wtorek, 29 października 2013

Zwodnicza magia wykresów

Oglądając hiperboliczne wykresy złota, akcji czy mieszkań wielu ludzi żałuje, że nie zarobiło na nich fortuny. "Mogłem kupić więcej akcji", "mogłem się nie bać wejść w złoto", "mogłem sprzedać mieszkanie na górce" itd. Jednocześnie zdecydowana większość inwestujących w drogie, podlegające hiperbolicznemu wzrostowi cen aktywa traci. Nie zauważają bowiem, że imponujące zmiany cen, wyrażone procentowo nie są wcale wielkie. Kiedy złoto przebijało 1600 usd za uncję, ludzie rzucili się na zakupy pod rekomendację z ceną 2000. Kupowali drogo, żeby zarobić potencjalnie 20%, przy czym jeśli doliczyć różnice między ceną kupna i sprzedaży, kosztów przesyłki oraz opóźnienia w realizacji transakcji, mogli co najwyżej liczyć na zarobienie jakichś 10% i to przy pozytywnym założeniu, że cena osiągnie te 2000$ (co jak wiemy się nie udało).

Popatrzmy na wykres liniowy banku Pekao:


Załóżmy, że PEO kreśli korektę A-B-C od szczytu z 2007 roku i fale A oraz C będą równe. Dawałoby to zasięg wzrostu do luki bessy ze stycznia 2008 w okolicy 230 zł. Zasięg między obecnym oporem a hipotetycznym zasięgiem wygląda imponująco, jednak jeśli odniesiemy go do aktualnej ceny bliskiej 200zł, to jest to zaledwie 15%. Przejdźmy teraz na skalę logarytmiczną:


Analogiczny wzrost 15% Pekao wykonało 6 razy pod rząd w 2009 roku oraz kilka razy w trakcie obecnej hossy. "Gdybym wtedy kupił" należy sobie powiedzieć, a nie żałować nie podłączenia się do dojrzałego ruchu. Na hiperboli można zarobić na instrumentach pochodnych, gdy walczy się o zarobek w punktach, a nie X%, ale do tego potrzeba wysokich umiejętności i żelaznej konsekwencji, żeby nie przegapić momentu pęknięcia bańki.

Do umieszczenia tego wpisu zachęciła mnie analiza kilku polskich blue-chipów, które wyglądają bardzo byczo. PZU po 514? Proszę bardzo:


Na wykresie możemy zobaczyć długie białe świece, ale akcje wg tego scenariusza mogą zarobić tylko 9%. A ryzyko rośnie..

Na koniec wykres certyfikatów na spadki ropy i WIG20SHORT:


Mam z tymi certami rachunki do wyrównania za 2011 rok ;) Myślę, że wraz z rosnącym wydobyciem łupków, rozwijaniem technologii w USA i uniezależnieniu tego kraju od dostaw ropy z importu, zobaczymy wielką zwałę na ropie oraz wzrosty na dolarze, co da podwójnie zarobić na certach. Dlatego do analiz biorę również rosyjski RTS i USDRUB:


Dopóki nie będzie wybicia, nie ma co zajmować pozycji, jednak obstawiam wyjście górą i kolejne tchnienie wielkiej bessy na EM, zapoczątkowanej w 2007 roku.

niedziela, 27 października 2013

Wigi dla opornych



Teraz już tak będzie - akcji prawie nie mam, więc z kolejnym tankowaniem muszę czekać na bessę ;)

I zielony do kolekcji:



poniedziałek, 14 października 2013

Kochajmy hossy, tak szybko odchodzą

Dziękuję Czytelnikom za wzięcie udziału w ankiecie.


Wyniki ankiety sugerują, że do końca roku WIG20 może skończyć poniżej 2400: 23% niedźwiedzie, 30% neutralni, 47% byki. Dla porównania badanie INI :


Optymizm porównywalny z lokalnymi szczytami z początku 2012 i 2013 roku.

