poniedziałek, 1 czerwca 2015

Droga jest celem cz. 1

Zgodnie z zapowiedzią dziś pierwsza część ebooka 'Droga jest celem'.

Marcin.
Ostrożnie stąpa po kuchni, by nie wdepnąć w truskawkę, którą wczoraj nie trafił do śmietnika. Zręcznie wymija stertę kartonów i doszczętnie przykryty talerzami z zaschniętymi resztkami jedzenia stół. Ze zgrozą zerka na wieżę ustawioną z brudnych naczyń w zlewie - jeśli konstrukcja straci równowagę, istnieje ryzyko, że któreś spadnie na podłogę i przejście do lodówki zamieni się w tor przeszkód. Wreszcie udaje się osiągnąć cel; przepychając worki ze śmieciami otwiera lodówkę i wśród kilku słoików z resztkami organicznymi znajduje keczup. Ale to dopiero połowa sukcesu: trzeba jeszcze zdobyć czystą łyżeczkę, tymczasem w szufladzie na sztućce leży tylko wycior do czyszczenia butelek (nigdy go nie użył).

Pozostałe szuflady albo są puste (ich zawartość wala się w zlewie, na blacie, stole i częściowo podłodze), albo nie dają się otworzyć (zostały zbyt szczelnie czymś wypchane, z pewnością nie łyżeczkami). Zerka na szafkę nad chlebakiem, tam coś chyba było, zaraz jednak przypomina sobie, że ostatnio ledwo docisnął drzwiczki po tym jak wysypały mu się na głowę płatki. Jest już lekko poirytowany, gdy niespodziewanie ratunek nadchodzi z parapetu - między doniczkami i workiem z zielonymi bułkami dostrzega łyżeczkę, którą rano zamieszał kawę. Rozpromieniony wraca do pokoju, otwiera karton z pizzą, rozsmarowuje keczup (pusty słoik z łyżeczką odstawia na parapet) i wraca do przerwanego serialu. "Muszę w końcu sprzątnąć kuchnię" przechodzi mu przez myśl, ale nagły zalew hormonów stresowych przypomina mu, że dziś nie ma na to absolutnie szans. Ukojenie przychodzi z kolejną myślą: "zajmę się tym w weekend, w tygodniu mam za dużo pracy". Ten prosty lek działa od tylu lat, że nie pamięta czy kiedyś było inaczej.

Kasia.
Ciężko sapie pokonując ostatni osiemdziesiąty drugi schodek do mieszkania. Jest wściekła na administratora za nieczynną od rana windę, na kasjerkę z marketu (skończyły się ulubione odstresowujące batoniki) i producenta spodni (strzelił guzik kiedy próbowała złapać oddech). Przez te cholerne schody spociła się i na pewno śmierdzi (brrr okropne słowo). Gdyby tylko była chuda wszystko byłoby inaczej, lepiej. Problemy chudsze, spodnie luźniejsze. Zamiast siedzieć w domu spacerowałaby po parku i odwzajemniała uśmiechy atrakcyjnym mężczyznom.

Kasia nie jest gruba, ma nadwagę, która jeszcze dwa lata temu spokojnie mieściła się w kategorii "lekka". Rok temu obejrzała program ze znaną instruktorką fitness i rzuciła się w wir ćwiczeń. Widoczne już po dwóch tygodniach efekty uskrzydlały ją, więc podkręciła czas i intensywność treningów. Ale w trzecim tygodniu waga się zatrzymała. W czwartym nadal nie chudła, a nieprzyzwyczajony do tak intensywnego wysiłku organizm przenikały nieprzyjemne stany zmęczenia i rozdrażnienia. Nastrój się obniżał, filmiki motywacyjne działały tylko przez chwilę, zaczęła się zmuszać do treningów. Równo miesiąc po wejściu na nową ścieżkę życia poddała się i uznała, że nigdy nie osiągnie wymarzonej sylwetki.

