wtorek, 19 sierpnia 2014

A bubble isn't a bubble until it's bigger than all previous bubbles


Wszelkie analizy bardziej złożone niż wsparcie na średnich są w przypadku NASDAQ niepotrzebną komplikacją. Za komentarz do tego indeksu niech posłuży tytuł wpisu.

Znacznie więcej można odczytać z fut na Russel2000:


Czytelna geometria, moja technika faworyzuje czekanie na sygnały odwrócenia.

Próbowałem kilka razy zgadywać szczyt. Jak można się spodziewać sumaryczny wynik jest ujemny. Parę razy udało się zwiać z zyskiem, parę razy trafiłem w mocniejszą przecenę, ale zamiast skasować zysk, założyłem, że nastąpiła zmiana trendu i jeszcze dobierałem. Szybka kontra pozbawiała mnie złudzeń i części depozytu. Livermore fajnie napisał, że rynek zawraca dopiero, gdy nie ma już nikogo na pokładzie. Co za głupota, żeby celować w szczyt balona, skoro prawie zawsze rynek próbuje ponownie przetestować ekstremum i znosi 50-100% pierwszego spadku.

Warto też popatrzeć na zachowanie RUT w latach 2000-2002, żeby zobaczyć jak różne mogą być trendy spadkowe. Założę się, że 90% grających wtedy na spadki traciło, bo każdy sygnał sprzedaży był natychmiast negowany i indeks podchodził pod poprzedni szczyt. Dla odmiany w 2008 akcje leciały niemal pionowo w dół.

czwartek, 14 sierpnia 2014

PSTRYK i...

Kontynuując cykl rozwojowy wciągnąłem książkę braci Heath "PSTRYK. Jak zmieniać, żeby zmienić." Geneza zakupu klasyczna - żona chciała kupić jedną książkę; po przeskanowaniu ofert znalazło się więcej ciekawych przecenionych pozycji + darmowa wysyłka od 100zł. W ten sposób przypadkowo nabyłem rzeczoną pozycję oraz "Poza schematem" Gladwella. "Poza schematem" rozwija tematy opisane w micie talentu i wskazuje jak ogromna jest moc przypadku w naszym życiu. Przypadku, który powoduje, że umiejętności nabyte w dzieciństwie determinują nasze przyszłe sukcesy i porażki. Autor rozbija na czynniki pierwsze przyczyny "geniuszu" takich tuzów jak Gates, Jobs czy Oppenheimer i wyjaśnia dlaczego ich szanse na sukces były wysokie. Nieograniczone możliwości uczenia się, wspierający (i wystarczająco majętni) rodzice, kultura w której się wzrasta, to gleba dla przyszłych noblistów. Jeśli mamy pecha urodzić się w biednej rodzinie, kraju bez perspektyw, to nawet rozwinięcie pewnych cech predestynujących nas do miana geniusza, rzadko wpływa na życiowy sukces (albo go znacząco opóźnia, w końcu człowiek może zmienić swoje wadliwe schematy postępowania, wyemigrować itd.). Bonus na starcie w postaci wspierającego środowiska pozwala przejść praktykę 10 tys. godzin przed 20-stym rokiem życia i wprowadzić na szczyty u progu dorosłego życia. Fascynująca lektura, pełna rzeczowych przykładów.

PSTRYK dostarczył mi tyle rewolucyjnych badań i pomysłów, że może stać się kolejną książką zmieniającą życie. Wymieniłem w tej kategorii książkę Tombaka (powtarzam jednocześnie, że nie wierzę ślepo w to co on pisze, tylko że pchnął mnie do przemodelowania swojego podejścia do jedzenia i poszukiwań) oraz Przebudzenie de Mello. Nie będę opisywał zawartości książki, bo nie da się streścić kluczowych aspektów w kilku zdaniach na blogu. Nie da się krótko opisać modelu umysłu i rodzajów rozwiązań, które proponują autorzy, dlatego ograniczę się do informacji z tyłu okładki:

"Pstryk" to poradnik o tym, jak zmieniać.
Bez względu na to, czy zamierzasz tylko uporządkować biurko, czy zmienić świat.
Nie wahaj się, to łatwe.
Pstryk i już. Z książki dowiesz się:
• Jak dzięki sześciu prostym zasadom jeden lekarz uratował życie stu tysięcy pacjentów.
• Jak grupę nierozgarniętych pierwszaków zmienić w klasę bystrych uczniów.
• Jak stos rękawic roboczych pomógł w zaoszczędzeniu tysięcy dolarów.
• I co najważniejsze - jak zmienić swoje życie.


Wielkie osiągnięcia zrealizowane prostymi krokami po prostu wgniatają w ziemię. Oto kilka myśli przewodnich książki, popartych licznymi przykładami:

"Na złożone problemy nie istnieją złożone rozwiązania. Czasem trzeba wykonać pierwszy krok, a wiele spraw się rozwiąże samo i przybliży nas do celu głównego."

"Jeśli masz do rozwiązania złożony problem, z którym prawie nikt nie może sobie poradzić, sprawdź jak radzą sobie z nim ci, którym się jednak udaje."

"Ludzie nie są bierni, ani oporni w obliczu zmian. Oni po prostu nie wiedzą co mają zrobić. Jeśli wskażesz im jasną drogę i zmotywujesz do działania, świetnie sobie poradzą."

Te myśli wyrwane z kontekstu nie oddają ogromu potencjału, jaki w sobie kryją. Książka pokazuje te przykłady w sposób wręcz stworzony do skopiowania w organizacjach, biznesie i życiu prywatnym. Zapisałem kilka stron w zeszycie z najciekawszymi pomysłami i zamierzam po powrocie z urlopu wdrażać je w życie.

niedziela, 3 sierpnia 2014

O mitach w odżywianiu i książce "Talent nie istnieje"

Stali czytelnicy bloga zauważyli zapewne, że obok giełdowego blog-rolla wyewoluował box "Bieganie, wege, rozwój". Są tam m.in. dwa blogi, które mocno uporządkowały moje postrzeganie spraw. W kwestii odżywiania niezwykle cenny jest Sci-fitness, ponieważ rozprawia się od naukowej strony z najpopularniejszymi mitami. Trafiłem na niego, gdy przymierzałem się do odstawienia glutenu pod wpływem wielu artykułów na onetach, jak to sportowcy wyrzucają z diety produkty zbożowe i poprawiają wyniki. Jednym z objawów uczulenia na gluten miał być tzw. katar sienny, z którym mam problemy. Wpis na sci-fit, poparty długą listą badań naukowych dowiódł, że kampania antyglutenowa to kolejna chwilowa moda.

Mity w stylu "odstaw tłuszcze bogate w cholesterol, to nie zachorujesz na serce" są bardzo popularne, ponieważ redukują temat zdrowego odżywiania do jednej prostej reguły. Można dalej jeść te same śmieci, tylko bez "złych" tłuszczów. Po latach okazuje się, że ilość schorzeń serca w populacji nie spada. To samo jest teraz z glutenem - ludzie jedzą pszeniczne bułki z głęboko mrożonego ciasta, słodycze na bazie białej mąki, wędliny z glutenem itd. i przewlekle chorują. Kiedyś problemy za te schorzenia zrzucano na tłuszcz, teraz obrywa się glutenowi. Jeśli mit zdobędzie odpowiednią popularność, przemysł spożywczy dostarczy te same produkty bez glutenu. Skutek dla zdrowia będzie w najlepszym wypadku neutralny. A gdyby zastąpić bułeczki chlebem na zakwasie, słodycze owocami i orzechami, ograniczyć wędliny kosztem kasz i strączków, okaże się, że gluten i tłuszcze nasycone są już zdrowe.