Do końca roku pozostało 2 i pół miesiąca. Tymczasem analiza techniczna największych polskich indeksów pokazuje siłę dojrzałej hossy:

WIG pokonał szczyt z 2011 roku i dotarł do połowy długiej czarnej świecy ze stycznia 2008 roku. Zachowanie wykresu przypomina grudzień 1999 roku, kiedy indeks pokonał po szybkiej i mocnej korekcie szczyt poprzedniej hossy. Nawet zasięg czasowy od dołka z 95 roku i zakres późniejszych wzrostów są podobne. To ważna analogia, ponieważ coraz więcej analityków uważa aktualne wzrosty za początek cyklu dekadowego i doszukuje się powtórki wielkich wzrostów, jakie nastąpiły po 1993 i 2003 roku. Ja natomiast uważam, że jesteśmy już niedaleko od bessy, która zmasakruje Emerging Markets. Porównanie obecnej sytuacji do tej z przełomu 1999/2000 dobrze pasuje - jak wtedy najsilniejszy jest NASDAQ. Różnica jest taka, że wtedy był to ostatni rajd na rynkach rozwiniętych przed przejęciem pałeczki przez Emerging Markets i surowce, a teraz cykl zawrócił, co pokazuje Wojciech Białek (wykres z sierpnia br) :


Zatem zamiast cyklu dekadowego i niebotycznych wycen polskich spółek, spodziewam się na dzień dzisiejszy rychłego końca hossy i 2-3 letniego marazmu z dramatem w tle. Nie gram jeszcze na spadek, bo oczekuję inflacyjnej części hossy z rajdem na towarach, jednak nie trzymam już długoterminowo akcji (poza paroma niedobitkami). Co najwyżej kupuję akcje pod krótkie techniczne zagrania. Zatem - nadal uważam, że jesteśmy w hossie, jednak w każdym momencie może nastąpić tąpnięcie, które okaże się po czasie początkiem bessy. Ten rok przyzwyczaił nas do tego, że akcje szybko odrabiają straty po mocnych spadkach, dlatego już kolejna wyprzedaż może być pułapką na byka. Nie wiem kiedy to się może stać - dziś, za tydzień, za miesiąc, za kwartał, jednak najbliższy czas to nie jest dla mnie dobry okres na kupowanie wartościowych spółek. Co więcej - ewentualne mocniejsze spadki będą wg moich analogii pierwszą falą bessy, dlatego akcje fundamentalne kupię tylko pod korekty, a na prawdziwe długoterminowe okazję ustawię się znacznie później.

Wykres SWIG80, na bazie którego przez ponad rok trzymałem akcje, pokazuje na dzień dzisiejszy pół roku fali wznoszącej:


Z przedstawionej interpretacji wynika, że wzrosty trwają średnio ok. 9 miesięcy, spadki 10, a konsolidacja 13. W kresce tygodniowej SWIG80 dociera do połowy bessy z 2007-2009 roku, ale mocniejsze opory znajdują się dopiero na poziomie 16000 punktów:


Siłę pokazuje też MWIG40, dla którego wiele razy wskazywałem jako cel 3500 (dla SWIG 15 tys.) :


W tym wypadku nagromadzenie oporów leży najbliżej.

Ostatni analizowany dziś wykres to WIG20TR (total return) :


Technicznie wygląda pro-wzrostowo (jak ktoś lubi formacje typu RGR, to widać tu cup and handle, ale ja na takie formacje rzadko gram - chyba, że w krótkim terminie i zgodnie z trendem).

Wnioski: w latach 2003-2007 urosło wiele fortun, z których większość wyparowała już w kolejnym roku, jednak tamci ludzie pamiętają jaką okazją jest silny rynek byka. Kilka lat wzrostów może ustawić człowieka na całe życie. Zauważyłem wśród komentujących na różnych blogach spore ciśnienie na 3-cyfrowe wzrosty i kapitalizacje mocno oderwane od fundamentów. Tymczasem takie zachowanie spółek (tj. wysokie wzrosty powyżej godziwej wyceny) jest anomalią i zdarza się raz na kilkanaście lat. 6 lat po bańce na akcjach to w moim odczucie zdecydowanie zbyt krótki okres. Owszem - są i będą spółki przynoszące krocie, jak w ostatnich latach CD Projekt czy LPP, jednak tendencja nie powinna dotyczyć całego rynku.

