Od 10 dni jestem na zasłużonym urlopie po 2 pracowitych latach. W międzyczasie wyjeżdżałem na różne przerwy świąteczne czy długie weekendy, ale nie zdążyłem się wtedy dostatecznie wyleżeć z książkami, wybiegać i wybawić z dzieciakami. Za każdym razem czekał mnie też powrót do zleceń, które choć lepiej płatne, szepczą stale gdzieś z tyłu głowy "musisz to skończyć, musisz się wywiązać z umowy". Tym razem odpoczywam ze świadomością, że nikt mi za ten czas nie płaci i nie muszę czuć się zobowiązany. Każdy ma jakieś uwarunkowane lęki; moje wiążą się głównie z zawaleniem zleconej pracy, dlatego o ile możliwości pozwalają, próbuję sprzedawać samemu wytwory własne i naszego zespołu. Nie czuję wtedy presji na realizację cudzych oczekiwań. Ostatnie 2 lata zbierałem zasoby i kontakty niezbędne do otworzenia wydawnictwa cyfrowego. Kiedy wrócę z urlopu, zaczniemy realizować plan bogatsi o doświadczenia i oszczędności. Czuję w kościach, że coś fajnego się z tego urodzi :)
Przeczytałem już wszystkie komiksy, tanie kryminały H. Cobena i S. Kinga, przeczytałem "Bez ograniczeń, Najtwardsza kobieta świata" Chrissie Wellington (Dżizas co za babka!), wyskoczyłem też do Sejn, gdzie w Domu Książki trafiłem na wyprzedaż książek i dobrałem parę powieści. "Kody poświadomości" Pawlikowskiej na razie mnie zanudziły, za to bardzo się cieszę, że coś mnie tknęło, żeby zabrać ze sobą "Księgę est" - odświeżenie tej lektury jest jak oznaczenie ważnego szlaku, którym podążam. Recenzję książki zamieściłem 2 lata temu.
Przygotowuję się do pierwszego maratonu (15 sierpnia w Trójmieście), choć po lekturze 'Bez ograniczeń' nabrałem też ochoty na triathlon. Nie mam niestety roweru, ani specjalnie nie przepadam za jeżdżeniem bez celu (a inaczej jest ciężko w Polsce, bo brakuje ścieżek rowerowych, jazda po ulicy grozi kalectwem, a po chodniku mandatem), za to lubię pływać. Dzięki pływaniu odkryłem, że zmęczenie w biegu bierze się z przegrzania organizmu, dlatego teraz biegam do różnych jezior, kąpię się i wracam. Szkoda, że Maraton Solidarności startuje o godz. 10, jeśli będzie upał, to wodę na punktach odżywczych zużyję do polewania głowy. Najbardziej lubię biec przy zachodzącym słońcu, które maluje niebo na pastelowo. Wypoczęty i wykarmiony organizm ma niespożytą energię i można tak płynąć przez świat, dopóki nie trafi się na jakiegoś rozszczekanego kundla, spuszczonego przez gospodarza, żeby się wybiegał i przy okazji postraszył ludzi.
Pozdrawiam Czytelników i życzę przeżywania każdej chwili ;) Ach, byłbym zapomniał - gdy czasem zależy mi na jakiejś książce i zamawiam ją z sieci, dobieram tzw. zapychacze, które rozwadniają koszt przesyłki, żeby zakup był 'okazyjny'. Jednym z takich zapychaczy, którego sączę w trakcie urlopu jest "Czas - przewodnik użytkownika" Stefana Kleina. Książki popularno-naukowe zazwyczaj czytam równolegle z innymi, zatem zazwyczaj jestem gdzieś na początku (ciężko tu się zatopić w fabule), ale staram się zapisywać informacje, które mogą mieć praktyczne znaczenie w życiu. Takim 'hintem', który uwzględnię przy organizacji swojej pracy, jest wpływ światła słonecznego na nasz zegar biologiczny i w konsekwencji samopoczucie, wydajność, poczucie sensu itd. Sztuczne światło, szczególnie z niskoenergetycznych świetlówek, nie jest w stanie uaktywnić organizmu. Jako nastolatkowie jesteśmy nocnymi markami, ale z czasem stajemy się szybciej senni i wcześniej wstajemy. Zauważyłem to też u siebie, że jeszcze w czasie studiów najlepiej uczyło się w nocy, a spało rano, ale teraz w nocy nie potrafię się skupić tak dobrze jak w różnych porach dziennych. Jak się okazuje, to proces dotykający większość populacji, dlatego naświetlajmy się jak najczęściej.
Rozwój osobisty i wykorzystanie naukowych badań do poprawy samopoczucia, produktywności, innowacyjności itd. to temat rzeka, którym interesuję się od prawie roku. Poświęcę temu tematowi kilka wpisów i opiszę m.in. jakie nawyki udało mi się wdrożyć. Będzie to rozbudowana odpowiedź na zadane kiedyś pytanie, skąd znajduję czas na wszystkie zagadnienia, które poruszam na blogu i ćwiczę na sobie.
Blog o inwestowaniu, grze na giełdzie, rozwoju osobistym, przemyślenia na temat egzystencji, poszerzanie świadomości. Czasem trochę o żarciu i bieganiu - życie :) Napisz do mnie: deedees małpa o2 kropcia pl
wtorek, 6 sierpnia 2013
czwartek, 25 lipca 2013
Techniczne oznaki słabości i.. mocy
FW20 w kresce miesięcznej (wykres z wczoraj, ale nadal aktualny) zszedł w czerwcu poniżej średniej 15-miesięcznej. W lipcu byki zaatakowały połowę długiej czarnej świecy, póki co bez powodzenia. Straszy również wybita dołem linia trendu wzrostowego. Pod względem długości trwania bessy jesteśmy gdzieś w lipcu 2002, choć technicznie wygląda to jeszcze słabiej (znacznie dalej do dołka poprzedniej bessy, niż wtedy).