Polecam lekturę tego bloga, nie ukrywam że podpieram się nim w pisaniu cyklu o diecie. Przy okazji zauważyłem, że inicjały autora (Damian Parol) pasują do czytelnika "dp", który umieszczał bardzo kompetentne komentarze pod wpisami o odżywianiu na moim blogu. Ciekawe czy to tylko zbieg okoliczności?

Kolejny autor, Artur Król, prowadzi bloga ChangeMaker. Jego ściśle naukowe podejście do rozwoju osobistego drażni wielu ludzi, ponieważ pokazuje, że większość "wiedzy" z literatury rozwojowej nie wytrzymuje konfrontacji z faktami. Co gorsza nawet gdy autorzy opierają się o badania naukowe, to mogą być one już dawno temu zakwestionowane i obalone. Taka jest rola naukowców, żeby szukać modeli coraz bliższych rzeczywistości, a że wiele głośnych eksperymentów przeprowadzono np. w latach 50-tych czy 60-tych, kiedy dopiero rodziły się dyscypliny psychologii, nieprawidłowe wnioski, źle przeprowadzone badania, zdążyły utrwalić się jako prawdy objawione.

Artur postawił kontrowersyjną tezę w tytule swojej książki "Talent nie istnieje". Tematowi poświęcono wiele badań i po lekturze książki oraz artykułów badaczy przychylam się do tej teorii, aczkolwiek mam dwie wątpliwości. Pojęcie talentu jest obalane w oparciu o teorię 10 tys. godzin, o której też już pisałem. W skrócie: studentów Akademii Muzycznej podzielono ze względu na umiejętności gry na "geniuszy", sprawnych rzemieślników i przyszłych nauczycieli. Okazało się, że wszyscy geniusze mieli przećwiczone min. 10 tys. godzin, rzemieślnicy ok. 7 tys., a przyszli nauczyciele ok. 4 tys. (te liczby różnią się w zależności od źródła). Nie było ani jednego przypadku, żeby "geniusz" z przepracowanymi 10 tys. godzin znalazł się w drugiej lub trzeciej grupie, podobnie jak żaden student nie trafił do grupy mistrzów mając przepracowane mniej niż 10 tys. godzin.

Daje to każdemu wytrwałemu człowiekowi szansę na osiągnięcie mistrzostwa w dowolnej dziedzinie. W podobnym tonie pisałem zresztą kiedyś, że będę pisał bloga, żeby wypracować warsztat. To czego wtedy nie wiedziałem, a co stanowi istotną treść książki, to rozróżnienie zwykłego treningu od celowych ćwiczeń. Ćwiczenie ćwiczeniu nierówne - samo powtarzanie czynności bez refleksji, oceny i zwiększania trudności nie przybliża nas do celu. Teoria straciła więc trochę z magii, bo już wiem, że od grania 10 tys. godzin na giełdzie, nie stanę się mistrzem. Nie ma dróg na skróty. Ćwiczenia celowe wymagają wysiłku, koncentracji, zużywają pokłady siły woli i zazwyczaj są nieprzyjemne.

I tu pojawia się jedna z moich wątpliwości (która być może zostanie rozwiana, kiedy poczta dostarczy zamówioną książkę Gladwella "Poza schematem"): czy w tym eksperymencie 10 tys. godzin uwzględniano ćwiczenia celowe? Czy mogła zaistnieć sytuacja, że ktoś przepracował np. 12 tys. godzin, ale ponieważ nie grał jak geniusz, to zaliczono mu tylko 6 tys. godzin treningu, a resztę uznano jako mechaniczne powtarzanie, żeby wszystko pasowało w teorii?