Kasia i Marcin nie są leniami, nie są też słabi ani mało ambitni. On jest wziętym projektantem systemów informatycznych i organizatorem zawodów rowerowych, ona wnikliwą księgową w korporacji. Choć w dziedzinach wymagających wysokich kwalifikacji odnoszą sukcesy, niektóre proste codzienne czynności zdają się ich przerastać. Próbowali się przymuszać: Marcin kilka razy wysprzątał mieszkanie przed imprezkami dla znajomych i wierzył, że to przełom; Kasia schudła 8 kilogramów przed weselem koleżanki, wcisnęła się w ładną sukienkę i do północy nie zjadła kęsa ciasta (złamała się dopiero gdy podano tort). W ciągu tygodnia wróciły jednak stare nawyki i ponieśli porażkę.

Dlaczego im się nie udaje? Marcin wszystkie pokłady siły woli zużywa na codzienne aktywności: przez 8 godzin kontroluje tysiące wirtualnych obiektów i zależności między nimi. Później chwilę relaksuje się przy kawie i zaczyna dzwonić do kolegów, samorządowców, sponsorów, by ustalić terminy zawodów. Wracając do domu analizuje problemy programistyczne i organizacyjne. Próba zmuszenia się do sprzątania, które jest dla niego zajęciem nudniejszym od telenowel, nie dość że nie zdaje egzaminu, to jeszcze wzbudza poczucie winy, że nie potrafi się zebrać za tak prostą rzecz.

Kasi nie brakuje siły woli po przyjściu z pracy, ale zużywa ją na to, czego brakuje akurat Marcinowi: sprzątanie, gotowanie. Może też przysiąść do francuskiego lub sumiennie przećwiczyć zadania z kursu dekupażu, jednak gdy tylko pomyśli o ćwiczeniach fizycznych, oblewa ją fala niechęci, braku wiary i złości. Jedynie batoniki i nadziewane czekoladki są w stanie chwilowo ukoić ten ból, ale za te krótkie chwile słodkiej ekstazy płaci później moralnym kacem i obniżonym nastrojem (nie wspominając o postępujących konsekwencjach zdrowotnych).

Ich los się odmieni: spotkają duszka Zenka, który za życia przetrawił większość problemów i znalazł dla nich proste rozwiązania. Proste zazwyczaj nie znaczy łatwe, jak łatwe nie jest jedzenie owoców zamiast słodyczy, choć to takie proste. Ale Zenek oprócz tego, że dużo czytał, większość z tego co wydawało mu się mądre, stosował na sobie oraz szukał potwierdzenia w źródłach naukowych. Dzięki temu dotarł do metod prostych i względnie łatwych do wprowadzenia w życie. Łatwość tych metod opiera się na zrozumieniu potęgi czasu oraz uświadomieniu sobie, że cele życiowe to nie punkty na osi czasu, ale procesy. Wyobraźmy sobie Zenka jako przerośniętego białego motylka z ludzką głową lub aniołka, jakiego często spotykamy w starych bajkach Disneya. Siedzi na ramieniu bohatera kuszonego przez diabełka i przemawia mu do rozsądku.

niedziela, 17 maja 2015

Nowa 10-latka

Tym razem nie o giełdzie, a o zmianach, które zagościły w moim życiu. Po 10 latach bycia "na swoim", prowadzeniu firmy i niezliczonych projektach biznesowo-artystycznych zmieniłem formę pracy na etat w korporacji - dlatego za jakiś czas stopka na blogu ulegnie zmianie ;) A na poważnie - na razie rzadko będę pisał na blogu, bo uczę się nowych technologii i ten proces bardzo mnie angażuje. Giełdy oczywiście nie porzucam, cały czas śledzę sytuację makro i doglądam wybrane spółki, ale aktywny trading zamieniłem na długoterminowe inwestowanie.