Zupełnie inaczej prezentują się wykresy MWIG40, SWIG80 czy WIG, jednak w tym wpisie chcę się skupić na sygnałach słabości rynku. Kolejny przykład to FPKN. W sierpniu średnie kroczące wygenerowały klarowny sygnał, który opublikowałem we wpisie Jaskółka trendu. Ostatnio te same średnie wskazują ryzyko końca wzrostów na polskim gigancie paliwowym:
Na koniec wykres ichimoku WIG20 weekly. Nie jestem ekspertem w tej technice, zainteresowałem się nią pod wpływem rewelacyjnych wyników Marka z bloga technikaichimoku.pl . Dlatego będę wdzięczny, jeśli ktoś znający meandry ichimoku podzieli się swoimi uwagami na temat tego wykres, bo dla mnie testowanie chmury od dołu wraz z poziomem 50% zniesienia fali spadkowej z czerwca ma technicznie wymowę negatywną.
Z drugiej strony WIG tygodniowy wygląda byczo (wsparcie na chmurze, przecięcie kijun/tenkan, bliskość szczytu hossy 2011, którego pierwszy test się nie powiódł) :
Różnica siły obu indeksów wynika z ich różnej konstrukcji (FW20 jest pochodną WIG20, do którego dywidendy nie są dodawane, a indeks WIG je uwzględnia), faworyzowania przez polskie fundusze akcji małych i średnich spółek, ciężaru spółek energetycznych i surowcowych w WIG20, które na świecie słabo sobie radzą oraz odpływu globalnego kapitału z rynków rozwijających się.
Niezaprzeczalnie jesteśmy w impasie. Wydaje się, że najważniejsza fala hossy jeszcze przed nami, z drugiej strony - popatrzmy na 5 liderów MWIG40 pod względem kapitalizacji:
Poza Millenium wszystkie spółki na rekordach. C/WK dla MWIG40 wynosi 1.37, to nie jest dużo, w czasie ostatniej hossy było to średnio 1.7.
Osobiście uważam, że ta hossa pokaże jeszcze siłę, gdy do gry wejdzie drugi garnitur spółek, jednak oznaki słabości blue chipów mogą przełożyć się na dłuższe oczekiwanie na wzrosty. Sentyment na GPW od początku roku jest wysoki, praktycznie ani razu nie doszło do paniki.
poniedziałek, 22 lipca 2013
Pierwszy cross maraton człowieka, który się wkręcił
Pod tą dziwną nazwą kryje się spontaniczny bieg zorganizowany przez członków gdańskiej akademii biegania. Ponieważ kilka osób jest zainteresowanych moją relacją (startowałem w półmaratonie, 21km), postanowiłem umieścić ją na blogu.
Ostatnio zdarza mi się dość często biegać zbliżony dystans, zatem dzisiejszy bieg potraktowałem jak zwykły trening. Długo się wahałem czy zabrać kupiony, ale nie wypróbowany plecak do biegania (dla zainteresowanych sprzętem - quechua 0-12l) i ostatecznie podjąłem decyzję, że na tym biegu go wypróbuję, choć dystans wydawał mi się za mały. Miałem jednak w pamięci jeden z ostatnich biegów w upale na 25km, na który zabrałem tylko buteleczkę 0.7l z izotonikiem własnej roboty i wypiłem go ok. 6 km przed końcem, co skończyło się silnym zmęczeniem i odwodnieniem (jak dotarłem do domu ważyłem tylko 68kg, podczas gdy moja normalna waga to 73kg). Decyzja o zabraniu plecaka z 2-litrowym bukłakiem wypełnionym napojem (kompot+woda+cukier+sól) okazała się bardzo dobra, choć do połowy biegu byłem przekonany, że zrobiłem źle, ale po kolei :)
Od godz. 12 na starcie pod zajazdem Olivka koło gdańskiego ZOO zebrała się grupka trójmiejskich biegaczy. Zdecydowana większość wybrała dystans półmaratonu, tylko kilku twardzieli chciało biec dystans maratoński. Na niebie żadnej chmurki, 30 stopni w cieniu. Na szczęście prawie cały bieg miał się odbyć w lasach trójmiejskiego parku. Spodziewałem się podobnej przygody jak niedawny bieg 4 jezior w Skórczu, który wspominam bardzo miło. Tyle, że wtedy było dość chłodno, a promienie słoneczne zaczęły się przedzierać przez chmury dopiero po biegu. No i bieg odbywał się w praktycznie płaskim terenie. Wystarczyło napić się przed biegiem i 2 razy na punktach z wodą, by bez problemu pokonać dystans w zadowalającym tempie (1:06:09 na 15km).
To co wydarzyło się po starcie było inne, niż wszystkie dotychczasowe biegi. Nie wiedziałem, że w Gdańsku mamy pieprzone góry! Początek ulicą spokojny, po chwili wbiegamy do lasu i zonk - przestajemy biec i zaczynamy wchodzić na wzniesienie. Za chwilę szaleńczy zbieg (tamto wzniesienie jeszcze pozwalało na zbieganie). Trasa piękna, przez kilka km biegniemy wzdłuż strumienia, przeskakujemy przewrócone drzewa, gałęzie, odnogi strumienia. Oznaczenie trasy.. biegniemy niebieskim szlakiem, a potem wracamy zielonym. Były też strzałki pomocnicze przymocowane do drzew, ale kilka razy zdarzyło mi się źle skręcić, raz zrobiłem kółko do punktu wyjścia, wracałem więc na rozdroże i czekałem na jakiegoś biegacza, który miał lepszą orientację w terenie.