W krótkim terminie wszystkie indeksy stoją pod istotnymi oporami, ale też wyglądają byczo. Prawdę powiedziawszy prędzej bym obstawił na podstawie AT 2800 na WIG20, niż 2200. Jednak sentyment osiągnął niebezpieczne poziomy, a ewentualny wystrzał na akcjach potraktuję jako okazję do pozbycia się resztek papierów, pogrania DT Longami i zbudowania pozycji krótkiej na opcjach.

PS Prośba do zorientowanych w astro o interpretację tego zdarzenia:
http://wiadomosci.onet.pl/nauka/nasa-pole-magnetyczne-slonca-niedlugo-sie-odwroci/36vdf
Czy istnieje jakaś korelacja z długoterminowymi cyklami na indeksach?

piątek, 11 października 2013

Ankieta WIG20

Zapraszam do wzięcia udziału w ankiecie:


Na koniec roku wartosc WIG20 wyniesie:
  
pollcode.com free polls 

Tradycyjnie czekam do zebrania ok. 100 głosów i przygotuję uzasadnienie (jeśli wyniki będą się zgadzać z moimi przewidywaniami ;)

czwartek, 3 października 2013

Rozwój cz. 1: Strefa dyskomfortu

Przeżyliście zapewne nie raz podobną sytuację: biegniecie np. na autobus, nagle czujecie ogromne zmęczenie, pojawia się myśl "nie dam rady", zatrzymujecie się i odpoczywacie. Coś tak normalnego, że nie wiadomo po co o tym pisać. Organizm się zmęczył i wysyła sygnał, że trzeba odpocząć. Czy jednak pojawienie się myśli "przestań kontynuować to nieprzyjemne działanie" jest wrodzoną cechą każdego człowieka? W świetle materiałów, które przeczytałem i własnych doświadczeń moja odpowiedź brzmi: nie.

Kiedy pierwszy raz doświadczamy jakiegoś stanu, pojawiają się różne myśli. Kierując uwagę na którąś z nich i poddając się jej intencji, umysł tworzy powiązanie stan-myśl. Od teraz szansa, że pomyślimy i zadziałamy podobnie, gdy organizm wejdzie w ten sam stan, znacząco rośnie (ponadto przywołanie tej myśli może spowodować sprzężenie zwrotne i również pojawienie się częściowo tego stanu). Jeśli ten stan jest intensywny, jak silny impuls zmęczenia, poddanie się myśli o przerwaniu czynności i odpoczynkowi przynosi natychmiastowy efekt ulgi, dlatego u prawie każdego człowieka powiązanie "dyskomfort-przerwij-ulga" tworzy się niejako naturalnie. Na "przerwij" składają się różne myśli w stylu "nie musisz się tak spieszyć", "odpuść, to nie jest warte takich wyrzeczeń", wizje końca cierpień, gdy odpoczniemy itp. - treść nie jest istotna, ważny jest efekt ostateczny, czyli przerwanie czynności i ulga (która często jest pozorna, bo zaraz mogą pojawić się wyrzuty sumienia i poczucie winy, że nie daliśmy rady).

No dobra, a co jeśli nie przerwiemy? Czy w ogóle jest to możliwe? Jak najbardziej. Strefa dyskomfortu przejawia się z różną intensywnością i czasem gdy po prostu musimy coś robić (np. w pracy), zagryzamy zęby (lub bierzemy używki, żeby osłabić jej efekt) i kontynuujemy. Zacząłem od dość mocnego przypadku zmęczenia w trakcie biegu, jednak nieprzyjemny stan dyskomfortu pojawia się również gdy np. mamy się zabrać za jakieś większe zadanie jak nauka do egzaminu, napisanie artykułu, nauczenie się nowej umiejętności. Tutaj przyczyną wystąpienia stanu jest strach przed niepewnością (nie wiemy dokładnie co i jak mamy zrobić, ile czasu zajmie, czy w ogóle damy radę). W tym momencie wielu ludzi rezygnuje, choć badania dowodzą, że samo rozpoczęcie danej czynności i skoncentrowanie się na niej szybko odsuwa nieprzyjemności (o tym napiszę w dalszej części cyklu).