Kotli mi się w głowie wiele tematów do opisania, czasem podczas biegu potrafię zbudować cały artykuł, ale gdy już dotrę do domu, nie znajduję motywacji by przelać go na bloga. Na razie chłonę nowe życie i mam zamiar trochę więcej z niego korzystać. Wrócę do regularnego pisania, gdy będę tego potrzebował. Żeby jednak blog całkowicie nie umarł mam coś w zanadrzu:
napomknąłem kilka miesięcy temu, że piszę książkę. Testując techniki planowania nawyków postanowiłem zrealizować jedno z marzeń i napisać ebooka. Skończyłem go jakiś czas temu, ale uznałem, że nie nadaje się do upublicznienia. Jednak dziś podczas biegu Tomek przekonał mnie, że nikomu nie zaszkodzę udostępniając swe "dzieło", a może komuś efekty moich badań i przemyśleń się przydadzą, dlatego postanowiłem się nimi podzielić. Odcinki książki będę publikował co tydzień na blogu (wprowadzając w ten sposób korekty do tekstu), a potem udostępnię całość jako jeden pdf.

Dzięki wydawnictwu Egmont na rynku ukazały się dwie książki, które stworzyliśmy z Andrzejem ( http://www.dagiel.pl/index.php?menu=ksiazki&submenu=glowna ), ale były to pozycje edukacyjne dla dzieci, wypełnione głównie grafikami. Ebook, który chcę Wam udostępnić dotyczy tego członu ze stopki: "...[blog o] rozwoju osobistym, przemyślenia na temat egzystencji, poszerzanie świadomości...". Głośno myślałem też o giełdowym ebooku, bo wierzę że kilkanaście spółek, które kupiłem w tym roku da sporo zarobić (na razie od stycznia ponad 20%) ale jednak nie jestem jeszcze gotowy - jeśli dorobię się na giełdzie milionów, to wtedy będę się czuł kompetentny do sprzedawania takiej wiedzy.

Zostawiam zatem "starą"  dziesięciolatkę, którą liczę od skończenia studiów i startu własnego biznesu. Nie poszedłem na swoje dlatego, że marzyłem o wielkich pieniądzach. Kierowała mną nieodparta potrzeba tworzenia i wymyślania. Napisałem engine do gier, język programowania, liczne języki skryptowe, wiele gier i programów edukacyjnych, narzędzia do analizy danych giełdowych. Była to wspaniała przygoda, która kumulowała ok. 4 lata temu wraz z premierą przygodówki Kajko i Kokosz Twierdza Czarnoksiężnika . W tym czasie wkręciłem się też w giełdę, bieganie, wegetarianizm, tematykę przebudzenia i rozwoju osobistego (opartego o badania naukowe, a nie gadki motywacyjne różnych guru).

Z czasem zacząłem się jednak wypalać. Robienie prostych gierek na telefony i tablety nie przynosiło  frajdy i spodziewanych zysków, duże gry na PC podupadły, a zlecenia nie różniły się specjalnie od pracy na etacie, tyle że odpowiedzialność była dużo wyższa. Coraz bardziej czułem, że przestaję się rozwijać jako programista. Drążyłem swoją wąską dziedzinę, tylko czasami podczas zleceń miałem kontakt z informatykami, którzy pokazywali inny punkt widzenia. Odejście od zleceń wpłynęło pozytywnie na motywację, ale pogorszyło sytuację finansową. W natłoku mikro zadań brakowało mi stanu koncentracji, który towarzyszył pracy nad językiem programowania czy bibliotekami do gier. Nagle możliwość pracy wyłącznie jako programista stała się najlepszym wyjściem - szczególnie, że nadarzyła się okazja trafić do zespołu pracującego nad rozproszonym systemem w języku funkcyjnym... No i tak poszło - po takiej zmianie czuję się jakbym dopiero co skończył studia :)

Zatem: w najbliższych miesiącach skupiam się głównie na poznawaniu wszystkiego co dotyczy mojego zakresu obowiązków (nie rozumiem, dlaczego wszyscy się ze mnie śmieją, gdy mówię że chcę poznać cały system ;) , znaleźć odpowiedzi na pytanie dlaczego używamy różnych technologii, dlaczego je wymyślono i jak je usprawnić oraz na przygotowaniach do jesiennego biegu Łemkowyna Ultra Trail 150 (jak mnie najdzie przy piwku, to skrobnę też relację z 96 km biegu w Pieninach Niepokorny Mnich, bo chyba jeszcze nigdy nie dostałem tak w kość). Od czasu do czasu wrzucę na bloga coś o giełdzie i co tydzień fragment książki. Skoro wciąż zaglądacie na bloga, jest sens go dalej pisać.