Jeszcze przed startem tłumaczyłem się kilku biegaczom, że plecak biorę do testów przed większymi dystansami, bo trochę dziwnie się czułem z takim ładunkiem. Ludzie wokół brali buteleczkę w garść, sporo miało pasy z małymi bidonami (np. 2 x 220 ml), bo trasa nie najdłuższa no i miał być punkt z wodą. Przez pierwszą dziesiątkę klnę na plecak, który podskakuje i spowalnia. Żeby go ustabilizować muszę ścisnąć rzepy w pasie, ale wtedy nie mogę oddychać przeponą i ostatecznie muszę go poluźnić. Dotarcie do punktu z napojami dość lekkie, kilka wzniesień, kilka razy przechodzimy w chód. No to skoro się tyle wspinaliśmy, to na pewno teraz z górki i po treningu - zatem hop w zielony szlak i do domu :)
Odbijam od strumienia, ale coś nie gra - teren coraz bardziej faluje. W pewnym momencie bieg się kończy i zaczyna się chodzenie po "górach". Ostatnie jakieś 7km udaje się biec tylko krótkie przejścia w parowach między kolejnymi stromymi wzniesieniami. No i czasem zbiegam jak torpeda, ponieważ moje uda nie są w stanie już hamować. Kiedyś rozpadłyby mi się przy takim zbiegu kolana, ale sporo czasu poświęciłem na naukę spadania na śródstopie i dostaje się głównie mięśniom i ścięgnom. Szybkimi zbiegami doganiam kolejne grupki zombies, z którymi jęczę przed każdym nowym wzniesieniem urastającym do rangi góry. Pod koniec niektórzy robią nawet postoje podczas chodzenia, jednak powodem jest raczej upał i odwodnienie. Teraz już się cieszę z zabrania plecaka, bo co chwila pociągam z rurki ożywczy napój, bez którego nie dałbym chyba rady ukończyć biegu (jeden z biegaczy na mecie opowiada, że jak wdrapał się na górkę, usiadł i żebrał o wodę, żeby móc wrócić).
Pierwsi biegacze docierają do mety po 2 godzinach (jacyś na pewno dobiegli szybciej, ale powtarzam z relacji kibiców, którym zaczynało coś nie grać, bo nastawiliśmy ich, że będziemy za jakieś półtora godziny + 10 minut :) . Swojego czasu jeszcze nie znam, ale chyba standardowo dobiegłem w pierwszej kwarcie uczestników (są już wyniki: pozycja 19/92 z czasem.. 2:18:45 :D ). Był to najcięższy bieg w jakim brałem udział - upał, ukształtowanie terenu, tylko jeden wodopój, niedostateczne oznakowanie trasy. Organizatorom należą się jednak słowa uznania - zrobili go z pasji i całkowicie za darmo. Przygotowali nawet medale z pociętych pieńków drzew, które będą mi przypominać tę imprezę oraz piękno Matemblewa i oliwskch lasów.
Kiedy w 2011 roku zaczynałem biegać, robiłem to głównie z powodu kopa energetycznego i radości, jaką to we mnie wyzwalało. Dopiero ponad rok później wystartowałem w pierwszym biegu ulicznym na 10km w Gdyni i osiągnąłem wynik, którego kompletnie się nie spodziewałem (44 minuty). Wcześniej bałem się "zawodostwa", bo wiedziałem, że jak za mocno się wkręcę, to zacznę liczyć kilometry, czas, wybiegi zamienią się w treningi, żeby urwać więcej sekund, żeby przebyć dłuższą trasę itd. Do teraz biegam bez zegarka i telefonu z endomondo. Od wiosny do jesieni wybieram trasy przełajowe, na które często wkładam sandały trekingowe, żeby symulować bieganie boso. Półmaraton w Oliwie przekonał mnie, że tak raczej zostanie - myśleliśmy z kolegą o biegach górskich czy ultramaratonach, ale to zbyt duże wyrzeczenie. Jest rodzina, biznes, giełda, pasje. Biegać najbardziej lubię wieczorem, kiedy jest chłodniej, organizm odżywiony i wysiedziany przed komputerem, umysł zmęczony, wtedy czuję się jakbym płynął.
Ostatnio zdarza mi się dość często biegać zbliżony dystans, zatem dzisiejszy bieg potraktowałem jak zwykły trening. Długo się wahałem czy zabrać kupiony, ale nie wypróbowany plecak do biegania (dla zainteresowanych sprzętem - quechua 0-12l) i ostatecznie podjąłem decyzję, że na tym biegu go wypróbuję, choć dystans wydawał mi się za mały. Miałem jednak w pamięci jeden z ostatnich biegów w upale na 25km, na który zabrałem tylko buteleczkę 0.7l z izotonikiem własnej roboty i wypiłem go ok. 6 km przed końcem, co skończyło się silnym zmęczeniem i odwodnieniem (jak dotarłem do domu ważyłem tylko 68kg, podczas gdy moja normalna waga to 73kg). Decyzja o zabraniu plecaka z 2-litrowym bukłakiem wypełnionym napojem (kompot+woda+cukier+sól) okazała się bardzo dobra, choć do połowy biegu byłem przekonany, że zrobiłem źle, ale po kolei :)
Od godz. 12 na starcie pod zajazdem Olivka koło gdańskiego ZOO zebrała się grupka trójmiejskich biegaczy. Zdecydowana większość wybrała dystans półmaratonu, tylko kilku twardzieli chciało biec dystans maratoński. Na niebie żadnej chmurki, 30 stopni w cieniu. Na szczęście prawie cały bieg miał się odbyć w lasach trójmiejskiego parku. Spodziewałem się podobnej przygody jak niedawny bieg 4 jezior w Skórczu, który wspominam bardzo miło. Tyle, że wtedy było dość chłodno, a promienie słoneczne zaczęły się przedzierać przez chmury dopiero po biegu. No i bieg odbywał się w praktycznie płaskim terenie. Wystarczyło napić się przed biegiem i 2 razy na punktach z wodą, by bez problemu pokonać dystans w zadowalającym tempie (1:06:09 na 15km).
