piątek, 20 września 2013

Eksperyment myślowy QE i inne programy stymulacyjne

Na temat QE i innych programów podtrzymywanie gospodarek krajów rozwiniętych urosło wiele teorii. Spróbuję przeprowadzić proste wnioskowanie (niestety jak to w życiu bywa nic nie jest proste, więc może to być daleko oderwane od rzeczywistości) :

1. Dopóki Amerykanie pożyczali, system się trzymał. Co roku kilka % new money zasilało gospodarkę (coś ok. 3% nowych dolarów co roku).

2. Amerykańskim bankom rosły bilanse i aktywa, jednak gotówka wędrowała do krajów produkujących (wysoki deficyt w obrotach spowodowany konsumpcyjnym stylem życia Amerykanów i skierowanej na usługi gospodarki). Producenci żeby podtrzymać system i podaż pieniądza, kupowali dług USA, ale mieli też spore nadwyżki dolarów.

3. Gdy bańka na nieruchomościach pęka sytuacja wygląda następująco:
- Amerykanie mają wielkie długi,
- banki mają gigantyczne niezdrowe bilanse,
- Chińczycy i s-ka mają cash.

Zachodzi zatem wielkie ryzyko, że:
- Amerykanie zbankrutują i stracą domy warte mniej niż kredyt,
- również amerykańskie banki zbankrutują, bo mają ujemne bilanse,
- "wszystko" wykupią Chińczycy.

4. Wprowadzamy TARP - skup śmieci z banków i QE, czyli skup obligacji państwowych:
- ratujemy tyłki Amerykanów, bo rząd ma nieograniczone zasoby pieniędzy na podtrzymanie firm, roboty publiczne, etc. Ludzie będą mogli spłacać kredyty
- ratujemy bilanse banków,
- Chińczykowi wytrącamy broń z ręki, bo jego rezerwy mają mniejsze proporcje, Amerykanin więcej oszczędza, produkcja wraca do USA, "nasi" mają kasę, wyceny przedsiębiorstw są znowu wysokie (nie da się ich wykupić za bezcen jak w dołku bessy).


5. Kiedy Fed przystopuje QE?
Scenariusz pozytywny (dla USA) :
- rozpoczyna się proces: produkcja wraca do USA, dolar wraca z EM do macierzy, zatrzymuje się destrukcja kredytu - kończy się systemowe ryzyko utraty aktywów - można kończyć stymulację.
Scenariusz negatywny: pomimo dodruku dolary wciąż wypływają do krajów produkujących, szukają schronienia w stabilniejszych państwach - Fed kontynuuje "eksperyment", a rząd szuka innego sposobu na przywrócenie gospodarczych podwalin mocarstwa. W zależności od skali problemu możliwe są wojny, stany wojenne, nowa waluta..

6. Co się stanie jeśli banki centralne krajów rozwiniętych anulują posiadane obligacje?

W przypadku pozytywnego scenariusza:
 - skoro gospodarka zaskoczyła, słabeusze z EM nie mają z czym podskakiwać, prawdopodobnie martwią się teraz krwawymi przewrotami wewnętrznymi,
- wyceny aktywów są bardzo wysokie,
- mamy dużo nowych dolarów, ale stojący za nimi dług właśnie zniknął - rozpoczyna się presja na podnoszenie płac, inflacja i urealnienie cen aktywów.

W przypadku scenariusza negatywnego:  anulowanie posiadanych obligacji nie ma sensu, jeśli wyemitowane pod nie dolary są w posiadaniu obcych rąk. Niezbędna kontynuacja niestandardowej polityki.

poniedziałek, 16 września 2013

Ściana strachu

Ostatnio moja aktywność na blogu przygasła. Niesamowite, ale to już blisko 5 lat, odkąd zacząłem pisać - wstępniak do bloga pojawił się 3 listopada 2008 roku. To co przez pierwsze lata mnie fascynowało, powoli staje się rutyną. Jeśli chodzi o giełdę, przez ostatni rok siedziałem głównie na tyłku (od czasu do czasu pogrywając na pochodnych, którymi narobiłem miliony obrotu, a wynik po odliczeniu prowizji jak zwykle oscyluje wokół zera). Dziś będzie podsumowanie okresu inwestycyjnego, bo ze spółek, które gromadziłem przez wiele miesięcy zostały w portfelu tylko Galvo (spółka mi się podoba, jest zysk, ale liczę na więcej) i LUG (ta spółka to jakaś pomyłka, świetnie wygląda fundamentalnie, ale ciągle w trendzie spadkowym - niemniej minus tu symboliczny, a symptomów początku bessy jeszcze nie ma, więc czekam na cud).