Dziękuję za wszystkie merytoryczne komentarze, bardzo chętnie odpisuję na każdy (jeśli o komuś z Was nie odpisałem, to musiałem niechcący przeoczyć). Jednocześnie jeszcze raz proszę pozycjonerów o nie wklejanie komentarzy z reklamami sklepów i usług. Nie dość, że nie wnoszą żadnej wartości (zazwyczaj ich treść ogranicza się do banału w stylu "świetny artykuł, zgadzam się, aczkolwiek nie do końca"), to świadczą o waszym braku szacunku dla mojego wysiłku. Nie chcę wprowadzać moderacji, czy w ogóle rezygnować z publicznej dyskusji, jak zrobił to testeq z bloga Biznes bez stresu. Sami nie chcielibyście być wykorzystywani, nie róbcie tego zatem innym.

sobota, 18 kwietnia 2015

Upss

Pisałem kilka razy, że obecna sytuacja jest dla mnie dość niekomfortowa - z jednej strony długoterminowy sygnał kupna na polskich małych spółkach (SWIG80) oraz możliwość wystąpienia cyklicznej akumulacji przed kolejnym rynkiem byka, z drugiej dochodzenie przez S&P500 do poziomów czasowych, z których historycznie startowała bessa:


Co zatem robić? Zakupione od stycznia akcje dały zarobić już kilkanaście procent, ale wystarczy kilkudniowa panika, żeby cały zysk wyparował. Mimo to nie oddam już tych akcji - są kupione pod fundamenty, mają dużo gotówki na kontach i wypłacą dywidendy 3-8%. W razie spadków część zredukuję i odbiorę niżej, 2015 wciąż postrzegam jako czas akumulacji małych spółek przed solidną hossą.

wtorek, 7 kwietnia 2015

TriCity Ultra 80 - III edycja, zdjęcia i opis trasy

Rok temu zamieściłem opis biegu dookoła Trójmiasta, który stał się dla kolegów z naszego "klubu" wstępem do przygody z biegami ultra. Wkręciłem się - w 2014 przebiegłem 5 biegów ultra na dystansie powyżej 60 km i 7 na dystansie maratońskim. Euforia, którą opisałem po pierwszym biegu na 80 km okazała się powtarzalnym zjawiskiem, jakiego doświadczam po pokonaniu ok. 60 km, dlatego chętnie planowałem na ten rok z kolegami kilka ambitnych startów w biegach górskich.

Nie interesuje mnie na nich wynik, nie kręci mnie pokonywanie bólu czy walka ze sobą. Biegam, bo na długim dystansie mój organizm wchodzi w rodzaj transu, który objawia się doświadczaniem radości, lekkości i jedności z naturą. Nie chodzi tu o stan jakiegoś narkotycznego odlotu, tylko o zakodowany w homo sapiens mechanizm, który tysiące lat temu pozwalał naszym przodkom biegać setki kilometrów dniami i nocami. Mechanizm, z którego korzysta już niewiele prymitywnych ludów w Afryce i niektóre szczepy indian Tarahumara. Teorie na wrodzone predyspozycje ludzi do długodystansowych biegów zebrał i opisał McDougall w swojej kultowej książce Urodzeni Biegacze, a chyba najlepszym przykładem, że do niesamowitych osiągnięć w biegach ultra nie potrzeba przestrzegać zawodowego sportowego reżimu był staruszek Cliff Young, który całe życie ganiał po swoich australijskich pastwiskach i w wieku 61 lat zwyciężył bieg Sydney-Melbourne na dystansie 875 km..

Choć każdy z nas jest urodzonym biegaczem, z oczywistych względów przygotowanie do biegów ultra wymaga czasu, treningów i odpowiedniego odżywiania. Gepard jest najszybszym zwierzęciem na świecie, ale nawet ten zwinny kot nie pobiegnie od razu 100km/godz. jeżeli przez całe życie wylegiwał się w klatce i objadał przetworzonym pokarmem.