To co wydarzyło się po starcie było inne, niż wszystkie dotychczasowe biegi. Nie wiedziałem, że w Gdańsku mamy pieprzone góry! Początek ulicą spokojny, po chwili wbiegamy do lasu i zonk - przestajemy biec i zaczynamy wchodzić na wzniesienie. Za chwilę szaleńczy zbieg (tamto wzniesienie jeszcze pozwalało na zbieganie). Trasa piękna, przez kilka km biegniemy wzdłuż strumienia, przeskakujemy przewrócone drzewa, gałęzie, odnogi strumienia. Oznaczenie trasy.. biegniemy niebieskim szlakiem, a potem wracamy zielonym. Były też strzałki pomocnicze przymocowane do drzew, ale kilka razy zdarzyło mi się źle skręcić, raz zrobiłem kółko do punktu wyjścia, wracałem więc na rozdroże i czekałem na jakiegoś biegacza, który miał lepszą orientację w terenie.
Jeszcze przed startem tłumaczyłem się kilku biegaczom, że plecak biorę do testów przed większymi dystansami, bo trochę dziwnie się czułem z takim ładunkiem. Ludzie wokół brali buteleczkę w garść, sporo miało pasy z małymi bidonami (np. 2 x 220 ml), bo trasa nie najdłuższa no i miał być punkt z wodą. Przez pierwszą dziesiątkę klnę na plecak, który podskakuje i spowalnia. Żeby go ustabilizować muszę ścisnąć rzepy w pasie, ale wtedy nie mogę oddychać przeponą i ostatecznie muszę go poluźnić. Dotarcie do punktu z napojami dość lekkie, kilka wzniesień, kilka razy przechodzimy w chód. No to skoro się tyle wspinaliśmy, to na pewno teraz z górki i po treningu - zatem hop w zielony szlak i do domu :)
Odbijam od strumienia, ale coś nie gra - teren coraz bardziej faluje. W pewnym momencie bieg się kończy i zaczyna się chodzenie po "górach". Ostatnie jakieś 7km udaje się biec tylko krótkie przejścia w parowach między kolejnymi stromymi wzniesieniami. No i czasem zbiegam jak torpeda, ponieważ moje uda nie są w stanie już hamować. Kiedyś rozpadłyby mi się przy takim zbiegu kolana, ale sporo czasu poświęciłem na naukę spadania na śródstopie i dostaje się głównie mięśniom i ścięgnom. Szybkimi zbiegami doganiam kolejne grupki zombies, z którymi jęczę przed każdym nowym wzniesieniem urastającym do rangi góry. Pod koniec niektórzy robią nawet postoje podczas chodzenia, jednak powodem jest raczej upał i odwodnienie. Teraz już się cieszę z zabrania plecaka, bo co chwila pociągam z rurki ożywczy napój, bez którego nie dałbym chyba rady ukończyć biegu (jeden z biegaczy na mecie opowiada, że jak wdrapał się na górkę, usiadł i żebrał o wodę, żeby móc wrócić).
Pierwsi biegacze docierają do mety po 2 godzinach (jacyś na pewno dobiegli szybciej, ale powtarzam z relacji kibiców, którym zaczynało coś nie grać, bo nastawiliśmy ich, że będziemy za jakieś półtora godziny + 10 minut :) . Swojego czasu jeszcze nie znam, ale chyba standardowo dobiegłem w pierwszej kwarcie uczestników (są już wyniki: pozycja 19/92 z czasem.. 2:18:45 :D ). Był to najcięższy bieg w jakim brałem udział - upał, ukształtowanie terenu, tylko jeden wodopój, niedostateczne oznakowanie trasy. Organizatorom należą się jednak słowa uznania - zrobili go z pasji i całkowicie za darmo. Przygotowali nawet medale z pociętych pieńków drzew, które będą mi przypominać tę imprezę oraz piękno Matemblewa i oliwskch lasów.
Kiedy w 2011 roku zaczynałem biegać, robiłem to głównie z powodu kopa energetycznego i radości, jaką to we mnie wyzwalało. Dopiero ponad rok później wystartowałem w pierwszym biegu ulicznym na 10km w Gdyni i osiągnąłem wynik, którego kompletnie się nie spodziewałem (44 minuty). Wcześniej bałem się "zawodostwa", bo wiedziałem, że jak za mocno się wkręcę, to zacznę liczyć kilometry, czas, wybiegi zamienią się w treningi, żeby urwać więcej sekund, żeby przebyć dłuższą trasę itd. Do teraz biegam bez zegarka i telefonu z endomondo. Od wiosny do jesieni wybieram trasy przełajowe, na które często wkładam sandały trekingowe, żeby symulować bieganie boso. Półmaraton w Oliwie przekonał mnie, że tak raczej zostanie - myśleliśmy z kolegą o biegach górskich czy ultramaratonach, ale to zbyt duże wyrzeczenie. Jest rodzina, biznes, giełda, pasje. Biegać najbardziej lubię wieczorem, kiedy jest chłodniej, organizm odżywiony i wysiedziany przed komputerem, umysł zmęczony, wtedy czuję się jakbym płynął.
wtorek, 16 lipca 2013
Dwa wieloletnie opory
Indeks Euro:
Wykres niczego na razie nie sugeruje. Kurs ponownie testuje linię bessy. Dotychczasowy trend spadkowy był bardzo szarpany. Kiedyś opublikowałem wykres francuskiego CAC i Euro index, który nadal wydaje mi się najbardziej aktualny - preferuje kontynuację bessy na wspólnej walucie (i tu skłaniam się ku rozwinięciu jednostajnego trendu spadkowego bez dużych korekt, jak miało to miejsce przez ostatnie lata) i paradoksalnie kontynuację hossy na europejskich akcjach.
Alternatywny scenariusz - wybicie linii bessy i sygnały kupna na innych parach z Eur - w tym wypadku poszukam okazji do pogrywania na EURCHF.
