Zielony jest oczkiem w głowie spekulantów, dlatego wszyscy obserwujemy różne pary, głównie EURUSD. W poprzednim wpisie pytałem Was co o nim sądzicie i się zdziwiłem - dla wszystkich dolar jest królem. To bardzo negatywny wynik dla śmieciucha, oznacza że gdzieś podświadomie wierzymy, że na nim zarobimy. Podświadoma wiara bierze się z morza wchłoniętych informacji z sieci, mediów i wykresów. A jak wszyscy w coś wierzą, to wszyscy się mylą.
Niemniej AT nadal pokazuje zmianę trendu na dolarze. Dla mnie takim barometrem sentymentu dla światowej waluty jest para z rosyjskim rublem. 2 tygodnie temu zrobiłem sobie taki wykres:
Kurs poszedł jak po sznurku! Zakładałem nawet wyższą korektę od 14 października, pod którą zresztą zagrałem krótkoterminowo L USDPLN, ale nie zarobiłem za dużo - dolar nie odbił nawet do fibo61.8, tylko runął w dół na fali C.
Mam 2 ciekawe wykresy. Byczy i niedźwiedzi :) Któryś z nich dużo zapłaci jednym i pogrąży drugich. Jestem w tej większości graczy, którzy są L na USD i wcale się z tym dobrze nie czuję. Zatem najpierw pokażę pod co gram:
Popatrzcie na pozycję Large Traders. Tak dużo śmieciucha napakowali 2 razy w przeciągu ostatnich 5 lat i dużo na tym zarobili.
A tu zagrożenie na najbliższe 2 miesiące:
Popatrzmy jak zachowywał się dolar w tym roku:
Ten cykl prezydencki nie jest zbyt podobny do średniego z lat 1971-2003. Ponadto election year jest już bardzo byczy dla dolara:
Dlatego mimo wszystko gram pod zmianę trendu na dolarze poprzez krótkie na EURUSD i certy na spadki ropy (L USDPLN, S SC.F).
Blog o inwestowaniu, grze na giełdzie, rozwoju osobistym, przemyślenia na temat egzystencji, poszerzanie świadomości. Czasem trochę o żarciu i bieganiu - życie :) Napisz do mnie: deedees małpa o2 kropcia pl
niedziela, 30 października 2011
czwartek, 27 października 2011
Śmieć czy król?
Niedawny wystrzał wartości dolara wprowadził miśki w euforię, która blednie szybciej niż pracują drukarki Bena. Sam się zdziwiłem - ledwie tydzień temu wkleiłem ten wykres:
który dziś wygląda tak:
Stało się to zaledwie w tydzień!
Mam do was prośbę: czy moglibyście napisać w komentarzu tylko 1 słowo:
"śmieć"
lub
"król"
w odniesieniu do dolara? Opierając się na własnej intuicji, wykresach i prognozach na najbliższe pół roku.
który dziś wygląda tak:
Stało się to zaledwie w tydzień!
Mam do was prośbę: czy moglibyście napisać w komentarzu tylko 1 słowo:
"śmieć"
lub
"król"
w odniesieniu do dolara? Opierając się na własnej intuicji, wykresach i prognozach na najbliższe pół roku.
Jak oni to robią
Na przykładzie WIG20 chciałbym pokazać moją wizję rozwoju sytuacji. Przez pare lat na parkiecie, czytania książek, blogów, portali ekonomicznych, wywiadów z finansistami i graczami wyrobiłem sobie pewną opinię o rynku.
Zdecydowana większość uczestników zaangażowanych w rynek traci. Nie chodzi mi tu o chałupniczych inwestorów-graczy, takich jak my. Główny kąsek to fundusze emerytalne, inwestycyjne, w których trzymane są oszczędności społeczeństw.
Na nich żerują wielkie banki, które decydują o podaży pieniądza oraz informacjach w TV i w ten sposób wpływają na powstawanie krachów lub pompowanie baniek. Nie chcę przez to powiedzieć, że gdyby nie oni, baniek i krachów by nie było - byłyby, bo zawsze były w historii ludzkości, miałyby tylko inne przyczyny. Na dzień dzisiejszy ruchy kreowane są głównie przez podaż pieniądza + media.