Jako przykład wyćwiczonego geniusza, którego mylnie uważa się za dotkniętego palcem Bożym posłużył w książce Mozart. Jego ojciec był jednym z najlepszych nauczycieli muzyki i ćwiczył syna od maleńkości. Pierwsze wybitne dzieło Mozart stworzył w wieku 21 lat, mając za sobą kilkanaście lat wytrwałych celowych ćwiczeń. Jeden z moich ulubionych filmów "Amadeusz" zestawia z Mozartem innego mistrza - Salieriego, który nie potrafi wyjść poza schemat. W świetle tezy "talent nie istnieje" nie było między tymi muzykami wrodzonych różnic. Przyczyny mogły leżeć w późniejszym ukształtowaniu charakteru, osobowości, nabytych poglądach i prowadzonemu trybowi życia.

I tak dochodzę do drugiej wątpliwości - dlaczego np. na dystansie 100 metrów królują czarnoskórzy biegacze? Udowodoniono, że mają genetycznie lepsze predyspozycje. Przewaga szybkokurczliwych mięśni, atletyczna budowa, wysoki poziom testosteronu. To są cechy, które wyewoluowały w pewnych czarnych społecznościach i żaden biały czy żółty bigacz nie może się z nimi równać w bieganiu na krótkim dystansie. Co więcej, również w Afryce, wyewoluowały ludy najlepszych biegaczy długodystansowych. W Kenii i Etiopii przychodzą na świat mistrzowie maratonu i zwyciężają nie dlatego, że ćwiczą najwięcej, ale dlatego, że ich budowa ciała, udział tłuszczu i mięśni wolnokurczliwych jest optymalny. Tam gdzie liczą się setne sekundy (100 metrów) czy sekundy (42 km) genetyka decyduje o zwycięstwie.

Zostawmy jednak sportowców i zastanówmy się, czy można urodzić się geniuszem muzycznym. Z pewnością nie istnieje żaden lud, który jest genetycznie muzykalny. Czy może istnieć gen, który ułatwia czucie muzyki czy matematyki? Artur twierdzi, że nie, rodzimy się z równymi szansami i każdy może zostać Mozartem, jeśli będzie odpowiednio długo celowo ćwiczył. Ewentualne różnice na starcie są nieistotne dla przebiegu późniejszej ścieżki. To że któreś dziecko wykazuje "talent" w kierunku muzyki może wynikać z wcześniejszych ćwiczeń rytmiki czy zabaw z rodzicami. W tym wypadku teoria wydaje mi się prawdziwa, ponieważ komponowanie to nie ściśle ustalone zawody.

Książka jest dość krótka, w dodatku moim zdaniem na siłę powiększona o puste strony, na których mamy pisać swoje pytania, wnioski i ćwiczenia. Pewnie chodziło o przekroczenie magicznych 100 stron. Wolałbym, żeby autor zamiast tych pustych linijek dodał rozdział poświęcony hipotetycznym zarzutom stawianym teorii i na jej bazie te zarzuty obalił. Nie przekonały mnie również przykłady mające tłumaczyć elementy celowego ćwiczenia. Opis w stylu "Tadzio lubił gotować i myślał, że jest dobry, ale gdy poszedł na konkurs, okazało się, że nie jest. Zaczął więc ćwiczyć trudniejsze potrawy i wygrał" nie przemawia do wyobraźni. Chciałbym przeczytać taką historię rozbitą na czynniki, żeby zobaczyć w jaki sposób człowiek robi coś źle, jak to odkrywa, jak projektuje zmianę na lepsze i ją wdraża. Będę szukał w innych źródłach, czy istnieją techniki projektowania ćwiczeń celowych.

Te dwie niewielkie wady nie przekreślają książki. Przekonałem się, że lepiej nawet pobieżnie znać przebadaną i potwierdzoną teorię naukową, niż 10 świetnie brzmiących teorii różnych filozofów, trenerów czy psychologów. Artur pisał na blogu, że nie możemy opierać się na własnym doświadczeniu, ponieważ wartość poznawcza z jednej próbki jest zerowa. Umysł ludzki podlega tylu błędom poznawczym, że nieświadomie wyciągamy błędne wnioski. Nauka jest metodą, która operuje na tysiącach próbek i dopiero z nich można wydobyć rzeczywistą wiedzę.

środa, 30 lipca 2014

Kiedy zakupy?