NASDAQ100:
Złote fibo zdobyte mocną białą świecą przy rekordowo byczym sentymencie. To się nie może skończyć dobrze, przynajmniej w krótkim terminie.
SWIG80:
Sygnał kupna wygenerowany 8 miesięcy temu pozostaje w mocy, wskaźniki wyprzedzające, cykle i dane makro przemawiają za kontynuacją hossy, zatem wciąż czekam na 15000.
Dlaczego te trzy wykresy? Zaczynam się obawiać mocniejszej przeceny za oceanem i na Euro, która mogłaby poszarpać nasz rynek. WIG20 jest tani, ale od stycznia pozostaje w trendzie spadkowym, tymczasem zachodnie indeksy docierają do istotnych oporów. Druga fala wyprzedaży może dotknąć również małe spółki - jednak nie chcę stracić pozycji, dlatego analizuję je na wykresach miesięcznych, a tutaj póki co trwa trend wzrostowy.
Wykres niczego na razie nie sugeruje. Kurs ponownie testuje linię bessy. Dotychczasowy trend spadkowy był bardzo szarpany. Kiedyś opublikowałem wykres francuskiego CAC i Euro index, który nadal wydaje mi się najbardziej aktualny - preferuje kontynuację bessy na wspólnej walucie (i tu skłaniam się ku rozwinięciu jednostajnego trendu spadkowego bez dużych korekt, jak miało to miejsce przez ostatnie lata) i paradoksalnie kontynuację hossy na europejskich akcjach.
Alternatywny scenariusz - wybicie linii bessy i sygnały kupna na innych parach z Eur - w tym wypadku poszukam okazji do pogrywania na EURCHF.
NASDAQ100:
Złote fibo zdobyte mocną białą świecą przy rekordowo byczym sentymencie. To się nie może skończyć dobrze, przynajmniej w krótkim terminie.
SWIG80:
Sygnał kupna wygenerowany 8 miesięcy temu pozostaje w mocy, wskaźniki wyprzedzające, cykle i dane makro przemawiają za kontynuacją hossy, zatem wciąż czekam na 15000.
Dlaczego te trzy wykresy? Zaczynam się obawiać mocniejszej przeceny za oceanem i na Euro, która mogłaby poszarpać nasz rynek. WIG20 jest tani, ale od stycznia pozostaje w trendzie spadkowym, tymczasem zachodnie indeksy docierają do istotnych oporów. Druga fala wyprzedaży może dotknąć również małe spółki - jednak nie chcę stracić pozycji, dlatego analizuję je na wykresach miesięcznych, a tutaj póki co trwa trend wzrostowy.
wtorek, 9 lipca 2013
Lech, Czech i Rus
Trwające od ponad miesiąca spadki tłumaczone są likwidacją OFE, tymczasem nasi wschodni i południowi sąsiedzi OFE nie mają, a ich giełdy zachowują się jeszcze słabiej (żeby pokazać słabość względem Europy zachodniej wrzuciłem do porównania indeks 50 europejskich spółek) :
Niestety nie znajduję na żadnym ekonomicznym portalu próby znalezienia fundamentalnego wytłumaczenia solidarnej zapaści w tych trzech państwach. Na kilku blogach pojawiły się opisy strukturalnych problemów Polski i kompletnego braku inicjatywy rządowej, żeby zmienić ten stan. Pojawił się raport prof. Hausnera, w którym wskazuje on na ostatni moment na wprowadzenie reform, jednak od Gangu Olsena możemy spodziewać się najwyżej podwyżek podatków i dokręcania śruby. Nie sądzę również, żeby już dziś WIG20 dyskontował problemy demograficzne, które powalą Polskę za jakieś 10 lat. Może korelacja między indeksami jest przypadkowa, w końcu Chiny czy Brazylia spadają jeszcze mocniej. Jednak w Europie to właśnie te trzy państwa: Czechy, Polska i Rosja zachowują się słabiej nawet od PIGSów.
Niestety nie znajduję na żadnym ekonomicznym portalu próby znalezienia fundamentalnego wytłumaczenia solidarnej zapaści w tych trzech państwach. Na kilku blogach pojawiły się opisy strukturalnych problemów Polski i kompletnego braku inicjatywy rządowej, żeby zmienić ten stan. Pojawił się raport prof. Hausnera, w którym wskazuje on na ostatni moment na wprowadzenie reform, jednak od Gangu Olsena możemy spodziewać się najwyżej podwyżek podatków i dokręcania śruby. Nie sądzę również, żeby już dziś WIG20 dyskontował problemy demograficzne, które powalą Polskę za jakieś 10 lat. Może korelacja między indeksami jest przypadkowa, w końcu Chiny czy Brazylia spadają jeszcze mocniej. Jednak w Europie to właśnie te trzy państwa: Czechy, Polska i Rosja zachowują się słabiej nawet od PIGSów.
czwartek, 27 czerwca 2013
Pierwsi twardziele docierają do mety
W maju zamieściłem wykresy defensywnych mułów dywidendowych z GPW, na których opierałem potencjalny dołek na WIG20. JSW i PGE właśnie docierają do wyznaczonych poziomów (jak pisałem wcześniej, JSW nie kupuję) :
PGE:
Kontrakty na FPGE kupuję w przedziale 14.30-13.30.
Ostatnie załamanie na WIG20 skłoniło mnie do mocnej redukcji pozycji na małych i średnich spółkach, mimo że technicznie robiły tylko korektę po wybitych dopiero co nowych szczytach. Śmiesznie to wyszło na tle wpisu "it's a bull market", jednak nie chciałem ryzykować kolejnej utraty zysków. Ponadto zmieniły się warunki zewnętrzne - hossa na WIG20 została zanegowana, a ryzyko że za blue chipami pójdzie reszta akcji zrobiło się zbyt wysokie. Niestety kreśli się najbardziej pesymistyczna analogia jeśli chodzi o długość trwania bessy:
Wariant optymistyczny - licząc od dołka z 2009 mamy już luty 2003.