Co mieliśmy rozgrywane przez ostatni rok? We wrześniu zeszłego roku pojawiły się plotki o QE2 i rynki zaczęły gwałtowną zwyżkę. Od tego czasu indeks WIG20 nigdy już aż do sierpnia tego roku nie spadł poniżej 2500pkt. Od grudnia 2010 wiele mniejszych spółek zaczęło bessę, jednak blue chipy rosły dalej, aż powyżej 2900pkt. W tym okresie odbywała się dystrybucja:
Nagle na początku sierpnia ceny się kompletnie załamują w ciągu zaledwie 2 tygodni. Do 2100 nie istnieją żadne opory. Większość inwestorów indywidualnych nie zdąża umorzyć jednostek i zostaje z akcjami.
Gwałtownie rośnie zmienność. Kiedy systemy długoterminowe dają sygnały sprzedaży misie są dosłownie wycinane kilkuset punktowymi rajdami w górę. Kto jednak zdąży się przekręcić na L za chwile tnie straty, bo kurs już zmierza w kierunku 2000pkt.
LOP na serii grudniowej spada o kilkadziesiąt procent względem wrześniowej. Tak jakby ktoś wiedział, że spadnie, ładował mocno krótkie przed krachem, a potem się ulotnił z wielkimi zyskami. Jeszcze przed wygaśnięciem serii wrześniowej wiedziałem, że będzie mocne odbicie i pisałem o fali B bessy. Napisałem to za wcześnie, rynek pogłębił później dołki, ale zaraz odbił.
W interesie gracza, który zrzucił w 2 tygodnie rynek o 600 punktów nie leżało granie dalej na spadki. To fundusze, które cały rok łykały akcje musiały zabezpieczać się S-kami na nowej serii lub podciągać rynek, żeby zminimalizować straty na akcjach. Duży gracz mógł tylko otworzyć trochę długich pozycji i co jakiś czas pchać płytki rynek w jedną lub drugą stronę.
Mamy zatem sytuację: powyżej 2500 ubrani inwestorzy, którzy czekają aż rynek wróci na ich poziomy, żeby wyjść bez straty. Między 2100-2450 szaleje gruby, który rysuje raz hossę, raz bessę i zbiera depozyty niepoinformowanym. Niektórzy twierdzą, że smart money akumulują akcje przed nową hossą. Tak? To popatrzmy na wolumen:
Gdzie ta akumulacja? Im wyżej, tym niższy obrót. Kto ma wyciągać powyżej 2500 - OFE i TFI, które są wciąż zapakowane w akcje? :)
W interesie goldmanów jest odebranie im akcji, a nie umożliwienie zarobku! W tym celu trzeba będzie zrobić jeszcze jeden paniczny zjazd. Dlatego nie zeszliśmy z marszu poniżej 2000. Ludzie muszą się oswoić, że jest kryzys, bessa, że będzie gorzej. Muszą uwierzyć, że jak WIG20 będzie chodził po 1800, to będzie ostatni moment na pozbycie się akcji przed spadkiem na 1000.
Jest to oczywiście moja prywatna opinia, niewidzialna ręka rynku zadecyduje o kierunku dalszego ruchu. Swoje decyzje inwestycyjne opieram jednak na zarysowanym planie i póki co w tym segmencie "makro" radzę sobie bardzo przyzwoicie.
Zdecydowana większość uczestników zaangażowanych w rynek traci. Nie chodzi mi tu o chałupniczych inwestorów-graczy, takich jak my. Główny kąsek to fundusze emerytalne, inwestycyjne, w których trzymane są oszczędności społeczeństw.
Na nich żerują wielkie banki, które decydują o podaży pieniądza oraz informacjach w TV i w ten sposób wpływają na powstawanie krachów lub pompowanie baniek. Nie chcę przez to powiedzieć, że gdyby nie oni, baniek i krachów by nie było - byłyby, bo zawsze były w historii ludzkości, miałyby tylko inne przyczyny. Na dzień dzisiejszy ruchy kreowane są głównie przez podaż pieniądza + media.