Po pozytywnych doświadczeniach z drugiej edycji biegu TriCity Ultra 80 postanowiliśmy oficjalnie ogłosić edycję wiosenną. Myśleliśmy nawet o zorganizowaniu profesjonalnego biegu z pomiarem czasu, punktami odżywczymi i znakowaniem trasy, ale że zawodowo zajmujemy się czymś zupełnie innym, doszliśmy do wniosku, że na razie pozostaniemy przy formule koleżeńskiej. Musimy jednak bardziej skupić się na organizacji, bo przy trzydziestu osobach utrzymywanie grupy w całości jest skomplikowanym zadaniem.

Na starcie okazało się, że sporo osób zgłosiło się, by przebiec z nami pierwsze 10, 20, 40 km, niektórzy pierwszy raz mierzyli się z tak długim dystansem. Było to miłe i uatrakcyjniło pierwszą część biegu. Na oficjalny wyścig na pełnym dystansie by się nie zgłosili, zatem mamy o czym myśleć przed kolejnymi edycjami.

28 marca przy Neptunie stawiło się 29 biegaczy i dobry duszek trójmiejskiego światka biegowego Agata Masulaniec, która strzeliła nam pamiątkowe fotki:


Punkt 7 ruszyliśmy Traktem Królewskim:



Kolejne fotografie zawdzięczamy Krzysztofowi Janickiemu, który wykorzystał koleżeńskie tempo do udokumentowania całego biegu.

Pierwszy przystanek, góra Gradowa z fortyfikacjami, z których rozciąga się widok na historyczny Gdańsk:



Następnie zbiegamy na żółty szlak i ku zaskoczeniu nawet rodowitych Gdańszczan niemal cały czas biegniemy lasami. Od Śródmieścia przez Wrzeszcz, większa część trasy biegnie wśród parków i wzgórz:

Nie ma ultra bez efektownej wywrotki, okolice Akademii Medycznej
Ciężko uwierzyć, że wokół leżą wielkie blokowiska, ale takie właśnie jest Trójmiasto -
w połowie zabudowania, w połowie lasy
Po ok. 10 km zbliżamy się do Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego, robimy przystanek by zebrać grupę i żegnamy pierwszych kolegów:


W Matemblewie obieramy kurs na zielony szlak, zaczynają się górki:



fot. waldekmis.pl

Pamiątkowe zdjęcie z punktu widokowego Pachołek na ok. 23 km trasy - tutaj grupa znów się przerzedza:



Zbliża się 30-sty kilometr i zaczyna (mi) robić się ciężko. Dotychczas sporo rozmawiałem, poznawałem towarzyszy biegu. Z Krzyśkiem wymienialiśmy doświadczenia z prowadzenia firmy i diety wegetariańskiej, z Piotrkiem bardzo ciekawą rozmowę o sposobach wysyłania satelitów na orbitę okołoziemską przerwała mi zadyszka przy wejściu na jedną z moren.

Obawiałem się tego biegu, bo ledwie tydzień wcześniej zakończyłem kurację antybiotykową na zapalenie zatok (niestety w głupi sposób załatwiłem się i zaprzepaściłem kilka miesięcy morsowania). Nie byłem jeszcze gotowy kondycyjnie na ten bieg, leśne krajobrazy i pagórki zaczęły tracić urok.



W Sopocie robimy zbiórkę, część towarzyszy kończy bieg, pora zatem na tradycyjną fotkę na schodach:


Na stacji Sopot Kamienny Potok kończy się szlak zielony i przechodzimy na czerwony.

