzi. Co jakiś czas dorzucam kilka piosenek. Regularnie zmieniam tylko audiobooki. Tworzy to fajną mieszankę - po kilkunastu godzinach słuchania powieści (na raty) mam czas na refleksję, odreagowanie i zatopienie się w muzyce. Prawie każdy utwór na tej liście wiąże się z jakimiś emocjami przeżytymi w trakcie tysięcy biegów i wycieczek rowerowych.

Kiedy leci muzyka, wpadam w lekki trans. Nagle widzę dziką jabłoń. Przypomniał mi się natychmiast zeszłoroczny sierpniowy maraton do Żukowa, kiedy po drodze znalazłem mirabelki. Kwaśne, soczyste jabłko jest jak ambrozja.


Po 25 km jestem znowu w Gibach i postanawiam wrócić przez Sejny głównymi drogami. Zły wybór. Na trasie Augustów-Wilno dużo samochodów, nie lepiej po skręcie na Sejny. Pobocze prawie nie istnieje. Zaczyna boleć prawe kolano. Lata biegania po lewej skrajni jezdni źle wpływają na stawy. Poziom asfaltu obniża się po bokach, żeby spływała woda, więc prawa noga zawsze stąpa powyżej lewej i przyjmuje większe obciążenie. Próbuję radzić sobie z tym na różne sposoby (najlepiej unikać dróg publicznych, na lokalnych biegnę prawą stroną), ale na "czerwonych" nie ma wyjścia. Męczące i dłużące się 7 km.

Wreszcie docieram do Sejn. 32 km w nogach. W litewskim sklepie przystanek na punkt odżywczy - uzupełniam kalorie i płyny batonikiem twarogowym i kwasem chlebowym.


Powrót ścieżką rowerową, przynajmniej nogi równomiernie obciążone. Nie ma katharsis, nie ma już przemyśleń, bateria w starym MP3 rozładowana, na słońcu pobolewa głowa przypominając, że jak zwykle po długim biegu będę słabo spał. Trzeba doczłapać do mety. Na koniec jeszcze kręcenie kółek po polach, żeby dobić do równych 42.2 km.  Za dużo sobie obiecywałem po tym biegu. Maraton to nie przejażdżka na rowerze. Zapomniałem, że długi bieg boli. 

Dopiero w wannie, gdy popijam zimne piwko przychodzi chill out i satysfakcja, że zrobiłem coś trudnego i kompletnie niepotrzebnego. Kolejna batalia między potrzebą pozostawienia czegoś istotnego po sobie a byciem spełnionym bez żadnych warunków kończy się bez rozstrzygnięcia.

piątek, 30 lipca 2021

Mielonka time

 GPW jest w trybie mielonki. Choć główne indeksy rosły do czerwca, szeroki rynek idzie w bok od kwietnia. Stąd konfuzja wielu graczy, że rosną nie te spółki, które posiadają:




A że spory procent graczy (szczególnie nowych na rynku) siedzi w covidówkach i NC, bryndza potrafi trwać już rok, od lipca 2020:



Również mi się oberwało. Plan zakładający, że XTB jest spółką defensywną, która skorzysta na ewentualnych spadkach na giełdach spalił na panewce. Zbyt silne zaangażowanie w jedną spółkę wykasowało sporo zysków z 2021. Co gorsza zmienił się trend na spółce i realizuje się zakreślony jakiś czas temu scenariusz negatywny. 

Musiałem wziąć na klatę część straty - zredukowałem pozycję o 1/3, ponadto będę musiał przemielić pakiet, żeby obniżyć podatek. Na razie wsparcie widzę na 11.60 i jestem nastawiony do spółki negatywnie, ponieważ prysła wiara w zawsze zyskowne kwartały. Nadal wierzę, że spółka pozytywnie zaskoczy w kolejnych latach, jednak w średnim terminie spodziewam się jeszcze kolejnych zjazdów do absurdalnych poziomów. Wypłata dywidendy i strata za Q2 obniżyły poziom gotówki do ok. 7 zł / akcja.



W analogii SWIG80 Bear 2000 vs Bear 2017 za kilka miesięcy powinien być dołek kiszonki i odjazd na wyższe poziomy:


Podobnie synchronizacja SWIG80 start przeciętnej bessy vs start bessy 2017:


oraz synchronizacja SWIG80 start przeciętnej hossy vs start hossy 2018:


Z rozmów z wieloma z Was wiem, że jesteście bykami. Biorę pod uwagę, że popełniam wielki błąd pozostając w defensywie. Zakładam, że nie potrafię dobrze wybierać spółek na takim rynku (połowa przynosi zysk, połowa stratę i sumarycznie mimo wysiłku na 0). Potrzebuję młodej hossy, która wybacza wszystkie błędy.


niedziela, 27 czerwca 2021

Moja obecna strategia na giełdzie

 Miałem dziś napisać o naszej grze, nad którą spędziliśmy prawie dwa lata. Jednak sytuacja jest dynamiczna i po premierze wciąż dokonujemy zmian (jest to nowatorski projekt i musimy reagować na doświadczenia użytkowników), dlatego odłożyłem wpis na później. Zrobię krótki raport ze stanu rynku giełdowego.

W 2018 roku emocjonowałem się nowym rekordem indeksu WIG. Po 11 latach wybił pamiętny szczyt z 2007 roku. Napisałem wtedy:

Szczyt wszechczasów może paść już w tym tygodniu! I choć wciąż zakładam perturbacje w 2018, to technika wskazuje, że prawdziwe wzrosty dopiero przed nami.