Kiedy w czerwcu 2012 zaczynałem skupować akcje małych i średnich spółek, postanowiłem nie powtórzyć błędu z 2009 roku, kiedy to urywałem 10-20% zysku i uciekałem, zamiast trzymać akcje i brać 100-200%. Założyłem, że poczekam na sowite zyski, minimum 3-cyfrowe i olewałem mocne wystrzały, które dawały zysk 50-60%. Rynek jak zwykle spłatał mi figla - 3 spółki o największej wadze w portfelu dały niewiele zysku:
- Colian ostatecznie zarobił ok. 48%, przy czym kilka razy urósł np. z 2 na 2.50 i spadł na 2.04. Czekałem na 4zł, wszystko wokół rosło, rósł SWIG80, a Jutrzenka robiła inwestorów w balona, choć dzielnie kupowałem czekolady Goplany i wafle Grześki.
- Na Tesgasie mimo początkowego 50% zysku ostatecznie straciłem 25% i była to najgorsza inwestycja w tej hossie. "Miał" dobić do 6zł, dziś chodzi po 3.45.
- Agora początkowo dała dużo zarobić (zbierałem od 6.56 do 8.x, kurs doszedł do 10.99), potem spadła na ok. 6.16, ale byłem tak wkurzony, że uśredniłem i wywaliłem całość po 8.x, z zyskiem ok. 20%.

Na kilku innych spółkach było podobnie - ERG kupowałem po 0.3x, podbili do 0.49, a potem zwalili na 0.32, ostatecznie uciąłem małą stratę po 0.36. Jakiś czas później otworzył się luką w okolicach 0.5. Procad kupowałem po 0.9x, przetrwałem podbitkę do 1.38, a sprzedałem po 1.1x + 0.07 dywidendy, czyli zaledwie 20 kilka %, zamiast zakładanych 100. Nie wykorzystałem mocnego ruchu na ATG, zarobiłem "tylko" 50%, dziś byłoby to ok. 140%.

Mimo to portfel jest na maksimum, choć bez fajerwerków. Bo były też miłe niespodzianki, jak np. Monnari, które zbierałem od 0.96 i wywalałem do 2.28. Cóż - dziś jest ponad 6zł, ale i tak zysk mnie ucieszył. Ładnie technicznie poszedł Graal (zysk ok. 50%, tutaj na więcej nie liczyłem), 08Octava sprzedana na lokalnym szczycie (zysk 25%, choć fundamentalnie wygląda świetnie, spółka jest dla mnie zbyt spekulacyjnie i nadaje się tylko do technicznej gry), IVMX i pare innych spółek, które zrównoważyły cięcia strat na mniej udanych zagraniach.

Inwestycyjnie ta hossa jest już dla mnie spalona. Kursy najlepszych spółek bujają w chmurach, ale jest też sporo normalnie wycenionych spółek w trendach wzrostowych. Rynek rzadko przebywa w stanie równowagi - buja się od niedowartościowania, do przewartościowania, więc liczę, że póki bal trwa, należy tańczyć longi. Nabyłem dziś zgodnie ze sztuką AT (dodatkowo broniony fundamentami) pakiet Graala:


Liczę na kontynuację trendu wzrostowego i osiągnięcie okolic 19zł.

Cały czas obserwuję rynki zachodnie, które przejęły w 2010 roku pałeczkę od EM i ściągają do siebie kapitał. Dopóki w Niemczech czy USA rośnie, jesteśmy względnie bezpieczni:


S&P500 - poprzednie hossy trwały jeszcze kilka miesięcy. Jeszcze nie czas polowania na tłuste S-ki.

Niemiecki DAX kilka miesięcy pobujał się trzeci raz przy historycznym szczycie i zgodnie z założeniami wybija górą:


Przypomnę, że oczekuję na S&P500 i DAX jakiejś euforii przed bessą, u Helmuta problemy mogą się rozpocząć przy ok. 9300.

Również nasz WIG na razie wygląda byczo, a w mediach bardziej straszą OFE, niż naganiają na akcje:


Cóż - hossa trwa, jej końca nikt nie zgadnie, a ja już siedzę głównie na gotówce. Wyciągnąłem z akcji tyle, ile potrafiłem. Urośnie zmienność, to może dołożę coś na pochodnych. Ważne, żeby regularnie, co roku był zysk. Rynek urósł 40% w rok, a ty zarobiłeś 20%? To i tak świetny wynik! W kolejnych latach rynek może stracić 20%, a ty znowu zarobisz 20% i go wyprzedzisz. Kiedyś już publikowałem zestawienie stóp zwrotu z WIGu i średnio-roczny zysk:

wig100
200710.39110.39
2008-51.0754.01
200946.8579.32
201018.7794.21
2011-20.8374.58
201226.2494.15
avg5.06-5.85

W latach 2007-2012 stopa zwrotu z WIG wyniosła średnio 5.06%, ale kto zainwestował środki w 2007 roku, ten łącznie stracił 5.85%! Średni zysk się nie liczy, jak stracisz jednego roku 80%, a drugiego zarobisz 100%, to średnio zarobiłeś 10% rocznie, ale realnie straciłeś 60%.