Co mieliśmy rozgrywane przez ostatni rok? We wrześniu zeszłego roku pojawiły się plotki o QE2 i rynki zaczęły gwałtowną zwyżkę. Od tego czasu indeks WIG20 nigdy już aż do sierpnia tego roku nie spadł poniżej 2500pkt. Od grudnia 2010 wiele mniejszych spółek zaczęło bessę, jednak blue chipy rosły dalej, aż powyżej 2900pkt. W tym okresie odbywała się dystrybucja:
Nagle na początku sierpnia ceny się kompletnie załamują w ciągu zaledwie 2 tygodni. Do 2100 nie istnieją żadne opory. Większość inwestorów indywidualnych nie zdąża umorzyć jednostek i zostaje z akcjami.
Gwałtownie rośnie zmienność. Kiedy systemy długoterminowe dają sygnały sprzedaży misie są dosłownie wycinane kilkuset punktowymi rajdami w górę. Kto jednak zdąży się przekręcić na L za chwile tnie straty, bo kurs już zmierza w kierunku 2000pkt.
LOP na serii grudniowej spada o kilkadziesiąt procent względem wrześniowej. Tak jakby ktoś wiedział, że spadnie, ładował mocno krótkie przed krachem, a potem się ulotnił z wielkimi zyskami. Jeszcze przed wygaśnięciem serii wrześniowej wiedziałem, że będzie mocne odbicie i pisałem o fali B bessy. Napisałem to za wcześnie, rynek pogłębił później dołki, ale zaraz odbił.
W interesie gracza, który zrzucił w 2 tygodnie rynek o 600 punktów nie leżało granie dalej na spadki. To fundusze, które cały rok łykały akcje musiały zabezpieczać się S-kami na nowej serii lub podciągać rynek, żeby zminimalizować straty na akcjach. Duży gracz mógł tylko otworzyć trochę długich pozycji i co jakiś czas pchać płytki rynek w jedną lub drugą stronę.
Mamy zatem sytuację: powyżej 2500 ubrani inwestorzy, którzy czekają aż rynek wróci na ich poziomy, żeby wyjść bez straty. Między 2100-2450 szaleje gruby, który rysuje raz hossę, raz bessę i zbiera depozyty niepoinformowanym. Niektórzy twierdzą, że smart money akumulują akcje przed nową hossą. Tak? To popatrzmy na wolumen:
Gdzie ta akumulacja? Im wyżej, tym niższy obrót. Kto ma wyciągać powyżej 2500 - OFE i TFI, które są wciąż zapakowane w akcje? :)
W interesie goldmanów jest odebranie im akcji, a nie umożliwienie zarobku! W tym celu trzeba będzie zrobić jeszcze jeden paniczny zjazd. Dlatego nie zeszliśmy z marszu poniżej 2000. Ludzie muszą się oswoić, że jest kryzys, bessa, że będzie gorzej. Muszą uwierzyć, że jak WIG20 będzie chodził po 1800, to będzie ostatni moment na pozbycie się akcji przed spadkiem na 1000.
Jest to oczywiście moja prywatna opinia, niewidzialna ręka rynku zadecyduje o kierunku dalszego ruchu. Swoje decyzje inwestycyjne opieram jednak na zarysowanym planie i póki co w tym segmencie "makro" radzę sobie bardzo przyzwoicie.
niedziela, 23 października 2011
Co mnie zaskoczyło w reportażu z Libii
Przeczytałem dziś artykuł w Dużym Formacie o sytuacji w Libii. Jeśli ktoś nie ma wydania papierowego, może zapoznać się z nim na tej stronie. Nie będę się rozpisywał co sądzę o całym tym "powstaniu" wywołanym przez zachodnie służby specjalne i głupocie wyrostków wrzeszczących Allah u Akbar, którzy wkrótce poczują co znaczy żyć w Afryce kontrolowanej przez wielkie koncerny.