Zmęczenie fizyczne także nie jest wyjątkiem. Doświadczyłem tego kilka razy na biegach ulicznych, kiedy przyspieszałem na ostatnim kilometrze. Zacząłem nawet wypracowywać nowy nawyk: kiedy pojawia się nagły impuls zmęczenia i słodkie wizje odpoczynku wymieszane z racjonalnymi podpowiedziami w stylu "jakie to ma znaczenie, który dobiegniesz? biegnij spokojnie do mety, nie forsuj się, ciesz się z biegu", wtedy kieruję uwagę na doświadczanie tego nieprzyjemnego stanu. Nie poddaję się mu, tylko metodą "świadomościową" obserwuję. Po kilku sekundach następuje magiczne przełączenie - strefa dyskomfortu ulatnia się! W 2 przypadkach doszło wręcz do odwrócenia i organizm został zalany hormonami euforii, co pozwoliło mi na mocny finisz (jak w ostatnim biegu na 10 km, w którym pobiłem swój rekord i ukończyłem na pozycji 293/2816, czyli zmieściłem się w pierwszych 11% uczestników, choć standardowo moje wyniki oscylują koło pozycji w 20% stawki).

Wniosek? Strefa dyskomfortu to tylko kolejny stan organizmu, który wykształcił się ewolucyjnie, bo zapewniał przetrwanie osobnikom. Nie znam biologii, więc mogę tylko spekulować jak ten mechanizm działa, u jakich gatunków występuje podobnie jak u człowieka. Może lwica goniąca zbyt szybką zebrę odpuszcza właśnie z powodu tego stanu i wycofuje się, by czekać na kolejną okazję, zamiast paść z wycieńczenia. Przez setki tysięcy lat ewolucji różnych homonidów skupionych głównie na walce o przetrwanie strefa dyskomfortu chroniła przed nadmiernym ryzykiem i wysiłkiem. "Niestety" dzisiejsze życie człowieka nijak przystaje do czasów prehistorycznych, więc pojawiający schemat (nawyk) dyskomfort-przerwanie potrafi skutecznie sabotować nasze plany i marzenia.

W swoim życiu przeczytałem masę teorii na temat organizacji czasu i pracy, jednak podświadomie traktowałem ją na zasadzie "może tak, może nie" i jeśli stosowałem to krótko, wybiórczo. Brakowało mi przekonania, że to działa. Dopiero gdy zainteresowałem się tematyką przebudzenia, zacząłem wprowadzać zmiany, które przełożyły się na jakość życia (głównie pod wpływem A. de Mello i E. Tolle). Znajomość pojęcia strefy dyskomfortu i działania tego mechanizmu jest dla mnie kluczowa, by osiągać nieprzeciętne cele oraz czuć się szczęśliwszym. Jeśli nie jesteśmy jej świadomi, to żeby ją "pokonać" musimy zużywać pokłady silnej woli, a ta jak twierdzi Damian Redmer opierając się o badania naukowe, ma ograniczone zasoby. W naszej kulturze przyjęło się odwoływanie do motywacji, która może działać w krótkim terminie (np. sportowiec na zawodach może się motywować, że jeszcze chwila wysiłku i będzie nagroda), ale zostało udowodnione (też będzie o tym wpis), że w dłuższym terminie motywacja jest dość mało istotna. Ważna jest by rozpocząć działanie, ale potem bez planu i oparcia w innych mechanizmach kończy się słomianym zapałem.