W obecnej sytuacji, choć liczę się z euforycznymi wzrostami na GPW, wolę dowieźć zysk do końca roku i ewentualnie podłączać się mniejszymi kwotami pod techniczne ruchy. Może trafię w jakiś szczyt/dołek opcjami, kontraktami, a może po prostu zostanę z gotówką i będę czekał na okazje do shortów..

czwartek, 29 sierpnia 2013

Czynniki ryzyka

Uczestnicy gier rynkowych kierują się niezliczonymi strategiami, dostosowanymi do ich umiejętności, kapitału,  poglądów na rynek czy nawet celów życiowych. Ja traktuję giełdę nie tylko jako jedno ze źródeł dochodu (poprzez bezpośrednie operacje,  naukę inwestowania poza giełdą, dostrzegania okazji itp.); bycie na rynku to ogromny bodziec do rozwoju osobistego oraz całkiem wciągająca rozrywka.

Niektórzy liczą, że dzięki giełdzie zarobią szybko duże pieniądze. Zbudowanie majątku jest również jednym z moich celów, jednak nie chcę ryzykować jego utraty, dlatego postępuję wg zasady "lepiej stracić okazję, niż kapitał" i poszukuję "pewności". Statystyczny amerykański milioner (czytam właśnie "Sekrety amerykańskich milionerów) jest już zdrowo po 50-tce i swoje bogactwo budował latami w oparciu o własny biznes, oszczędzanie, inwestowanie, procent składany. Co ważniejsze nigdy nie poddał się konsumpcji, nie windował swoich potrzeb razem z zarobkami, tylko inwestował rosnące nadwyżki, gdyż bardziej od wystawnego życia interesowało go bezpieczeństwo finansowe.

Gracze giełdowi emocjonują się wielkimi traderami, którzy w kilka lat doszli do milionów, jednak szansa, że mamy podobny profil psychologiczny co oni jest znikoma. Ponadto ci, którzy kierowali się podobnymi regułami, ale zbankrutowali, nie piszą książek o tym jak zdobyli miliony, więc nie wiemy ile szczęścia dopisało zwycięzcom w początkach kariery, gdy z niczego musieli zrobić coś.

Załóżmy, że uzbierałeś 100 tys. (i to jest wszytko co masz, odbudowanie tego kapitału zajmie ci kilka lat) i chcesz od tej kwoty rozpocząć wędrówkę finansową. Która opcja cię bardziej interesuje:
1. lewarujesz się pod korek, bo zakładasz że będzie krach; jeśli będzie krach (szansa 33%) zarobisz milion, jeśli nie, stracisz wszystko.
2. masz 80% szansy, że zarobisz 20% i 20%, że stracisz 20%.
Nie chodzi mi teraz o racjonalność obu opcji czy jak powinno się zagospodarować taki kapitał - załóżmy, że możesz wybrać tylko jedną z tych 2 opcji. Patrząc czysto technicznie, to jeśli czegoś nie pomyliłem, oczekiwana stopa zwrotu z pierwszej inwestycji to 263 tys. (33% * milion - 67% * 100 tys.), a drugiej tylko 12 tys. ( 80% * 20 tys. - 20% * 20 tys.) . Myślę, że traderzy ze świecznika obstawiali głównie opcję pierwszą; wielu z nich pisze, że kilka razy bankrutowali, nim nauczyli się zasad, myślę jednak, że ich podejście było bardziej w stylu - jeśli 3 razy w ciągu X lat zagram va-banque, to w końcu trafię, a wtedy przejdę na opcję 2, żeby bezpiecznie pomnażać to, co zdobyłem.

Ja nie mam takiej żyłki ryzykanta i szybkie zdobycie dużych pieniędzy z małych mi nie grozi. Psychicznie odpowiada mi podejście mrówki, która znosi ziarenka do kopca, żeby przetrwać zimę. Owszem, będę polował na szczyty hossy czy dołki bessy, żeby w przypadku nagłego ruchu zarobić więcej, ale pozycja będzie zawsze bezpieczna dla portfela, ze z góry założoną stratą (np. kupno opcji zamiast kontraktów). 