Wariant pesymistyczny (choć dla mnie bardzo pożądany w kontekście strategii opcyjnej) - licząc od szczytu w 2011 roku mamy dopiero czerwiec 2002 (przy czym raczej jesteśmy już bliżej dołka).
Za wariantem optymistycznym przemawia zachowanie małych spółek, ale musimy bacznie obserwować ich napompowanych liderów, czy wykażą słabość. Póki co na niedowartościowanych małych spółkach nie widać nic złego - wyższe szczyty, wyższe dołki i wciąż tanio.
Panika na WIG20 wymusiła na mnie zmianę strategii i redukcję akcji małych i średnich spółek. Jednak nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło - pojawiają się okazje - gdyby WIG20 spadł na 2000pkt, mielibyśmy wprost idealne warunki do sporych zarobków na pochodnych. A na wypadek, gdyby dno było wcześniej, robią się promocje takie jak ta na PGE (pod szybkie techniczne zagrania korekcyjne).
I jeszcze taka smutna refleksja - akcje, które zredukowałem nie spadły jakoś specjalnie, a część nawet urosła. Jednak wrócić na nie już nie potrafię.. Może gdyby i tu pojawiła się panika, wróciłbym, ale póki co czekam na promocje na WIG20.
PGE:
Kontrakty na FPGE kupuję w przedziale 14.30-13.30.
Ostatnie załamanie na WIG20 skłoniło mnie do mocnej redukcji pozycji na małych i średnich spółkach, mimo że technicznie robiły tylko korektę po wybitych dopiero co nowych szczytach. Śmiesznie to wyszło na tle wpisu "it's a bull market", jednak nie chciałem ryzykować kolejnej utraty zysków. Ponadto zmieniły się warunki zewnętrzne - hossa na WIG20 została zanegowana, a ryzyko że za blue chipami pójdzie reszta akcji zrobiło się zbyt wysokie. Niestety kreśli się najbardziej pesymistyczna analogia jeśli chodzi o długość trwania bessy:
Wariant optymistyczny - licząc od dołka z 2009 mamy już luty 2003.
Wariant pesymistyczny (choć dla mnie bardzo pożądany w kontekście strategii opcyjnej) - licząc od szczytu w 2011 roku mamy dopiero czerwiec 2002 (przy czym raczej jesteśmy już bliżej dołka).
Za wariantem optymistycznym przemawia zachowanie małych spółek, ale musimy bacznie obserwować ich napompowanych liderów, czy wykażą słabość. Póki co na niedowartościowanych małych spółkach nie widać nic złego - wyższe szczyty, wyższe dołki i wciąż tanio.
Panika na WIG20 wymusiła na mnie zmianę strategii i redukcję akcji małych i średnich spółek. Jednak nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło - pojawiają się okazje - gdyby WIG20 spadł na 2000pkt, mielibyśmy wprost idealne warunki do sporych zarobków na pochodnych. A na wypadek, gdyby dno było wcześniej, robią się promocje takie jak ta na PGE (pod szybkie techniczne zagrania korekcyjne).
I jeszcze taka smutna refleksja - akcje, które zredukowałem nie spadły jakoś specjalnie, a część nawet urosła. Jednak wrócić na nie już nie potrafię.. Może gdyby i tu pojawiła się panika, wróciłbym, ale póki co czekam na promocje na WIG20.
poniedziałek, 17 czerwca 2013
You know, it's a bull market
In Fullerton’s there were the usual crowd. All grades! Well, there was one old chap who was not like the others. To begin with, he was a much older man. Another thing was that he never volunteered advice and never bragged of his winnings. He was a great hand for listening very attentively to the others. He did not seem very keen to get tips that is, he never asked the talkers what they’d heard or what they knew. But when somebody gave him one he always thanked the tipster very politely. Sometimes he thanked the tipster again when the tip turned out O.K. But if it went wrong he never whined, so that nobody could tell whether he followed it or let it slide by. It was a legend of the office that the old jigger was rich and could swing quite a line. But he wasn’t donating much to the firm in the way of commissions; at least not that anyone could see. His name was Partridge, but they nicknamed him Turkey behind his back, because he was so thick-chested and had a habit of strutting about the various rooms, with the point of his chin resting on his breast. The customers, who were all eager to be shoved and forced into doing things so as to lay the blame for failure on others, used to go to old Partridge and tell him what some friend of a friend of an insider had advised them to do in a certain stock. They would tell him what they had not done with the tip so he would tell them what they ought to do. But whether the tip they had was to buy or to sell, the old chap’s answer was always the same.
The customer would finish the tale of his perplexity and then ask:
“What do you think I ought to do?”
Old Turkey would cock his head to one side, contemplate his fellow customer with a fatherly smile, and finally he would say very impressively, “You know, it’s a bull market!”
Time and again I heard him say, “Well, this is a bull market, you know!”
as though he were giving to you a priceless talisman wrapped up in a million-dollar accident insurance policy. And of course I did not get his meaning.
One day a fellow named Elmer Harwood rushed into the office, wrote out an order and gave it to the clerk. Then he rushed over to where Mr. Partridge was listening politely to John Fanning’s story of the time he overheard Keene give an order to one of his brokers and all that John made was a measly three points on a hundred shares and of course the stock had to go up twenty-four points in three days right after John sold out. It was at least the fourth time that John had told him that tale of woe, but old Turkey was smiling as sympathetically as if it was the first time he heard it. Well, Elmer made for the old man and, without a word of apology to John Fanning, told Turkey, “Mr. Partridge, I have just sold my Climax Motors. My people say the market is entitled to a reaction and that I’ll be able to buy it back cheaper. So you’d better do likewise. That is, if you’ve still got yours.”
Elmer looked suspiciously at the man to whom he had given the original tip to buy. The amateur, or gratuitous, tipster always thinks he owns the receiver of his tip body and soul, even before he knows how the tip is going to turn out.