Kolejne kilka kilometrów stało się koszmarem. Nie dawałem rady dogonić peletonu, a co zabawne, najbardziej wkurzało mnie to, że za miesiąc biegniemy 95 km w górach i będę znowu cierpiał. Zbieg, podejście, zbieg, podejście. Przecinamy Gdynię Karwiny i wbiegamy na szlak żółty. Na szczęście koło 40-stego km organizm uznał, że podtrzymywanie energii dla zrzędzącej części mózgu nie ma praktycznego uzasadnienia i odciął jej zasilanie. Zacząłem płynąć i zrobiło się pozytywnie. Przez parę km biegłem sam, nikogo nie ścigałem, zniknęli też biegacze z tyłu. Kawałek szlaku po grobli to jedno z najmilszych wspomnień:


Żółtym szlakiem docieramy do Gdyni Głównej:


Czas zatem na tradycyjną fotkę przy ORP Błyskawica!


Mali ultrasi z lewej strony zdjęcia to latorośle Waldka, który tutaj kończy przygotowanie do triatlonu. Zostaje nas zatem 13-stu, a to oznacza, że nie będzie problemu z upakowaniem się w Green Wayu. Na przyszłość koniecznie musimy zapowiadać się telefonicznie i ustalać z góry menu, bo pomimo starań dziewczyn z obsługi, oczekiwanie na wydanie posiłków wydłuża przerwę do ponad 40-stu minut. Wreszcie ruszamy w kierunku plaży tylko po to, by zaraz skręcić na redłowskie klify:


Klify redłowski i orłowski to ostatni trailowy akcent, ale za to jakie widoki!





Parszywa dwunastka

W końcu zbiegamy na plażę i promenadą kierujemy się w kierunku sopockiego mola. Ostatnie 20 kilka km to płaski odcinek po chodnikach.


Kolejny punkt zbiórki ustalamy przy PGE Arena. Kiedy opuszczamy molo pytam się organizmu, czy to już pora na prawdziwy bieg. Nie otrzymuję tak jednoznacznej odpowiedzi jak w listopadzie, jednak przyspieszaniu nie towarzyszą żadne oznaki zmęczenia, ani bólu. W ogóle przez cały bieg jedyne co mi doskwiera to słabsza kondycja, nogi, stawy i mięśnie znoszą wysiłek bez zarzutu. Postanawiam zatem choć przez chwilę pobiec na czele stawki. Ale gdzie tam, robocop w żółtej czapeczce lidera i amigo w okularach bez większego trudu oddalają się, aż znikają za horyzontem. Zobaczę ich dopiero za kilkanaście km przy stadionie, zatem nie ma co się męczyć, tylko cieszyć biegiem. Dość szybko spalam węglowodany, więc wizualizuję pepsi ze sklepiku w Brzeźnie. Znowu fajnie się rozmawia.

W Jelitkowie żegna się z nami Bartek - spieszy się na koncert Bryana Adamsa, do mety dobiegnie zatem dwunastu:



Widząc sylwetkę stadionu, czuję się jakbym był już na mecie. Do końca biegu co prawda jeszcze ok. 10 km, ale fizycznie nie czuje się już trudów. Wszystko co najtrudniejsze za nami, organizm wszedł w tryb ultra, gdybym miał biec do setki, musiałbym tylko uzupełnić bukłak z piciem i coś przetrącić:


Z atrakcji zostają jeszcze zabudowania stoczni i powrót na Główne Miasto przez bulwar nad Motławą:


Bieg kończymy prawie 12 godzin po starcie przy Złotej Bramie:



Niestety nie wszystkim, którzy planowali udało się zaliczyć pełen dystans. Trochę w tym naszej winy, bo opisaliśmy bieg jako wycieczkę dookoła Trójmiasta i wypunktowaliśmy najbardziej znane miejsca - stocznię, molo, Błyskawicę, zabytki, klify. Tymczasem ok. 50 z 80 kilometrów trasy to pagórkowate ścieżki leśne, a łączna ilość przewyższeń przekracza 1.5 km - niewiele mniej niż w lżejszych biegach górskich. Szczególnie pierwszy odcinek żółto-zielono-czerwono-żółty daje w kość biegaczom przyzwyczajonym do biegów po asfalcie. Dlatego m.in. powstał ten wpis, żeby pokazać trasę, podsunąć pomysły na treningi i zachęcić biegaczy z innych części kraju do odwiedzenia trójmiejskich szlaków - jak widzicie mamy tu sporo przyrody i nie wahamy się po niej biegać :)