No dobra, ale po co ten przydługi wstęp? Otóż kończy się wg moich wykresów okres bezpiecznego inwestowania w akcje. Nie oznacza to, że nie wierzę w kontynuację hossy - wręcz przeciwnie, oczekuję że po korekcie pod 50 tys., WIG przyspieszy wzrosty i rozpocznie się tradycyjna medialna nagonka na akcje. Jednak pojawiają się sygnały przesilenia, które dają mi silne przekonanie, że za jakiś czas (rok, dwa) akcje będą tańsze i lepiej zabezpieczać zyski z dotychczasowych pozycji.

Pierwszym z takich czynników ryzyka jest zaangażowanie OFE w akcje i obligacje korporacyjne (w czasie paniki rynkowej to ta sama klasa ryzyka) (wykres z bloga Rafała Hirscha) :


Dopóki OFE nie wypłacają emerytur (wkrótce może się okazać, że ten przykry obowiązek ich nie będzie dotyczyć) przyrost środków szybszy niż inflacja jest normalny, jednak "na oko" 120 mld powinno być granicą nie do przejścia z marszu.

Niemiecki DAX trzeci raz zmaga się ze szczytem z 2000 roku i konsolidacja wygląda całkiem byczo (z moich badań wynika, że trzecie testowanie linii bessy zazwyczaj kończy się przełamaniem po korekcie), jednakże w latach 60-tych i 70-tych okres konsolidacji trwał znacznie dłużej:

Minęło jeszcze 10 lat nim niemieckie spółki dynamicznie ruszyły na północ. Wziąwszy pod uwagę demografię Niemiec i Europy Zachodniej coraz bardziej straszy analogia do japońskiego NIKKEI, który po 23 latach od szczytu (związanego w dużej mierze z demografią) wciąż jest znacznie niżej:


O ile nasz zachodni sąsiad wygląda wciąż świetnie, to nie można tego powiedzieć o rosyjskim niedźwiedziu. Rewolucja łupkowa na świecie, wszechobecna korupcja w Rosji, zacofanie i brak przestrzegania prawa zaczynają mieć odzwierciedlenie na wykresach rubla i rosyjskiej giełdy:


(potencjalny zasięg spadku na RTS nie zakłada wybicia w dół już teraz, równie dobrze może nastąpić odbicie do górnej bandy trójkąta na 1500, a mimo to scenariusz spadkowy będzie preferowany)

Dziwne to zważywszy na rekordowe ceny ropy naftowej, która dotychczas sprzyjała Rosji.

Z tych względów mam coraz mniej środków zainwestowanych w spółki z GPW, a studia nad wskaźnikami fundamentalnymi i raportami ze spółek zamieniam na kreślenie wykresów technicznych. Prześladuje mnie też pewna wizja, że hossa skończy się, gdy prof. Rybiński zamknie fundusz Eurogeddon (wynik z wczoraj to -44%) . Nie sprawia mi to satysfakcji, bo krytyczne wpisy tego pana względem rządzącego w Polsce establishmentu zawierają wiele racji, widać że zależy mu na modernizacji państwa, jednak zostając spekulantem za bardzo dał się ponieść swoim przekonaniom.



wtorek, 20 sierpnia 2013

Na fali

Kilka razy przedstawiałem wykres SWIG80, na podstawie którego oczekiwałem silnej fali wznoszącej małe i średnie spółki. Choć hossa może trwać 2 lata, to prawie cały wzrost spółki robią np. w ciągu 7 miesięcy, a przez pozostały okres się konsolidują lub podlegają korektom. Polecam zainteresowanym zapoznać się z filmami Pawła Biedrzyckiego ze Strefy Inwestorów - w jednym z nich dowodzi, że 5% sesji odpowiada za 95% wzrostów, dlatego gdy okoliczności zewnętrzne sprzyjają, trzeba być na rynku, żeby nie przegapić wzrostów.

Inna statystyka przytoczona kiedyś przez Dariusza Bartłomiejczaka (przydałoby się potwierdzenie), mówi że w bessie 90% spółek spada, a w hossie 70% spółek rośnie. To tłumaczy, dlaczego tak łatwo stracić gdy rynek wpada w panikę, a trudniej zarobić gdy wszystko wokół rośnie, a nasze spółki jak na złość stoją w miejscu (poza tymi, na których zrealizowaliśmy zysk ;) .

Oto jak dziś prezentuje się SWIG80 "cykliczny" :


Od 4 miesięcy jesteśmy na fali wznoszącej i zgodnie z analogiami bliżej już do konsolidacji przyszczytowej, niż do dalszych mocnych wzrostów. Średnio taka fala wzrostowa trwa 9 miesięcy, najkrócej 4, najdłużej 18.   Jak widać powodów do niepokoju jeszcze nie ma, bo nawet po 4-miesięcznej fali wzrostowej z przełomu wieków, nastąpił okres 10 miesięcy konsolidacji, podczas której było wiele okazji, żeby zarobić na wzrostach wybranych akcji. Zatem wciąż w grze 15000.