Widziałem relacje z bombardowań domów libijskich oficjeli, resztki ciał ich dzieci i kobiet. NATO zastosowało prostą metodę: jesteś z Kaddafim, to zabijemy twoją rodzinę. Widocznie prawa człowieka, konwencje haskie i trybunały nie są dla podludzi. Przebrani agenci z zachodu, fanatyczni islamscy bandyci i uzbrojone przez zachód plemiona ramię w ramie zniszczyli jedno z najstabilniejszych państw w Afryce.
Nie chcę tu udowadniać, że Libia była jakimś rajem. Nie byłem tam, wiedzę swoją opieram na świadectwach ludzi, którzy tam pracowali (m.in. Polaków, którzy wciąż jeszcze jeździli do pracy w Libii - szaleńcy jacyś czy co? Opuszczać zieloną wyspę, żeby dorabiać w kraju straszliwego dyktatora?), filmów z YouTube, artykułów, wywiadów. Z tej masy starałem się znaleźć punkty wspólne.
Nawet autorzy felietonu podają, że paliwo kosztowało tam ok. 0.15 dinara za litr (coś koło 0.17 dolara, czyli kilkadziesiąt groszy). Sprzątaniem Trypolisu zajmowali się wyłącznie imigranci, bo Libijczycy gardzili tak podrzędną pracą (a podobno wzniecili powstanie z powodu braku perspektyw).
Kraj nie miał długów jako jeden z nielicznych na świecie, a wielkie zyski ze sprzedaży ropy inwestował w rozwój Afryki (zamiast kupować amerykańskie obligacje jak koledzy z Arabii).
Nikt już nie pamięta, że zachód napadł na Libię pod pretekstem ochrony ludności cywilnej przed bombardowaniami ze strony sił dyktatora. To pokazuje jak żałosny i nieprawdziwy jest twór nazywany "opinią publiczną". Ludziom można sprzedać wszystko, największe głupstwo. Sam zresztą pamiętam, że jako nastolatek popierałem bombardowania Serbii, bo tam przecież robią Albańczykom Auschwitz. Owszem, działy się tam rzeczy straszne i nieludzkie, ale głównie wtedy, gdy kraj opanowały bandy albańskich gangsterów po tym jak Amerykanie zniszczyli serbskie siły.
To co dzieje się w Libii nie dziwi mnie. Wiem o tym już od dawna. O tym jak zniewalać całe narody, jak niszczyć ich państwowość opowiadają byli pracownicy MFW. To co mnie autentycznie zdziwiło, to ucieczka Libijczyków do ich papierowej waluty. Zacytuję fragment felietonu:
Dowiemy się dalej, że choć Kaddafi już jest skończony, to przetrwał na banknotach, bo jego gęba świeci z każdego papierka. Rząd ma również pomysł na ściągnięcie broni z obiegu: każdemu rebeliantowi za oddanie krabinu 3000 dinarów. Czy ciężko się domyśleć, że waluta kraju, który właśnie dokonał żywota (o władzę zaczynają już bić się fanatyczni wahabici, plemiona górskie, a koncerny kładą łapę na złożach ropy), będzie wkrótce warta tyle co zimbabweński dolar? Jak czytamy w felietonie niektórzy już zwietrzyli co się stanie:
Na starym mieście co krok trafia się na handlarzy walutą. Skupują dolary. Targują się zajadle. Mimo to wielu ludzi wymienia u nich. Kurs jest zbliżony do oficjalnego (około 125 dinarów za 100 dolarów), a wszystko można załatwić w dwie minuty. To duży plus, kiedy większość banków nie działa, innym brakuje gotówki, a w kolejkach do tych otwartych trzeba stać godzinami. Pod wejściem do banku Gumhouria na placu Męczenników ludzie ustawiają się już na dwie godziny przed otwarciem. Wężyk ciągnie się kilkaset metrów od wejścia.