“Yes, Mr. Harwood, I still have it. Of course!” said Turkey gratefully. It was nice of Elmer to think of the old chap.
“Well, now is the time to take your profit and get in again on the next dip,” said Elmer, as if he had just made out the deposit slip for the old man. Failing to perceive enthusiastic gratitude in the beneficiary’s face Elmer went on: “I have just sold every share I owned!”
From his voice and manner you would have conservatively estimated it at ten thousand shares. But Mr. Partridge shook his head regretfully and whined,
“No! No! I can’t do that!”
“What?” yelled Elmer.
“I simply can’t!” said Mr. Partridge. He was in great trouble.
“Didn’t I give you the tip to buy it?”
“You did, Mr. Harwood, and I am very grateful to you. Indeed, I am, sir. But ”
“Hold on! Let me talk! And didn’t that stock go op seven points in ten days? Didn’t it?”
“It did, and I am much obliged to you, my dear boy. But I couldn’t think of selling that stock.”
“You couldn’t?” asked Elmer, beginning to look doubtful himself. It is a habit with most tip givers to be tip takers.
“No, I couldn’t.”
“Why not?”
And Elmer drew nearer. “Why, this is a bull market!” The old fellow said it as though he had given a long and detailed explanation.
“That’s all right,” said Elmer, looking angry because of his disappointment. “I know this is a bull market as well as you do. But you’d better slip them that stock of yours and buy it back on the reaction. You might as well reduce the cost to yourself.”
“My dear boy,” said old Partridge, in great distress “my dear boy, if I sold that stock now I’d lose my position; and then where would I be?”
Elmer Harwood threw up his hands, shook his head and walked over to me to get sympathy: “Can you beat it?” he asked me in a stage whisper. “I ask you!” I didn’t say anything. So he went on: “I give him a tip on Climax Motors. He buys five hundred shares. He’s got seven points’ profit and I advise him to get out and buy ‘em back on the reaction that’s overdue even now. And what does he say when I tell him? He says that if he sells he’ll lose his job. What do you know about that?”
“I beg your pardon, Mr. Harwood; I didn’t say I’d lose my job,” cut in old Turkey. “I said I’d lose my position. And when you are as old as I am and you’ve been through as many booms and panics as I have, you’ll know that to lose your position is something nobody can afford; not even John D. Rockefeller. I hope the stock reacts and that you will be able to repurchase your line at a substantial concession, sir. But I myself can only trade in accordance with the experience of many years. I paid a high price for it and I don’t feel like throwing away a second tuition fee. But I am as much obliged to you as if I had the money in the bank. It’s a bull market, you know.” And he strutted away, leaving Elmer dazed.
What old Mr. Partridge said did not mean much to me until I began to think about my own numerous failures to make as much money as I ought to when I was so right on the general market. The more I studied the more I realized how wise that old chap was. He had evidently suffered from the same defect in his young days and knew his own human weaknesses. He would not lay himself open to a temptation that experience had taught him was hard to resist and had always proved expensive to him, as it was to me. I think it was a long step forward in my trading education when I realized at last that when old Mr. Partridge kept on telling the other customers, “Well, you know this is a bull market!” he really meant to tell them that the big money was not in the individual fluctuations but in the main movements that is, not in reading the tape but in sizing up the entire market and its trend.
WIG dociera do szczytu z 2011 roku przy rekordowo byczym sentymencie inwestorów indywidualnych. Wielu doświadczonych inwestorów/graczy spodziewa się korekty i sprzedaje akcje, żeby odebrać je niżej. Choć widzę spore ryzyko powtórki spadków i konsolidacji z lat 2002-2003, zgodnie z przytoczonym powyżej cytatem nie chcę stracić pozycji, którą utrzymuję i powiększam od roku. Zdaję sobie sprawę, że brak odbicia w gospodarce w drugiej połowie roku może zapoczątkować falę spadków w okolice dołków z maja 2012, jednak wg narzędzi i analiz, które stosuję, na bessę w Polsce jeszcze za wcześnie. Posiadane spółki są w dobrej kondycji i albo uklepują dno, albo są w trendach wzrostowych, daleko od swoich szczytów z lat 2007/2011.
Co ciekawe nie widać też rozgrzania na forach giełdowych, jakie panowało w trakcie formowania szczytu ze stycznia. W zeszłym roku o takim Graalu codziennie powstawały elaboraty, a teraz nowe wpisy pojawiają się raz na kilka dni. Silna korekta wymiotła dyskutantów i większość z nich wróci pewnie, gdy spółka będzie pędzić pod 20zł (to nie jest rekomendacja, tylko cicha nadzieja posiadacza papiera ;) .
Ciekaw jestem Waszych nastrojów i składu portfeli - chyba niedługo czas na nową ankietę. Czy posiadacie jakieś akcje trzymane dłużej niż pół roku? Czy macie na jakichś akcjach powyżej 50% zysku, ale trzymacie je dalej, bo zakładacie sprzedaż na określonym poprzez AT/AF poziomie, lub trzymacie dopóki nie padnie sygnał sprzedaży? Do kiedy zakładacie wzrosty? A może właśnie sprzedajecie przed nową bessą?
The customer would finish the tale of his perplexity and then ask:
“What do you think I ought to do?”
Old Turkey would cock his head to one side, contemplate his fellow customer with a fatherly smile, and finally he would say very impressively, “You know, it’s a bull market!”
Time and again I heard him say, “Well, this is a bull market, you know!”
as though he were giving to you a priceless talisman wrapped up in a million-dollar accident insurance policy. And of course I did not get his meaning.