Jeszcze silniejszy indeks MWIG40 również dociera do strefy "bezpiecznego wzrostu", za którą nie spodziewam się już łatwych pieniędzy:


Tutaj początek budowania szczytu z medialną hossą i realną dystrybucją widzę przy ok. 3500.

Jest to bardzo trudna hossa, na której zarabia się na wybranych spółkach. Szeroki rynek wciąż szoruje po dnie, jednak indeks "C_" jest już tak silnie "zepsuty" przez spółki z newconnect, że zamiast niego analizuję C_MV (kapitalizacja całego rynku), a ten już się zbliża do maksimów z czasów hossy  2011 :


Różowy wykres to wartość księgowa całego rynku, która wciąż biegnie powyżej kapitalizacji.

Reasumując: rok temu zostałem "inwestorem" i kupowałem akcje fundamentalnie na długi termin. Powoli zamykam tamte pozycje (na szczęście głównie na TP, choć zdarzyły się cięcia strat) i zostały prawie same muły, które nie urosły lub zarobiły grosze (Colian, Agora, Tesgas, LUG - trzymajcie się od nich z daleka, bo tu się nie da zarobić :) oraz Galvo, który dość ładnie odpalił, ale apetyt mam na więcej. Mam je w portfelu, bo nie widzę dużego ryzyka, a sytuacja makro sprzyja, więc może jeszcze urosną.

Powoli przestawiam się jednak na spekulację - będę wyszukiwał różne spółki, które mają szansę odpalić i zarobić kilkadziesiąt procent, ale nie będę ich trzymał długo, bo spodziewam się że będzie to głównie dystrybucja i ubieranie pod dobre dane.

PS Przebiegłem maraton. Start stał pod znakiem zapytania, bo gdy wydawało już się, że jestem dobrze przygotowany, zaatakował nas wyjątkowo zjadliwy wirus grypy żołądkowej. Nie doleczyłem się do dnia startu, ale zainspirowany Chrissie Wellington, która mimo biegunki wygrywała Ironmana (płynąc osłabiała morale zawodniczek za nią, a na rowerze robiła przystanki w krzaczkach), postanowiłem, że będę improwizował - w Gdańsku jest tyle restauracji, że pewnie pozwolą zabłąkanemu maratończykowi skorzystać z toalety :) Na trasie bardziej przydatne okazały się stacje benzynowe..

Po przekroczeniu linii mety nie czułem się dobrze, dokuczały sensacje żołądkowe i lekki zawód, bo stać mnie na więcej niż czas 4:14. Jednak po wyjściu z toi-toia zaczęło do mnie docierać co osiągnąłem. Jeszcze na początku tego roku nie wyobrażałem sobie startu w maratonie, gdzieś wiosną zacząłem nieśmiało rozglądać się za półmaratonami, 4 dni przed maratonem nie miałem sił podnieść się z łóżka, a jednak właśnie stałem na obolałych nogach z medalem i przybijałem piątkę innym szczęśliwym połamańcom. Chrissie czuła wielką euforię na mecie, ale potem przez kolejne dni miała doła. U mnie było odwrotnie - radość przyszła następnego dnia i zatarła niedogodności, z którymi zmagałem się od 25-tego kilometra. Teraz wydaje mi się, że ten maraton był wspaniałą przygodą i nie skończy się na nim. Chcę przeżyć to jeszcze raz, ale tym razem bez sensacji w trzewiach ;)

wtorek, 6 sierpnia 2013

Dzieci, trampki i książki

Od 10 dni jestem na zasłużonym urlopie po 2 pracowitych latach. W międzyczasie wyjeżdżałem na różne przerwy świąteczne czy długie weekendy, ale nie zdążyłem się wtedy dostatecznie wyleżeć z książkami, wybiegać i wybawić z dzieciakami. Za każdym razem czekał mnie też powrót do zleceń, które choć lepiej płatne, szepczą stale gdzieś z tyłu głowy "musisz to skończyć, musisz się wywiązać z umowy". Tym razem odpoczywam ze świadomością, że nikt mi za ten czas nie płaci i nie muszę czuć się zobowiązany. Każdy ma jakieś uwarunkowane lęki; moje wiążą się głównie z zawaleniem zleconej pracy, dlatego o ile możliwości pozwalają, próbuję sprzedawać samemu wytwory własne i naszego zespołu. Nie czuję wtedy presji na realizację cudzych oczekiwań. Ostatnie 2 lata zbierałem zasoby i kontakty niezbędne do otworzenia wydawnictwa cyfrowego. Kiedy wrócę z urlopu, zaczniemy realizować plan bogatsi o doświadczenia i oszczędności. Czuję w kościach, że coś fajnego się z tego urodzi :)

Przeczytałem już wszystkie komiksy, tanie kryminały H. Cobena i S. Kinga, przeczytałem "Bez ograniczeń, Najtwardsza kobieta świata" Chrissie Wellington (Dżizas co za babka!), wyskoczyłem też do Sejn, gdzie w Domu Książki trafiłem na wyprzedaż książek i dobrałem parę powieści. "Kody poświadomości" Pawlikowskiej na razie mnie zanudziły, za to bardzo się cieszę, że coś mnie tknęło, żeby zabrać ze sobą "Księgę est" - odświeżenie tej lektury jest jak oznaczenie ważnego szlaku, którym podążam. Recenzję książki zamieściłem 2 lata temu.