Widziałem relacje z bombardowań domów libijskich oficjeli, resztki ciał ich dzieci i kobiet. NATO zastosowało prostą metodę: jesteś z Kaddafim, to zabijemy twoją rodzinę. Widocznie prawa człowieka, konwencje haskie i trybunały nie są dla podludzi. Przebrani agenci z zachodu, fanatyczni islamscy bandyci i uzbrojone przez zachód plemiona ramię w ramie zniszczyli jedno z najstabilniejszych państw w Afryce.
Nie chcę tu udowadniać, że Libia była jakimś rajem. Nie byłem tam, wiedzę swoją opieram na świadectwach ludzi, którzy tam pracowali (m.in. Polaków, którzy wciąż jeszcze jeździli do pracy w Libii - szaleńcy jacyś czy co? Opuszczać zieloną wyspę, żeby dorabiać w kraju straszliwego dyktatora?), filmów z YouTube, artykułów, wywiadów. Z tej masy starałem się znaleźć punkty wspólne.
Nawet autorzy felietonu podają, że paliwo kosztowało tam ok. 0.15 dinara za litr (coś koło 0.17 dolara, czyli kilkadziesiąt groszy). Sprzątaniem Trypolisu zajmowali się wyłącznie imigranci, bo Libijczycy gardzili tak podrzędną pracą (a podobno wzniecili powstanie z powodu braku perspektyw).
Kraj nie miał długów jako jeden z nielicznych na świecie, a wielkie zyski ze sprzedaży ropy inwestował w rozwój Afryki (zamiast kupować amerykańskie obligacje jak koledzy z Arabii).
Nikt już nie pamięta, że zachód napadł na Libię pod pretekstem ochrony ludności cywilnej przed bombardowaniami ze strony sił dyktatora. To pokazuje jak żałosny i nieprawdziwy jest twór nazywany "opinią publiczną". Ludziom można sprzedać wszystko, największe głupstwo. Sam zresztą pamiętam, że jako nastolatek popierałem bombardowania Serbii, bo tam przecież robią Albańczykom Auschwitz. Owszem, działy się tam rzeczy straszne i nieludzkie, ale głównie wtedy, gdy kraj opanowały bandy albańskich gangsterów po tym jak Amerykanie zniszczyli serbskie siły.
To co dzieje się w Libii nie dziwi mnie. Wiem o tym już od dawna. O tym jak zniewalać całe narody, jak niszczyć ich państwowość opowiadają byli pracownicy MFW. To co mnie autentycznie zdziwiło, to ucieczka Libijczyków do ich papierowej waluty. Zacytuję fragment felietonu:
Popyt na lokalną walutę zaczął się po zdobyciu przez rebeliantów Trypolisu. Ceny rosły, do miasta zaczęli wracać ci, którzy uciekli w czasie wojny. Potrzebują dinarów, ale podaż nie nadąża za popytem. - Na rynku brakuje waluty. Władze tymczasowe nie są w stanie wypłacać pensji, bo nie mają pieniędzy. Ludzie są niespokojni. Kto ma dinary, odkłada je do skarpety - mówi Haytham, cinkciarz stojący niedaleko targu złota. - To spowodowało we wrześniu wzrost ceny dinara w stosunku do walut sąsiednich krajów, na przykład egipskiego funta.
Dowiemy się dalej, że choć Kaddafi już jest skończony, to przetrwał na banknotach, bo jego gęba świeci z każdego papierka. Rząd ma również pomysł na ściągnięcie broni z obiegu: każdemu rebeliantowi za oddanie krabinu 3000 dinarów. Czy ciężko się domyśleć, że waluta kraju, który właśnie dokonał żywota (o władzę zaczynają już bić się fanatyczni wahabici, plemiona górskie, a koncerny kładą łapę na złożach ropy), będzie wkrótce warta tyle co zimbabweński dolar? Jak czytamy w felietonie niektórzy już zwietrzyli co się stanie:
Na starym mieście co krok trafia się na handlarzy walutą. Skupują dolary. Targują się zajadle. Mimo to wielu ludzi wymienia u nich. Kurs jest zbliżony do oficjalnego (około 125 dinarów za 100 dolarów), a wszystko można załatwić w dwie minuty. To duży plus, kiedy większość banków nie działa, innym brakuje gotówki, a w kolejkach do tych otwartych trzeba stać godzinami. Pod wejściem do banku Gumhouria na placu Męczenników ludzie ustawiają się już na dwie godziny przed otwarciem. Wężyk ciągnie się kilkaset metrów od wejścia.