Kolejną edycję biegu planujemy na cieplejszy miesiąc - może kwiecień jak w 2014 lub nawet maj. Jeszcze raz dziękuję Krzysztofowi za zdjęcia w wysokiej rozdzielczości, bez nich relacja byłaby znacznie uboższa.

czwartek, 26 marca 2015

Jak chłopiec w sklepie z cukierkami

Podobno tak czuł się Warren Buffett w czasie bessy 1973-74. Zakupy tanich akcji uczyniły Buffetta milionerem, a indeks S&P500 nigdy nie był już niżej notowany. Czy sytuacja na giełdzie wygląda jak wtedy? Oczywiście nie - dla Stanów odpowiednikiem tamtych czasów były poziomy z lat 2008-2009.

A co z naszym rynkiem? Szybki rzut oka na WIG czy tym bardziej MWIG40 świadczy, że na dużych i średnich spółkach tanio nie jest:


Cena do zysku oraz cena do wartości księgowej podobne jak przed krachem z 2011 roku. Jednak cechą charakterystyczną wzrostów z ostatnich 6 lat była ich wybiórczość. Indeksy ważone kapitalizacją były ciągnięte do góry nielicznymi spółkami, które zostały napompowane do niebotycznych poziomów (LPP c/wk 12.5 w szczycie, CCC 9.5, CDR 11.2 itd.), tymczasem indeks szerokiego rynku od 2011 roku szorował po dnie:


Obejrzyjmy wskaźniki c/z i c/wk dla całego rynku:

niebieski c/z, różowy c/wk

Tutaj sytuacja wygląda diametralnie inaczej niż dla MWIG40. Jest bardzo wiele tanich akcji. Można kupić zarabiające spółki, których kapitalizacja nieznacznie przekracza wartość gotówki na koncie. Co ważniejsze, wiele z nich szoruje po dnie od 2-3 lat, co często wskazuje na akumulację przez silne ręce. Jedną z takich spółek, z którą przygodę zacząłem w 2012 roku i zniechęcony zbijaniem wybić wyszedłem w 2013, żeby wrócić na początku 2015 jest Procad:


W tym momencie nie kupiłbym już tej spółki - moja strategia opiera się na kupowaniu kiedy:

- szeroki kontekst rynkowy przemawia za akumulacją akcji (końcówka bessy, niskie zainteresowanie akcjami, rekordowe wpływy na lokaty i obligacje),

- spółka zarabia na sprzedaży realnych dóbr lub usług, które generują gotówkę, a nie zapisy księgowe,

- jest bardzo tania, zazwyczaj zdołowana przez wychodzący fundusz, czasem na skutek słabych zysków z powodu wypadków zewnętrznych, ale bez wyraźnego wpływu na przychody,

- jest zabezpieczona przed bankructwem dużą ilością gotówki (wskaźnik Altmana > 6),

- ma wysokie przychody, najlepiej 2-4 krotność aktualnej kapitalizacji - wystarczy, że poprawi się rentowność i nagle spółka zarabia 1/5 kapitalizacji,

- średnie kroczące wypłaszczają się, widać słabość podaży i dywergencje na miesięcznych/tygodniowych oscylatorach, przełamanie linii trendu spadkowego na wysokich obrotach to ostatni moment na kupno,

- jest zapomniana, niemodna, nikt nie zauważa poprawiających się wyników albo dywidend, ale w akcjonariacie zaczynają pojawiać się fundusze, a insajderzy powiększają udziały,

- wykres kapitalizacji pokrywa się z wykresem kursu, zabronione są dodruki akcji, "dokapitalizowanie" przez tajemnicze fundusze inwestycyjne z Cypru czy USA.

Jak widzimy Procad spełniał wiele z tych założeń, ale aktualnie nie jest już bardzo tani, więc pozostaje mi nadzieja, że przez ostatnie 3 był kupowany przez podmiot zainteresowany napompowaniem kursu przed dystrybucją i uda się sprzedać go po 4 zł. Nie chcę popełnić tego samego błędu co przy Monnari, Ambrze czy ATM Grupie, na których zadowoliłem się 50-100% zysku, a mogłem zarobić 400-1500%.