Przygotowuję się do pierwszego maratonu (15 sierpnia w Trójmieście), choć po lekturze 'Bez ograniczeń' nabrałem też ochoty na triathlon. Nie mam niestety roweru, ani specjalnie nie przepadam za jeżdżeniem bez celu (a inaczej jest ciężko w Polsce, bo brakuje ścieżek rowerowych, jazda po ulicy grozi kalectwem, a po chodniku mandatem), za to lubię pływać. Dzięki pływaniu odkryłem, że zmęczenie w biegu bierze się z przegrzania organizmu, dlatego teraz biegam do różnych jezior, kąpię się i wracam. Szkoda, że Maraton Solidarności startuje o godz. 10, jeśli będzie upał, to wodę na punktach odżywczych zużyję do polewania głowy. Najbardziej lubię biec przy zachodzącym słońcu, które maluje niebo na pastelowo. Wypoczęty i wykarmiony organizm ma niespożytą energię i można tak płynąć przez świat, dopóki nie trafi się na jakiegoś rozszczekanego kundla, spuszczonego przez gospodarza, żeby się wybiegał i przy okazji postraszył ludzi.

Pozdrawiam Czytelników i życzę przeżywania każdej chwili ;) Ach, byłbym zapomniał - gdy czasem zależy mi na jakiejś książce i zamawiam ją z sieci, dobieram tzw. zapychacze, które rozwadniają koszt przesyłki, żeby zakup był 'okazyjny'. Jednym z takich zapychaczy, którego sączę w trakcie urlopu jest "Czas - przewodnik użytkownika" Stefana Kleina. Książki popularno-naukowe zazwyczaj czytam równolegle z innymi, zatem zazwyczaj jestem gdzieś na początku (ciężko tu się zatopić w fabule), ale staram się zapisywać informacje, które mogą mieć praktyczne znaczenie w życiu. Takim 'hintem', który uwzględnię przy organizacji swojej pracy, jest wpływ światła słonecznego na nasz zegar biologiczny i w konsekwencji samopoczucie, wydajność, poczucie sensu itd. Sztuczne światło, szczególnie z niskoenergetycznych świetlówek, nie jest w stanie uaktywnić organizmu. Jako nastolatkowie jesteśmy nocnymi markami, ale z czasem stajemy się szybciej senni i wcześniej wstajemy. Zauważyłem to też u siebie, że jeszcze w czasie studiów najlepiej uczyło się w nocy, a spało rano, ale teraz w nocy nie potrafię się skupić tak dobrze jak w różnych porach dziennych. Jak się okazuje, to proces dotykający większość populacji, dlatego naświetlajmy się jak najczęściej.

Rozwój osobisty i wykorzystanie naukowych badań do poprawy samopoczucia, produktywności, innowacyjności itd. to temat rzeka, którym interesuję się od prawie roku. Poświęcę temu tematowi kilka wpisów i opiszę m.in. jakie nawyki udało mi się wdrożyć. Będzie to rozbudowana odpowiedź na zadane kiedyś pytanie, skąd znajduję czas na wszystkie zagadnienia, które poruszam na blogu i ćwiczę na sobie.

czwartek, 25 lipca 2013

Techniczne oznaki słabości i.. mocy


FW20 w kresce miesięcznej (wykres z wczoraj, ale nadal aktualny) zszedł w czerwcu poniżej średniej 15-miesięcznej. W lipcu byki zaatakowały połowę długiej czarnej świecy, póki co bez powodzenia. Straszy również wybita dołem linia trendu wzrostowego. Pod względem długości trwania bessy jesteśmy gdzieś w lipcu 2002, choć technicznie wygląda to jeszcze słabiej (znacznie dalej do dołka poprzedniej bessy, niż wtedy).