Szczyt padł, perturbacje w 2018 wystąpiły... I potrwały do marca 2020. To nie był najlepszy inwestycyjny okres dla mnie. W 2018 wszystko szło ok - od wakacji zacząłem odbierać akcje sprzedane w 2017. Na początku 2019 portfel szybko rósł, ale wkrótce akcje zaczęły spadać i 2019 był spalony. Zarobiłem co prawda kilka procent dzięki dywidendom, ale moja strategia kupowania mocno niedoszacowanej wartości i trzymania aż zostanie przewartościowana spaliła na panewce. Z wielu spółek zostałem wywłaszczony przymusowymi wykupami. Początek 2020 przyniósł nowe nadzieje, ale korona-krach zanegował wszystko, a potem poniosłem dotkliwe (papierowe) straty.

Byłem przybity. Wiedziałem, że spadki zostaną skasowane, ówczesne kuriozalnie niskie ceny były nie do utrzymania, podobnie jak na początku 2009. Ale miałem świadomość, że zbyt agresywne zaangażowanie w akcje na początku 2020 pozbawiło mnie możliwości zarabiania w najszybszej fazie wzrostów, w której dopiero odrabiałem straty. Gdybym zostawił część kapitału i kupił w samym dołku... Po fakcie każdy mądry.

Potem było już tylko lepiej. W wakacje euforia, dzień w dzień wzrosty jakich nigdy nie przeżyłem. Potem niezłe wyjście na szczycie Newconnect, ale zbyt duża chciwość na XTB, którego nie chciałem zredukować blisko 30 zł i musiałem wziąć część zysku dopiero po 19. Wreszcie w lutym 2021 zamknąłem większość pozycji i skoncentrowałem kapitał na dwóch spółkach: XTB i Monnari. Oprócz tego jest jeszcze sporo innych, głównie chemicznych, banków i PZU z WIG20, drobnych value, ale to już niewielki udział portfela). Z Newconnect, w którym rok temu miałem kilkadziesiąt spółek został tylko niewielki pakiet Uhyeca i Maxipizza.

Kurs XTB śpi, Monnari szybko przyniosło zyski, ale w obu przypadkach horyzont inwestycyjny to 2023 rok. Zostawiłem też istotną pozycję gotówkową, żeby mieć możliwość reagowania. Biorąc pod uwagę defensywny charakter XTB (najwięcej zarabiają na szybkich spadkach + wypłacają co roku dywidendy), widać że obecnie bardziej skupiam się na obronie, niż ataku. 

Pod koniec czerwca 2021:

- nie chcę stracić wypracowanych zysków w przypadku większych turbulencji,

- nie chcę stracić okazji, gdyby mocno niedowartościowane spółki zaczęły rosnąć/kontynuowały odbicie,

- zakładam turbulencje po rekordzie na WIG, podobnie jak zakładałem je w 2018, ale tym razem nie powinno być długotrwałej stagnacji zakończonej krachem, tylko kontynuacja hossy.

Piszę to wszystko, żebyście wiedzieli, że gram pod to co głoszę. Jeśli błądzę, to odczuwam skutki bezpośrednio na portfelu.

Mamy zatem sytuację podobną do początku 2018: wtedy też cykle wskazywały na rosnące ryzyko spadków. Zakładałem, że zaczęła się hossa pokoleniowa i po krótkiej silniejszej korekcie będą wielkie wzrosty. Pomyliłem się - trwał najdłuższy w historii GPW trend spadkowy na szerokim rynku: prawie równe 3 lata od wiosny 2017. Ostatecznie opłaciło się akumulować akcje i oddać je wiosną 2021. Z drugiej strony lepsze wyniki osiągnąłbym aktywnie prowadząc pozycję: redukując liczne fale korekcyjne spadków w latach 2018-2019 i odbierając akcje na spadkach. Ja trzymałem wszystko, żeby sprzedać znacznie drożej.

I taki dylemat mam teraz: czy grać na akcjach, czy trzymać pod wielkie wzrosty. Postanowiłem zaryzykować jeszcze raz i potrzymać je do 2023. Pokażę to na WIGu:


Spadki trwały 27 miesięcy, a wraz z drugą falą spadkową z października 2020 aż 35. Podobnie było w czasie bessy 2000-2002. Kiedy WIG pokonał wreszcie w 2004 szczyt z 1994, cykliczna bessa była bardzo płaska a cykliczna hossa przyniosła hiperboliczne wzrosty. Liczę, że obecny rekord zapoczątkuje przynajmniej 2-letnie wzrosty. Nawet jeśli wystąpi jakiś kraszek, zostanie wykorzystany do przejęcia akcji przez silne ręce.

Podoba mi się również siła na ETF na Emerging Markets:


Zgodnie z zasadą naprzemienności obecna bessa nie powinna przypominać tej z lat 2018-2020 (bądź 2017-2020 na szerokim rynku). Liczę na reakumulację w okolicy obecnych poziomów, podobnie jak było to w latach 2003-2005 i 2013-2016:


Nie umiem tego wszystkiego pogodzić z wycenami na Wall Street. Jestem świadom jak bardzo napięta jest sprężyna. Pomimo rekordu NASDAQa nie podobają mi się wykresy zeszłorocznych gwiazd growth, euforia niedoświadczonych graczy indywidualnych, ściąganie płynności z rynku, które przebije balony oraz wyprzedawanie akcji przez doświadczonych inwestorów pokroju Gatesa czy Buffeta. W 2020 zarabianie było łatwe, chroniła nas tarcza excessive liquidity, cykl hossy, niskie waluacje i poprawiające się wyniki spółek. Na dzień dzisiejszy jedyne co wydaje mi się pewne to turbulencje.