Na tym etapie przedstawię bardzo prostą technikę, która może pomóc w pracy, jeśli mamy problem z tzw. motywacją. Jak już wspomniałem źródłem tego problemu jest niepewność, która przekłada się na nieprzyjemny stan dyskomfortu, nawykową pracę umysłu nad wymówkami i ucieczkę w inne pozorowane zadania. Technika polega na przesunięciu kierowania uwagi na myśli na kolejny etap:

1. Najpierw musimy uświadomić sobie, że czujemy dyskomfort! Większość ludzi nie zdaje sobie z tego sprawy - mówią "jestem zmęczony", "znudzony", "brak mi motywacji", "nie mam czasu", "nie lubię tego". W rzeczywistości to tylko myśli, które pojawiają się przy nieprzyjemnym stanie (najczęściej lękowym) i które bierzemy za rzeczywistą przyczynę. Obserwacji dokonujemy metodą "na Zen", którą opisywałem na blogu.

2. Kiedy jesteśmy w trybie obserwacji, myśli się dość szybko wygaszają. Akceptujemy również dyskomfort - jeśli nie ma on podłoża fizycznego (związanego z chorobą, przejedzeniem się itp.), a wynikał z myśli (obawy, stres), dość szybko zanika.

3. Dopiero teraz kierujemy uwagę na myśli - opracowujemy plan działania. Jeśli nawet na tyle nie mamy sił, to przynajmniej staramy się wyodrębnić pierwsze zadanie. Niech to jest przygotowanie narzędzi, uprzątnięcie biurka. Prawdopodobnie wykonując te czynności organizm wejdzie w stan koncentracji i okaże się, że praca wcale nie była trudna, a często nawet sprawiła przyjemność (zwłaszcza jak udało się ją skończyć).

Klasyczne motywowanie się "muszę to zrobić" działa słabo i wiąże się zazwyczaj ze stresem. Przedstawiona technika bazuje na znajomości mechanizmu "odczuwanie - pojawiające się myśli" oraz przećwiczeniu doświadczania zanikania stanów (dyskomfortu, lęku, euforii). Dzięki niej mamy większe szanse na realizację planów, bo uwalniamy się ze stanu, w którym myśli sabotują nasze głębsze pragnienia i wchodzimy w stan "zwyczajny", w którym o wiele łatwiej o trzeźwe spojrzenie.

piątek, 20 września 2013

Eksperyment myślowy QE i inne programy stymulacyjne

Na temat QE i innych programów podtrzymywanie gospodarek krajów rozwiniętych urosło wiele teorii. Spróbuję przeprowadzić proste wnioskowanie (niestety jak to w życiu bywa nic nie jest proste, więc może to być daleko oderwane od rzeczywistości) :

1. Dopóki Amerykanie pożyczali, system się trzymał. Co roku kilka % new money zasilało gospodarkę (coś ok. 3% nowych dolarów co roku).

2. Amerykańskim bankom rosły bilanse i aktywa, jednak gotówka wędrowała do krajów produkujących (wysoki deficyt w obrotach spowodowany konsumpcyjnym stylem życia Amerykanów i skierowanej na usługi gospodarki). Producenci żeby podtrzymać system i podaż pieniądza, kupowali dług USA, ale mieli też spore nadwyżki dolarów.

3. Gdy bańka na nieruchomościach pęka sytuacja wygląda następująco:
- Amerykanie mają wielkie długi,
- banki mają gigantyczne niezdrowe bilanse,
- Chińczycy i s-ka mają cash.

Zachodzi zatem wielkie ryzyko, że:
- Amerykanie zbankrutują i stracą domy warte mniej niż kredyt,
- również amerykańskie banki zbankrutują, bo mają ujemne bilanse,
- "wszystko" wykupią Chińczycy.

4. Wprowadzamy TARP - skup śmieci z banków i QE, czyli skup obligacji państwowych:
- ratujemy tyłki Amerykanów, bo rząd ma nieograniczone zasoby pieniędzy na podtrzymanie firm, roboty publiczne, etc. Ludzie będą mogli spłacać kredyty
- ratujemy bilanse banków,
- Chińczykowi wytrącamy broń z ręki, bo jego rezerwy mają mniejsze proporcje, Amerykanin więcej oszczędza, produkcja wraca do USA, "nasi" mają kasę, wyceny przedsiębiorstw są znowu wysokie (nie da się ich wykupić za bezcen jak w dołku bessy).