Zupełnie inaczej prezentują się wykresy MWIG40, SWIG80 czy WIG, jednak w tym wpisie chcę się skupić na sygnałach słabości rynku. Kolejny przykład to FPKN. W sierpniu średnie kroczące wygenerowały klarowny sygnał, który opublikowałem we wpisie Jaskółka trendu. Ostatnio te same średnie wskazują  ryzyko końca wzrostów na polskim gigancie paliwowym:


Na koniec wykres ichimoku WIG20 weekly. Nie jestem ekspertem w tej technice, zainteresowałem się nią pod wpływem rewelacyjnych wyników Marka z bloga technikaichimoku.pl . Dlatego będę wdzięczny, jeśli ktoś znający meandry ichimoku podzieli się swoimi uwagami na temat tego wykres, bo dla mnie testowanie chmury od dołu wraz z poziomem 50% zniesienia fali spadkowej z czerwca ma technicznie wymowę negatywną.



Z drugiej strony WIG tygodniowy wygląda byczo (wsparcie na chmurze, przecięcie kijun/tenkan, bliskość szczytu hossy 2011, którego pierwszy test się nie powiódł) :


Różnica siły obu indeksów wynika z ich różnej konstrukcji (FW20 jest pochodną WIG20, do którego dywidendy nie są dodawane, a indeks WIG je uwzględnia), faworyzowania przez polskie fundusze akcji małych i średnich spółek, ciężaru spółek energetycznych i surowcowych w WIG20, które na świecie słabo sobie radzą oraz odpływu globalnego kapitału z rynków rozwijających się.

Niezaprzeczalnie jesteśmy w impasie. Wydaje się, że najważniejsza fala hossy jeszcze przed nami, z drugiej strony - popatrzmy na 5 liderów MWIG40 pod względem kapitalizacji:


Poza Millenium wszystkie spółki na rekordach. C/WK dla MWIG40 wynosi 1.37, to nie jest dużo, w czasie ostatniej hossy było to średnio 1.7.

Osobiście uważam, że ta hossa pokaże jeszcze siłę, gdy do gry wejdzie drugi garnitur spółek, jednak oznaki słabości blue chipów mogą przełożyć się na dłuższe oczekiwanie na wzrosty. Sentyment na GPW od początku roku jest wysoki, praktycznie ani razu nie doszło do paniki.

poniedziałek, 22 lipca 2013

Pierwszy cross maraton człowieka, który się wkręcił

Pod tą dziwną nazwą kryje się spontaniczny bieg zorganizowany przez członków gdańskiej akademii biegania. Ponieważ kilka osób jest zainteresowanych moją relacją (startowałem w półmaratonie,  21km), postanowiłem umieścić ją na blogu.

Ostatnio zdarza mi się dość często biegać zbliżony dystans, zatem dzisiejszy bieg potraktowałem jak zwykły trening. Długo się wahałem czy zabrać kupiony, ale nie wypróbowany plecak do biegania (dla zainteresowanych sprzętem - quechua 0-12l) i ostatecznie podjąłem decyzję, że na tym biegu go wypróbuję, choć dystans wydawał mi się za mały. Miałem jednak w pamięci jeden z ostatnich biegów w upale na 25km, na który zabrałem tylko buteleczkę 0.7l z izotonikiem własnej roboty i wypiłem go ok. 6 km przed końcem, co skończyło się silnym zmęczeniem i odwodnieniem (jak dotarłem do domu ważyłem tylko 68kg, podczas gdy moja normalna waga to 73kg). Decyzja o zabraniu plecaka z 2-litrowym bukłakiem wypełnionym napojem (kompot+woda+cukier+sól) okazała się bardzo dobra, choć do połowy biegu byłem przekonany, że zrobiłem źle, ale po kolei :)

Od godz. 12 na starcie pod zajazdem Olivka koło gdańskiego ZOO zebrała się grupka trójmiejskich biegaczy. Zdecydowana większość wybrała dystans półmaratonu, tylko kilku twardzieli chciało biec dystans maratoński. Na niebie żadnej chmurki, 30 stopni w cieniu. Na szczęście prawie cały bieg miał się odbyć w lasach trójmiejskiego parku. Spodziewałem się podobnej przygody jak niedawny bieg 4 jezior w Skórczu, który wspominam bardzo miło. Tyle, że wtedy było dość chłodno, a promienie słoneczne zaczęły się przedzierać przez chmury dopiero po biegu. No i bieg odbywał się w praktycznie płaskim terenie. Wystarczyło napić się przed biegiem i 2 razy na punktach z wodą, by bez problemu pokonać dystans w zadowalającym tempie (1:06:09 na 15km).