Żeby nie tworzyć kolejnego posta w stylu "kolejne znaki, żeby trzymać się na razie z dala od akcji na GPW", spróbuję poszukać poziomów istotnych z technicznego punktu widzenia. Wyznaczanie tych poziomów na indeksach MWIG40 i SWIG80 dało bardzo trafne sygnały w czasie hossy 2012-2013. Dziś na warsztat biorę:
WIG250:


Na wykresie liniowym mamy bardzo symetryczną strukturę (zielone linie są identyczne). Wzrosty 2009-2011 i 2012-2014 trwały tyle samo czasu i osiągnęły niemal ten sam zakres punktowy. Gdyby spadki przyjęły podobną dynamikę i czas trwania, powinniśmy zobaczyć dołek już na przełomie września i października w okolicach 1000 pkt.

Przypomnę, że wskazania poprzednich analiz opartych o cykle, typowały optymalny moment na zakupy w okolicach listopada 2014-kwietnia 2015. Nie jest to problemem, ponieważ po dołku w grudniu 2011 roku indeks ruszył na północ, ale pół roku później wykonał wtórny, wyższy dołek, co dawałoby optymalny moment kupna w marcu 2015. Zasada zmienności raczej wyklucza podobną strukturę spadków (widzimy to zresztą porównując spadki z 2011 i 2014), ale tym się będziemy martwić pod koniec roku.

A tu już "cały rynek" (średnia arytmetyczna znormalizowanych kursów z danego dnia):
[Uwaga: w tym miejscu była analiza, która okazała się błędna ze względu na zbyt krótki okres, co spowodowało przeoczenie wcześniejszego szczytu]

Według tej analogii mielibyśmy dopiero październik 2001 i ponad rok do dołka (październik 2015). Na dzień dzisiejszy wydaje mi się to mało prawdopodobne, ale nie znamy przyszłych zdarzeń i nie możemy wykluczyć jakiegoś głębszego kryzysu w Polsce.


PS Analizy są wyłącznie moimi przemyśleniami i nie należy się nimi sugerować w podejmowaniu własnych decyzji inwestycyjnych.

wtorek, 22 lipca 2014

WIG, ADLINE, obligacje

Niedawno stwierdziliśmy z kolegami, że okres wakacyjny nie sprzyja bieganiu i abstynencji, a nie-wakacyjny sprzyja bieganiu. To samo można powiedzieć o blogowaniu - zbiera się trochę pomysłów, przypomina o sobie cykl o diecie, ale by usiąść i to spisać motywacji brakuje. I pewnie tak zbierałbym się jeszcze kolejne tygodnie, gdyby nie zaprzestanie przez portal stooq publikacji jednego z użytecznych wskaźników: ADLINE (ilość spółek rosnących do spadających). Na szczęście jest bossa, która udostępnia do łatwego pobrania dane dzienne i jest język skryptowy, w którym mogę pisać automaty. Postanowiłem odtworzyć ten wskaźnik we własnym zakresie:



Widzimy kontynuację silnego trendu spadkowego zapoczątkowanego w listopadzie zeszłego roku. Tymczasem WIG (indeks ważony kapitalizacją) pozostaje w trendzie bocznym:


Nanieśmy jeden wykres na drugi:


Widzimy, że w lutym definitywnie padło wsparcie na ADLINE. Jednakże podobny sygnał wystąpił w sierpniu 2010 roku, a WIG rósł jeszcze przez rok nim doszło do krachu. Wnioski dla  ADLINE za ostatnie lata:

- pokazuje kiedy należy posiadać akcje (gdy rośnie - wtedy cokolwiek kupimy, powinniśmy zarobić); taki sygnał występuje ok. raz na 2 lata,
- pokazuje kiedy akcje należy poddawać ścisłej selekcji (gdy ADLINE spada, ale indeksy ważone i cenowy rosną),
- kiepsko nadaje się do prognozowania kiedy otworzyć pozycję krótką.