Wkrótce dla nikogo nie zabraknie dinarów. A z dolarami zostaną tylko cinkciarze ze starego miasta. Libio witaj w Trzecim Świecie!
piątek, 21 października 2011
Jeszcze trochę do góry?
Oglądałem wczoraj zasięgi korekt pierwszej fali bessy na DAX. Ruch powrotny znosił ok. 50-60% ruchu. Na razie DAX naruszył tylko drugie ważne fibo, czyli 38.2%. Dlatego oczekuję jeszcze jednej fali UP w okolice 6300.
EURUSD zmaga się ze SMA45, wygląda to jak korekta B fali wzrostowej, która może podciągnąć kurs nawet na 1.42:
W moim odczuciu ewentualne wzrosty należą do fali B bessy, dlatego unikam kupowania aktywów. Być może przytnę coś na kontraktach, jak zobaczę siłę byków. A widzę ją pomimo 2 dni spadków, nawet nie zjechaliśmy na fibo na ok. 2222.
Po dynamicznym wyjściu na zaprezentowane poziomy spodziewam się euforii, nowej hossy itd. i startu fali C bessy.
Akutalizacja.
Na giełdach już mini euforia tymczasem nasz znajomy krachowskaźnik..
Uwaga na pułapkę na byka.
środa, 19 października 2011
Chiny - jeszcze nie teraz?
Na początek kilka faktów:
- 44% dochodów chińskich samorządów pochodzi ze sprzedaży ziemi
- ceny ziemi są bardzo drogie, coś jak w Polsce 2007
- zastawem kredytów pod zakup ziemi jest np. miedź
- przez cały rok cena miedzi utrzymywała się na historycznych szczytach między 380-450$:
- Chiny posiadają największe rezerwy walutowe świata.
Pomyślmy jakie są konsekwencje takich zdarzeń:
1. Pęknięcie bańki na ziemi:
- dochody samorządów drastycznie spadają; zaczyna brakować pieniędzy w administracji, na wydatki infrastrukturalne itp.
- spekulanci zaczynają na wyścigi wyprzedawać ziemię, żeby spłacić kredyty
2. Spadek cen miedzi i innych towarów używanych pod zastaw:
- kredyty pod nieruchomości i ziemię tracą pokrycie.
Lekarstwo?
8 lat temu zapisałem się na zajęcia z ciekawym wykładowcą. Facet robił kiedyś karierę w Stanach w dużej spółce IT, grał na giełdzie. Miał dużą wiedzę praktyczną, którą przekazywał nam na 2 przedmiotach "Zarządzanie firmą informatyczną" i "Analiza rynków kapitałowych".
Rok był 2003/2004, gospodarka wychodziła z dużego kryzysu i nasz dr nie odstawał w swoich prognozach od zatroskanych analityków. Nikt nie przewidywał, że Polskę czeka mega hossa na sterydach, nasz wykładowca sypał za to powiedzeniami w stylu "najlepszy bank, to bank ziemski - zakop kasę 3 metry pod ziemią". Do opisu zwalczania inflacji podwyższaniem stóp procentowych użył frazy "Leczenie kiły cholerą" - była to podobno praktyka zwalczania groźnej choroby przez żołnierzy Napoleona w Egipcie.
Mniej więcej takie lekarstwo w postaci cholery musi zaaplikować swoim obywatelom rząd Chin. Wydawać zgromadzone rezerwy walutowe na podtrzymanie cen miedzi i surowców, żeby nie załamał się wewnętrzny rynek spekulacji ziemią i nieruchomościami. Muszą zrobić to, co Japonia 2 dekady wcześniej - odsuwać w czasie nieuniknione, bo gwałtowny krach może ich przekręcić.