To co wydarzyło się po starcie było inne, niż wszystkie dotychczasowe biegi. Nie wiedziałem, że w Gdańsku mamy pieprzone góry! Początek ulicą spokojny, po chwili wbiegamy do lasu i zonk - przestajemy biec i zaczynamy wchodzić na wzniesienie. Za chwilę szaleńczy zbieg (tamto wzniesienie jeszcze pozwalało na zbieganie). Trasa piękna, przez kilka km biegniemy wzdłuż strumienia, przeskakujemy przewrócone drzewa, gałęzie, odnogi strumienia. Oznaczenie trasy.. biegniemy niebieskim szlakiem, a potem wracamy zielonym. Były też strzałki pomocnicze przymocowane do drzew, ale kilka razy zdarzyło mi się źle skręcić, raz zrobiłem kółko do punktu wyjścia, wracałem więc na rozdroże i czekałem na jakiegoś biegacza, który miał lepszą orientację w terenie.

Jeszcze przed startem tłumaczyłem się kilku biegaczom, że plecak biorę do testów przed większymi dystansami, bo trochę dziwnie się czułem z takim ładunkiem. Ludzie wokół brali buteleczkę w garść, sporo miało pasy z małymi bidonami (np. 2 x 220 ml), bo trasa nie najdłuższa no i miał być punkt z wodą. Przez pierwszą dziesiątkę klnę na plecak, który podskakuje i spowalnia. Żeby go ustabilizować muszę ścisnąć rzepy w pasie, ale wtedy nie mogę oddychać przeponą i ostatecznie muszę go poluźnić. Dotarcie do punktu z napojami dość lekkie, kilka wzniesień, kilka razy przechodzimy w chód. No to skoro się tyle wspinaliśmy, to na pewno teraz z górki i po treningu - zatem hop w zielony szlak i do domu :)

Odbijam od strumienia, ale coś nie gra - teren coraz bardziej faluje. W pewnym momencie bieg się kończy i zaczyna się chodzenie po "górach". Ostatnie jakieś 7km udaje się biec tylko krótkie przejścia w parowach między kolejnymi stromymi wzniesieniami. No i czasem zbiegam jak torpeda, ponieważ moje uda nie są w stanie już hamować. Kiedyś rozpadłyby mi się przy takim zbiegu kolana, ale sporo czasu poświęciłem na naukę spadania na śródstopie i dostaje się głównie mięśniom i ścięgnom. Szybkimi zbiegami doganiam kolejne grupki zombies, z którymi jęczę przed każdym nowym wzniesieniem urastającym do rangi góry. Pod koniec niektórzy robią nawet postoje podczas chodzenia, jednak powodem jest raczej upał i odwodnienie. Teraz już się cieszę z zabrania plecaka, bo co chwila pociągam z rurki ożywczy napój, bez którego nie dałbym chyba rady ukończyć biegu (jeden z biegaczy na mecie opowiada, że jak wdrapał się na górkę, usiadł i żebrał o wodę, żeby móc wrócić).

Pierwsi biegacze docierają do mety po 2 godzinach (jacyś na pewno dobiegli szybciej, ale powtarzam z relacji kibiców, którym zaczynało coś nie grać, bo nastawiliśmy ich, że będziemy za jakieś półtora godziny + 10 minut :) . Swojego czasu jeszcze nie znam, ale chyba standardowo dobiegłem w pierwszej kwarcie uczestników (są już wyniki: pozycja 19/92 z czasem.. 2:18:45 :D ). Był to najcięższy bieg w jakim brałem udział - upał, ukształtowanie terenu, tylko jeden wodopój, niedostateczne oznakowanie trasy. Organizatorom należą się jednak słowa uznania - zrobili go z pasji i całkowicie za darmo. Przygotowali nawet medale z pociętych pieńków drzew, które będą mi przypominać tę imprezę oraz piękno Matemblewa i oliwskch lasów.

Kiedy w 2011 roku zaczynałem biegać, robiłem to głównie z powodu kopa energetycznego i radości, jaką to we mnie wyzwalało. Dopiero ponad rok później wystartowałem w pierwszym biegu ulicznym na 10km w Gdyni i osiągnąłem wynik, którego kompletnie się nie spodziewałem (44 minuty). Wcześniej bałem się "zawodostwa", bo wiedziałem, że jak za mocno się wkręcę, to zacznę liczyć kilometry, czas, wybiegi zamienią się w treningi, żeby urwać więcej sekund, żeby przebyć dłuższą trasę itd. Do teraz biegam bez zegarka i telefonu z endomondo. Od wiosny do jesieni wybieram trasy przełajowe, na które często wkładam sandały trekingowe, żeby symulować bieganie boso. Półmaraton w Oliwie przekonał mnie, że tak raczej zostanie - myśleliśmy z kolegą o biegach górskich czy ultramaratonach, ale to zbyt duże wyrzeczenie. Jest rodzina, biznes, giełda, pasje. Biegać najbardziej lubię wieczorem, kiedy jest chłodniej, organizm odżywiony i wysiedziany przed komputerem, umysł zmęczony, wtedy czuję się jakbym płynął.