Obserwuję kilkanaście spółek, z czego 10 nabyłem. Nie od razu za całą kwotę - podbieram pakietami. Jeśli za szybko uciekną nie kupuję więcej, wolę dokupić obiecujące tańsze. Zastanawiam się nad napisaniem ebooka, w którym opisałbym kontekst rynkowy oraz strategie na każdą ze spółek, obejmującą zasady obrony kapitału, powiększania pozycji, realizacji zysku. Odstrasza mnie od tego fala niechęci, z jaką spotykają się sprzedawcy biuletynów, sygnałów czy szkoleń. Mnie taki biznes zdecydowanie nie interesuje, jako programista mam ciekawsze i pewniejsze sposoby zarabiania, z drugiej strony korci mnie, żeby wykorzystać wiedzę i wyniki badań spółek, którym poświęciłem ostatnie kilka lat. Uważam, że niektóre akcje są teraz w niezwykle korzystnym okienku inwestycyjnym i mogą zmienić trendy na lata. Jestem też przekonany, że "moje" spółki dadzą porządnie zarobić w przeciągu roku-dwóch, więc połechtam ego upubliczniając je przed faktem. Byłaby to zatem jednorazowa publikacja bazująca na okazji cenowej i czasowej.

Istnieje oczywiście ryzyko, że rynek wie coś więcej i zweryfikuje moje oczekiwania. Miałem np. niedawno w portfelu Instal Kraków - wskaźniki fundamentalne super, siedzi na gotówce, 50 groszy za złotówkę majątku spółki (wtedy było ciut więcej), technicznie przygotowany do wzrostów. Aż tu nagle strzała -10% i spada. Czytam: wniosek o upadłość. Szybko się upewniłem, że bezzasadny (ostatnio w budowlance to jedna z form nacisku między firmami), ale gdy inwestuję nie odejmuję zagrożeń od szans - mnożę je, wystarczy więc niewielka rysa, żeby wypłoszyć mnie z akcji. Dlatego na odbiciu pozbyłem się pakietu i wyszedłem na 0. Biłem się z myślami czy wrócić do spółki, gdy tydzień temu akcje dostały porządnego kopa w dół:


Tragedii jeszcze nie ma, ale strata by była. Mimo, że spełnione były moje restrykcyjne warunki zakupu. Wydaje mi się, że w skali roku-dwóch nadal będzie tu można zarobić, ale jeśli rynek chce testować denko z 2013, to może je wybić, a wtedy jak pokazuje historia kursu szybki wodospad nie jest niczym nadzwyczajnym. Wtedy pojawia się okazja techniczna na V-odbicie, ale zagrania techniczne pod 10-50% rajdy to nie temat na ebooka.

Ciekaw jestem Waszego zdania - czy jesteście zainteresowani taką publikacją? Niezależnie czy ją napiszę, czy nie, będę robił swoje - powiększał zaangażowanie w wybrane akcje i w razie spadków grał opcjami i kontraktami.

środa, 25 marca 2015

Ropa po krachu

Na wykresie miesięcznym ropy brent zaznaczyłem wszystkie krachy, które kulminowały w okolicach lutego:


Jak widać niemal każdy krach z ostatnich 30 lat kulminował w okresie styczeń-marzec. Zasadę tę potwierdzają wykresy cykli:




Interesuje mnie brent ze względu na kilka certyfikatów na ropę, które są notowane na GPW...

piątek, 20 marca 2015

Wskaźnik LC daje niepokojący sygnał w kwietniu

W ostatnich latach niezwykle skutecznym wskaźnikiem szczytu cen akcji jest wskaźnik LC. Prawie idealnie wychwycił początek wielkiej bessy w 2007:


Niemal w punkt wychwycił start bessy w 2011:


Kolejny sygnał padnie prawdopodobnie 16 kwietnia.