5. Kiedy Fed przystopuje QE?
Scenariusz pozytywny (dla USA) :
- rozpoczyna się proces: produkcja wraca do USA, dolar wraca z EM do macierzy, zatrzymuje się destrukcja kredytu - kończy się systemowe ryzyko utraty aktywów - można kończyć stymulację.
Scenariusz negatywny: pomimo dodruku dolary wciąż wypływają do krajów produkujących, szukają schronienia w stabilniejszych państwach - Fed kontynuuje "eksperyment", a rząd szuka innego sposobu na przywrócenie gospodarczych podwalin mocarstwa. W zależności od skali problemu możliwe są wojny, stany wojenne, nowa waluta..

6. Co się stanie jeśli banki centralne krajów rozwiniętych anulują posiadane obligacje?

W przypadku pozytywnego scenariusza:
 - skoro gospodarka zaskoczyła, słabeusze z EM nie mają z czym podskakiwać, prawdopodobnie martwią się teraz krwawymi przewrotami wewnętrznymi,
- wyceny aktywów są bardzo wysokie,
- mamy dużo nowych dolarów, ale stojący za nimi dług właśnie zniknął - rozpoczyna się presja na podnoszenie płac, inflacja i urealnienie cen aktywów.

W przypadku scenariusza negatywnego:  anulowanie posiadanych obligacji nie ma sensu, jeśli wyemitowane pod nie dolary są w posiadaniu obcych rąk. Niezbędna kontynuacja niestandardowej polityki.

poniedziałek, 16 września 2013

Ściana strachu

Ostatnio moja aktywność na blogu przygasła. Niesamowite, ale to już blisko 5 lat, odkąd zacząłem pisać - wstępniak do bloga pojawił się 3 listopada 2008 roku. To co przez pierwsze lata mnie fascynowało, powoli staje się rutyną. Jeśli chodzi o giełdę, przez ostatni rok siedziałem głównie na tyłku (od czasu do czasu pogrywając na pochodnych, którymi narobiłem miliony obrotu, a wynik po odliczeniu prowizji jak zwykle oscyluje wokół zera). Dziś będzie podsumowanie okresu inwestycyjnego, bo ze spółek, które gromadziłem przez wiele miesięcy zostały w portfelu tylko Galvo (spółka mi się podoba, jest zysk, ale liczę na więcej) i LUG (ta spółka to jakaś pomyłka, świetnie wygląda fundamentalnie, ale ciągle w trendzie spadkowym - niemniej minus tu symboliczny, a symptomów początku bessy jeszcze nie ma, więc czekam na cud).

Kiedy w czerwcu 2012 zaczynałem skupować akcje małych i średnich spółek, postanowiłem nie powtórzyć błędu z 2009 roku, kiedy to urywałem 10-20% zysku i uciekałem, zamiast trzymać akcje i brać 100-200%. Założyłem, że poczekam na sowite zyski, minimum 3-cyfrowe i olewałem mocne wystrzały, które dawały zysk 50-60%. Rynek jak zwykle spłatał mi figla - 3 spółki o największej wadze w portfelu dały niewiele zysku:
- Colian ostatecznie zarobił ok. 48%, przy czym kilka razy urósł np. z 2 na 2.50 i spadł na 2.04. Czekałem na 4zł, wszystko wokół rosło, rósł SWIG80, a Jutrzenka robiła inwestorów w balona, choć dzielnie kupowałem czekolady Goplany i wafle Grześki.
- Na Tesgasie mimo początkowego 50% zysku ostatecznie straciłem 25% i była to najgorsza inwestycja w tej hossie. "Miał" dobić do 6zł, dziś chodzi po 3.45.
- Agora początkowo dała dużo zarobić (zbierałem od 6.56 do 8.x, kurs doszedł do 10.99), potem spadła na ok. 6.16, ale byłem tak wkurzony, że uśredniłem i wywaliłem całość po 8.x, z zyskiem ok. 20%.