Nałóżmy zatem SHANGHAI na NIKKEI (na szczęście zrobił to ktoś inny):
Analiza z czerwca, ale nie zmieniło się dużo - akurat Shanghai osiągnął lokalny dołek.
Nie muszę dodawać, że to tylko moje spekulacje, będzie co ma być. Wiem natomiast, że gdyby USA przestało szmacić dolara i zaczęło ściągać go do siebie, Azja Dalekowschodnia pójdzie na dno. Powrót produkcji i kapitału na rynki rozwinięte, krach na towarach i nieruchomościach w Azji - i kolejne imperium nie daje rady Ameryce. Z drugiej strony rezerwy Chin są ogromne (prawie jak Fedu ;) ) , mogą nimi podtrzymywać rynek przez kolejny rok, co widać na analogii do NIKKEI. Miejmy nadzieję, że ta wojna nie wyjdzie poza rynki.
PS Byłem jednym z niewielu, którzy oblali zaliczenie z analizy rynków. Na poprawce też mi nie poszło i facet chciał mnie oblać, ale powiedziałem mu, że przez większość czasu uczył furiera i metod numerycznych, a samą giełdę zostawił na koniec, to dlaczego pyta mnie tylko z giełdy. Mnie nie interesują świece czy długie pozycje, chcę być twórcą i inżynierem, a nie spekulantem.
Zatrzymał się, zrobił duże oczy, miał sporą charyzmę i nie spodziewał się oporu, ale ja miałem już 8-letnią praktykę w grach RPG, więc potrafiłem też zawalczyć o swoje ;) Gość był doświadczonym człowiekiem i nie musiał sobie nic udowadniać, więc przyznał mi rację i zadał kilka pytań z szeregów. Odpowiedziałem bezbłędnie, bo wtedy matematyka mnie najbardziej kręciła, a facet świetnie te szeregi wyłożył. OK - zaliczam, wpisał 3, potem jeszcze w miłej atmosferze pogadaliśmy i pożegnaliśmy się.
W 2009 roku wykopałem stary zeszyt z tego przedmiotu i napisałem na jego bazie analizera, którego używam do analizy rynków kapitałowych :D
- 44% dochodów chińskich samorządów pochodzi ze sprzedaży ziemi
- ceny ziemi są bardzo drogie, coś jak w Polsce 2007
- zastawem kredytów pod zakup ziemi jest np. miedź
- przez cały rok cena miedzi utrzymywała się na historycznych szczytach między 380-450$:
- Chiny posiadają największe rezerwy walutowe świata.
Pomyślmy jakie są konsekwencje takich zdarzeń:
1. Pęknięcie bańki na ziemi:
- dochody samorządów drastycznie spadają; zaczyna brakować pieniędzy w administracji, na wydatki infrastrukturalne itp.
- spekulanci zaczynają na wyścigi wyprzedawać ziemię, żeby spłacić kredyty
2. Spadek cen miedzi i innych towarów używanych pod zastaw:
- kredyty pod nieruchomości i ziemię tracą pokrycie.
Lekarstwo?
8 lat temu zapisałem się na zajęcia z ciekawym wykładowcą. Facet robił kiedyś karierę w Stanach w dużej spółce IT, grał na giełdzie. Miał dużą wiedzę praktyczną, którą przekazywał nam na 2 przedmiotach "Zarządzanie firmą informatyczną" i "Analiza rynków kapitałowych".
Rok był 2003/2004, gospodarka wychodziła z dużego kryzysu i nasz dr nie odstawał w swoich prognozach od zatroskanych analityków. Nikt nie przewidywał, że Polskę czeka mega hossa na sterydach, nasz wykładowca sypał za to powiedzeniami w stylu "najlepszy bank, to bank ziemski - zakop kasę 3 metry pod ziemią". Do opisu zwalczania inflacji podwyższaniem stóp procentowych użył frazy "Leczenie kiły cholerą" - była to podobno praktyka zwalczania groźnej choroby przez żołnierzy Napoleona w Egipcie.