One day a fellow named Elmer Harwood rushed into the office, wrote out an order and gave it to the clerk. Then he rushed over to where Mr. Partridge was listening politely to John Fanning’s story of the time he overheard Keene give an order to one of his brokers and all that John made was a measly three points on a hundred shares and of course the stock had to go up twenty-four points in three days right after John sold out. It was at least the fourth time that John had told him that tale of woe, but old Turkey was smiling as sympathetically as if it was the first time he heard it. Well, Elmer made for the old man and, without a word of apology to John Fanning, told Turkey, “Mr. Partridge, I have just sold my Climax Motors. My people say the market is entitled to a reaction and that I’ll be able to buy it back cheaper. So you’d better do likewise. That is, if you’ve still got yours.”
Elmer looked suspiciously at the man to whom he had given the original tip to buy. The amateur, or gratuitous, tipster always thinks he owns the receiver of his tip body and soul, even before he knows how the tip is going to turn out.
“Yes, Mr. Harwood, I still have it. Of course!” said Turkey gratefully. It was nice of Elmer to think of the old chap.
“Well, now is the time to take your profit and get in again on the next dip,” said Elmer, as if he had just made out the deposit slip for the old man. Failing to perceive enthusiastic gratitude in the beneficiary’s face Elmer went on: “I have just sold every share I owned!”
From his voice and manner you would have conservatively estimated it at ten thousand shares. But Mr. Partridge shook his head regretfully and whined,
“No! No! I can’t do that!”
“What?” yelled Elmer.
“I simply can’t!” said Mr. Partridge. He was in great trouble.
“Didn’t I give you the tip to buy it?”
“You did, Mr. Harwood, and I am very grateful to you. Indeed, I am, sir. But ”
“Hold on! Let me talk! And didn’t that stock go op seven points in ten days? Didn’t it?”
“It did, and I am much obliged to you, my dear boy. But I couldn’t think of selling that stock.”
“You couldn’t?” asked Elmer, beginning to look doubtful himself. It is a habit with most tip givers to be tip takers.
“No, I couldn’t.”
“Why not?”
And Elmer drew nearer. “Why, this is a bull market!” The old fellow said it as though he had given a long and detailed explanation.
“That’s all right,” said Elmer, looking angry because of his disappointment. “I know this is a bull market as well as you do. But you’d better slip them that stock of yours and buy it back on the reaction. You might as well reduce the cost to yourself.”
“My dear boy,” said old Partridge, in great distress “my dear boy, if I sold that stock now I’d lose my position; and then where would I be?”
Elmer Harwood threw up his hands, shook his head and walked over to me to get sympathy: “Can you beat it?” he asked me in a stage whisper. “I ask you!” I didn’t say anything. So he went on: “I give him a tip on Climax Motors. He buys five hundred shares. He’s got seven points’ profit and I advise him to get out and buy ‘em back on the reaction that’s overdue even now. And what does he say when I tell him? He says that if he sells he’ll lose his job. What do you know about that?”
“I beg your pardon, Mr. Harwood; I didn’t say I’d lose my job,” cut in old Turkey. “I said I’d lose my position. And when you are as old as I am and you’ve been through as many booms and panics as I have, you’ll know that to lose your position is something nobody can afford; not even John D. Rockefeller. I hope the stock reacts and that you will be able to repurchase your line at a substantial concession, sir. But I myself can only trade in accordance with the experience of many years. I paid a high price for it and I don’t feel like throwing away a second tuition fee. But I am as much obliged to you as if I had the money in the bank. It’s a bull market, you know.” And he strutted away, leaving Elmer dazed.
What old Mr. Partridge said did not mean much to me until I began to think about my own numerous failures to make as much money as I ought to when I was so right on the general market. The more I studied the more I realized how wise that old chap was. He had evidently suffered from the same defect in his young days and knew his own human weaknesses. He would not lay himself open to a temptation that experience had taught him was hard to resist and had always proved expensive to him, as it was to me. I think it was a long step forward in my trading education when I realized at last that when old Mr. Partridge kept on telling the other customers, “Well, you know this is a bull market!” he really meant to tell them that the big money was not in the individual fluctuations but in the main movements that is, not in reading the tape but in sizing up the entire market and its trend.
"Reminiscences of a Stock Operator", 1923 E. Lefèvre/J. Livermore
WIG dociera do szczytu z 2011 roku przy rekordowo byczym sentymencie inwestorów indywidualnych. Wielu doświadczonych inwestorów/graczy spodziewa się korekty i sprzedaje akcje, żeby odebrać je niżej. Choć widzę spore ryzyko powtórki spadków i konsolidacji z lat 2002-2003, zgodnie z przytoczonym powyżej cytatem nie chcę stracić pozycji, którą utrzymuję i powiększam od roku. Zdaję sobie sprawę, że brak odbicia w gospodarce w drugiej połowie roku może zapoczątkować falę spadków w okolice dołków z maja 2012, jednak wg narzędzi i analiz, które stosuję, na bessę w Polsce jeszcze za wcześnie. Posiadane spółki są w dobrej kondycji i albo uklepują dno, albo są w trendach wzrostowych, daleko od swoich szczytów z lat 2007/2011.
Co ciekawe nie widać też rozgrzania na forach giełdowych, jakie panowało w trakcie formowania szczytu ze stycznia. W zeszłym roku o takim Graalu codziennie powstawały elaboraty, a teraz nowe wpisy pojawiają się raz na kilka dni. Silna korekta wymiotła dyskutantów i większość z nich wróci pewnie, gdy spółka będzie pędzić pod 20zł (to nie jest rekomendacja, tylko cicha nadzieja posiadacza papiera ;) .
Ciekaw jestem Waszych nastrojów i składu portfeli - chyba niedługo czas na nową ankietę. Czy posiadacie jakieś akcje trzymane dłużej niż pół roku? Czy macie na jakichś akcjach powyżej 50% zysku, ale trzymacie je dalej, bo zakładacie sprzedaż na określonym poprzez AT/AF poziomie, lub trzymacie dopóki nie padnie sygnał sprzedaży? Do kiedy zakładacie wzrosty? A może właśnie sprzedajecie przed nową bessą?
Subskrybuj:
Posty (Atom)