Jest to w pewnym sensie miernik sentymentu do giełdy. Popatrzmy, jak wygląda stosunek WIG/ADLINE:


i nałożony nań WIG:


WIG/ADLINE potwierdza starą prawdę, że w długim terminie akcje są skazane na wzrosty (inflacja i rozwój gospodarczy). Z drugiej strony na polskim rynku przez 80% czasu większość spółek spada (więcej wniosków w poprzednim wpisie na ten temat).

Skoro W/AD jest w silnym trendzie wzrostowym (testował szczyt z 2007 już w grudniu 2012, a pokonał go w lipcu 2013), to inwestorzy z grubym kapitałem (głównie zagranica) nie redukują portfeli. Sprzedają drobni, insiderzy, spadają małe spółki na niskich obrotach. Duże stoją w miejscu i to wystarcza, żeby subindeks rósł. Gdzie napływa kapitał do Polski:


WIG naniesiony na znormalizowane WIG/Polish Bond Index 10y:


Wskaźnik pokazuje, że akcje stają się tanie względem obligacji. Jeszcze lepiej widać to na przykładzie WIG250/PLBI10y:



Pozbierajmy wszystko do kupy:

- WIG w konsolidacji,
- WIG250 w bessie,
- ADLINE w bessie,
- obligacje w hossie, ale wykres akcje/indeks obligacji pokazuje bliskość cyklicznego dołka.

Czytam ostatnio coraz więcej byczych analiz i zaczynam się zastanawiać, czy nie grozi mi odjazd pociągu. Od 7 lat polskie akcje są zasadniczo w niełasce. Póki co nie widzę sygnałów zachęcających do kupna akcji na długi termin. Indeksy idą w bok lub spadają, gdzieniegdzie robi się tanio. Czekam więc dalej i pykam na fx.

wtorek, 8 lipca 2014

Oscylator WIGowy i trochę przemyśleń

Czasami tworzę narzędzia do analizy giełd i walut. Jeśli ktoś ma pomysły na ciekawe koncepcje czy setupy, zapraszam na priv, bo właśnie skończyłem pisać język skryptowy, w którym mogę błyskawicznie przemielić tysiące tickerów. Zaczęło się jak zwykle niewinnie - postanowiłem napisać w c++ programik, który przeleci wszystkie pary walutowe w celu wyszukania silnych trendów. Program był gotowy po jakiejś godzinie, ale wtedy pomyślałem, że nie chce mi się za każdym razem zmieniać w kodzie parametrów i od nowa kompilować, więc dopisałem prosty kompilator a szukanie trendów zapisałem w skrypcie. Szybko pojawiły się pomysły na inne skrypty - szukanie dla tickera sytuacji podobnych w przeszłości, mierniki siły no i w końcu dzięki bazie stooq mogę porównywać różne instrumenty. Postanowiłem wziąć na warsztat WIG20 i WIG250 dzieląc jeden przez drugi:



No cóż - z tego niewiele można wyczytać. Nałóżmy zatem WIG20 na WIG20/WIG250 :

Widać odwrotną korelację - szczyty WIG20 wypadają w okolicach dołków W20/W250. Spójrzmy jak się zachowuje WIG250 na tym samym tle:


Z racji bardziej wygładzonego charakteru WIG250 antyfazę widać jeszcze lepiej. Pobazgroliłem trochę na wykresie i otrzymałem coś na kształt WIGowego oscylatora:


W istocie nie jest to nic odkrywczego - kolejny wskaźnik techniczny, który na tygodniowych wykresach pokazuje, że historycznie w podobnych okolicznościach WIG250 był w bessie (wyjątkiem była sytuacja z przełomu 2004-2005, kiedy akcje nie weszły w bessę, tylko ok. roczną konsolidację). To samo można odczytać z kilkunastu różnych popularnych wskaźników czy średnich kroczących.