Mniej więcej takie lekarstwo w postaci cholery musi zaaplikować swoim obywatelom rząd Chin. Wydawać zgromadzone rezerwy walutowe na podtrzymanie cen miedzi i surowców, żeby nie załamał się wewnętrzny rynek spekulacji ziemią i nieruchomościami. Muszą zrobić to, co Japonia 2 dekady wcześniej - odsuwać w czasie nieuniknione, bo gwałtowny krach może ich przekręcić.
Nałóżmy zatem SHANGHAI na NIKKEI (na szczęście zrobił to ktoś inny):
Analiza z czerwca, ale nie zmieniło się dużo - akurat Shanghai osiągnął lokalny dołek.
Nie muszę dodawać, że to tylko moje spekulacje, będzie co ma być. Wiem natomiast, że gdyby USA przestało szmacić dolara i zaczęło ściągać go do siebie, Azja Dalekowschodnia pójdzie na dno. Powrót produkcji i kapitału na rynki rozwinięte, krach na towarach i nieruchomościach w Azji - i kolejne imperium nie daje rady Ameryce. Z drugiej strony rezerwy Chin są ogromne (prawie jak Fedu ;) ) , mogą nimi podtrzymywać rynek przez kolejny rok, co widać na analogii do NIKKEI. Miejmy nadzieję, że ta wojna nie wyjdzie poza rynki.
PS Byłem jednym z niewielu, którzy oblali zaliczenie z analizy rynków. Na poprawce też mi nie poszło i facet chciał mnie oblać, ale powiedziałem mu, że przez większość czasu uczył furiera i metod numerycznych, a samą giełdę zostawił na koniec, to dlaczego pyta mnie tylko z giełdy. Mnie nie interesują świece czy długie pozycje, chcę być twórcą i inżynierem, a nie spekulantem.
Zatrzymał się, zrobił duże oczy, miał sporą charyzmę i nie spodziewał się oporu, ale ja miałem już 8-letnią praktykę w grach RPG, więc potrafiłem też zawalczyć o swoje ;) Gość był doświadczonym człowiekiem i nie musiał sobie nic udowadniać, więc przyznał mi rację i zadał kilka pytań z szeregów. Odpowiedziałem bezbłędnie, bo wtedy matematyka mnie najbardziej kręciła, a facet świetnie te szeregi wyłożył. OK - zaliczam, wpisał 3, potem jeszcze w miłej atmosferze pogadaliśmy i pożegnaliśmy się.
W 2009 roku wykopałem stary zeszyt z tego przedmiotu i napisałem na jego bazie analizera, którego używam do analizy rynków kapitałowych :D
wtorek, 18 października 2011
Spółka, która się bessom opiera
NASDAQ100 jest jednym z najsilniejszych indeksów świata. A perłą w koronie jest Apple. Sierpniowy krach przeszedł na spółce niemal bez echa. Trend followerzy mają chyba raj na tej spółce.
Potencjał wzrostu na górne ograniczenie klina i kanału to ok. 10-15%. Ja bym jednak na to nigdy pieniędzy nie postawił. Widziałem takie piękne kliny wzrostowe na akcjach 2007, ropie 2008, srebrze 2011.
Blue chipy oglądam, bo one ostatnie zmieniają trend. Słabe rynki już dawno pospadały, małe spółki od grudnia zeszłego roku w bessie, WIG20 dopiero od kwietnia, NASDAQ o krok od bicia szczytów, a Apple rekord wszechczasów robiło wczoraj :)
W lipcu bodajże wklejałem lidera niemieckiego rynku:
Nie udało mi się złapać szczytu, bo kurs załamał się wcześniej. Szybki rzut oka na poprzednie korekty spadku - zdobyte fibo61.8 i fibo50. Na razie kurs buja przy fibo38.2. Aż się prosi o podskok na 120. A potem? Coraz więcej komentatorów widzi już hossę. Jednym słowem bessa nam się skończyła, nim się zaczęła..
Subskrybuj:
Posty (Atom)