Na kilku innych spółkach było podobnie - ERG kupowałem po 0.3x, podbili do 0.49, a potem zwalili na 0.32, ostatecznie uciąłem małą stratę po 0.36. Jakiś czas później otworzył się luką w okolicach 0.5. Procad kupowałem po 0.9x, przetrwałem podbitkę do 1.38, a sprzedałem po 1.1x + 0.07 dywidendy, czyli zaledwie 20 kilka %, zamiast zakładanych 100. Nie wykorzystałem mocnego ruchu na ATG, zarobiłem "tylko" 50%, dziś byłoby to ok. 140%.

Mimo to portfel jest na maksimum, choć bez fajerwerków. Bo były też miłe niespodzianki, jak np. Monnari, które zbierałem od 0.96 i wywalałem do 2.28. Cóż - dziś jest ponad 6zł, ale i tak zysk mnie ucieszył. Ładnie technicznie poszedł Graal (zysk ok. 50%, tutaj na więcej nie liczyłem), 08Octava sprzedana na lokalnym szczycie (zysk 25%, choć fundamentalnie wygląda świetnie, spółka jest dla mnie zbyt spekulacyjnie i nadaje się tylko do technicznej gry), IVMX i pare innych spółek, które zrównoważyły cięcia strat na mniej udanych zagraniach.

Inwestycyjnie ta hossa jest już dla mnie spalona. Kursy najlepszych spółek bujają w chmurach, ale jest też sporo normalnie wycenionych spółek w trendach wzrostowych. Rynek rzadko przebywa w stanie równowagi - buja się od niedowartościowania, do przewartościowania, więc liczę, że póki bal trwa, należy tańczyć longi. Nabyłem dziś zgodnie ze sztuką AT (dodatkowo broniony fundamentami) pakiet Graala:


Liczę na kontynuację trendu wzrostowego i osiągnięcie okolic 19zł.

Cały czas obserwuję rynki zachodnie, które przejęły w 2010 roku pałeczkę od EM i ściągają do siebie kapitał. Dopóki w Niemczech czy USA rośnie, jesteśmy względnie bezpieczni:


S&P500 - poprzednie hossy trwały jeszcze kilka miesięcy. Jeszcze nie czas polowania na tłuste S-ki.

Niemiecki DAX kilka miesięcy pobujał się trzeci raz przy historycznym szczycie i zgodnie z założeniami wybija górą:


Przypomnę, że oczekuję na S&P500 i DAX jakiejś euforii przed bessą, u Helmuta problemy mogą się rozpocząć przy ok. 9300.

Również nasz WIG na razie wygląda byczo, a w mediach bardziej straszą OFE, niż naganiają na akcje:


Cóż - hossa trwa, jej końca nikt nie zgadnie, a ja już siedzę głównie na gotówce. Wyciągnąłem z akcji tyle, ile potrafiłem. Urośnie zmienność, to może dołożę coś na pochodnych. Ważne, żeby regularnie, co roku był zysk. Rynek urósł 40% w rok, a ty zarobiłeś 20%? To i tak świetny wynik! W kolejnych latach rynek może stracić 20%, a ty znowu zarobisz 20% i go wyprzedzisz. Kiedyś już publikowałem zestawienie stóp zwrotu z WIGu i średnio-roczny zysk:

wig100
200710.39110.39
2008-51.0754.01
200946.8579.32
201018.7794.21
2011-20.8374.58
201226.2494.15
avg5.06-5.85

W latach 2007-2012 stopa zwrotu z WIG wyniosła średnio 5.06%, ale kto zainwestował środki w 2007 roku, ten łącznie stracił 5.85%! Średni zysk się nie liczy, jak stracisz jednego roku 80%, a drugiego zarobisz 100%, to średnio zarobiłeś 10% rocznie, ale realnie straciłeś 60%.

W obecnej sytuacji, choć liczę się z euforycznymi wzrostami na GPW, wolę dowieźć zysk do końca roku i ewentualnie podłączać się mniejszymi kwotami pod techniczne ruchy. Może trafię w jakiś szczyt/dołek opcjami, kontraktami, a może po prostu zostanę z gotówką i będę czekał na okazje do shortów..