Oscylator ma jednak pewną zaletę: jeśli naniesiemy czerwone i zielone linie sygnalizujące ekstrema i potraktujemy je jako sygnały wejścia/wyjścia na rynek giełdowy, zauważymy że:

- zazwyczaj sygnał kupna utrzymuje się dłużej, ale nie tak długo jak się przyjęło uważać jakoby 2/3 czasu trwała hossa,
- najkrótszy sygnał sprzedaży wystąpił w październiku 2004 roku i trwał 11 miesięcy,
- aktualny sygnał sprzedaży pojawił się 31 stycznia 2014 roku.

Do wskazań oscylatora można zastosować zasady obowiązujące w trendzie: trend trwa, dopóki się nie odwróci. Analogicznie - dopóki wskazania oscylatora dobrze obrazują sytuację na rynku, zakładam że tak będzie i tym razem, zatem okazja na zakupy powinna pojawić się najwcześniej w listopadzie bieżącego roku. Wcześniejsze analizy, które przedstawiłem na blogu wskazywały okres luty-kwiecień 2015 jako optymalny okres budowania pozycji długoterminowej na akcjach. Mamy zatem ok. półroczne okienko listopad 2014-kwiecień 2015. Zaznaczam, że to tylko prognoza oparta na prostym narzędziu - tym razem może być inaczej!

Jako że ostatnio ktoś wylewa na mnie żale, że jestem naganiaczem, chcę zaznaczyć że przestawiona analiza jest tylko narzędziem, którym dzielę się z Czytelnikami. Nie mam pojęcia w jaki sposób mógłbym skorzystać na tym, że ktoś pod wpływem analizy sprzeda swoje akcje. Ludzie piszą blogi z różnych powodów - często jeśli oferują unikatową, specjalistyczną wiedzę, wprowadzają abonamenty, bloki reklamowe lub oferty swoich szkoleń. Bo komu by się chciało przez lata pracować za darmo? Otrzymałem kilka ofert reklamowania brokerów, niektóre w swojej masie dałyby atrakcyjne zarobki (np. kilkaset zł za każde otwarte przez bloga konto). Nie chciałem jednak tych reklam, bo wiem że 90% ludzi traci na foreksie i to ja byłbym odpowiedzialny za wprowadzenie ich w pułapkę.

Gdybym pisał bloga dla reklam, zawartość byłaby zupełnie inna - ze statystyk widzę, jakie tematy przyciągają ludzi. Musiałbym częściej publikować, skupić się na jednej tematyce (np. blog tylko o giełdzie), stosować krzykliwe tytuły i pisać tylko o podstawowych sprawach, bo skomplikowane tematy większości nie interesują albo o skomplikowanych sprawach pisać w sposób prosty, posiłkując się teoriami spiskowymi i radykalnymi osądami. Tymczasem na blogu wpisów jest mało, tematyka rozproszona, badania czy przemyślenia opatrzone komentarzem, że na takie wnioski pozwala mój aktualny stan wiedzy. No i nie ma reklam :)

Gdybym pisał dla szkoleń, musiałbym budować mit super inwestora. Tymczasem praktycznie każdy wpis z kategorii rozwój tradera zaczyna się od opisu w jaki sposób schrzaniłem założenia, jak rynek mnie ukarał i jaką lekcję mam nadzieję wynieść na przyszłość. Skuteczny trader potrafi wygrać z ego, jest świadomy, że nie narzuci rynkowi swojej woli, może się tylko dostosować do tego, co rynek oferuje. Dlatego zajmuję się giełdą - sposób w jaki gram najdobitniej pokazuje mi w jaki sposób dostosowuję się do rzeczywistości. Czy ją zaklinam i cierpię, czy też ją akceptuję i działam w oparciu o jej zasady. Zyski są konsekwencją bycia skutecznym traderem.

Blog jest pisany dla ludzi, którzy poszukują czegoś więcej w życiu. Którzy pragną poszerzać swoją świadomość i w tym celu angażują się w różne aktywności - giełda, biznes, bieganie, rozwój osobisty, dieta, książki, duchowość. Dzięki blogowaniu miałem przyjemność spotkać osobiście kilka takich osób oraz wymienić dziesiątki wartościowych e-maili.

Blog jest również formą spłaty. Nie zliczę artykułów, z których skorzystałem, a które mądrzy ludzie umieszczają za darmo w internecie. Nawet jeśli 99% internetu to śmietnik, i tak nigdy nie dam rady przeczytać tego jednego procenta perełek. Psychologowie, biznesmeni, traderzy, naukowcy, sportowcy dzielą się wiedzą i doświadczeniem. Biorę od nich garściami, wypróbowuję na sobie, szukam punktów stycznych, nowych dróg, a gdy odczuwam potrzebę, by się tym publicznie podzielić, tworzę kolejny wpis na blogu.

wtorek, 1 lipca 2014

Wstępny sygnał

Po 9 miesiącach opadania WIG250 dał wstępny sygnał sprzedaży, ale na potwierdzenie trzeba poczekać do końca miesiąca:


Historycznie po sygnale rynek spadał 6-20 miesięcy.

WIG póki co wciąż nad wsparciem:


Hossa 2012-2013 wzniosła indeks o ok. 61.8% hossy 2009-2011:


Na WIG sygnał S nie padł.

Na wielu blogach pojawiają się wpisy o pewności hossy. W krajach na dorobku, które sporadycznie dodrukowują walutę hossa jest naturalnym efektem inflacji. Jednakże złoty póki co trzyma się dość mocno, więc z tej strony nie oczekuję wsparcia dla cen akcji.

Na przyspieszenie rozwoju gospodarczego nie liczę - nie z tą zdegenerowaną elitą, która konserwuje folwark pańszczyźniany. Do niedawna jeszcze wierzyłem, że sprawy dryfują ku lepszemu, tymczasem wskaźniki mierzące aktywność gospodarczą, wolność, innowacyjność pokazują co innego - Polska przestaje gonić Zachód, a w wielu dziedzinach się cofa. Demokratycznie wybierani wójtowie i prezydenci miast obstawiają swoją rodzinką urzędy. Nie dość, że wysysają publiczne pieniądze, to spada jakość usług realizowanych przez niedokształcone pociotki. Służby państwowe zamiast zająć się rozbijaniem lokalnych sitw skupiają się tradycyjnie na gnębieniu ludzi przedsiębiorczych. Ostatnio przy okazji Nowaka padło na lekarzy. Nie pochwalam ukrywania dochodów, szczerze to nawet się dziwię, że ludzie chcą tyle ryzykować dla 20% zysków (a w wielu przypadkach można płacić jeszcze mniej, np. 9% podatku od umów o dzieło), ale grajdoł zwany Polską buja się tylko dzięki tym, którym się chce, którzy pracując nad poprawą swojego losu wzbogacają całe społeczeństwo. Państwo polskie tymczasem ma im do zaoferowania tylko piąchę w nos, podczas gdy wójt z prokuratorem może bezkarnie łamać prawo i żadna służba państwowa nie kiwnie palcem.

Kiedy ludziom dzieje się gorzej, TV napuszcza ich na lekarzy czy rolników (bo płacą KRUS, bo mają dopłaty). Ten sam matołek, który czuje ból dupy z powodu willi hodowcy krów zapieprzającego codziennie od 6 do 22 z sobotą i niedzielą włącznie, nie oburza się na bezczelną korupcję władzy. Władza kradnie z definicji, w przygłupich serialach komediowych postać wójta złodziejaszka mającego prawo w dupie i sztamę z policją to stała oś fabuły.

Jak w takiej sytuacji mieć nadzieję, że w kraju zmieni się na lepsze? Jak z tej degrengolady ma się urodzić kolejna wielka hossa? Niech przestrogą dla piewców wiecznej hossy będzie indeks ateński, który aktualnie buja gdzieś w latach 90-tych: